poniedziałek, 19 grudnia 2011

Virginia Woolf i Katherine Mansfield

Wyjątkowo ciężko idzie mi pisanie notki na temat biografii Virginii Woolf autorstwa Quentina Bella (Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2004; za dużo bym chciała napisać), dwa cytaty dotyczące dziwnej przyjaźni autorki Fal i Katherine Mansfield.

Zdaniem Virginii Katherine  "Była interesująca, bezbronna, utalentowana i czarująca. Ale zarazem ubierała się jak ladacznica i zachowywała jak suka" (s. 301).

Katherine Mansfield w liście do Middletona Murry'ego o książce Night and Day: "Mówiąc o snobizmie intelektualnym - jej książka nim cuchnie... Nigdy byś jej nie przeczytał. Jest taka długa i nudna".

wtorek, 13 grudnia 2011

"Modlitwa dziękczynna z wymówką"

Nie uczyniłeś mnie ślepym
Dzięki Ci za to Panie 


Nie uczyniłeś mnie garbatym
Dzięki Ci za to Panie 


Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika
Dzięki Ci za to Panie 


Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem
Dzięki Ci za to Panie 


Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem
hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory
Dzięki Ci za to Panie 



Ale dlaczego uczyniłeś mnie polakiem?

Andrzej Bursa

sobota, 29 października 2011

W zachwycie - o "Tezach" Jerzego Pilcha

Twórczość Jerzego Pilcha wzbudza mój nieustanny zachwyt od pierwszego przeczytanego zdania jego książki. Choć nie zawsze jest to zachwyt na tym samym poziomie (Spisowi cudzołożnic muszę dać jeszcze jedną szansę, bo przy pierwszym podejściu wypadł średnio, a to określenie nijak mi do pisarza z Wisły nie pasuje), to jest to zachwyt szczery i radujący me spragnione słów czytelnicze serce. Nie ważne, czy jest to powieść, opowiadanie, dramat, czy też esej i felieton -  w każdym  gatunku Pilch się sprawdza i to sprawdza się wyśmienicie. Tym razem powodem do zachwytu był dla mnie zbiór tekstów z lat 1994-1997 zebrany w tomie Tezy o głupocie, piciu i umieraniu (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003).

Te krótkie teksty doskonale ukazują talent Jerzego Pilcha nie tylko do obserwacji rzeczywistości i dostrzegania jej najmniejszych szczegółów, ale także do jej szczególnego, diablo inteligentnego i trafnego opisywania. Co więcej, teksty, które ukazały się (głównie) na łamach "Tygodnika Powszechnego" kilkanaście lat temu, do dziś zachowują świeżość i nie tracą na aktualności. Weźmy chociażby Dawnych fałszywych proroków:
Dawni fałszywi prorocy to byli - trzeba powiedzieć - święci ludzie. Obiecywali koniec świata, i tyle. Krzywdy specjalnej nikomu nie robili; kto chciał, wierzył, kto chciał, nie wierzył. Po dobrym poczęstunku barwnie opisywali nadejście Królestwa Sprawiedliwych, ale ich bajania nie miały wiele wspólnego z tzw. praniem mózgów. Ich gawędy nie miały też na celu poddania słuchaczy profesjonalnej obróbce psychologicznej. [...]. Nie szło im o władzę, nie szło im o zniewolenie, nie szło im o panowanie nad tłumem, nie szło i zaspokojenie niejasnych instynktów (ibidem, s. 11, 12).

Ten sam tekst mógłby zostać napisany teraz i byłby jak najbardziej na miejscu. Nie będę się tu bawić w prawienie kazań i moralizowanie, ale stanowi on świetne wyjście do analizy zachowania naszych najróżniejszego rodzaju współczesnych fałszywych proroków.

W swoich felietonach Pilch odsłania mniejsze i większe ludzkie przywary. A że pisze o ludziach znanych z tym większym (bądźmy szczerzy) zainteresowaniem się je czyta. Brak dystansu do słowa pisanego i do samego siebie Daniela Passenta (przyznam, że byłam troszkę zaskoczona) i Ludwika Stommy  ujawniły dwa świetnie napisane teksty z "Tygodnika Powszechnego" . W pierwszym z nich - Pępek felietonisty, Jerzy Pilch ośmieliła się wyrazić swoją opinię na temat nowej szaty graficznej "Polityki", a polegającej między innymi na likwidacji ostatniej strony, na której dotąd ukazywały się teksty wyżej wspomnianych felietonistów i przeniesieniu ich "gdzieś pod koniec (ale nie na końcu) składu [...] - myślałem sobie - nie będzie już zaczynających się od ostatniej strony "Polityki", a prowadzących nie wiadomo dokąd sporów" (ibidem, s. 48). Przy okazji oberwało się Passentowi za jeden tekst, w którym: "zagubiony felietonista funduje skonfundowanym kolegom i czytelnikom jakiś napisany nowomową, zupełnie nieśmieszny raport, który ma rzekomo udowodnić, że nowomowa nie istnieje" (ibidem, s. 49). I Stomma i Passent wzięli sobie bardzo do serca uwagi Pilcha, gdyż obaj na Pępek felietonisty zareagowali w sposób, który dał podstawę do tekstu Babina z Peerelu. I tu znowu najbardziej oberwał Passent, zresztą sam sobie winien. Szczerze oburzony tym, co Pilch ośmielił się napisać, felietonista "Polityki" odpowiedział bardzo poważnie i w sposób, który ujawnia całkowity brak dystansu do swojej osoby. Pomijając przytoczenia badań ankietowych na temat czytelnictwa jego felietonów, Passent zarzuca pisarzowi z Wisły, że nie liczy się z demokratycznymi regułami gry, reaguje tak, jakby Pilch postulował o jego wyrzucenie z "Polityki".  I tu pada całkowicie zachwycająca i rozbrajająca mnie odpowiedź: 
Powiem szczerze i z ręką na sercu: ja nie chcę Passenta z "Polityki", ja sobie robie z Passenta zwyczajne  jaja. Ja sobie robię z Passenta jaja, na co on reaguje przytaczaniem danych o sobie opracowanych przez Uniwersytet Jagielloński i ośrodek Gallupa! Naprawdę: mój tekst nie był notatką redaktora sporządzaną na użytek wydziału prasy Komitetu Centralnego. Wstyd powiedzieć: mój tekst był konstrukcją literacką (ibidem, s. 52).
Na zarzut Passenta, że Pilch bierze się za redagowanie "Polityki", ten odpowiada: 
Otóż ja nie redaguję "Polityki". Ja piszę o "Polityce". A kto mi dał prawo pisania o "Polityce"? Otóż wolność i demokracja dały mi takie prawo. Wy, redaktorze Passent, po staremu sądzicie, że ja was zwalczam, a ja nie walczę, ja gram i  stosuję w dodatku demokratyczne reguły gry (ibidem, s. 54).
Mogłabym tak cytować i cytować Pilcha, bo każdy fragment, każde zdanie jest celną i inteligentną ripostą. Nie mogę się jednak powstrzymać. Pod koniec felietonu Pilch daje spokój biednemu Passentowi i odpowiada Stommie, który domaga się od niego jako katolika miłosierdzia: 
Otóż ja jestem luter, i to spod Cieszyna, i pastwię się nad Stommą z lutersko-cieszyńską zajadłością. "Brzydką jest rzeczą, redaktorze Pilch, opluwać słabszych, głupszych i niedorozwiniętych" - powiada Stomma. Tak jest. Godzę się z tym, boleję nad tym, próbowałem nawet daremnie walczyć z tą przypadłością, ale to jest silniejsze ode mnie. Ja po prostu muszę od czasu do czasu boleśnie walnąć słabszego (ibidem, s. 55).

Nie mam umiaru, gdy myślę i jak widać, gdy piszę o Pilchu. Niestety, forma posta mnie stanowczo ogranicza. A tym bardziej fakt, że mam nadzieję, że zostanie on przeczytany i jego długość nie odstraszy (a jak głoszą badania w dzisiejszych czasach trudno sie skupić nad dłuższym tekstem). Dlatego z bólem duszy zrezygnuję z pochylania się nad każdym tekstem zamieszczonym w Tezach i wielkim skrócie podam, co jeszcze można w nich znaleźć. Na pewno świetny teksy Pochwała kłamstwa, w którym Pilch genialnie i prosto tłumaczy, dlaczego Pan Bóg nie zamieścił w dekalogu przykazania "Nie kłam".  Fajne i dowcipne felietony o pierwszej striptizerce, sukni Claudii Schiffer, która mogła sie przyczynić do zagłady świata, istotach nie z tej ziemi - modelkach. 

W Arcy-Romansie zachwyca się Pilch nad Miłością w czasach zarazy Marqueza. A raczej nie tyle nad samą powieścią, ile nad technikami narracyjnymi stosowanymi przez Kolumbijczyka. Prześmiewczo analizuje wynurzenia Tomasza Jastruna na temat jego życia erotycznego. Fascynuje się kunsztem Josifa Brodskiego.

W Tezach pojawiają się także mocniejsze i poważniejsze. Trzy krótkie teksty poświęcone osobie Mao Zedonga mogłyby posłużyć przy analizie wpływu totalitaryzmu na ludzkie życie. Gorzkie są teksty o alkoholu, ale nie ma w nich moralizatorstwa. Jednym z najbardziej przejmujących dla mnie był Półtrup Wieniedikta Jerofiejewa, w którym Pilch krytykuje film ukazujący rosyjskiego pisarza kilka tygodni przed śmiercią, a także teksy o śmierci Pyjasa i Pietraszki. Znalazły się tu również czułe teksty-pożegnania poświęcone Czyczowi i Pszonowi.

Żeby jednak nie kończyć posta przygnębiającą tematyką, chciałam odwołać się do teksu Jej pierwszy chłopak (o pierwszej poważnej miłości Jolanty Kwaśniewskiej) i zamieścić ogłoszenie w rodzaju matrymonialnych. Otóż, panie Pilchu, ja się uważam wciąż za młode pokolenie i ja mówię, że jak się pojawi chłopię, który zechce Mannowy srebrny ołówek wyjąć i zacznie podawać, tak żebym brała, nie odbierając, to ja szczerze i w zachwycie go wezmę, nie odbierając.

sobota, 1 października 2011

Literackie emocje Andrzeja Franaszka

O tegorocznym laureacie Nagrody Kościelskich Andrzeju Franaszku głośno jest za sprawą napisanej przez niego biografii Czesława Miłosza. Zerkam w tej chwili na ten opasły tom z podpisem autora i rozmyślam, kiedy odważę się do niego zajrzeć. Na razie bowiem nie czuję się gotowa na tę wielką przygodę. Dlatego ten post dotyczyć będzie innej książki Franaszka. Nie tak znanej i podejrzewam, że nie tak ważnej dla samego autora jak Miłosz. Biografia (Znak, Kraków 2011), ale myślę, że bardzo osobistej, choć przecież dotyczącej twórczości innych. Chodzi mi o Przepustkę z piekła. 44 szkice o literaturze i przygodach duszy (Znak, Kraków 2010).

Teksty zawarte w opisywanym zbiorze dotyczą dzieł różnych autorów, różnych tematów i zostały zgrupowane w siedmiu częściach. Pierwsza Dusza. I ciałoˮ dotyczy wierszy Aleksandra Wata oraz prozy Stefana Chwina. Zimny światˮ prowadzi przez pełną lodu i bólu poezję Marcina Świetlickiego, Stanisława Barańczaka, Artura Szlosarka (tekst o nim nosi jeden z najbardziej przejmujących tytułów w całym zbiorze - Być niczyim dreszczem) i Ryszarda Krynickiego. Część zatytułowana „Bóg i diabełˮ porusza możność poznania i spotkania Obu przez pryzmat twórczości Tadeusza Różewicza, Olgi Tokarczuk, Dariusza Czai, Pawła Huelle i Dawida Grosmana. „Pamięć i sztukaˮ to teksty poświęcone Januszowi Szuberowi, Julii Hartwig i Konstantemu A. Jeleńskiemu. „Kurzˮ, część mi chyba najbliższa, to dogłębna i szczera analiza powieści uwielbianego przeze mnie Jerzego Pilcha. „Kresˮ to przejmujący obraz starości i zbliżającej się śmierci przede wszystkim w wierszach trzech wielkich poetów - Czesława Miłosza, Tadeusza Różewicza i Zbigniewa Herberta, a także w twórczości Jacka Baczaka i Marka Bieńczyka, z unoszącym się nad nimi duchem Ubika Philipa K. Dicka. 

Część „... co słońce porusza i gwiazdyˮ przekonała mnie, że istnieje coś takiego jak poezja miłosna, poezja rzekłabym erotyczna, Zbigniewa Herberta. Poety, który najmniej kojarzył mi się właśnie z erotyzmem. Ta część była też dla mnie najtrudniejsza ze względu na jej ładunek emocjonalny. Obok Herberta, Franaszek zajął się analizą pełnego namiętności, pożądania, ale również smutku, samotności i śmierci Kwartetu aleksandryjskiego Lawrencea Durrella. Wydrążenie to przede wszystkim studium bólu, rozpaczy, szkic o beznadziejnych próbach poszukiwania drugiego człowieka, o niemożności kochania innych, bo tak naprawdę w innych szukamy siebie. W tej części Andrzej Franaszek w zaskakujący dla mnie sposób zestawił ze sobą mój kochany Sen nocy letniej Szekspira, Piotrusia Pana, kapitana Haka i Don Juana. Ten tekst, który kojarzyć się może z beztroską dzieciństwa, w rzeczywistości dotyka najstraszniejszych postaci miłości nieodwzajemnionej, miłości opartej na złudnej nadziei, gdy wiemy, że jest to uczucie całkowicie pozbawione sensu, a jednak chwytamy się go kurczowo i trwamy w  nim dla kilku chwil, które, gdy przeminą, sprawiają jeszcze większy ból. A dalej Panny z Wilka Iwaszkiewicza i Śmierć w Wenecji Manna ukazujące bohatera nieumiejącego kochać, pozostającego bez szans na spełnienie.
A dalej jeszcze Michał Paweł Markowski, Jacek Podsiadło, Marzanna Bogumiła Kielar i Czesław Miłosz, który zdaje się towarzyszyć niemal każdemu ze szkiców zbioru.

Chwała Bogu, że Przepustka z piekła to zbiór esejów, a nie tekstów czysto krytycznoliterackich. Dzięki tej bowiem formie autor mógł (i to zrobił) podejść do opisywanych tekstów bardziej emocjonalnie. Powiedziałabym nawet, że bardzo emocjonalnie, bo ta książka aż kipi od uczuć i wrażeń. Teksty Franaszka są przejmująco osobiste, czytając jego rozważania na temat cudzych tekstów, miałam wrażenie, że czytam o samym autorze. Autentyczność i szczerość szkiców o literaturze i przygodach duszy zmusza też do własnych rozważań, polemik z autorem, porusza. Nigdy nie sądziłam, że zbiór esejów może wywrzeć na mnie tak silne wrażenie, wywołać takie emocje.

piątek, 16 września 2011

Historia pewnego psa

Biografie zawsze przyciągały czytelników. Cudze życie fascynuje nas przeważnie bardziej niż własne, a jeśli jest to życie osób znanych to tym większa chęć poznania najdrobniejszych jego szczegółów. Oczywiście, nie każdego interesuje to samo – jedni będą z zaciekawieniem doszukiwać się wpływów biograficznych na twórczość, inni będą się upajać ploteczkami i skrywanymi „mrocznymi” tajemnicami „bohaterów”. Jednak niełatwo jest napisać dobrą biografię, tak by tyle szokowała, co przede wszystkim była oparta na wiarygodnych źródłach i ciekawa ze względu nie tylko na samą postać,  ale i na warstwę językową. O obu tych elementach z pewnością można mówić w przypadku uroczej biografii spaniela imieniem Flush, a jednocześnie jego właścicielki Elizabeth Barrett Browning, autorstwa Virginii Woolf  (Znak, 2009).

Nie ma wątpliwości, że Flush zasłużył na biografię, nie był to bowiem zwykły kundel (z całym szacunkiem dla kundli). Urodzony w arystokratycznej rodzinie spanieli, z idealnie ukształtowanym pyszczkiem, wspaniałą sierścią  -  jego wyglądowi nie można było nic zarzucić. Już prędzej zastrzeżenia można by mieć do jego sposobu prowadzenia się – Flush szybko poznał co to miłość i równie szybko, niemal jako szczenię, został ojcem. Kogóż to jednak zdziwi w dzisiejszych czasach? Żył sobie całkowicie wolny, biegając do woli za bażantami i zającami,  aż pewnego dnia to wszystko mu odebrano. Został pozbawiony poczucia wolności, lasów, bażantów i wszystkich jego psich przyjemności na rzecz zamknięcia w pokoju swojej nowej pani – panny Barrett. Skończyło się błogie hasanie po polach, psy przy Wimpole Street musiały chodzić na łańcuszkach w innym wypadku, o czym Flush miał okazję się przekonać, groziło to poważnymi konsekwencjami. Psie serce jest jednak niezwykłe, gdyż nasz bohater, pokochawszy nową panią, szybko przyzwyczaił się do początkowo uciążliwych warunków i zapachu wody kolońskiej. Ale ponieważ za dobrze być nie może, na drodze Flusha stanął obcy – tajemniczy człowiek w kapturze, na którego listy panna Barrett z drżeniem serca czekała każdego dnia. Flush, jak prawdziwy rycerz postanowił bronić serca i cnoty swej pani i gdy Robert Browning odwiedził w końcu dom przy Wimpole Street, spotkał się z dużą niechęcią ze strony psa. Ba, został przez niego zaatakowany. Nie był to przemyślany krok, psina nie dość, że została za to zbita to jeszcze jego ukochana pani go odtrąciła. Na szczęście na kochanego psa nie można się długo gniewać (wiem z autopsji) i w niedługim czasie Flush wrócił do łask.

I  wtedy jego psie życie zaczęło nabierać tempa. Najpierw porwanie, potem znikająca obrączka na palcu panny Barrett (przepraszam, już pani Browning), a wreszcie długa podróż do Italii. Italia – to tam Flush znów poczuł, że żyje. Oddany swojemu państwu, ale jednocześnie wolny, w pełni cieszył się swobodą. Szybko zapomniał o swoim arystokratycznym pochodzeniu i nie miało dla niego znaczenia, czy ta urocza suczka jest rasowa, czy też nie. Chętnie oddawał się romansom bez względu na konwenanse, które zresztą w tej słonecznej krainie nie obowiązywały. Tak radośnie toczyło się życie Flusha, zmącone jedynie przygodą z pchłami i pojawieniem się małego, krzyczącego stwora, z którym jednak pies szybko znalazł wspólny język.

Elizabeth Barrett Browning i Flush
Losy Flusha to też losy jego pani.  Elizabeth Barrett Browning poznajemy jako zahukaną, traktowaną jak inwalidkę, zamkniętą w sobie kobietę, która na naszych (i psich) oczach przechodzi ogromną metamorfozę. Pod wpływem odwzajemnionego uczucia do Roberta Browninga poetka zdecydowała się zmienić swoje życie, wziąć potajemnie ślub i uciec z ponurego domu, a przede wszystkim od despotycznego ojca. Virginia Woolf mogła wprost napisać o życiu panny Barrett, na szczęście zdecydowała się uczynić to przez pryzmat życia Flusha. Pies wiernie i uważnie obserwował ukochaną panią, zauważał każdą zmianę, jaka w niej zachodziła, nawet najdrobniejszą – idealny obserwator. Dlatego chwała Woolf, że przeczytawszy listy Browningów, a także z wielkiej miłości dla własnego psa, postanowiła głównym bohaterem powieści uczynić spaniela o snobistycznych zapędach.

Jeśli jeszcze nie zaciekawia was ta nietypowa biografia, to koniecznie zróbcie to ze względu na przepiękny język, którym posługuje się autorka (w tym miejscu również gratulacje dla tłumaczki). Każde zdanie zdaje się być przemyślanie, a słowa idealnie dobrane. Prawdziwa rozkosz czytać tak napisane książki, więc nawet jakby Flush był pająkiem to i tak bym czytała o nim z zachwytem.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Uroki Katherine Mansfield


Do zapoznania się z twórczością Katherine Mansfield zachęciła mnie wpisem na blogu Naia. Zaczęłam od niesamowitego Dziennika ("Czytelnik", Warszawa 1963) pisarki, który urzekł mnie prostotą i w moim odczuciu szczerością, które nadały całości świeżości i prawdziwych emocji. I mimo tego że nie jest to łatwa lektura, gdyż w większości tyczy się problemów zdrowotnych pisarki i niemożności pisania, to jednak tchnie jakąś niezwykłą radością, wynikającą, tak sądzę, właśnie z autentyczności przeżyć (której nie ujmują mi nawet informacje, że Mansfield przeredagowywała swoje niektóre wpisy).  Ponieważ jednak nie czuję się na tyle pewnie by pisać o  Dzienniku, przejdę do kolejnej książki pisarki - tomiku Jej pierwszy bal ("Książka i Wiedza", Warszawa 1980).

Od razu przyznam się, że jakoś podświadomie (byś może spowodowała to uśmiechnięta piękna buzia na okładce) spodziewałam się opowiadań pełnych radości, szczęścia i beztroski. Już po pierwszym z nich (Państwo Gołębiowie) zrozumiałam, że czeka mnie coś zupełnie innego. Przede wszystkim dominującym uczuciem w opowiadaniach jest niepewność. Niemal każdy z bohaterów czegoś się lęka, czeka na coś jak na wyrok - Reggie z pierwszego opowiadania oświadczający się ukochanej, William powracający na sobotę i niedzielę do domu pełnego nowych przyjaciół  żony (Małżeństwo a la mode), oczekujący na żonę Hammond (Obcy) czy też Leila z tytułowego opowiadania, która pierwszy raz ma wziąć udział w prawdziwych balu, a piękna bohaterka Podlotka wręcz mówi o tym, jak bardzo lubi czekać.  Może to wynikać z pomieszania lęku przed przyszłością z nadzieją. To uczucie ekscytacji, gdy bardzo się na coś oczekuje, a jednocześnie odczuwa się strach przed rozczarowaniem. To dlatego bohaterowie opowiadań są głównie młodymi ludźmi - starzy w większości są już przygotowani na to, że nie należy pokładać wielkiej nadziei  w przyszłości.

Nie mogę jednak stwierdzić, że każdego z bohaterów opowiadań czeka gorzkie rozczarowanie. Bohaterkę Lekcji śpiewu (jedno z lepszych opowiadań w tomie), przez większość czasu miotaną przez rozpacz wynikającą z porzucenia, spotka radosna wiadomość, Leila też, mimo rozterek wywołanych przez starego partnera tanecznego, poczuje się prawdziwe szczęśliwa, a Reggie dostanie swoją szansę.

Co jeszcze łączy bohaterów wykreowanych przez Mansfield, to fakt, że bywają szalenie irytujący. Miałam wielką ochotę trzepną przez łeb napuszoną i kapryśną bohaterkę Podlotka, Izabellę, żonę Williama z Małżeństwa a la mode, która świadoma, że jej rodzina może się rozpaść, nie mogła podjąć decyzji, ulegając wpływom modnych, ale głupiutkich znajomych, a także nadskakującego i zaborczego Hammonda z Obcego. Fakt, że byli tak irytujący świadczy na korzyść pisarki, gdyż te cechy czynią je prawdziwie ludzkimi, może szkoda, że w tak negatywny sposób.
 
Katherine Mansfield w kilku opowiadaniach pokazała jak dobrą była obserwatorką i jak zna się na ludziach i ich psychice. Z równie dobrych skutkiem podglądała otaczającą ją rzeczywistość. Szczególnie w Pannie Brill widać jej zamiłowanie do szczegółów, dokładne opisy, dostrzeganie rzeczy, które większości ludzi wydają się błahe i nic nieznaczące. Co jeszcze ważne, to język Mansfield - prosty, lekki, bez zbędnych ozdobników i eksperymentów, w sam raz by oddać sedno tego, o czym pisze, a jednocześnie kunsztowny i przemyślany. 


Ta słabo znana u nas pisarka zasługuje na to, by o niej pisać, a przede wszystkim by ją czytać.

sobota, 13 sierpnia 2011

Szymborska czyta

Wisławy Szymborskiej nie trzeba przedstawiać. Jedna z najlepszych współczesnych poetek, noblistka, przez jednych ceniona i uwielbiana, przez innych potępiona na wieki przez błędy młodości. Szczęśliwie należę do tej pierwszej grupy. Bardzo sobie cenię jej poezję i samą poetkę, kobietę niezwykle mądrą, inteligentną, zachwyconą światem i szalenie dowcipną (przy okazji polecam film Katarzyny Kolnedy-Zaleskiej Czasami życie bywa znośne, w którym Szymborska zachwyca mnie na każdym kroku). Ale nie o poezji będzie niniejszy post. Odnosi się on do felietonów poetki, które ukazywały się na łamach "Życia literackiego", "Pisma", "Odry" i "Gazety Wyborczej", dotyczących książek rzadko recenzowanych w magazynach literackich, głównie poradników i pozycji popularnonaukowych, antologii, monografii, wydanych w zbiorze Lektury nadobowiązkowe (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1997). Jak wyjaśniła we wstępie, zainteresowała się nimi z tego względu, że to właśnie te pozycje, a nie książki tak często recenzowane i polecane, nie zalegały na księgarskich półkach i szybko się rozchodziły.

Felietony Szymborskiej dotyczą najróżniejszych książek - są w nich książki historyczne, przyrodnicze, biografie, są też przeróżne poradniki (m.in. dla pieszych turystów, majsterkowiczów, budujących własne altanki), lecz także baśnie Andersena, dzienniki i recenzje teatralne Antoniego Słonimskiego. Pełna różnorodność, która początkowo może kojarzyć się z chaosem i budzić zniechęcenie. No bo co ciekawego można napisać o książce dotyczącej tapetowania mieszkań? Kogo zainteresuje Kalendarz przeznaczeń na 1993 rok? I co mają Dzienniki Montaigne'a do Patków Polski? Całkowite pomieszanie z poplątaniem, książki o wszystkim i o niczym, mniej lub jeszcze mniej przydatne, czasami tylko pojawiają się prawdziwe perełki czytelnicze. A jednak to te pozycje dały Szymborskiej prawdziwe pole do popisu. W felietonach ujawnia się spostrzegawczość i dociekliwość ich autorki, a zarazem wielka inteligencja i poczucie humoru, którego niejeden może (i powinien) jej pozazdrościć. 


Każda z omawianych przez poetkę książek stanowi dla niej doskonały punkt wyjścia do rozważań nad człowiekiem, światem, życiem. Jednym poświęca większą uwagę, inne stanowią tylko tło, dla różnorodnych myśli i skojarzeń.  Dlatego po tych tekstach nie należy się spodziewać recenzji zachęcających lub nie do kupna danej książki. Nie taki zresztą przyświecał im cel. Celem, moim zdaniem, była czysta zabawa płynąca z lektury, lecz także kilka gorzkich wniosków na temat ludzi. 


Lektury nadobowiązkowe uczą nie tylko tego, że nadmierna dbałość o maniery i urodę może doprowadzić męża do tego, że odejdzie do innej, brzydszej, starszej, niewychowanej, ani że Hatha Joga nie jest dla wszystkich czy wreszcie na co komu Słownik artystów starożytnych (na chwałę jego autora oczywiście). Uczą przede wszystkim tego jak czytać, aby lektura była prawdziwą zabawą i przyjemnością, jednocześnie, aby była samodzielna i skłaniała do myślenia głębszego niż wyuczone w szkole analizy i interpretacje. Bo jak się okazuje, nawet Mała księga uścisków nas przed czymś ostrzega. Polecam i lecę szukać Nowych lektur nadobowiązkowych.

środa, 27 lipca 2011

Uwiedziona przez Hrabala

Wesela w domu to pierwsza z autobiograficznych książek Bohumila Hrabala. Pisarz oddał w niej głos swojej żonie Elišce, zwanej Pipsi, która w pierwszoosobowej narracji w uroczy sposób przedstawiła swoje perypetie.

Pipsi poznajemy jako 28-letnią zaniedbaną, zahukaną dziewczynę, która mieszkała pokątnie u swojej niedoszłej teściowej (zwanej czule drugą mamusią), po tym jak jej narzeczony wysłał do niej Pipsi, aby dziewczyna zajęła się przygotowaniem ich wesela, a sam zwiał do Wiednia, gdzie wziął ślub ze swoją kochanką. Bez stałego zameldowania Eliška nie mogła dostać stałego zatrudnienia w hotelu "Paryż", w którym pracowała jako kasjerka. Nic jednak nie wskazywało na to, aby dziewczyna próbowała zmienić swoją sytuację. Zraniona zdradą ukochanego, osamotniona, mieszkająca u bądź co bądź obcej kobiety nie miała odwagi, żeby coś ze sobą zrobić. Dopiero list od ciotki z Wiednia przypomniał jej kim tak naprawdę była - córką swojego bogatego papy, wychowaną w domu z jedenastoma pokojami, z dwiema służącymi i boną, a nie byle kim i radziła jej: 
jeśli będziesz pokazywać się ludziom jak pyza kartoflana, to będą odnosić się do Ciebie jak do pyzy, pamiętaj dziecko, staraj się przedstawiać siebie jak tort paryski, a ludzie będą Cię traktowali jak paryski tort z kremem... (B. Hrabal, Wesela w domu, Warszawa 1989, s. 18). 
Ten króciutki pozorny list odmienił życie Pipsi. Dziewczyna kupiła koralowe pantofelki na wysokich obcasach i modną sukienkę (przebrała się od razu w sklepie, a stare łachmany wyrzuciła), poszła do fryzjera i kazała sobie zrobić taką fryzurę, jaką noszą koszykarki i dziewczyny z poprawczaka, kupiła szminkę i cienie do oczu i przypadkiem lub nie skierowała swoje kroki (w czerwonych pantofelkach) do doktora praw (nieobecnego duchem, wyprawiającego z kolegami artystami suto zakrapiane wesela w domu, pisarza i wielkiego marzyciela), którego poznała przypadkiem, gdy odwiedziła znajomych i tak zaczęła się rozwijać ich wspólna historia. Następnie doktor przyszedł do niej do pracy z pękiem róż, a było to akurat  w dzień świniobicia i szef kuchni Bauman przepowiedział jej rychłe zamążpójście i koniec kłopotów. Nie będę tu opisywać wszystkich perypetii pary, aby nie odbierać wam przyjemności, ale romans i wspólne życie Pipsi i doktora zaczął się rozwijać szybko, intensywnie i nadzwyczaj uroczo.


Opis ich perypetii miłosnych to w wykonaniu Hrabala prawdziwe mistrzostwo. Pisarz nie silił się tu na jakieś językowe wzniosłości. Historia jest opowiedziana tak, jak opowiedziałaby ją młoda, zakochana dziewczyna: prosto, wzruszająco i pięknie. Jedną z piękniejszych dla mnie scen, była ta, w której doktor Pipsi, a następnie ona jemu, obmywał nogi, przygotowując ją do tego rytuału z taką czułością, jakby szykował ją na miłosną noc. Nie da się w tym miejscu uciec od biblijnych konotacji. Być może popełnię nadinterpretację, ale w tej scenie widoczne jest wielkie oddanie, wzajemne upokorzenie i wielka miłość tych dwojga.


Ale Wesela w domu to nie tylko historia romansu Pipsi i doktora. To książka o pamięci, przeszłości, czasie utraconym. Niemal każdy z bohaterów z utęsknieniem wspomina świat, który przeminął wraz z wojną i sowieckim reżimem. Pipsi nie tylko straciła wspaniały dom, ale też ze względu na pochodzenie została rozdzielona z rodzicami. Doktor często wspominał swoje radosne, beztroskie młode lata wolności, a wuj Pipin, którego dziewczynki wypożyczały, aby udzielił im prelekcji na temat higieny narządów płciowych, żył nieustannym wspomnieniem austriackiej potęgi, czym chcąc nie chcąc mógł narazić rodzinę na wielkie niebezpieczeństwo. Tęsknota za tym, co nieodwracalnie przeminęło wyziera tu niemal z każdej strony, nie jest jednak nachalna, lecz bardzo moim zdaniem subtelna.

Kiedyś czeska proza to był dla mnie przede wszystkim Milan Kundera, którego książki czytałam zawsze z wielkim przejęciem i było to czytanie pełnie przeżycia i bólu. Hrabal był gdzieś z boku, mimo że Postrzyżyny i Obsługiwałem angielskiego króla czytałam z wielką przyjemnością. Wesela w domu z pewnością wpłyną na to, że po jego prozę będę sięgać często i dużo. Byłam tu zachwycona każdym niemal zdaniem, każdym wydarzeniem, nawet najbardziej zwyczajnym. Bohaterowie stworzeni przez Hrabala to prawdziwie fascynujący ludzie, których chciałoby się poznać osobiście, z którymi chciałoby się żyć. Czy to niezwykle zachwycająca i odważna Pipsi, doktor-marzyciel, kochająca czystość pani w łososiowym staniku i takich samych majtkach, wujek Pipin, czy wreszcie pojawiająca się epizodycznie pani Slavickova i jej wielkie majtasy. Mogłabym wymieniać i wymieniać postaci, które mnie zauroczyły. 


Cieszę się ogromnie, że w bibliotece sięgnęłam po tę cieniutką książeczkę, o tak fatalnie małym kroju pisma, że w pierwszej chwili chciałam rezygnować. Cieszę się, bo odkrywam, że czeskie pisarstwo to nie tylko kunderowski ból i zagubienie, ale również hrabalowska subtelność i dostrzeganie rzeczy pięknych w codzienności.



sobota, 2 lipca 2011

Opowiem wam o mieście

Gdy był małym chłopcem, zastanawiał się, czy gdzieś w tym samym mieście, w podobnej kamienicy, z podobnymi meblami, przedmiotami żyje drugi on, drugi Orhan. Tak mniej więcej zaczyna się autobiograficzna opowieść tureckiego noblisty - Stambuł. Wspomnienia i Miasto (Wydawnictwo Literackieˮ, Kraków 2008). Pamuk rozpoczyna ją od opisu kamienicy, w której przez jakiś czas (zanim nieudane interesy i roztrwonienie spadku zmusiły jego ojca do przeprowadzki) mieszkała jego rodzina. W niej mały Orhan bawił się na wzorzystym dywanie w mieszkaniu babki, toczył bitwy z bratem, słuchał kłótni rodziców i odkrywał w sobie wielkie pokłady wyobraźni. Opis tego mikroświatu jest wstępem do niezwykłej opowieści o melancholijnym mieście i jego mieszkańcu.


Stambuł to miasto o niezwykle burzliwej historii, wiele wycierpiało, miotając się na granicy kultur, tracąc własną tożsamość -  w wyniku reform Ataturka pismo arabskie zostało zastąpione alfabetem łacińskim, wprowadzono kalendarz gregoriański, usuwano arabskie naleciałości. Upadek Imperium osmańskiego, koniec pewnej znaczącej epoki w dziejach miasta oznaczało dla jego mieszkańców konieczność poszukania nowej drogi rozwoju. Tęsknota za tym, co utracone mieszała się z wszędzie obecna europeizacją. Wpływała na miasto i ludzi, rozbudziła w nim i w nich wszędzie obecną melancholię. Pamuk poświęcił wiele miejsca na opis tego zjawiska, co nie powinno dziwić, gdyż stambulska melancholia miała niemały wpływ również i na pisarza. 


Opisując swoje ukochane miasto, Orhan Pamuk jednocześnie odkrywał siebie. Mimo chęci zdystansowania się do przedstawianego miejsca i historii sądzę, że nie do końca mu się to udało, dzięki czemu uważny czytelnik może odkryć coś więcej o autorze ponad to, co sam o sobie napisał. A napisał niemało, ale też nie zdominował książki swoją osobą. Sprawnie prowadzona, niemal powieściowa narracja pokazuje dzieciństwo i młodość Pamuka. 

  Autor dorastał w rodzinie, którą chciał uważać za szczęśliwą mimo licznych kłótni rodziców, wywołanych licznymi zdradami jego ojca oraz bolesnych bijatyk z bratem. Jednak dzieciństwo pisarza nie było pozbawione radości. Chwile, gdy rysował milczących rodziców, gdy budziła sie jego wyobraźnia zaowocowały w przyszłości. Niezwykły jest rozdział, w którym autor opisuje oglądanie statków na Bosforze, gdy wczesnym rankiem szedł do zimnego pustego pokoju i przyglądając się przepływającym łodziom, uczył się na pamięć zadanych w szkole wierszy. Pamuk nie omija swoich pierwszych chłopięcych erotycznych odkryć, poświęca rozdział swojej pierwszej miłości, która również wywarła wpływ na losy pisarza. 


Historie z życia pisarza nie są w żadnym wypadku zbędne. Łączą się ze Stambułem, wynikają z niego, jego losów i sposobu w jaki miasto oddziaływało na jego mieszkańców. Bo Stambuł. Wspomnienia i Miasto nie jest przewodnikiem. To, moim zdaniem, opowieść o tym jak miejsce, w którym żyjemy kształtuje nasze losy i jak  nasze życie kreuje sposób postrzegania tego miejsca. Pamuk i Stambuł łączą się ze sobą, przenikają, miasto w pewien sposób determinuje losy Orhana. Gdyby nie ono, młody Pamuk w czasie jednej z kłótni z matką nie stwierdziłby w jednej chwili będę pisarzem”.

niedziela, 29 maja 2011

Kryminał i psychologia

Lubię raz na jakiś czas przeczytać dobry kryminał. Dobry, czyli dla mnie taki, w którym najważniejszą rolę odgrywa zagadka, morderca (złodziej, porywacz etc.) oraz prowadząca śledztwo osoba. Mało mnie za to obchodzą miłosne problemy bohaterów, pokątne romanse, chore związki, które nie tylko odsuwają uwagę od tego, co w kryminale jest najważniejsze, ale też sprawiają, że mam ochotę rzucać książką. Dlatego nie czytałam i nie zamierzam czytać książek Stiega Larssona, a np. Marklund rzuciłam w połowie drugiego tomu. Lubię za to poczytać Camillę Lackberg, u której wątki obyczajowe nie są zbyt nachalne i nie wpływają na moje nerwy. Jestem też beznadziejnie zakochana w Richardzie Jurym i Melrosie Plancie (w obu od pierwszego "wejrzenia"), a książki Marthy Grimes cenię za niezwykły klimat i dowcip.  To wszystko sprawia, że mimo obecności tylu pozycji kryminalnych na rynku wydawniczym, mam problem ze znalezieniem czegoś dla siebie. Ostatnio jednak mi się poszczęściło i trafiłam na niezwykle interesującą i wciągającą książkę Caleba Carra - Alienistę (Rebis, Poznań 2010).

Akcja powieści rozgrywa się w Nowym Jorku w 1896 r. Zaczyna się od znalezienia brutalnie okaleczonych zwłok 13-letniego chłopca-prostytutkę, przebierającego się za dziewczynę. Pewnie zdarzenie to szybko by wyciszono, jak wiele podobnych, gdyby do akcji nie wmieszał się nie kto innych jak sam Theodore Roosvelt, walczący z korupcją w policji, oraz jego przyjaciele - Laszlo Kreizler, wybitny psychopatolog i mózg całej grupy, oraz John Moore, który po wielu latach opowiada tę historię. Odnalezienie ciała chłopca to oczywiście dopiero początek, okazuje się bowiem, że dochodziło już do bardzo podobnych morderstw, a kolejne miały dopiero nastąpić. A że policja i władze Nowego Jorku (również te duchowe) były bardziej zainteresowane zatuszowaniem wszystkiego niż odszukaniem mordercy, rozwiązaniem zagadki zajęła się wspomniana już tajna grupa. Oprócz Kreizlera i Moora, należeli do niej Sara, która jako pierwsza kobieta chciała wstąpić do policji, dwaj bracia, śledczy Isaacsonowie, a także łobuziak i podopieczny Kreizlera Stevie Tagger i czarnoskóry Cyrus, który także Kreizlerowi zawdzięcza życie. Grupa na własną rękę, opierając się na poszlakach, ale przede wszystkim na dokładnej analizie wszelkich śladów oraz nakreślonym przez nich psychologicznym portrecie mordercy, zagłębia się w mroczne dzielnice Nowego Jorku, gdzie oczywiście czyha na nich wiele niebezpieczeństw.

Fabuła, jak to w kryminale, co więc wyróżnia tę książką na tle innych, podobnych? Kreacja postaci, sposób prowadzenia śledztwa i obraz społeczeństwa amerykańskiego końca XIX w.  Każdemu z tych elementów można by poświęcić wiele stron opisu, dlatego przedstawię je w skrócie, starając się, żeby za wiele nie zdradzić.
Jak już wspomniałam mózgiem grupy jest Laszlo Kreizler, alienista, psychopatolog, zafascynowany tajnikami ludzkiego umysłu. Przez swoje nowatorskie teorie jest niezbyt popularny i wzgardzany przez środowisko, które uważa jego pracę za stratę czasu i szkodę dla społeczeństwa. Bo gdy większość chciałaby zamknąć przestępców w zakładach psychiatrycznych, Laszlo próbuje poznać motywy postępowania oskarżonych, których najczęściej dopatruje się w ich dzieciństwie. To właśnie wydarzenia z najmłodszych lat zadaniem Kreizlera determinują późniejsze zachowania, wpływają na ludzkie czyny i wyjaśniają to, co większość chce zrzucić na obłęd. Taki sposób podejścia do sprawy szokował środowisko, ale też wywierał wpływ na czytelnika. Łapałam się na tym, że czasami współczułam "pacjentom" Laszla, wiedząc jak okropnych zbrodni się dopuścili. Warto jednak zaznaczyć, że alienista nie wykorzystywał swoich badań do usprawiedliwienia przemocy, szukał jedynie jej źródeł. W ten właśnie sposób, próbując poznać charakter i sposób myślenia mordercy chłopięcych prostytutek, grupa poszukiwała przestępcy. Oczywiście stosowano też inne, popularne metody, takie jak przesłuchiwania, śledztwa, a i kontaktów ze światem przestępczym nie dało się uniknąć. Jednocześnie korzystano z nowatorskich, nieuznawanych jeszcze sposobów jak zbieranie i identyfikowanie osób na podstawie linii papilarnych i fantastyczny pomysł, zakładający, że ludzkie oko rejestruje ostatnią rzecz, którą widziało tuż przed śmiercią.

Jak pisałam, kontakty ze światem przestępczym były nie do uniknięcia. Domy publiczne, w których usługi świadczyły dzieci, zwłaszcza chłopcy, nie były w Nowym Jorku niczym niezwykłym. Takie przybytki nie należały do rzadkości, nikogo też specjalnie nie raziło seksualne wykorzystywanie nieletnich. Tym bardziej, że większość prostytutek stanowiły dzieci imigrantów. Tak, wywoływało to we mnie oburzenie i sprzeciw, ale jeszcze większe oburzenie wywierała na mnie hipokryzja Kościołów i władz miasta. Społeczeństwo amerykańskie miało dość własnych problemów, nie dbano o ginące dzieci imigrantów, tym bardziej takie, które decydowały się na sprzedawanie własnego ciała. Oczywiście potępiano brutalne mordy, ale na tym się kończyło. Całą sprawę już bardziej wykorzystywali właściciele domów publicznych, którzy dla własnych interesów podburzali tłumy. Oni jednak nie kryli się ze swymi zamiarami i opowiadali kłamstw o tym, jak to chcą pomóc biednym obywatelom.

Kilka słów jeszcze o sposobie narracji. Jak już wspomniałam całą historię opowiada John Moore. Z jego punktu widzenia poznajemy wszystkie postaci i zdarzenia. A że mężczyzna cechuje dobry zmysł obserwacyjny to wszystkie opisy są interesujące i nierzadko dowcipne. Oczywiście pierwszoosobowemu narratorowi nie udaje się zachować obiektywnej relacji. Niejednokrotnie do głosu dochodziły prywatne odczucia Johna, jego wątpliwości, rozterki, zazdrości. Nie ukrywał jednak swoich drobnych wad i błędów, nie wybielał swojej postaci, dzięki czemu jego relacja zachowuje autentyczność. Czasami Moore wybiega nieco w przyszłość i podsuwa czytelnikowi pewne tropy, jednak absolutnie nie psuje to przyjemności płynącej z lektury.

Alienista to pozycja obowiązkowa dla miłośników kryminałów. Szczególnie dla tych, którzy nad sensacyjne romanse cenią sobie dobrze skonstruowaną fabułę, żywe postaci i nie nudzą się psychologicznymi rozważaniami, które są obecne w książce (ale nie nadmiernie i ukazane w interesujący sposób). Wszystko to sprawiło, że ja mam wielką ochotę na sięgnięcie po kolejną pozycję Carra - Anioła śmierci.

sobota, 14 maja 2011

Llosa, dziecię i seks

Nie jest łatwo być macochą. Nawet wtedy, kiedy jest się uwielbianą i pożądaną przez męża. Zawsze bowiem pozostaje jego dziecko, które, jak to zwykle w baśniach (i w życiu pewnie też) bywa, nie pała miłością do nowej mamusi. Donia Lukrecja, bohaterka Pochwały macochy Maria Vargasa Llosy (Znak, Kraków 2010) nie miała tego problemu. Miała poważniejszy - jej młodziutki pasierb Fonsito, ten uroczy chłopczyk o twarzy aniołka, który nie tak dawno przystępował do Pierwszej Komunii Świętej, zapałał do macochy uczuciem bynajmniej nie synowskim. Zaczęło się niewinnie od listu napisanego na 40. urodziny Lukrecji, w którym zauroczony kobietą chłopiec, obiecał jej w prezencie zostanie prymusem. Do tego doszły drobne pieszczoty, przytulanki, pocałunki Fonsia, które stawały się coraz mniej dziecięce, a coraz bardziej zmysłowe. Macosze zachowanie chłopca się nie spodobało, a mimo wszystko rozbudziło w niej dziwne namiętności, którym dała upust podczas upojnej nocy przeżytej z mężem don Rigobertem. Jeśli jednak Lukrecja miała nadzieję, że chłopczyk przestanie okazywać jej uczucia w tak wylewny sposób, to grubo się myliła. Fonsito nie tylko nie przestał adorować swojej macochy, ale zaczął podglądać ją w kąpieli, a pokojówce wyznał, że się w niej zakochał. Zagniewana tym Lukrecja chciała ukarać chłopca i odsunąć go do siebie, ale jego groźba, że się zabije doprowadziły do tego, że między tą dziwną parą - 40-latką i małoletnim chłopcem (dzieckiem jeszcze!!!) wybucha dziwny, namiętny romans. Romans, któremu kobieta uległa nadzwyczaj szybko, który rozbudził w niej dodatkowe pokłady żądzy i w wyniku którego jej miłosne doznania z mężem nabrałby nowego, silniejszego wymiaru, co z radością odczuł, nie zdający sobie oczywiście z niczego sprawy don Rigoberto. Oczywiście związek macochy i pasierba nie mógł skończyć się zbyt dobrze, do czego zresztą przyczynił się sam chłopiec.


Tak w skrócie przedstawia się fabuła Pochwały macochy. Gorsząca, rozpustna, odpychająca (nawet dokładnie opisy zabiegów higienicznych i defekacji don Rigoberta nie budziły we mnie takiego odczucia), lecz także dziwnie przyciągająca czytelnika. Ale co może przyciągać i pociągać w powieści, której treścią jest pedofilska relacja między macochą a pasierbem??? Język, jakim posługuje się Vargas Llosa. Język, który jest niezwykle zmysłowy, erotyczny, pociągający. Język, któremu szybko się ulega, który uwodzi, ale również zwodzi. Bo przedstawionych faktów, mimo słów, wyznań, westchnień, nie łatwo jest określić, co jest prawdą, a co nie, kto w tym dziwnym trójkącie erotycznym rządzi. Moim typem jest aniołeczek Fonsito, który dla mnie stanowi ucieleśnienie diabelstwa, z tymi jego loczkami, niewinnym spojrzeniem i dziecięcym śmiechem. Ale oczywiście mogę się mylić. To zresztą przestaje być ważne, gdyż tą książką rządzi nie romans, ale jak już pisałam - język. 


Sam romans zresztą nie jest jedynym motywem powieści. Jest on poprzetykany fragmentami dotyczącymi wspomnianych już zabiegów higienicznych zdradzanego męża oraz historiami postaci z obrazów, dopełniających akcję romansową. Historie też są mocno erotyczne i zmysłowo opisywane. Znajdziemy tu opowieść Kandaulesa, króla Lidii, opiewającego swą żoną, a przede wszystkim jej wspaniały i potężny zad, z którego powodu poleciała nawet głowa. Jest wyznanie Diany, bogini łowów, o jej igraszkach z kochanką, którym przygląda się małoletni pastuszek. Jest relacja Amora, pobudzającego odgrywającą rolę Wenus małżonkę, czekającą na mającego ją posiąść męża. Ale wśród opowiadających swoje historie jest także zdeformowana, odpychająca i lubieżna postać z obrazu Bacona, jest abstrakcyjny przerażający obraz, w którym Fonsito widzi swoją macochę-kochankę. Obrazy stanowią uzupełnienie, podkreślenie relacji zachodzących między don Rigobertem, donią Lukrecją i Fonsitem. Wszystkie opisy są mocno seksualne, zmysłowe i muszę przyznać, że dziwnie się je czyta w pełnym ludzi autobusie (podobne, ale zdecydowanie mocniejsze uczucie miałam tylko, gdy w Empiku przeczytałam fragment Zwrotnika raka opisujący seks oralny - wyszłam szybko czerwona jak burak;)). Wyróżnia się jedynie ostatni z opisywanych obrazów, przedstawiający zwiastowanie. Nie jest to jednak typowy opis tego niezwykłego wydarzenia. Vargas Llosa przedstawił je z perspektywy młodziutkiej, zagubionej Maryi, która była zupełnie nieświadoma tego, że ma zostać matką Boga, dla której anioł Gabriel był tylko niezwykle pięknym młodzieńcem i którą pozostawił z licznymi pytaniami, a bez odpowiedzi.
 

W tym miejscu muszę pochwalić wydanie książki. Trafiła mi się edycja z ilustracjami, co wzbogaciło odbiór opisywanych obrazów. Książka wydana jest na bardzo dobrym papierze, a zmysłowa okładka oddaje treść książki (okładki to zresztą duży plus znakowskich wydań Llosy).


Na zakończenie muszę przyznać, że Vargas Llosa jako pisarz wciąż stanowi dla mnie zagadkę. Mocne i brutalne Święto kozła mnie zachwyciło, Ciotka Julia i skryba dała przyjemność, ale bez szału (najciekawsze w niej były dla mnie urywane opowieści radiowe, a nie historia romansu), z kolei Pochwała macochy uwiodła językiem, jednak nie całkowicie. Wiem, że to tylko malutka próbka możliwości peruwiańskiego pisarza i muszę przyznać, że cieszy mnie to, iż tyle jeszcze przede mną.

poniedziałek, 2 maja 2011

Półeczki

Naia zaprosiła mnie do upublicznienia swojej biblioteczki, co właśnie czynię. Zdjęcia nie są najlepszej jakości, gdyż robiłam je w trakcie przedświątecznych porządków i przyznam szczerze, że nie chciało mi się z nimi bawić. Większa część książek jest "odziedziczona", przejęta od taty (za jego zgodą i bez niej;)), część dostałam, a trochę kupiłam. Nie pokazuję całego regału, tylko większość półek.












Aha, nie wskazuję konkretnej osoby, gdyż zapewne większość z was ma to już za sobą. Kto zechce ten pokaże swoje zbiory, a każde będą z chęcią oglądane

niedziela, 1 maja 2011

Bejt din przy Krochmalnej

Issac Bashevis Singer to chyba jeden z najbardziej znanych żydowskich pisarzy polskiego pochodzenia. Muszę się jednak przyznać, że mimo wiedzy kto zacz, do tej pory udało mi się przeczytać jedynie Sztukmistrza z Lublina (bardzo dobra książka). Oczywiście zamierzałam sięgnąć po więcej, ale z moimi  planami bywa najczęściej tak, że  pojawia się coś, co je burzy. Ale w końcu udało mi się sięgnąć po Urząd mojego ojca.

Książka, o której piszę, to zbiór esejów jakie Singer publikował w "Jewish Daily Forward" pod pseudonimem Izaak Warszawski.  Autor wspominał w nich dzieciństwo, które po przeprowadzce z Radzymina spędził w Warszawie. Jego ojciec był pokątnym chasydzkim  rabinem (nie uzyskał zezwolenia władz rosyjskich, gdyż odmówił złożenia egzaminu po rosyjsku), do którego okoliczni żydzi udawali się po porady oraz na sąd rabinacki. Podejmował on decyzje najróżniejszej wagi. Oceniał czy dana potrawa jest koszerna, ogłaszał rozwody, zezwalał (lub nie) na zerwanie zaręczyn. Udzielał również porad z prawa żydowskiego, przewodził modlitwom i chętnie dyskutował o zagadnieniach religijnych. Ojciec Singera cenił sobie mądrość i wiedzę, sam pisał komentarze do praw i marzył o wydaniu religijnej książki, co stanowiłoby umiłowania Boga.

Matka Singera, rebecin i córka bardzo znanego rabina, była bardzo inteligentną kobietą, obeznaną w świętych księgach, która uwielbiała długie dyskusje, zwłaszcza filozoficzne, które toczyła ze starszym, buntującym się przeciw obyczajom, synem. Jednocześnie wspierała męża, czasami udzielała porad kobietom i pomagała.

Singer skupił się  w tekstach głównie na różnych problemach z jakimi żydzi przychodzili do jego ojca. Spotkać można było narzeczeństwo, które zostaje unieważnione z powodu chciwości ojca panny, młodego męża, pragnącego rozwieść się z zołzowatą żoną, starszego ubogiego mężczyznę, który udał się do rabina po radę, czy może spać w łóżku ze zmarłą żoną, gdyby bowiem zostawił jej ciało na podłodze, szczury z pewnością by je zbeszcześciły. Do sądu rabinackiego przychodzili różni ludzie - bogaci i
biedni, uczciwi i oszuści, a nawet zorganizowani bandyci, a rabin musiał szukać rozwiązań ich problemów.

Pojawiły się tu różnorodne portrety - od bardzo religijnych żydów, aż bo odwracających sie od tradycji artystów, do których przystał starszy brat Singera, a także gojów.
 W esejach Singer nie pominął oczywiście I wojny światowej. Nie raz wspominał o wielkim głodzie i niemal fizycznych cierpieniach, gdy jego rodzina żywiła się zmarzniętymi ziemniakami, a z korytarza dochodził ich zapach świeżego pieczywa. Pisał o dezercji jego brata i o tym, jak musiał się on ukrywać.
Ale, mimo wszystko, wojna stała się dla Singera źródłem przyjemności i spełnieniem jego marzeń. Gdy zaczęto wydawać wizy, mógł wraz z matką i młodszym bratem przeprowadzić się do rodzinnych stron kobiety, do Biłgoraju.
Wyprawa stanowiła dla Singera niesamowitą przygodę. Zyskał nie tylko rodzinę, ale także nowych przyjaciół, dla których stał się nawet swego rodzaju mentorem. W Biłgoraju zaczytywał się w literaturze rosyjskiej i pogłębiał pasje, które rozbudziła w nim wcześniejsza lektura Zbrodni i kary. Tu również zmianom ulegał jego światopogląd, naruszony już przez hasła głoszone przez starszego brata. Tu wreszcie zaczął interesować się dziewczętami.
Teksty zamieszczone w Urzędzie moje ojca opisywane są jakby z dwóch perspektyw - z perspektywy młodego chłopca i dorosłego już pisarza. Pisarskie i życiowe doświadczenia Singera pozwoliły mu na skonstruowanie interesujących tekstów, a jednocześnie nie brak w nich ciekawości, fascynacji światem, Bogiem, ludźmi dziecka. Język, mimo że już ukształtowany i dojrzały, wciąż pozostaje językiem młodego chłopca. Jego spostrzeżenia, rozmyślania, wnioski nie są pozbawione dziecięcej niewinności i naiwności, są szczere dziecięcą szczerością, nie można jednak nazwać ich infantylnymi.

Eseje Singera poświęcone jego dzieciństwu na Krochmalnej stanowią ciekawy obraz żydowskiego społeczeństwa z początków XX w. Przypominają kulturę i tradycję, które niestety w niedługim czasie zostały wymordowane wraz z kultywującymi je ludźmi w obozach zagłady. Świadomość tego, że Singer pisze o nieistniejącym już świecie, cały czas mi towarzyszyła i nękała. Mimo to lektura tej książki to wielka przyjemność, nie tylko dla tych, którzy znają kulturę i zwyczaje żydowskie, ale także dla tych, którzy chcą je dopiero poznawać lub po prostu szukają odskoczni od codzienności.