niedziela, 30 grudnia 2012

Wspomnienia szpiega



Typowe powieści szpiegowskie to zdecydowanie nie moja bajka. Nigdy mnie nie pociągały. Sięgnęłam jednak po jedną powieść o szpiegu zaintrygowana jego historią. I choć postać Victora Maskella, bohatera powieści Johna Banville'a, wzorowana była na Anthonym Bluncie, "bohaterze" jednej z największych afer szpiegowskich, to pierwowzór nie był i nie jest dla mnie w zasadzie istotny. To sam Maskell stał się powodem, dla którego tak mocno weszłam w Niedotykalnego ("Znak",  Kraków 2010).

Victora poznajemy jako siedemdziesięciodwuletniego schorowanego (zdiagnozowano u niego raka) i publicznie potępionego - ujawniono jego szpiegowską działalność na rzecz Związku Radzieckiego, odebrano tytuły i funkcje. Pojawia się u niego Serena Vandeleur, dziennikarka, pragnąca napisać o nim książkę i to jej właśnie Maskell opowiada historię swojego życia. I to z jego bezpośredniej relacji dowiadujemy się, co spowodowało, że został podwójnym szpiegiem i kim właściwie był. Ten sposób narracji ma jednak znaczącą wadę (nie dla powieści, dla poznania). Bohater odkrywa się przed czytelnikiem tylko na tyle, na ile tego chce.

Victor Maskell, choć potępiony jako szpieg, przede wszystkim był wielbicielem, koneserem sztuki, autorem monografii Nicolasa Poussina, zafascynowanym jego Śmiercią Seneki, obrazem w rzeczywistości nieistniejącym, który to jednak odegra w powieści niemałą rolę. Wybitny intelektualista studiował na Cambridge, gdzie zetknął się ze środowiskiem młodej lewicy. Szybko zyskał w kręgu szacunek i uznanie, razem z Nickiem Brevoortem, przyjacielem, bratem jego przyszłej żony i chyba największą miłością, a przynajmniej najbardziej fascynującym i pociągającym go człowiekiem, odbył podróż do ogarniętej wojną domową Hiszpanii i porewolucyjnej Rosji. Ciesząc się zaufaniem, został włączony w działalność szpiegowską na rzecz Rosji radzieckiej, co po wybuchu II wojny światowej, nie przeszkodziło mu funkcjonować w wywiadzie brytyjskim, co bardzo przydało się jego radzieckim „przyjaciołom”. Ten okres jego życia był do granic przepełniony ważnymi i mniej istotnymi wydarzeniami. Ożenił się z nieco mroczną Vivienne, spłodził dwójkę dzieci. Jednak życie rodzinne nie pociągało go tak bardzo, jak działalność szpiegowska. Nie rezygnował również z życia towarzyskiego, przepełnionego oparami alkoholu i tytoniowego dymu. Dzięki tym opisom możemy poznać środowisko, w którym się obracał, a w którym nie brakowało niezwykłych charakterów – jedni byli odpychający, drudzy fascynujący, jeszcze inni tworzyli niezwykle barwne tło. Podczas jednego z nalotów na Londyn poznał też smak homoseksualnej miłości, odkrywając w sobie nową namiętność. Od tej pory działalność na rzecz wywiadów łączył z, jak to sam określał, łowami na mężczyzn. Trzeba zaznaczyć, że homoseksualizm w Wielkiej Brytanii do 1967 roku był karany więzieniem. Dlatego poszukiwanie seksualnych przygód było dla Victora tak samo niebezpieczne, jak szpiegowanie. Zresztą w tych niepewnych, ryzykownych, ukradkowych spotkaniach w miejskich szaletach, brudnych zaułkach, parkach krył się wielki urok możliwości bycia przyłapanym. We wspomnieniach dotyczących jego życia seksualnego jest raczej powściągliwy, nie ze wstydu, lecz z niechęci dla naturalistycznych scen, nie unika jednak wspominania przygód i kochanka Patryka. Po wojnie Victor postanawia zrezygnować z działalności szpiegowskiej i dla Brytyjczyków, i dla ZSRR i całkowicie poświęcić się jego największej namiętności, czyli sztuce. Jednak od przeszłości nie udało mu się odciąć, powracała do niego wielokrotnie, w końcu doprowadzając go do wspomnianego na początku upadku.

Victor Maskell to postać, z którą mam wielki problem. Zdrajca ojczyzny i ideałów, choć sam mówił, że nie można zdradzić tego, w co się nie wierzy, musi budzić negatywne uczucia. Do tego zakochany w brzmieniu własnego głosu bufon – taki jawi się jako opowiadający swoje losy starzec. Jednocześnie jego młodzieńcze losy, dylematy i wybory budziły we mnie pewien rodzaj współczucia i fascynacji. Może po prostu dałam się uwieść tej diabelskiej postaci… Ale zamknięcie jego historii, o którym tu ani słowa, każe mi sądzić, że to postać niezwykle tragiczna. Nie wybiela to jego negatywnych działań, ale też budzi pewien rodzaj wzburzenia. Cóż, uwielbiam takie nieokreślone postaci, choć momenty, w których czułam się wkurzona jego zachowaniem i uwielbieniem dla siebie, nie były rzadkie. Tym bardziej że odpowiedź na to, dlaczego zdradził jest wciąż… trzeba samemu przeczytać, żeby zawyrokować.

Spotkałam się z opiniami, że Niedotykalny to wyjątkowo nudna pozycja, a opowiedziana w niej historia, mimo że ciekawa, to została niepotrzebnie rozwleczona. Nie zgadzam się z tym w ogóle. Dla mnie każda postać, każdy opis, historia stanowi o uroku tej powieści. Bohater Banville’a to typ intelektualisty, erudyty, który konstruuje piękne zdania. Pod względem językowym jestem powieścią zachwycona, niemal czyste, niepozbawione poczucia humoru, piękno muszę przyznać. Nie jestem w stanie ocenić, jak książką wygląda jako powieść szpiegowska, ale jako powieść psychologiczna, poruszająca zagadnienia moralności, etyki, estetyki, wyborów sprawdza się znakomicie, nie zanudzając mnie ani przez moment. Naprawdę warto zawrzeć bliższą znajomość z Victorem Mankellem.

piątek, 14 grudnia 2012

Wezwana do odpowiedzi

Kochana Naia wyróżniła mojego skromnego bloga i zaprosiła mnie do nieco ekshibicjonistycznej  zabawy Liebster (zasady również u Nai). Ponieważ rzadziej tu bywam niż mnie nie ma, a moje ulubione blogi zostały już wyróżnione, nie ośmielę się wywoływać nikogo do odpowiedzi. Sama jednak z przyjemnością odpowiadałam na bardzo ciekawe pytania, jakie zadała mi jedna z moich ulubionych blogerek:

1. Gdybyś miał możliwość, niczym bohater O północy w Paryżu Woody'ego Allena, wsiąść do magicznego samochodu uwożącego Cię do innej epoki, którą byś wybrał? Która artystyczna bohema pociąga Cię najbardziej?
 Nad tym pytaniem nie musiałam się wcale zastanawiać. Od razu cofnęłabym się do lat dwudziestych XX wieku, żeby sobie pogawędzić ze Skamandrytami, a w szczególności z diabolicznym Julianem Tuwimem i nieśmiałym Antonim Słonimskim. A Emilowi Zegadłowiczowi podziękowałabym bym mocno za rozkosz czytania Zmór. Chętnie zajrzałabym też do młodopolskiego Krakowa i wypiła to i owo z Przybyszewskim i jego ekipą, pod bacznym okiem Boy'a Żeleńskiego.
A gdybym mogła sobie wybrać nie epokę, a świat to z miejsca przeniosłabym się do brudnego, ale zamieszkanego przez niezwykłe postaci Ankh-Morpork w Świecie Dysku.

2. Wszyscy wiemy, jak wiele dobrego wynika z czytania. Ale wszyscy pamiętamy też nieszczęsną Emmę Bovary, która zrujnowała sobie życie, gdy przestało pasować do wyczytanego przez nią w romansach schematu. Czy myślisz, że w dzisiejszych czasach książki mogą również w pewnych przypadkach okazać się zatruwającym umysł narkotykiem?
Sądzę, że bez względu na poziom czytelnictwa książki zawsze mogą stanowić ten rodzaj zagrożenia. Zwłaszcza dla ludzi o słabej psychice, którzy nie potrafią oddzielić fikcji od rzeczywistości  i które tak bardzo nie radzą sobie  z życiem, że uciekają w inne światy. Dlatego sama nie mówię, że czytanie jest moim nałogiem, bo dobrych nałogów nie ma (moim zdaniem). Jest dla pasją i namiętnością.

 3. Czy zdarzyło się kiedyś, że książka tak mocno wpłynęła na Ciebie swoim klimatem, że postanowiłeś odwiedzić miejsce, które opisywała, i dopiąłeś swego? Jakie miałeś wrażenia?
Niestety, to dopiero przede mną. Napiszę, jak mi się uda osiągnąć cel.

4. W poszukiwaniu straconego czasu czy Ulisses?
Jeszcze nie jestem w stanie wybrać. W poszukiwaniu straconego czasu czeka na odpowiedni czas na półce, a Ulisses, choć już zanalizowany i omówiony, to przeczytany wybiórczo, bo wydanie mnie mocno zniechęciło. Ale, że jest w zapowiedziach Znaku na 2013  rok, więc jest szansa na powtórne podejście. Jeśli zaś chodzi o sam tytuł to zdecydowanie  W poszukiwaniu...

5. Czy widzisz samego siebie w roli pisarza? Jeśli tak, co najbardziej wyzwala w Tobie pragnienie pisania? Czy zdarza Ci się spojrzeć na kogoś, kogo znasz lub dopiero poznałeś, i pomyśleć: „To byłby świetny bohater do mojej książki”?
Nigdy nie ciągnęło mnie do pisania fabularnego. Zdecydowanie bardziej wolę się zachwycać pięknymi zdaniami, niż sama je próbować tworzyć. Jeśli pisanie, to tylko coś historycznoliterackiego, o czytanych tekstach itp. Za to bardzo lubię redagować, może kiedyś trafi mi się jakaś proza, bo na razie tylko nad tekstami naukowymi się znęcam.

6. Jak myślisz, jak mocno na twórczość pisarza wpływa jego narodowość? Czy dostrzegasz cechy wspólne dla pisarzy pochodzących z jednego kraju? Czy któraś literatura narodowa odpowiada Ci szczególnie?

Jakby się pisarze nie zapierali, wypierali i przeczyli jakimkolwiek wpływom ich narodowości na to, co tworzą, to takie wpływy niewątpliwie są. Raz mniejsze, raz większe i zależy to też od typu publikacji, są. Chyba najbardziej to widać wśród pisarzy iberoamerykański – bez względu na to, czy ich twórczość można zaliczyć np. do realizmu magicznego, czy nie, to sposób pisania, traktowania języka, budowa zdań, a także postrzeganie rzeczywistości jest zawsze w jakiś sposób podobne i uwarunkowane narodowością.
Jestem literacką patriotką, kocham polskich pisarzy i ich dzieła. Wspomniana literatura iberoamerykańska też jest mi bardzo bliska. Ale w zasadzie czytam to, na co mam ochotę bez względu na pochodzenie autora.

7. Panuje powszechne przekonanie, że prawdziwy pisarz musi mieć barwne życie, by mieć o czym pisać. Jest jednak wiele przykładów wybitnych artystów, przykutych przez całe życie do łóżka lub po prostu żyjących na odludziu, w mniej lub bardziej dobrowolnej izolacji towarzyskiej. Co o tym myślisz, czy Twoim zdaniem rzeczywiście dobry pisarz musi być trochę poszukiwaczem przygód?
Myślę, że pisarzy można by podzielić na dwie grupy (mocno uogólniając). Po pierwsze na doskonałych obserwatorów rzeczywistości i ludzi, łowców przygód i tematów na dobrą książkę oraz czerpiących z własnych doświadczeń. Po drugie na obdarzonych wyjątkową wyobraźnią i wrażliwością, dzięki którym są wstanie stworzyć niezapomniane dzieła, odcinając się od rzeczywistości.

8. Twoje marzenie o szczęściu.
Jak zdradzę to może się jeszcze nie spełni i co wtedy? Ale na pewno jest tam miejsce na brodacza, bogatą biblioteczkę i święty spokój ;)

9. Kim lub czym chciałbyś być, gdybyś nie był tym, kim jesteś?
Modelką Gustava Klimta. I wyczekiwanym listem.

10. Dar natury, który chciałbyś posiadać.
Możliwość zatrzymywania czasu.

11. Jak chciałbyś umrzeć?
Wcale nie chcę. 


niedziela, 2 grudnia 2012

Samotność radiowca (w skrócie)


Radiowa Trójka to stacja ośmielam się stwierdzić kultowa. A już na miano kultowej zasługuje zapewne Lista Przebojów Programu Trzeciego. Wprawdzie nie mam nałogu słuchania jej każdego tygodnia, śledzenia spadków i skoków, ale nadal jest to dla mnie źródło dobrej muzyki. A także sentymentu, bo przed dobą Internetu spisywało się wykonawców i tytułu, nagrywało najlepsze utwory. Jednak nie jestem osobą, która bez radia i Listy żyć nie może. Taką jest za to Marek Niedźwiecki, dla którego radio jest całym życiem, o czym pisze w książce Nie wierzę w życie pozaradiowe (Wyd. Agora, Warszawa 2011).

Książka Marka Niedźwieckiego to oczywiście opowieść o jego wielkiej miłości do radia, o początkach tej  nieustającej do dziś fascynacji. Wspomina pierwsze zauroczenie radiem, listy przebojów, które słuchał i oczywiście dokładnie zapisywał, nie opuszczając żadnego notowania (oprócz tego, które wypadło w dzień jego studniówki, ale tu znalazł godnych siebie zastępców). Ale nie tylko. To też swego rodzaju forma autobiografii. Piszę swego rodzaju, bo Niedźwiecki nie jest osobą, która lubi o sobie mówić, zdradzać największe tajemnice, ujawniać życie prywatne. Oczywiście w książce jest mowa o jego dzieciństwie, młodości, czasach studenckich. O najbliższych członkach rodziny autora, ale to wszystko przedstawione jest w sposób bardzo subtelny, skromny, a jednocześnie niepozbawiony poczucia humoru. 

Fascynacja radiem i muzyką mogła doprowadzić młodego Niedźwieckiego do tylko jednego wniosku - że chce pracować w radiu i z nim związać swoją przyszłość. Do tego stopnia, że studia na łódzkiej Politechnice wybrał ze względu na aktywnie działające Studenckie Radio Żak. Nie będę tu zdradzać jego drogi do jednego z najbardziej znanych głosów radiowej Trójki, bo o tym sam świetnie pisze w książce. Chcę jedynie zaznaczyć, jak istotny był to i nadal jest element jego życia. Istotny, chyba raczej najważniejszy.

Niedźwiecki nie tylko spotykał się z niesamowitymi osobami, przeprowadzał wywiady ze świetnymi muzykami, dzielił się ze słuchaczami swoimi odkryciami i fascynacjami. Pozazdrościć mu mogę (i czynię to bezwstydnie) jego niesamowitych podróży. Stany Zjednoczone, Indie, Kanada, Francja, wreszcie Australia i wiele innych niezwykłych miejsc. Okruchy wspomnień z tych wypraw również znalazły się w jego książce. Dodatkowo zdobią je rankingi najlepszych miejsc do zobaczenia w danym kraju i zdjęcia. Zresztą zdjęcia stanowią ozdobę całej publikacji, jak również fragmenty z pisanego przez Marka Niedźwieckiego od lat pamiętnika.

Nie wierzę w życie pozaradiowe pochłania się błyskawicznie. To naprawdę fascynująca relacja z życia niesamowitego człowieka. Ma jednak jedną wadę, dość sporą - jest stanowczo za krótka. Tym bardziej, że dla mnie, oprócz opowieści z życia radiowca, jest to przede wszystkim piękna opowieść o samotności jako sposobie na życie. O wyborze takiej drogi, która przynosi spokój, ucieczkę od bólu i rozczarowań. I która daje szczęście. Zawsze bowiem jest muzyka, która uszczęśliwia ludzi. 

A na zakończenie pierwsza 10 Listy Przebojów Programu Trzeciego notowania nr 1609:
1. T. Love Lucy Phere
2. Lao Che Zombie
3. Hey Do rycerzy, do szlachty do mieszczan
4. Adele Skyfall
5. Metallica When a blind man cries
6. Luxtorpeda Gimli
7. Maria Peszek Ludzie psy
8. Kim Nowak Mokry pies
9. Dead Can Dance Opium
10. Skubas Linoskoczek



wtorek, 21 sierpnia 2012

Dunstan Ramsay o diable

"Może więc diabeł to to samo co grzech? Nie, chociaż grzech jest dla niego bardzo użytecznym narzędziem. We wszystkim, co można rozsądnie nazwać grzechem, zawarty jest moment osobistego wyboru. To pochlebne dla człowieka, że wolno mu dokonać tak ważnego wyboru. Diabeł bardzo lubi okres wahania się przed podjęciem decyzji."

"Ostatnio wiele myślałem o diable i zastanawiałem się, czy humor nie należy do najgenialniejszych jego wynalazków [...].
[Humor] Pomniejsza dawne okropności, przesłania obecne, wskutek czego nie daje nam widzieć jasno, a może i uczyć się z tego, co znać powinniśmy. Kto czerpie z tego korzyść? Na pewno nie ludzkość. Tylko diabeł mógł wpaść na coś równie subtelnego i wmówić ludziom, że powinni to cenić".
Robertson Davies, Świat czarów, Warszawa, PIW: 1989.

niedziela, 17 czerwca 2012

Lekka książka o ważnej sprawie - "Służące" Kathryn Stockett

Problem segregacji rasowej w Stanach Zjednoczonych niejednokrotnie poruszany był w literaturze. Ciężko nie wspomnieć o Zabić drozda Harper Lee, Chacie wuja Toma Harriet Beecher Stowe czy Sekretnym życiu pszczół Sue Monk Kidd. Do tej tematyki sięgnęła również całkiem niedawno urodzona w Jackson w stanie Missisipi Kathryn Stockett w cieszącej się popularnością (także za sprawą filmu) książce Służące (Media Rodzina, Poznań 2010). 

Młoda (choć zdaniem jej matki już niemal stara panna!) Skeeter, która po skończeniu studiów wróciła do rodzinnego domu w Jackson, postanowiła  spełnić swoje marzenia i zostać pisarką. Dzięki inspiracji i pomocy żydowskiej redaktorki, która dała jej nadzieję na wydanie książki, postanowiła napisać opowieść o życiu czarnoskórych służących pod dachem ich białych pań. W przedsięwzięciu pomaga jej Aibileen - służąca, która mądrością, inteligencją i dobrocią serca bije na głowę niejedną gospodynię, oraz pyskata, bezczelna i uparta Minny, która choć nie umie trzymać języka za zębami, to za to gotuje wyśmienicie. Mogłoby się wydawać, że napisanie książki nie stanowi problemu, ale trzeba pamiętać, że w latach sześćdziesiątych XX wieku w Jackson obowiązywała ścisła segregacja rasowa - czarni nie mogli korzystać z miejsc przeznaczonych dla białych i odwrotnie, a każdy biały nawiązujący bliższe stosunki z czarnoskórymi od razu był na świeczniku i traktowany był jako niebezpieczny wywrotowiec. Dlatego inicjatywa Skeeter, Aibileen i Minny była niezmiernie ryzykowna. Wszystkie trzy oraz inne służące biorące udział w przedsięwzięciu ryzykowały nie tylko zdrowiem, ale nawet i życiem. Skeeter narażała się, przyjeżdżając ukradkiem do dzielnicy czarnych, gdzie nie mogła być bezpieczna, lecz także ryzykowała, gdyż jej przyjaciółka była jedną z najaktywniejszych działaczek propagujących segregację i głosząca absurdalne hasła na temat czarnych. Z kolei służące ryzykowały utratę pracy, wolności, bezpieczeństwa. Ale chęć powiedzenia prawdy i pragnienie zmiany było silniejsze. Dlatego podjęły się tej nie do końca pewnej sprawy. 

Ale Służące to także opowieść po prostu o życiu na amerykańskim południu w latach podboju kosmosu, działań na rzecz równouprawnienia, wynalezienia pigułki antykoncepcyjnej i valium. Umożliwia to zmieniająca się narracja, przedstawiana z perspektywy Aibileen, Molly i Skeeter (tylko w jednym rozdziale występuje narracja w trzeciej osobie, co ma oczywiście swoje fabularne uzasadnienie). Dzięki temu możemy poznać, codzienne życie każdej z nich, ich przemyślenia, marzenia i wątpliwości. Aibileen zmaga się z utratą syna, a także ze świadomością, że z  kolejnym  piastowanym  przez nią białym dzieckiem, które kocha mocniej niż rodzona matka, będzie musiała się rozstać. Przechodzi także wewnętrzną walkę i przemianę.
Molly, w wyniku sprytu przyjaciółki, po trudach związanych z niesłusznym oskarżeniem jej o kradzież i straszną sprawą z ciastem, dostaje pracę u tajemniczej kobiety, mieszkającej poza miastem. I choć wiele w życiu już przeszła i pracowała u różnych pań, to w tym domu ma do rozwikłania największą tajemnicę.
Z kolei Skeeter, nie dość, że musi się zmagać z matką, która cały czas ubolewa nad samotnością córki oraz jej wysokim wzrostem, to jeszcze ma na głowie Ligę Kobiet, przyjaciółki, od których coraz bardziej się oddala. A i pojawia się także pewien mężczyzna. Jakże by inaczej... Ale na szczęście dla czytelnika nic nie jest tak proste, jak się może wydawać.

Służące czyta się z wielką przyjemnością, ale też bez wielkich namiętności. Jasne, podjęta przez autorkę tematyka jest trudna, a i historie bohaterek nie są lekkie, jednak sposób, w jaki książka została napisana, nie pozwala na głębszą analizę. I nawet nie wiem, czy powieść miała być wielkim, ambitnym dziełem. Chyba raczej nie. I dobrze. Bo fakt, że Służące, to bardzo dobre, lecz ciągle czytadło, daje dużo przyjemności z samego aktu czytania. Zmienna perspektywa, tajemnice, niepewności oraz intrygujące postaci to zdecydowane zalety powieści. I dobrze też, że autorka zrezygnowała  z moralizowania i całkowicie oddała głos bohaterkom. Polecam, szczególnie w upalne, duszne dni, co choć troszkę pozwoli przybliżyć sobie panującą w książce atmosferę.

niedziela, 20 maja 2012

"Tarantula" - czyżby zemsta idealna?

 Uwaga:  tekst tylko, dla tych, którzy czytali Tarantulę Jonqueta. Nie mogłam go napisać, nie zdradzając wszystkiego.

Thierry Jonquet
Jak bardzo ojciec może się zemścić na człowieku, który straszliwie skrzywdził i doprowadził do szaleństwa jego córką? Do czego może się posunąć w swej nienawiści? I wreszcie - czy może przestać nienawidzić? To tylko jedne z niewielu pytań, które nasuwają się podczas lektury krótkiej, ale jakże treściwej książki Thierry'ego Jonqueta Tarantula (Wydawnictwo Prószyński i S-ka,  Warszawa 2011). Richard Lafargue znalazł  formę zemsty niemal idealnej (jeśli można tak o zemście powiedzieć). Gwałciciela swojej córki pozbawił wolności, męskości, człowieczeństwa. Nie brzmi to przekonująco? Na pewno było dla Victora, który nagle, nie wiedząc czemu, został uwięziony, strasznie torturowany, upodlony do tego stopnia, że sam zaczął uważać się za potulne, posłuszne zwierzę, byle tylko uzyskać odrobinę ciepła od swojego oprawcy. Lafargue podjął z nim perfidną zabawę, a może lepiej napisać zabawę nim? Pozwolił bowiem, aby Victor zaczął cenić każdy najmniejszy gest dobroci, jaki okazał uwięzionemu. Miejsce tortur zmieniło się w niemal przytulny kąt, z fortepianem, elektronicznymi szachami, sztalugą. Porwany dostawał najlepsze pożywienie, słuchał wielkich kompozytorów.  Jego pan opatrywał mu nawet rany i otarcia od łańcuchów. W końcu Victor sam uznał, że nagość i łańcuchy to jedynie forma perwersji. Wszystko inne mu wystarczało. Nie spodziewał się jednak, że najgorsze dopiero przed nim. Nie domyślał się, jak wielki cios zostanie wymierzony mu jako mężczyźnie. Nawet zanik popędu seksualnego, widok sflaczałego penisa, nie był niczym strasznym. Nie zdziwiły go rosnące piersi, konieczność noszenia stanika. Bo jego pan był przy nim. Głaskał, pocieszał. By sprawić mu zupełnie nowe więzienie, takie, z którego nie ma ucieczki. Richard Lafargue, wzięty chirurg plastyczny, uwięził bowiem Victora w innym ciele, w ciele kobiety. Po przeprowadzonej operacji, kazał mu oglądać, jak wygląda zabieg zmiany płci. Jak usuwane są męskie narządy płciowe, jak zastępuje się je żeńskimi. W ten sposób narodziła się Ewa - niewiasta z męskiego ciała. Kobieta tak piękna, że wzbudzała pożądanie każdego mężczyzny. Kobieta idealna. Ale  w jej ciele cały czas uwięziony był Victor.  

Pozbawienie tożsamości to nie koniec kary, jaka została wymierzona Victorowi-Ewie. Lafargue zmusił go/ją do prostytucji, do sypiania z mężczyznami, do spełniania ich fantazji, szczególnie upodobał sobie perwersyjnych klientów. Jak wielkim musiało być to upokorzeniem dla Victora. Jak wielkim upodleniem, było sypianie z mężczyznami, którzy wiedzieli w nim ideał kobiety. Jak straszny musiał być też widok chorej psychicznie córki Lafargue - najstraszliwszej ofiary w tej historii. Ojciec skrzywdzonego dziecka obmyślił zemstę niemal doskonałą. Karmił się nienawiścią do pięknej Ewy, która również w nim wzbudzała pożądanie. Podglądał, jak Victor-Ewa usługuje klientom, a upodlenie ofiary go nasycało i dawało siłę do życia. Lecz w pewnym momencie pojawiła się litość, a być może coś więcej. W każdym razie zniknęła nienawiść - powód tej wyrafinowanej gry ze swoją ofiarą. I ten moment w książce uważam za jeden z najsłabszych.  Bo dałam się uwieść Richardowi, litość i współczucie, które początkowo odczuwałam dla Victora (nie znając jego historii, jedynie domyślając się jej fragmentów), szybko zniknęły. Szalony pomysł na zemstę, wydał mi się genialny, mimo swej okrutności. I nagle jego twórca się poddał, załamał. A ja żałowałam, że nie potoczyło się to dalej. Bo kara mogła być jeszcze okrutniejsza.  Z drugiej strony, mimowolnie, choć czułam do Ewy szczerą nienawiść, również jej dawałam się powoli uwodzić. Dlatego żałuję, że książka skończyła się tak szybko. Ale może to i lepiej dla mnie...

W książce pojawia się jeszcze jeden bohater, który razem z Victorem zgwałcił córkę Lafargue'a. Ta postać jednak nie budziła we mnie żadnych emocji poza irytacją, nad jego bezdenną głupotą. 

Po lekturze książki odbyłam na jej temat kilka rozmów. Większość skupiała się oczywiście na Viktorze-Ewie. Moi współrozmówcy twierdzili, że Ewa całkowicie przejęła Victora. Że z mężczyzny stał się kobietą również psychicznie, nie tylko cieleśnie. Ja jednak nie mogę się z tym zgodzić. Jasne, bycie Ewą wpłynęło na Victora. Musiało go zmienić. Ale mimo wszelkich doświadczeń, mimo podjęcia gry z chirurgiem, próby upokarzania go, pozostało w nim coś z Victora, co obudziło się pod koniec książki, by chyba znów ukryć sie w zakamarkach jego-jej umysłu. I to też jest kolejny wielki temat tej lektury. Czym jest tożsamość człowieka, czym jest jego ja? Czy można go pozbawić osobowości, zmieniając jego ciało? Pytania, które mnie wciąż dają do myślenia. 

Książka Jonqueta wzbudzała wśród czytelników wielkie emocje, uznano ją za oburzającą, perwersyjną, bulwersującą. Ja się waham z takimi ocenami. Owszem, kilka scen mnie zniesmaczyło, przy kilku miałam ochotę rzygać, ale nie byłam zaszokowana samym faktem zamiany Victora w Ewę. Uznałam perfidię i geniusz chirurga, który upodlił oprawcę swej córki, chyba tak, że już bardziej nie można. Ale nadal nie wiem, co tak naprawdę mnie w tej książce poruszyło. Czy sposób na pozbawienie kogoś jego ja, czy fakt, że sama poddałam się tej grze, którą przecież od razu, gdyby o czymś takim usłyszała,  uznałabym za niedopuszczalną. Nie chcę tutaj poruszać tematu, czy w ogóle Lafargue miał prawo do wymierzenia sprawiedliwości i zemsty, i do kogo należy wymierzanie kary, choć jest także istotny. Wolałabym znaleźć odpowiedź na pytanie, co takiego sprawiło, że tego rodzaju dylematy moralne pojawiły się u mnie dopiero po pewnym czasie, czemu nie zwątpiłam w słuszność działań chirurga. Wydaje mi się, że dość długo nie przestanę analizować tej lektury.
Na  razie pozostaje mi jeszcze obejrzenie filmu Pedro Almodovara. Zobaczymy, co wtedy.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Julii Hartwig dziennik intymny

Po Dziennik Julii Hartwig (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011)  sięgnęłam z powodu mojego zamiłowania do czytania tego rodzaju zapisków, a nie w wyniku bycia miłośniczką jej poezji (przyznać muszę, że słabo ją znam, ale zamierzam nadrobić).  Był to wybór o tyle nie przypadkowy, że wszelkie dzienniki i pamiętniki ludzi związanych z literaturą szalenie mnie pociągają, więc mając taką możliwość, od razu z niej skorzystałam. Nie miałam pojęcia czego się spodziewać, ale już od pierwszej strony gratulowałam sobie wyboru. 

Dziennik rozpoczyna wstęp od autorki, w którym Julia Hartwig wspomina swoje pierwsze pobyty w Paryżu, emigrację wraz z mężem Arturem Międzyrzeckim  i córeczką do Stanów, a wreszcie powrót do Polski aż po upadek PRL. Już z samego wstępu wyłania się obraz postaci niezwykle interesującej, inteligentnej, wrażliwej na otoczenie. Poetka wspomina tu prace we Francji nad książkami o Apollinairze i de Nervalu, kontakty z niezwykłymi ludźmi, a  także proste czynności jak wizyty w kawiarenkach czy spacery. Po krótkim, ale treściwym i pomagającym czytelnikowi, który nie jest zaznajomiony z losami Hartwig, poznać bohaterkę wprowadzeniu następuje część właściwa, czyli notatki z lat 2008–2010. I tu zaczyna się prawdziwa uczta i to bogata w najrozmaitsze dania. Poetka bowiem porusza najróżniejsze tematy, które dotyczą jej, ludzi, których zna i znała, a także bieżących sytuacji politycznych i społecznych. Dlatego niech nie dziwią odwołania do rządów PiS-u i opinie Hartwig na temat braci Kaczyńskich (jakże zbieżne z moimi, na szczęście), poczynań prezydenta, rządu, ale również dotyczące tragedii w Smoleńsku i walki o krzyż. Lecz jeśli ktoś chce tu znaleźć jakieś krzykliwe hasła i wulgarne obrazy srodze się zawiedzie. Cechą autorki dziennika jest bowiem wielka subtelność, rozwaga i szacunek, które nic nie ujmują ze szczerości wypowiedzi.

Sytuacje polityczne zajmują najmniej miejsca w Dzienniku. Większość to opis wydarzeń, w których uczestniczyła w opisywanym czasie Julia Hartwig, jej podróży, spotkań autorskich oraz spotkać z przyjaciółmi tak wielkiego kalibru jak Marek Edelman czy Leszek Kołakowski. Dużo miejsca zajmują również portrety bliskich jej ludzi, którzy już odeszli, a także rozważania dotyczące aktualnie czytanych książek, wizyt w teatrach czy na koncertach. Króciutkie notatki mieszają się z wielostronicowymi wspomnieniami i obrazami i nigdy nie jest nieciekawie. Julia Hartwig ma wielki dar do opisywania rzeczywistości i ludzi, bez względu na to, czy wspomina o złamanej nodze i rehabilitacji czy opisuje spotkanie Allenem Ginsbergiem. Każde jej wspomnienie zawiera ogromny szacunek do osób, które miała okazję poznać, a mnie przepełniała szczera, ale nie zawistna zazdrość o jej kontakty z Miłoszem, Słonimskim, Iwaszkiewiczem, Szczepańskim i wieloma innymi wielkimi ludźmi.

Najmniej Julia Hartwig pisze właściwie o sobie samej i swojej rodzinie. Choć oczywiście wspomina miejscami Artura Międzyrzeckiego, to czyni to zazwyczaj w związku z przywołaniem ich wspólnych przyjaciół lub wspominając prace nad jego korespondencją. Jej córka Daniela, mieszkająca na stałe w Stanach Zjednoczonych, również pojawia się na kartach Dziennika, lecz także z rzadka, przy wyjątkowych okolicznościach, również wspomnieniowych lub dotyczących jej pobytu w Polsce. Swoją osobą poetka zajmuje się jakby przy okazji. Wspomina o dolegliwościach zdrowotnych, owszem, ale nie ma tu nic z użalania się nad sobą, wręcz przeciwnie, można odnieść wrażenie, że traktuje je jakby mimochodem. Z pokorą i skromnością, w moim odbiorze szczerą, a nie udawaną, pisze o sobie przy okazji uroczystości jej dedykowanych, tak jakby była gdzieś obok tych wydarzeń. Dziennik nie był by dziennikiem, a już na pewno nie byłby dziennikiem intymnym, gdyby nie zawierał refleksji i przeżyć jego autorki i chyba w tej formie Julia Hartwig najlepiej wyraża siebie  - przez opis odczuć, ale zazwyczaj przez pryzmat innych ludzi lub też czytanych książek i słuchanej muzyki. Również historia jej życia ujawnia się jako towarzysz i dodatek do prezentowanych losów innych.

Trudno mi opisać lepiej tę książkę. Nie można przecież streścić Dziennika, tym bardziej dziennika tak przepełnionego nazwiskami, wydarzeniami, tytułami. Ale choć indeks nazwisk zajmuje 16 stron, niech się nikt nie boi natłoku postaci będących bohaterami tej książki. Wielką przyjemność bowiem sprawia czytanie o tak interesujących postaciach, do których śmiało mogę zaliczyć poetkę.  A sam Dziennik to jedna z najlepszych czytanych przeze mnie ostatnio pozycji, zachwycająca, prowokująca do głębszych refleksji, a dla mnie osobiście niezwykle inspirująca do działania. Pozostaje mi więc  tylko sięgnąć po poprzednie dzienniki Julii Hartwig i poddać się inspiracji.
https://picasaweb.google.com/lh/view?q=Julia+Hartwig&uname=116676126153996086045&psc=G&filter=1#5452839945040963058