Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tożsamość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tożsamość. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 listopada 2016

Nieoczywista rzeczywistość Rafała Niemczyka - "Mama umiera w sobotę"



Kiedy mam coś napisać, mimo setek myśli i słów kłębiących się w głowie, zawsze mam problem z początkiem. A teraz mam tak wielki z nim kłopot, że może zacznę po prostu: żałuję. Żałuję, że tom opowiadań Mama umiera w sobotę Rafała Niemczyka (Wrocław: Wydawnictwo Afera, 2015) przeczytałam. Że mam to już za sobą. Że kilka minut temu zamknęłam książkę i pozbawiłam się możliwości obcowania z nią po raz pierwszy. Są owszem i będą razy następne, ale to ten pierwszy jest tak sugestywny, sensualny, tak wżerający się w umysł i ciało. A ta książka, te opowiadania takie właśnie są – przenikające, uporczywe, budzące dreszcze.

Siedem opowiadań, siedem niezwykłych historii, każda inna i każda taka jak być powinna. Już tytułowe opowiadanie zapowiada, że będziemy mieć do czynienia z tekstami niebanalnymi, nieoczywistymi. I choć tu jest jeszcze w miarę spokojnie, sobota to nie jest dobry dzień na umieranie, to już powoli budzą się demony (choć rozum wcale nie zasypia). I z każdym kolejnym tekstem będą one sobie poczynać coraz śmielej i śmielej. Tak jak poczynał sobie sam autor. Bo czego tu nie ma. Trup w piwnicy to pachnący zimnym piwem absurd rodem z Kafki. Pomyłka, która mogła spotkać Józefa K., gdyby ten miał nieco więcej szczęścia. Czytając opowiadanie Ściana o nikczemnie powstającej niewidzialnej przegrodzie między rodzeństwem, czułam ten sam irracjonalny lęk, ten sam niepokój, który pojawiał się przy lekturze opowiadań Julia Cortazara. Bo Rafał Niemczyk również, nie burząc rzeczywistości, ale zwracając uwagę na to jej oblicze, od którego chcemy uciekać, sugestywnym językiem, stopniowo, powoli tworzy napięcie, które nie przeminie.  I to jest tak bardzo fascynujące i przerażające za razem. 

To nieprzyjemne uczucie pojawiać się będzie w każdym z opowiadań, będzie uwierać, ale jednocześnie będzie nas zmuszać, żeby wchodzić w teksty głębiej i głębiej. Jak w horrorze, gdy bohater, słysząc hałas na opuszczonym strychu, zamiast zwiewać, idzie tam, gdzie czeka niewiadome. Co mnie najbardziej poruszało w opowiadaniach Cortazara i porusza mnie tu, to właśnie to, że autor nie ucieka się do fantastycznych tricków i sztuczek. Wszystko tu jest jak najbardziej realne, rzeczywiste, to wszystko mogło i się zdarza, a jednak zawieszone jest na bardzo cienkiej granicy, której Niemczykowi udało się nie przekroczyć i w tym tkwi wielka siła jego opowiadań. Czy to Kobieta i mężczyzna z szafy, czy to Gambino, czy wreszcie Stodoła, każdy z tych tekstów jest osadzony w rzeczywistości, a jednocześnie przeniesiony z sennego koszmaru, z którego nie da się obudzić. Tekst z czwartej strony okładki (tu ciekawy zabieg i jest to strona 225) przywołuje Miasteczko Twin Peaks i choć nie będziemy szukać zabójcy Laury Palmer, to jest to porównanie słuszne.

Na koniec zostawiłam sobie opowiadanie w kolejności piąte – Przypadek brzydala. Bo choć początkowo myślałam, że Ściana będzie moim ulubionym tekstem, to musiałam zmienić zdanie. Cóż to za perełka, jak wielką rozkoszą było obcowanie z tym pięknie stylizowanym, archaizowanym językiem. Bywało, że zdania czytałam po kilka razy, żeby się nimi delektować. Ale to opowiadanie to nie tylko język, to również fabuła, a w niej groza, która na myśl przywodzić pewnie będzie Poego, a mnie tak bardzo skojarzyła się z niesamowitymi opowieściami Stefana Grabińskiego. 

Zbiór opowiadań Rafała Niemczyka jest jego debiutem i muszę przyznać, że autor jak na debiutanta nieźle tu sobie poczyna. Śmiało bawi się formą, z językiem momentami wyczynia takie rzeczy, że aż nieprzyzwoite, jednocześnie, z tych różnych wydawałoby się kawałków tworzy spójną całość. Jego opowiadania bowiem, w moim odczuciu, nie są tylko same dla siebie, ale przede wszystkim po to, żeby zwrócić uwagę na ludzką kondycję, na nasze szamotanie się w poszukiwaniu własnej tożsamości, na nasze bycie z czy bycie obok drugiego człowieka. 

Muszę, koniecznie muszę wspomnieć jeszcze, jak bardzo zachwycona jestem samym wydaniem książki. I świetnymi ilustracjami Kasi Michałkiewicz-Hansen, i projektem typograficznym Mimi Wasilewskiej, i tak wielkim dopracowaniem redakcji i korekty przez Magdalenę Lalak, Justynę Wodzisławską i Annę Szukalską. Dobrą robotę robicie w Wydawnictwie Afera :).

środa, 20 kwietnia 2016

Wpisy zaległe - część pierwsza

Czytam dużo, mało piszę, przyznaję. Choć w głowie pełno myśli, na kartach naskrobane notatki, ogólne zarysy itp., trudno mi się zebrać i napisać. Szkoda. Sama na tym tracę, ale cóż. Jest, jak jest. Przyczyny są różne, najróżniejsze, jedyne, co mogę to próbować z tym walczyć. Zwłaszcza, że czytam wartościowe książki, które zasługują na to, by o nich pamiętać, i żebym zostawiła jakiś ślad. Dlatego wymyśliłam sobie, że te książki, którym nie poświęciłam i nie poświęcę osobnych postów, dostaną swoje miejsce, w postaci krótkich notatek. Głównie dlatego, że już dużo czasu minęło, odkąd je czytałam, dużo rzeczy mi uleciało. Tak jest w przypadku dwóch powieści, o których piszę dziś - czytałam je w zeszłym roku. Obie zasługiwały na osobne posty, ale czytałam je w najmniej odpowiednim do skupienia się na blogowaniu czasie. Tak bywa. Teraz choć odrobinę staram się to nadrobić. Tyle tytułem wstępu. 

Rosjanin to ten, kto kocha brzozy Olgi Griasnowej (Wołowiec: Czarne, 2015) to przejmująca opowieść dotykająca tak znanego problemu, jakim jest próba odnalezienia i zrozumienia siebie i własnej tożsamości. Jej główna bohaterka Masza, po ucieczce z rodzicami z pogrążonego w chaosie Baku, mieszka w Niemczech, obciążona losami swojej rodziny – Zagładą, wojną w Azerbejdżanie, życiem w Związku Radzieckim. Podobnie jak jej przyjaciół, trudno ją przypisać do jakiejś określonej narodowości, bo i w zasadzie po co, tyle że Niemcy,  w których żyje, obarczone grzechami przeszłości, nie są wstanie sobie z nimi poradzić. Wciąż ciąży na nich piętno nazizmu i rasizmu, potrzeba jasnego określenia: ty jesteś Niemcem, ty Turkiem, ty Polakiem, ty Żydem. Niejednoznaczność nie jest mile widziana. Jednocześnie nadanie określonej etykietki od razu tworzy podziały na lepszych i gorszych. Jak w takim świecie odnaleźć własne ja, skoro jest się tak wewnętrznie pokręconym, jak swoje własne pochodzenie? Dlaczego piękne hasła multikulturalizmu się nie sprawdzają? Ktoś zawsze będzie gorszy, a ktoś lepszy, tylko dlatego że urodził się w odpowiednim lub nie miejscu. W takim świecie Masza chaotycznie i nieskutecznie poszukuje własnej tożsamości, przynależności, narodowej i seksualnej. Bolesna strata ukochanego pcha ją do Jerozolimy, ale tam też nie znajduje odpowiedzi. Nierozwiązywalny konflikt izraelsko-palestyński i znów wymogi jednoznacznych podziałów. Dziewczyna coraz bardziej zaplątuje się w swoim własnym życiowym chaosie, szuka nie tu, gdzie trzeba, pcha się na coraz bardziej niebezpieczne szlaki. Ale czy znajdzie swoje miejsce w świecie?
Przejmująca to książka, dotyka zawsze ważnych i trudnych tematów, być może ktoś zarzuci, że znowu te same problemy, ale cóż, tak wygląda życie. Mimo poczucia smutku, melancholii i utraty powieść jednak nie przytłacza, czasem nawet bawi i przede wszystkim znów każe myśleć. Czytać trzeba.


Elizabeth Gilbert znana jest szerokiemu gronu czytelników ze swojego bestsellera, poradnika typu „jak znaleźć szczęście i miłość”, Jedz, módl się, kochaj. Nie czytałam, nie oceniam, ale to zdecydowanie nie moja bajka. Na film też się nie skusiłam mimo występującego w nim uroczego Javiera Bardema. I pewnie nie zainteresowałabym się żadną książką tej pani, gdyby kiedyś gdzieś nie natknęła się na króciutką recenzję jej kolejnej powieści Botanika duszy (Poznań: Rebis, 2014), a w niej informacji o głównej bohaterce, od najmłodszych lat zafascynowanej nauką, a w szczególności botaniką. Tak już mam, że przyciągają mnie książki o tych, których pociąga świat nauki, przyrody, kultury. (Podobny był mój powód do sięgnięcia po Dziewczynę z muszlą Tracy Chevalier, polecam również. I mała dygresja: dlaczego tak koszmarnie tłumaczymy tytuły, które w oryginale brzmią o niebo lepiej??). Żyjącą w XIX wieku Almę Whittaker, jak już wspomniałam, pociągała botanika, mchy i tajemnice własnej cielesności. Najpierw poznajemy ciekawe losy jej rodziców (głównie ojca), a potem od chwili narodzin towarzyszymy dziewczynie w dorastaniu przepełnionym nieskrępowanym zaspokajaniem ciekawości dotyczącej otaczającego ją świata, nauką (jakże ona chłonęła różnorodną wiedzę) i chwilami samotnych rozkoszy w introligatorskim składziku. Jesteśmy z nią przez całe jej życie, tak interesujące i pełne przygód. W tak dużej objętościowo powieści mamy tu również inne kolorowe postaci, nie brakuje złamanych serc, porozumień duszy, sprawy abolicjonistów i tajemnicy do rozwiązania. Ale to też opowieść o tym, jaką drogę musiały pokonać kobiety, żeby zaistnieć w świecie nauki i na jakie ustępstwa musiały pójść. Choć Alma Whittaker to postać fikcyjna, to jednak stanowi przykład wielu ówczesnych badaczek i fascynatek świata nauki. Kończąc, mała uwaga: dziewczęta, przed nocą poślubną upewnijcie się, co do zamiarów waszych przyszłych mężów na tę okoliczność, bo nic nie jest pewne…



piątek, 6 marca 2015

Tragikomiksowe wyznanie Alison Bechdel

Nie posunę się chyba za daleko, pisząc, że okres dorastania to naprawdę trudny, jeśli nawet nie okrutny czas. Wtedy wszystko przeżywa się intensywnie, każda radość jest wielkim szczęściem, każde zakochanie największą miłością życia, a każdy problem, upadek potrafi boleć tygodniami, miesiącami. Tak, dorastanie to czas trudny dla każdego, a tym bardziej dla dziewczyny, która nie dość, że dorasta w domu pogrzebowym, odkrywa, że jest lesbijką, to jeszcze dowiaduje się, że jej ojciec, który niedługo zginie w nie do końca oczywisty sposób, gustował w młodych mężczyznach. Nieźle, prawda? Z tym i jeszcze kilkoma innymi problemami musiała sobie poradzić autorka i bohaterka Fun Home. Tragikomiksu rodzinnego (Warszawa: Timof i cisi wspólnicy, 2010) Alison Bechdel. I od razu przyznam, że rozliczenia z tym okresem swojego życia dokonała w sposób fantastyczny. 


Dom lat dziecięcych i młodości Alison był swego rodzaju kreacją. Dorastała w nim w towarzystwie dwóch braci, matki – aktorki teatralnej i ojca – nauczyciela angielskiego, miłośnika literatury i piękna. To właśnie ojciec był kreatorem tegoż domu. I to w sposób dosłowny – nieustannie zajmował się jego upiększaniem i poprawianiem, wykonywał wszelkie remonty, dbał o ogród. Do pomocy wykorzystywał (to ważne słowo, gdyż o nią nie prosił, ale jej żądał, wymagał) swoje dzieci, które traktował jak maszyny. Obok tego zmagająca się ze stanami depresyjnymi matka, bardzo bliski kontakt ze śmiercią (ale nie wolno było bawić się trumnami), brak czułości i ciepła – rodzinka idealna. Ale w dedykacji dla matki i braci autorka napisała, że mimo wszystko dobrze się bawili. I choć może to się wydać co najmniej dziwne, biorąc pod uwagę otoczenie i ogólny stan panujący w rodzinie, to tę zabawę w komiksie widać. Na pewno nie można mówić o potoku łez i rzeki żalu wylewającej się z każdej strony. Oczywiście Bechdel konfrontuje się ze swoim rodzinnym domem, ujawnia bardzo osobiste rzeczy, które dotyczą nie tylko niej, a to zapewne nie było łatwe, ale nie jest to krzyk zniszczonego życiem histeryka, a raczej słodko-gorzkie (no bardziej chyba gorzkie, przynajmniej do czasu) wyznanie.


Najważniejszą postacią Fun Home jest oczywiście ojciec. Alison, przywołując jego postać, wracając do dzieciństwa, młodości, korzysta już jednak z własnych doświadczeń dorosłej kobiety. Porównuje jego życie i wybory ze swoimi, bo nie jedno ich dzieli, ale też nie tak mało jak mogłoby się wydawać ich łączy. Bruce Bechdel, mimo swojego homoseksualizmu, wybrał życie w ukryciu. Ożenił się, spłodził trójkę dzieci, tworzył pozory normalności. Alison zaś, odkrywszy swoją orientację, dość szybko zdecydowała się na jej ujawnienie. W zasadzie jej wyznanie przyczyniło się do tego, że poznała prawdę o ojcu. Co prawda wcześniej pojawiały się znaki, jego dziwne zachowanie, tajemnicze oskarżenie grożące więzieniem…, terapia. Ale będąc dzieckiem, nie mogła przecież wiedzieć. W zasadzie dopiero po latach, wyciągając z pamięci pewne wydarzenia, rozmowy, odnajdując ukryte zdjęcia i zestawiając je z własnym życiem, mogła chociaż spróbować zrozumieć ojca, jego decyzje dotyczące życia i śmierci. 


Alison z ojcem łączy nie tylko homoseksualizm, ale przede wszystkim miłość do literatury. Trzeba bowiem wiedzieć, że książki, literatura w ogóle są niezwykle istotnym elementem tej opowieści. Do swojej domowej biblioteki nauczyciel angielskiego sprowadzał ładnych młodych uczniów. Książki, cytaty stanowiły w rodzinie Bechdelów swojego rodzaju kod językowy. To poprzez nie, poprzez liczne odwołania się w niej porozumiewano. Alison trafiła na zajęcia z literatury prowadzone przez jej ojca i to one stanowiły dla obojga moment zbliżenia, pewnego porozumienia. Esej Camusa o samobójstwie i biografia Scotta Fitzgeralda to elementy, które potęgowały w autorce przekonanie, że śmierć ojca nie była wypadkiem. Literatura w tym komiksie jest wszędzie. Tytuły poszczególnych rozdziałów stanowią cytaty z wielkich dzieł literackich. Lista spisywanych przeze mnie w trakcie czytania tytułów naprawdę osiągnęła pokaźną liczbę, zanim zorientowałam się (o zdolności), że do komiksu dołączona jest bibliografia polskich wydań przywoływanych utworów (a nie mało jest też tych nieprzetłumaczonych). Marcel Proust, Henry James, Oscar Wilde, William Faulkner, Colette, wspomniani już Camus i Fitzgerald i oczywiście James Joyce to tylko część pisarzy, do których Bechdel nawiązywała i przez pryzmat których utworów pokazywała różne oblicza swojej rodziny. I to nie tylko słowem, ale także kreską. Szczególnie istotny tu jest Joyce i jego Ulisses. Rozmowa Stephena Dedalusa i Leopolda Blooma to rozmowa Alison i jej ojciec – to porównanie jest genialnie. Wreszcie to poprzez książki Bechdel odkryła swoją prawdziwą tożsamość i orientację seksualną.

Alison Bechdel
Oczywiście kwestie homoseksualizmu są tu, muszą być niezwykle istotne. Szczególnie interesująco prezentuje się rozwój świadomości homoseksualnej Alison, właśnie poprzez wspomniane książki. To dzięki nim upewniła się, że jest lesbijką. Jeszcze za nim wylądowała w łóżku swojej pierwszej kochanki, na którym zresztą piętrzyły się tomy. I tu znowu odwołanie literackie! Swoją pierwszą wyprawę do kobiecego ciała Bechdel porównała od podróży Odyseusza, a jej dziewczyna była dosłownie cyklopem, z którego jaskini nie chciała uciekać. 


W tym miejscu muszę złożyć wyrazy uznania tłumaczom Fun Home: Wojciechowi Szotowi i Sebastianowi Bule. Język polski, choć bogaty, to jednak w sferze seksualności, a homoseksualności tym bardziej, bardzo ubogi. Brakuje nam słów, które nie są jednoznacznie wulgarne, obraźliwe lub techniczne. Panowie musieli zmierzyć się z nie lada zadaniem (piszą o tym zresztą we wstępie), mając do dyspozycji tak mało odpowiedników anglojęzycznych słów określających lesbijki, lesby i formy kobiecej masturbacji.

Niejako uzupełnienie komiksu stanowi esej Izabeli Filipiak.


Mając taki bagaż doświadczeń, jak Bechdel, spokojnie można by napisać opasłą sagę rodzinną, wstrząsającą autobiografię, wielką powieść. I choć autorka posłużyła się komiksem, powieścią graficzną, to w zasadzie ma ona charakter powyższych, a jednocześnie ma w sobie pewną lekkość i dowcip związane z rysunkiem, kreską. Treść i obraz wspaniale się uzupełniają, zależą od siebie, tworzą całość. Myślę, że ta forma jest świetnym wyborem do podejmowania niełatwych tematów, nie przytłacza bowiem swą ciężkością, ale też nie umniejsza poruszanych problemów. Ja w każdym razie coraz bardziej przekonuję się, że powieści graficzne są zdecydowania dla mnie i na pewno sięgnę po kolejne dzieło Bechdel – Jesteś moją matką?.

Źródło fotografii autorki: http://www.theguardian.com/books/2008/dec/01/alison-bechdel-fun-home


środa, 29 października 2014

Smutny Londyn Zadie Smith


Piękna Zadie Smith
Już dawno nie czytałam tak smutnej książki. Może to jesień, może to Keaton Henson w głośnikach, ale smutek to pierwsze słowo, jakie przychodzi mi na myśl w kontekście książki Zadie Smith Londyn NW (Kraków: „Znak”, 2014). A kolejne przymiotniki tylko się z tym smutkiem łączą. Ja to sobie jednak umiem wybrać urodzinowy prezent, nie ma co…

Ale może od początku… Najnowsza powieść Smith to opowieść o czwórce trzydziestoparoletnich znajomych pochodzących z północno-zachodniej dzielnicy Londynu, zamieszkiwanej głównie przez białych robotników i czarnoskórych emigrantów. Pierwszą z bohaterek, trzydziestopięcioletnią Leah, poznajemy w momencie, gdy zostaje oszukana przez młodą kobietę, która przyszła do niej po pomoc. Leah w młodości przyjaźniła się z Keishą, podkochiwała w Nathanie i była wrażliwą nastolatką. Jednak szybko wpadła w nowe towarzystwo – szalone imprezy, extasy, przygodny seks z obiema płciami, aborcje, ukończenie mało prestiżowej uczelni. Tak wyglądało jej życie do czasu aż poznała Michela, pięknego francuskiego fryzjera, z którym najpierw połączył ją seks analny, a dopiero potem miłość i ślub. Nie mają dzieci, mają za to psa Olive. Michel dzieci chciałby mieć, Leah nie. I co gorsza, nie potrafi mu o tym powiedzieć, za to robi wszystko, by dzieci nie było. Choć oboje się kochają i pożądają, to jednak nie umieją ze sobą rozmawiać o najważniejszych sprawach. Nie umieją albo nie chcą. Leah, bojąc się dorosłości i utraty własnej tożsamości, okłamuje męża. Sprawa komplikuje się, gdy kobieta popada w depresję po śmierci ukochanej suczki.

Losy Leah nierozerwalnie łączą się z losami Keishy. W dzieciństwie i młodości dziewczynki się bardzo przyjaźniły. Później ich drogi się poluzowały i rozeszły na jakiś czas, jednak uczucie, jaka je łączyło, przetrwało do dorosłości. Choć i w tym związku sporo niedomówień i urazów. Ale wracając do Keishy… Wychowywana przez religijną matkę, dorastała u boku siostry, która z pewnością nie stanowiła dla niej dobrego przykładu – szybko zaszła w ciążę, rzucała szkołę. To Keisha, choć młodsza, była dojrzalsza. Dokładnie zaplanowała swoje życie i postanowiła zrobić wszystko, by ten plan zrealizować. Zmieniła imię na Natalie. Pilnie się uczyła, by dostać się na prawo na dobrej uczelni. Tam poznała swojego przyszłego męża. Wyprowadziła się z rodzinnego domu. Dostała dobrze płatną pracę w korporacji, urodziła dwójkę ślicznych dzieci. Urządza eleganckie przyjęcia dla eleganckich przyjaciół, na które zaprasza również Leah z mężem. Robi wszystko, żeby jej życie było tak perfekcyjne, jak to tylko możliwe. Jednak skupiając się na realizacji swojego planu, zagubiła samą siebie i sens życia. Powstałą pustkę próbuje wypełnić, umawiając się na seks randki z parami poszukującymi nowych wrażeń. 

Dwójka pozostałych bohaterów to postaci męskie. Felix ma za sobą dzieciństwo w squacie, porzucenie przez matkę i wygraną walkę z nałogiem. Musi radzić sobie nie tylko z własnymi problemami, ale także z problemami ojca rastafarianina i licznego rodzeństwa. W końcu udaje mu się odnaleźć szczęście – poznaje fantastyczną dziewczynę (jakże inną od byłej kochanki), w której zakochuje się z wzajemnością, wydaje się, że jego kariera filmowca ruszy wreszcie z miejsca. Jednak jest zbyt pięknie, by mogło trwać – Felix traci szczęście, a raczej świat traci Felixa.

Z kolei Nathan to bezdomny narkoman, który prawdopodobnie zajmuje się też sutenerstwem. W młodości był przystojniakiem, w który podkochiwały się dziewczęta. Bardzo dobrze rokował. A jednak, życie szybko pokazało mu, jak nikła jest jego wartość. 

Losy czwórki bohaterów splatają się ze sobą. Łączy ich miejsce pochodzenia, czyli dzielnica niedająca zbyt wiele nadziei. To, gdzie się wychowywali, wpływa na podejmowane przez nich decyzje w przeszłości i teraz. Każda próba ucieczki od znanego im życia, każda szansa na szczęście nie daje niestety pełnej wolności. Społeczne uprzedzenia to bariery, których nie da się przeskoczyć. Bohaterowie, uciekając przed jednymi ograniczeniami, wpadają w kolejne. Widać to szczególnie na przykładzie Keishy, która tak zafiksowała się w stworzonym przez siebie obrazie idealnego życia, że całkowicie zatraciła to co najważniejsze – jego sens. Nathan się poddał, a Felixowi, facetowi, któremu tak kibicowałam i który budził we mnie nadzieję, przeszkodził los, fatum, pech, przeznaczenie? 

Leah i Keishę porzucamy w momencie, w którym tak naprawdę muszą odpowiedzieć sobie na pytanie: co dalej? Czego chcą od życia. Być może jest szansa na to, że uratują swoje życie, a może już nieodwracalnie je zniszczyły. Ta niepewność jest naprawdę gorsza niż wiedza. Gryzie i uwiera. Nie pozwala mi zapomnieć o bohaterkach, które częściowo przez własne wybory, pieprzą życie sobie i innym. Są irytujące, a jednocześnie budzą we mnie współczucie. Tę niejednoznaczność Smith pokazała w mistrzowski sposób.

Po przeczytaniu O pięknie miałam do autorki wiele „ale”. Ale w swojej najnowszej książce Zadie Smith pokazała się z najlepszej stron. Posługując się różnymi formami narracji (strumień świadomości, narracja trzecioosobowa, poezja, proza, zabawa konwencjami), stworzyła przejmujący obraz współczesnych trzydziestoparolatków zagubionych w swoim życiu. Fantastycznie ukazała niezdolność do komunikacji, życie razem, a jednak osobno. I choć nie raz stosowane przez nią zabiegi komiczne wywoływały uśmiech na mojej twarzy, to jednak to, co dominuje to smutek. Smutek, który trwa, który drąży, o którym nie można zapomnieć.

Źródło zdjęcia:  http://www.internationalartsmovement.org/2013/11/the-barnard-international-artist-series-welcomes-author-zadie-smith/