środa, 23 września 2015

Wielki powrót powieści historycznej - "Solfatara" Macieja Hena

 
Choć od aojego wakacyjnego urlopu minęło już kilka tygodni, wciąż zdarza mi się wracać myślami do tego pełnego lenistwa i relaksu czasu. Pierwsze miejsce w tych wspomnieniach zajmuje oczywiście wypad nad Bałtyk (było wspaniale, a plaga parawanów zupełnie nie dotknęła plaży, na której się wylegiwałam), ale zaraz za nim są wspomnienia lekturowe. A w zasadzie wspomnienie jednej lektury, ale za to niesamowicie soczystej i nie tylko objętościowo bogatej Solfatary Macieja Hena (Warszawa: W.A.B., 2015).

Od razu przyznaję, że Solfatara zachwyciła mnie od pierwszych stron, od momentu, w którym zorientowałam się, iż mam do czynienia z prawdziwą powieścią historyczną i przygodową, odwołującą się do najlepszych tradycji tego gatunku. Do tego w niedługim czasie okazało się, że to opowieść skrywająca w sobie kolejne historie, czyli coś, czego czytanie zawsze sprawiało mi przyjemność – powieść szkatułkowa pełna barwnych postaci i ich przygód. 

Ale może po kolei. Głównym bohaterem powieści i zarazem jej narratorem jest sympatyczny dziennikarz „Wiadomości Neapolitańskich”, pięćdziesięciokilkuletni Fortunato Petrelli. Mieszka w Neapolu, para się wydawaniem swojej gazety, obserwowaniem codzienności i wizytami u kurtyzan. I właśnie w drodze to ulubionego przybytku rozkoszy staje się świadkiem wydarzeń dramatycznych i krwawych – mianowicie wybuchu rewolucji, na której czele stanął szalony rybak Masaniello. Jak się bardzo szybko okaże, rewolta będzie niesłychanie brutalna, pełna ofiar, a pisanie o morzu krwi i stosach rozkładających się zwłok to stanowczo za mało. Każdej nocy trwającego zrywu Petrelli będzie rzetelnie spisywał wydarzenia, których był świadkiem mijającego dnia, a także swoje własne przygody, których będzie miał co nie miara. Wspomnę tylko, że znajdzie się wśród nich poszukiwanie uwielbianej kurtyzany, ratowanie pewnej księżniczki, pościgi, ucieczki i spotkania z niezwykłymi ludźmi z jego przeszłości. 

Ale to nie wszystko. Oprócz relacji z bieżących wydarzeń, Fortunato będzie stopniowo odkrywał przed czytelnikiem swoje własne losy od lat dziecięcych. I tu się dopiero zaczyna zabawa, bo te wspomnienia stanowią najlepsze momenty powieści. Petrelli w niesamowicie  interesujący sposób, po kawałku, będzie ujawniał historie ze swojego życia, prawdę dotyczącą jego prawdziwych rodziców, blaski i cienie okresu dorastania, pierwsze miłości i doświadczenia rozkoszy cielesnych. Oczywiście do tego pojawia się cała masa barwnych, niesamowicie interesujących postaci, każda ze swoją historią, pasją i namiętnościami. Bo namiętności tu rządzą ludźmi i rządzą powieścią. Nie ma mowy o nudzie. Każda opowieść pełna jest soczystych kawałków. Czego tu nie ma – miłości, zdrady, walki, niewyjaśnione śmierci, liczne tajemnice czekające na wyjaśnienie. Och, dzieję się, dzieje. I naprawdę było mi żal, że książka ma tylko 917 stron…

Poznając losy Petrellego, jednocześnie mamy przyjemność poznać środowisko i ludzi, wśród których żył. Najlepiej zobrazowani zostali tu różnej maści artyści – muzycy, aktorzy, malarze, czyli najbliżsi przyjaciele bohatera. A że środowisko artystyczne, to i ich przygody niebanalne, a portale plotkarskie, gdyby wtedy istniały, miałby o czym pisać przez bardzo długi czas. I nie musiałyby wcale ubarwiać rzeczywistości. Z tyloma intrygami, miłostkami, romansami już dawno się nie spotkałam.

Do tego wszystkiego dołączyć trzeba przerażający obraz wspomnianej rewolucji i tego, jak łatwo dać się uwieść fałszywym prorokom, ale mimo to, nie robiłabym z Solfatary powieści z przesłaniem. To tylko zepsułoby jej urok. 

Ale o uroku powieści Macieja Hena stanowią nie tylko sympatyczny Fortunato, paleta barwnych postaci i zaskakujące wydarzenia. Ogromnym atutem, dla mnie bodaj najważniejszym jest przepiękna, szlachetna polszczyzna. Książki pisane takim językiem to prawdziwa rozkosz, mogłabym czytać nieustannie. Dlatego jeśli do sięgnięcia po powieść nie zachęciły was skrywane w niej historie, obraz krwawej rewolucji, paleta postaci, proszę, zróbcie to właśnie dla piękna języka polskiego. Oraz dlatego, że Solfatara to ogromna dawka przygody, czytelniczych przyjemności i naprawdę dobrej zabawy. I błagam, niech wam nie przyjdzie do głowy bać się objętości – każda kolejna strona to kolejne cenne chwile spędzone nad lekturą.



Za egzemplarz serdecznie dziękuję panu Grzegorzowi Lindenbergowi i wydawnictwu W.A.B.
Zdjęcie Solfatary: http://www.incampania.com/en/turismo.cfm?Menu_ID=175&Sub_ID=176&Info_ID=3863


czwartek, 20 sierpnia 2015

Wzruszający, głośny szept Ormian

Zazwyczaj jestem w stanie czytać książkę w każdej sytuacji, niemal w każdym miejscu, w pośpiechu, chłonąc słowa i kolejne zdania jedno za drugim. Są książki, na które rzucam się łapczywie w autobusie, na ławce w parku, pomiędzy jedną rozmową a drugą, odrywam się i wracam od razu. Są jednak takie książki, które potrzebują czasu, powolności, wielkiego skupienia i rozważania zdania po zdaniu, bo niemal każde niesie ze sobą wielką mądrość. Taką książką jest piękna Księga szeptów rumuńskiego pisarza Varujana Vosganiana (Wrocław: Książkowe Klimaty, 2015).




Co takiego jest w tej powieści, że czytałam ją tak powolnie, że tak wiele ode mnie wymagała, ale też tak wiele mi od siebie dała? To opowieść o Vosganianie, jego rodzinie, Rumunii i co najważniejsze – o Ormianach, tych, którzy tak wiele wycierpieli, a którzy są niemal zapomniani. A pamięć im się należy ogromna. Autor, posługując się niemal realistyczno magicznym językiem, opisuje swoje pachnące kawą i kolonialnymi przyprawami dzieciństwo. To momenty, w których aż chciałoby się tam być, czuć, smakować razem z nim, siedzieć u stóp jego starego anioła. Widzieć, jak kobiety misternie  niemal tkają ciasto na baklawę, ssać ziarna kawy. Wreszcie poznać magów tamtych czasów – dziadków autora: Gabareta, który mądrze mówił, że „To wielka odpowiedzialność żyć na tej ziemi dłużej niż Jezus Chrystus. […] Musisz mieć solidne argumenty, by ośmielić się to zrobić” (s. 83), i Setraka, którego nieustanną towarzyszką i przyjaciółką była Śmierć, a także pozostałych mędrców, każdego z nich z jego osobistą historią. Chciałoby się udać na targ, odwiedzać kolonialne sklepy i spotkać Żydów handlujących najważniejszym towarem – czasem. 
Czytając te opisy, wsłuchując się w kolejne mądre słowa prawdziwie mądrych ludzi, odczuwałam ten specyficzny rodzaj nostalgii i smutku, który towarzyszy mi w momentach wielkiego piękna łączącego się z bólem. Gdyż bólu w Księdze szeptów  jest niemało.

Losy wszystkich bohaterów powieści, a każda z pojawiających się na jej kartach postaci zasługuje na uwagę, nie działy się w nieistniejącej krainie z dawnych pięknych lat. Za ich życiem stała bowiem groźna i straszna historia XX stulecia. Druga wojna światowa i okupacja, komunistyczny reżim i przede wszystkim to od czego zaczęły się rumuńskie losy rodziny autora – ludobójstwo Ormian, którego setną rocznicę obchodzono w tym roku. Każde z tych tragicznych wydarzeń w dziejach świata odbiło się równie tragicznie na losach jednostek. Vosganian dorastał i uczył się życia w czasach, gdy o wielu rzeczach, o prawdzie nie wolno było mówić głośno, obowiązywał szept. Autor gromadził ten szept, z którego potem powstała Księga.  A o czym szeptano? O Stalinie i zsyłkach na Sybir, o więzieniach, o brutalnych przesłuchaniach, o krwawych okupacjach, o zabójstwie prezydenta Kennedy’ego szeptano w krypcie. Szeptu jest tu co niemiara, za każdym razem coraz bardziej bolesnego, rozdzierającego serce. I zmuszającego do pytań i rozmyślań nad losem bliskich mi osób, zwłaszcza że historia Hartina Fringhiana jest bliska rumuńskim losom pewnej części mojej rodziny.

Napisałam wcześniej, że dla tej książki potrzebowałam czasu i wielkiego skupienia. Od jednego rozdziału nie mogłam się jednak oderwać, doczytując go już przy słabym świetle pociągowego wagonu. W tym miejscu muszę się przyznać, że od pewnego czasu staram się unikać książek dotykających czasów wojny, Holocaustu, komunistycznych zbrodni, gdyż wydaje mi się, że przyjęłam już tak wielką dawkę okropności tamtych czasów, że już więcej nie dam rady. Dlatego sama się sobie dziwiłam, że rozdział, który nie pozwolił mi na odłożenie książki, dotyczył ormiańskiego marszu śmierci. Marszu przesz siedem kręgów, w których jedyną pewną rzeczą była śmierć, w każdym kolejnym coraz straszniejsza. Był to marsz przez śmierć i ku śmierci, nie przewidywano bowiem dla prowadzonych Ormian innego losu. Czytanie o każdym kolejnym kręgu bolało coraz bardziej, coraz straszliwsze opisy masakry i odchodzenia sprawiały, że chciało mi się krzyczeć. Śmierć każdego człowieka niesie ból, niewinnych osób skazanych na śmierć najbardziej, ale nie ma chyba niczego tak przerażającego jak śmierć masowa, ludobójstwo, gdzie nie ma miejsca dla człowieka, pozostają tylko, jeśli już,  zbiorowe mogiły. I w tym miejscu mogę tylko za autorem powtórzyć: „Masowe groby są najbardziej zawinioną częścią historii” (s. 304).

Księga szeptów dotyka najboleśniejszych i najstraszliwszych momentów historii. Jest opowieścią o śmierci i zemście, której symbolem jest mały drewniany konik – zabawka autora. Ale nie ma w niej krzyku, nie ma języka nienawiści, nie ma epatowania brutalnością mimo opisów jakże niewyobrażalnych zbrodni. W tej książce – i w tym tkwi jej wielka siła – naprawdę dominuje szept. Autor szepcze tak, jak szeptali jego przodkowie. Szepcze o sprawach najważniejszych i o codzienności, za każdym razem robi to poruszająco. Nie ucieka się do wielkich słów, jego język jest niesamowicie subtelny, powolny, zmusza do uwagi i skupienia.

Napisać jeszcze trzeba o samym wydaniu książki. Nie dość, że tak pięknej, estetycznej i skromnej okładki już dawno nie widziałam (brawa dla Justyny Boguś), to jeszcze do tego świetne tłumaczenie Joanny Kornaś-Warwas i merytoryczne opracowanie Andrzeja Pisowicza. Tak przygotowanych książek życzę sobie i innym czytelnikom jak najwięcej. Brawa dla Książkowych Klimatów.

Księgę szeptów czytać trzeba! Tak, trzeba, ze względu na pamięć o straszliwym ludobójstwie, o którym w zasadzie mówi się tak niewiele, ze względu na pamięć o krwawych plamach historii, ale także ze względu na wielkie wzruszenie i wielkie piękno. Bo gdybym miała wybrać jedno słowo opisujące książkę Varujana Vosganiana to wybrałabym właśnie wzruszenie. A jak coś wzrusza tak jak ta powieść, to nie ma wyjścia, musi to być po prostu piękne.

Za książkę serdecznie dziękuję panu Krzysztofowi Cieślikowi i wydawnictwu Książkowe Klimaty.
Zdjęcie okładki ze strony wydawnictwa.

środa, 15 lipca 2015

Silikon, seks i bułka z szynką

 Nai

Zakochany w dziwce facet po sześćdziesiątce – chyba nie wiele rzeczy jest bardziej banalnych. Zakochany w dziwce facet po sześćdziesiątce planujący z nią małżeństwo i wspólne życie – no błagam. Zakochany w dziwce facet po sześćdziesiątce w ujęciu Jerzego Pilcha – i cały banał zmienia się w zachwyt. Zachwyt mój nad tym, co autor zrobił z tematem, zachwyt mój nad Pilchowskim językiem, w którym jestem z kolei zakochana (banał tym razem w moim wykonaniu), zachwyt wreszcie nad tym, że takie rzeczy, a mnie nie bolało. Ba, nie tylko nie bolało, ale jeszcze mi sił dawało i wiary, że z moje problemy czytelnicze są jednak do wyleczenia. No chyba, że tylko z Pilchem tak mam, jeśli tylko z nim, niech i tak zostanie. Ale koniec ze mną, przejdźmy do rzeczy, a raczej do rzeczonej dziwki.  

Najpewniej miała na imię Zuza, choć imion miała wiele, dla każdego klienta zapewne inne. Dla naszego bohatera najpierw była Sonią, potem Bellą – prawdziwą pięknością z piersiami wypełnionymi silikonem i hialuronowymi, ponętnymi ustami. Cóż że sztucznie dopiększana, najważniejsze, że urodą doprowadzała do obłędu i do takich uniesień cielesnych, że można o niej mówić niemal tylko językiem Biblii. „A była Zuzanna delikatna i pięknego wejrzenia. A ci przewrotni kazali ją odsłonić (bo byłą zakryta), żeby się przynajmniej tak nasycić pięknością jej”. Przywołuje zakochany proroka Daniela, przywołuje przewrotnie, bo nasza Zuza owszem pięknością nasycała, ale idealnie skrojone ręką chirurga ciało odsłaniała sama. Sama i chętnie, więc o niewiele z niej zostało z cnotliwej Zuzanny. Naszej Zuzy o cudzołóstwo nie trzeba było oskarżać, nasza Zuza grzechem i z grzechu żyła. Choć sama mówiła o sobie, że umie „być wierna... nawet gdy moje ciało jest gdzie indziej”, to bez wierności ciała z wierności ducha nie wiele pozostaje. A może ja się mylę? Może jest rzeczywiście tak, że „Zdrada, kiedyś rujnująca życie, zmieniająca ludzi w cienie i wiodąca do samobójstwa – dziś stała się zaledwie wstydliwym występkiem”. 

Historia cnotliwej Zuzanny, żony Joakima, nie została uznana przez protestantyzm. To może właśnie dlatego bohater kreuje własną historię własnej Zuzanny… Brnie w ten szaleńczy związek. Nie chce, żeby Zuza porzuciła rzemiosło, wręcz przeciwnie – fakt, że mają ją inni i to za pieniądze, kręci go niesamowicie. Ma na nią szatańską jazdę,  jazdę tak wielką, że tylko o szaleństwie może być mowa. Szaleństwie tak wielkim, że zatopiony w boskim ciele dziwki myli miłość z pożądaniem. Tęskni do utraty tchu, do obłędu rozpamiętuje Zuzę i ciało Zuzy. Seksualnie uniesienia przesłaniają mu potrzebę uczucia i to uczucia odwzajemnionego. Nawet jeśli był zakochany, to w ciele, w powłoce, w otoczce. Bo z Zuzą poza łóżkiem nie łączyło go nic. On sześćdziesięcioparoletni, oczytany, zmagający się z Parkinsonem i myślami o samobójstwie. Ona dwudziestoletnia zaledwie kurwa,  posiadaczka psa Tetmajera i to cały jej związek z literaturą. Nic tu się nie mogło udać, happy endu nie będzie.

Ale rękopis znaleziony w bucie to nie tylko opowieść o uczuciu, którego nie było. To także świat pełen literackich odniesień. Motyw kurwy w literaturze – podejmowali się go wielcy. Dostojewski, moi ukochani Mann i Marquez, nawet Llosa, z którym bohater (i autor) się spiera. A Zuza, kolejna literacka dziwka, dość blado wypada przy swoich poprzedniczkach. Czy nie ma już wielkich dziwek na tym świecie? A może już dziwkom się nie współczuje? Wszak Sonia-Bella-Zuza zawód wybrała sobie taki, nie dla tego, że musiała, ale że lubiła to robić. Płatny seks był jej pasją.

A może Zuza nie była tylko kaprysem ciała? Może była lekiem dla chorej duszy w starzejącym się ciele? Ucieczką od tego, co nieuniknione, odskocznią od codziennych zmagań z chorobą, z życiem. Nawet jeśli tak, to była to ucieczka krótkotrwała i mało skuteczna. Chwilowa podnieta, pożądanie przegrywają. Silniejsze okazują się literatura, myśli o warszawskich wieżowcach, z których można by skoczyć i przeszłość. Wspomnienia bohatera są tu szczególnie istotne. I niekoniecznie te, w których pojawiają się byłe żony i kochanki, erotyczne uniesienia, zdrady, kolejne łóżka. Przeszłość okazuje się tak silna, że historia Zuzy traci na znaczeniu, urywa się w zasadzie niedopowiedziana. Z boską Zuzą wygrywa siedząca w kawiarni przy basenie pięćdziesiąt lat wcześniej czarnula pijąca piwo i jedząca bułkę z szynką. A okruchy spadające na jej skórę stają się istotą rzeczy…

Nie mogę oczywiście nie napisać o tym, jak cudownie Jerzy Pilch gra i igra z czytelnikiem. Tyle tropów, tyle nawiązań do osoby własnej. Nieświadomy, łatwowierny czytelnik może się zagubić w fikcji, pomieszać ją z prawdą. Luter, Parkinson, Wisła, matka bohatera (a scena, w której i Zuza i matka razem boska), mieszkanie na Hożej. Rozmyślania o chorobie, samobójstwie i Cioranie prawie jak wyjęte z Drugiego dziennika. Motywy pojawiające się co i rusz w innych książkach Pilcha. Przypadek? Zdecydowanie nie. Co najważniejsze – te powtórzenia nie nudzą. Zyskują za to nowe znaczenie, stają się mroczniejsze, więcej w nich żalu i smutku. 

Dobrze wiem, że bohater to nie autor. Ale jakże ja lubię zbierać te okruchy, łączyć, znajdować różnice i nieścisłości, mieszać je z podobieństwami. To jest na pewno jeden z powodów, dla których tak Jerzego Pilcha bezwstydnie wielbię. Wielbię go też za zdania, którymi doprowadza mnie do obłędu. A że niekoniecznie chcę się moim uwielbieniem dzielić, to na zakończenie jeden mały cytat, ale jakże wymowny: „Można zakochać się w kobiecie, która nie lubi książek? Można, ale po co?”.
 

Zuza albo czas oddalenia, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2015
Źródło zdjęcia: http://www.gala.pl/wywiady-i-sylwetki/jerzy-pilch-granice-ekshibicjonizmu-8550/zdjecie/jerzy-pilch-29258#gallery

piątek, 26 czerwca 2015

Rodowe gerbery z Ikei na ścianie mojego braku pokoju


Dorota Masłowska to moim zdaniem jedna z najciekawszych postaci we współczesnej polskiej kulturze. Choć nie jestem fanką jej muzycznej przygody, to literacko kręci mnie jak mało kto. A raczej kręci mnie to, co robi z językiem polskim, jak się z nim bawi, jak buduje nim pokręcony obraz nas i naszej rzeczywistości. Tak też zrobiła w sztuce Między nami dobrze jest (Warszawa: Lampa i Iskra Boża, 2015). 

W jednopokojowym ciasnym mieszkaniu, gdzie nieustannie słychać kanalizacyjne odgłosy i dźwięki miasta za oknem, mieszkają one trzy: Osowiała staruszka na wózku inwalidzkim, Halina i Mała Metalowa Dziewczynka – przedstawicielki trzech pokoleń. Choć żyją razem i niby ze sobą rozmawiają, to tak naprawdę  każda mówi do siebie i o sobie. Staruszka na wózku piękną  polszczyzną nieustannie wspomina wojnę, jej pierwsze dni, gdy w sukience w kwiatki wracała z nad Wisły. Co i raz przerywa jej Mała Metalowa Dziewczynka jeżdżąca na rowerku po mieszkaniu ze swoim obrazem brudnej rzeczywistości, smrodu palonych rowerów, zużytych kondomów pływających w Wiśle. Niezrozumiałych słów uczy się z Internetu. Halina z kolei żyje kolorową prasą – wygrzebuje  makulatury zeszłoroczny magazyn o znamiennym tytule „Nie Dla Ciebie”, za darmo, stać ją. Rozwiązana krzyżówka, więc nie musi się już nad nią męczyć, do tego psychotest, a raczej psychotestów wyśmianie. Do tego jest jeszcze sąsiadka, gruba jak świnia Bożena, która nie chce swoją osobą zasłaniać nikomu jego pola widzenia. Rozmawia z Haliną o wakacjach, na które nie pojechały, w nieistniejących albumach pokazują sobie nieistniejące zdjęcia z nieodbytych wyjazdów. To wszystko  w otoczeniu przeterminowanego jedzenia, przepisów na potrawy do wyrzygania. Kobiety cierpią na brak: brak zrozumienia, brak komunikacji, brak przestrzeni własnej. Mała Metalowa Dziewczynka sprawdza, czy jest w swoim braku pokoju, gdzie nieustannie wysyła ją Halina.
Aleksandra Popławska - Mała Metalowa Dziewczynka i Danuta Szaflarska - Osowiała Staruszka na Wózku Inwalidzkim

Kolejny akty to kolejne pokręcone postaci i sytuacje. Reżyser, pseudoznawca win, nagradzany jest za nienakręcony film „Koń, który jeździł konno”, którego scenariusz sam w sobie jest jedną wielką groteską, przekręconym obrazem polskiej biedy i patologii.  Poprzedni akt może być zresztą owego filmu fragmentem. Zblazowany aktor alkoholik w pseudowywiadzie (dziennikarka swoje, a on swoje) opowiada o zdrowym stylu życia. Edyta zjadająca cukierki, które wiozła dzieciom do sierocińca, to oczywista kpina z celebrytek opowiadających na prawo i lewo o swojej dobroczynności. Nie zabrakło też durnej blondynki. Na ścianie w mieszkaniu reżysera wiszą rodowe gerbery z Ikei. 

Akt trzeci to prawdziwa jazda. Mieszkanie raz (albo naraz) jest luksusowe, raz paskudną norą. Wracają Mała Metalowa Dziewczynka i Osowiała staruszka na wózku inwalidzkim. Babcia wciąż opowiada o wojnie, a opowiadając o wojnie, wojna staje się rzeczywistością. Staruszka na wózku ginie pod gruzami kamienicy. Do Małej Metalowej Dziewczynki dociera, że sokoro nie ma babki, nie ma też i matki, a tym samym nie ma też i jej… 

 Dorocie Masłowskiej po raz kolejny udało się w absurdalny sposób pokazać absurdy naszej rzeczywistości. Świat z kolorowych magazynów łączy się z najgorszą biedą, nieustanny brak staje się powodem nie do narzekania, ale do opowiada sobie o tym, czego się nie doświadczyło, o tym, czego nie ma. Jest też sączący się z radia obraz Polski minionej, Polski – królowej i matki świata, z czasów, gdy istniała tylko Polska. Jedyna Polska na swe ojczyzny łono przyjmowała każdego bez względu na narodowość, bo przecież każdy był Polakiem. Fanatyczny patriotyzm miesza się z całkowitym zatracaniem narodowej tożsamości. Czysty obłęd. 

Co jest w sztuce najlepsze, to oczywiście polszczyzna Masłowskiej. Sposób, w jaki pokazuje rzeczywistość, jadowite poczucie humoru, które każe się śmiać nawet w najbardziej tragicznych momentach – biorę to i mnie to bierze, tuż po Wojnie polsko-ruskiej, która swego czasu całkowicie zryła mi mózg, i po bolesnej Kochanie, zabiłam nasze koty. Otaczająca nas rzeczywistość jest pusta, brudna i zepsuta, ale jak śpiewał kiedyś zespół Siekiera, „Między nami dobrze jest…”.