O mnie

"W pewnym wieku i w pewnym stanie ducha nie po to człowiek bierze książkę do ręki, żeby się denerwować" - te słowa jednego z moich mistrzów, Jerzego Pilcha, idealnie opisują moją trwającą już kilka ładnych lat sytuację czytelniczą. Czytam całą sobą - duchem i ciałem. Śmieję się, płaczę, wzruszam. Krzyczę na  bohaterów, wkurzam na ich wybory, tak jak na najbliższe mi osoby. Chorobliwie przeżywam każdą złą decyzję, każdy uczynek, któremu jestem przeciwna. Czytanie większości książek mnie fizycznie boli. Potrafię rzucać nimi o ścianę, ciskać ze złości na podłogę, płakać jak dziecko. Dlatego od kilku lat bardzo uważnie dobieram lektury. Jak wiem, że coś będę przeżywać za bardzo, jestem w  stanie niestety przerwać lekturę. Wiem, że z tego powodu bardzo dużo tracę, wiele istotnych książek czeka na półkach, bo kilka zdań sprawiło, że nie mogłam dalej. Powoli zaczynam z tym walczyć, staram się sięgać po "zakazane" pozycje, bo życie nie może polegać na ucieczce od lektury. Nie można też przeżywać życia życiem i wyborami bohaterów, nie ważne jak mocno na nas działają. Dlatego walczę o spokój przy czytaniu. Spokój, ale nie o ucieczkę od emocji.

Czytam prawie wszędzie. Wcale nie muszę mieć ciszy, kubka herbaty, ciepłego koca, żeby zagłębić się w książce. Tak mocno wchodzę w lekturę, że na ten czas (nawet jeśli trwa to kilka minut) odcinam się od rzeczywistości. Czytam rzeczy różne - klasykę i nowości, literaturę zagraniczną i wspaniałą literaturę polską, książki dla dojrzałych czytelników, ale też te dla dzieciaków i młodzieży, literaturę popularną i wysoką. Nie lubię miałkich treści, koślawych zdań, nagromadzenia stylistycznych wpadek i dennych romansów. Lubię starannie wydane książki, piękne okładki, mało literówek i dobrą czcionkę. Nie ma tu miejsca na wymienianie tych, których w literaturze kocham, ale moje czytanie byłoby niczym bez wspomnianego Jerzego Pilcha, Olgi Tokarczuk, Wiesława Myśliwskiego, Jacka Dehnela, Gabriela Garcii Marqueza, Julia Cortazara, Milana Kundery (jak on mnie boli), Terry'ego Pratchetta, Lucy Maud Montgomery, Pera Pettersona, J. M. Coetzee, Tomasza Manna, Jane Austen, sióstr Bronte i naprawdę wielu innych (kolejność prawie przypadkowa, niektóre nazwiska również). Spróbowałam Knausgarda i przepadłam na wieki.

Na studiach polonistycznych musiałam czytać sporo książek, po które z własnej woli bym nie sięgnęła, ale też miałam wielkie szczęście poznać tak wspaniałe lektury jak choćby "Zmory" Emila Zegadłowicza, "Zasypie wszystko, zawieje" Włodzimierza Odojewskiego. Zbliżyłam się do Jarosława Iwaszkiewicza, zakochałam w krakowskiej cyganerii, przekonałam, że Witkacy to nie tylko omawiane w szkole dramaty, ale też niesamowita proza. Poezja współczesna nabrała zupełnie nowego wymiaru.

A że filologia polska chleba nie daje, postudiowałam też edytorstwo i teraz realizuję się jako redaktor w wydawnictwie.

Poza światem książkowym jestem chodzącą nieśmiałością z zamiłowaniem do herbaty, piwa i wytrawnego wina. Muzycznie też jest różnie. Moje korzenie to różne oblicza metalu i ostrego rocka, ale rozwijam się bluesowo i jazzowo. Uwiódł mnie Morrissey, Joe Bonamasa, a ostatnio Hozier. Dobrze biega się do Kamchatki. Namiętnie oglądam "Kochane kłopoty", "Darię" i "Flight of the Conchords". Ryczałam jak bóbr, oglądając "Zupełnie inny weekend".

Na blogu piszę przede wszystkim o tym, o czym mam ochotę.


2 komentarze:

  1. sQrka! Cudowna rzecz, tak przeżywać lektury, chociaż wiem, że boli. Ale za to kiedy nie boli, kiedy głaszcze i koi, to jest naprawdę pięknie, euforycznie wręcz, prawda? A umiejętności wyłączania się w każdych warunkach Ci zazdroszczę. Ja bez kubka herbaty to jeszcze wytrzymam, bez kocyka też, niech będzie, ale już na przykład przy telewizorze się nie skupię, za nic w świecie. Dlatego u siebie w mieszkaniu go nie mam, i jest dobrze. Sens tego komentarza miał być jednak taki, że bardzo ładnie o sobie napisałaś, i jakbym Cię już nie lubiła bardzo, to bym Cię teraz polubiła! A Pilcha muszę wreszcie coś przeczytać. Od czego zacząć? Ściskam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naiu! Lejesz miód na moje serce tymi słowami i bardzo Ci za nie dziękuję. Trochę się obawiałam, że może za bardzo się uzewnętrzniam, ale w końcu kiedyś trzeba. Jasne, że przeżywanie lektury bywa ekstatyczne i rozkoszne, tylko dlaczego autorzy wolą mnie gnębić i dołować, tego pojąć nie mogę :)
      Co do Pilcha. Bez bicia się przyznaję, że jestem prawie bezkrytyczna, więc w sumie ciężko mi coś bardzo świadomie polecić. Jeśli masz ochotę na eseje "Bezpowrotnie utracona leworęczność" koniecznie. Jego ostatnia powieść, "Wiele demonów", smaczniutka, choć nie wiem, czy na początek. Ja zaczęłam od "Mojego pierwszego samobójstwa", a po latach zachwyciłam się "Spisem cudzołożnic", bo za pierwszym razem mi nie podeszło. Oczywiście "Pod Mocnym Aniołem" mocna rzecz, ale również jego dzienniki - wielkie wow. Jak widzisz, raczej nie pomogłam ;)

      Usuń