czwartek, 11 października 2018

Wyjaśnianie islamu - Tahar Ben Jelloun, "Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych


Boimy się tego, czego nie znamy. Przyjmujemy narracje, które nam odpowiadają, które są zgodne z naszymi lękami, szukamy w nich potwierdzenia naszych obaw. Łatwe odpowiedzi, wymowne hasła, zrzucanie odpowiedzialności na Innych, a wreszcie zamykanie się w swoim malutkim kręgu, całkowite odrzucanie głosów drugiej strony, umiłowanie nienawiści. Bardzo, ale to bardzo nie podoba mi się taki świat, a niestety coraz częściej właśnie tak wygląda – świat, Europa, Polska. A przecież najczęściej wystarczy spróbować poznać Innego, chcieć zrozumieć, poznać to, czego nie znamy, czego się boimy. Początkiem poznania Innego, który szczególnie spotyka się z niezrozumieniem i całkowitym odrzuceniem, może być choćby publikacja Tahara Ben Jellouna Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych (tłum. Dorota Zańko, Helena Sobieraj, Kraków: Karakter 2015).
 
Pierwotna wersja tej książki (stanowiąca jej pierwszą część), przybliżająca podstawy islamu, jego historię od objawień archanioła Gabriela Mahometowi po współczesność, powstała pod wpływem pytań, jakie dziesięcioletnia córka autora zaczęła mu zadawać po tragicznych wydarzeniach 11 września 2001 r. A mała muzułmanka słusznie pytała, dlaczego ludzie nienawidzą islamu i jak wyznawcy religii miłującej pokój (a w takim duchu była wychowywana) mogli posunąć się do tak straszliwego okrucieństwa, odbierając życie niewinnym ludziom i sobie. Tahar Ben Jelloun, odrzucając zafałszowany obraz islamu, jaki głosili i niestety wciąż głoszą terroryści, zaczyna skierowaną do córki i czytelników opowieść o religii opartej na wartościach humanistycznych, ustanawiającej w świecie arabskim, w którym żywcem grzebano niemowlęta płci żeńskiej, podstawy praw człowieka, szanującej inność, ceniącej wiedzę i poznanie.  
Świat islamu do XI wieku był światem otwartym. Ciekawi tego, co poza nim, uczeni udawali się do Europy, gdzie dzielili się swoimi odkryciami, wiedzą, nauką, a jednocześnie korzystali z osiągnięć tamtejszych mędrców. Kultury i myśli przenikały się, wzajemnie inspirowały. Bardzo mnie smuci, że ludzie, którzy w islamie widzą jedynie największe zło, zapominają, jak wiele zawdzięczamy islamskim uczonym, jak bardzo wzbogacili oni naszą naukę, kulturę, filozofię. Nie wolno nam odrzucać tak bogatego dziedzictwa, udawać, że go nie ma.

Tahar Ben Jelloun, mówiąc o swojej religii, nie ucieka od mrocznych momentów w jej historii. XI wiek to czas kłótni, sporów, odrzucenia tego, co obce, rodzącego się fanatyzmu. Religia zaczęła zastępować filozofię, do głosu doszli zwolennicy bardzo dosłownego czytania Koranu, a przecież, jak zauważa autor, święta księża islamu jest tekstem wypełnionym wspaniałymi poetyckimi obrazami, które wymagają uwagi, nie dosłowności. Odcięcie się od zachodniego świata i zamknięcie w swoim kręgu wyprawy krzyżowe (również wynik wykorzystywania religii jak polityki) tylko wzmocniły. Religia odrzucająca zabójstwo niewinnych i samobójstwo zaczęła być przez swych fanatycznych wyznawców szerzona właśnie tymi sposobami. 

Rozmowa z dzieckiem zmienia się w rozmowę z niemal dojrzałą kobietą, gdyż kolejną część książki Tahar Ben Jelloun napisał już po zamachu na redakcję „Charlie Hebdo” w Paryżu. U dziewczyny znów pojawiły się pytania i wątpliwości, a ojciec próbuje jej i czytelnikom wyjaśnić (absolutnie nie tłumacząc terrorystów), dlaczego doszło do tych tragicznych wydarzeń i jakie są korzenie fanatyzmu. Tu, zdaniem autora, winne są dwie strony. Ci muzułmanie, którzy kierują się wypaczoną wersją islamu, przyjmujący Koran dosłownie, pragnący szerzyć ich religię przemocą, dążący do rozlewu krwi. Dla nich publikacja karykatur Mahometa była tak wielkim znieważeniem ich proroka, bluźnierstwem, za które należało zapłacić krwią. Odrzucają oni zasady kraju, w którym żyją, słuchają przywódców nakłaniających ich do przemocy w imię religii. Dlaczego jednak takiemu radykalizmowi ulegają młodzi ludzie, dzieci imigrantów, którzy urodzili się w Europie i powinni czuć się Europejczykami? 

Właśnie – są Francuzami, ale czy naprawdę się nimi czują? To ludzie, których wcześniej pozostawiono samym sobie, niewykształceni, bez żadnej ciągłej edukacji, przestępcy, którzy siedzieli w więzieniu i wyszli z niego z głowami pustymi, czy raczej pełnymi pomieszanych pojęć. Idealnie nadawali się do tego, by zwerbować ich do dżihadu (s. 113). 



Problemem nie są ci imigranci, którzy już dawno osiedlili się w Europie. Oni pracują, płacą podatki, zachowują się powściągliwie. […]. Problem wypłynął wraz z pojawieniem się „drugiego pokolenia”, to jest pokolenia ich dzieci. Ludzie ci urodzili się już w Europie i mają europejskie dowody tożsamości. Zostali wychowani w kulturowej pustce (s. 125–126).


Poczucie odtrącenia we własnej ojczyźnie, wyrzucenie na margines, brak uczucia, że jest się u siebie, pragnienie odnalezienia swojej tożsamości  – to właśnie popycha młodych ludzi do poszukiwania rozwiązania w radykalnych kręgach. Tam przynajmniej są zauważani, przekonywani, że mają do wypełnienia krwawą misję na chwałę Boga. Do tego wszystkiego dochodzi hipokryzja krajów przyjmujących imigrantów i na swój sposób próbujących zaprowadzić demokrację w krajach arabskich. 


[Kraje zachodu] Wiedzą, że w Arabii szaleje rygorystyczny wahhabizm. Kobiety nie mają prawie żadnych praw. Nie mogą nawet prowadzić samochodu. A jednak kiedy w grę wchodzą interesy, Europejczycy przymykają oczy na te skandaliczne aspekty życia (s. 125).


Trzecia część książki stanowią artykuły napisane przez autora, publikacje głoszonych przez niego wykładów dotyczące kontrowersyjnych tematów związanych z islamem oraz tragicznych aktów terrorystycznych z ostatnich lat. Tu autor nie zwraca się już do dziecka, zmienia się język, ton, ale to wciąż, a w zasadzie tym bardziej teksty, z którymi należy się poznać. Wyjaśniają bowiem lub podejmują próbę wyjaśnienia kwestii często budzących nasze wątpliwości i sprzeciw, takich jak burka (która wcale nie ma nic wspólnego z islamem), przedmiotowe traktowanie kobiet i rzeczywisty wizerunek kobiety w islamie, dżihad i jego formy. Pisze także o koegzystencji i poczuciu tożsamości narodowej, o „arabskiej wiośnie”, o tym, jak to jest być muzułmaninem w Europie. 

Tahar Ben Jelloun podpowiada także jak można by rozwiązać istniejące w Europie problemy. Podstawą jest oczywiście edukacja. I tu, zdaniem autora, ze względu na różnorodność odczytywania Koranu:


Państwa europejskie powinny wziąć odpowiedzialność za to nauczanie [islamu] i szerzyć je, tak aby islam nie był czymś tajemniczym albo wytworem fantazji, którego należy się bać. […]. Nauka islamu jest częścią programu lekcji historii francuskich dwunastolatków. Należałoby podejść do niej w sposób świecki, to znaczy obiektywny, i dobrze umiejscowić teksty w ich kontekście historycznym oraz kulturowym (s. 17). 


Niezwykle istotny jest dialog Europy z żyjącymi w niej muzułmanami, aby:


 dać tym nowym Europejczykom poczucie, że są u siebie, nie wykluczeni, ale zintegrowani, że los europejski jest ich losem, a islam jako religia i kultura ma tu uprawnione miejsce. Taki spokojny islam, jeśli wyznawać go będzie większość, położy kres próbom destabilizacji i terroryzmu (s. 170).


Tahar Ben Jelloun odwołuje się do laickości, która nie stanowi przecież odrzucenia religii. Pozwala natomiast na oddzielenie religii od fanatyzmu. „Laickość nie jest negacją religii, przeciwnie, to jej poszanowanie, pod warunkiem że będzie ona przeżywana w sferze prywatnej, nie publicznej” (s. 17). 


W każdym razie laickość nie oznacza zniknięcia religii – ona pozostaje w sercach i miejscach kultu. Religia nie powinna zajmować się polityką, ona nie jest ideologią, to sfera duchowości, której człowiek potrzebuje jako odpowiedzi na swoje lęki. Trzeba szanować te potrzebę, niezależnie od tego, jaki ma się stosunek do wiary (s.118).



[…] najważniejsze i najpilniejsze jest oddzielenie religii od polityki. Dopóki rządzący będą się opierać na religii, dopóty będą istniały problemy i choroby, takie jak fanatyzm oraz to, co z niego wynika, czyli terroryzm i ignorancja (s. 99).


 Te słowa są prawdziwe nie tylko w odniesieniu do islamu, ale do każdej religii i wszyscy rządzący powinni je sobie wziąć do serca.

Książka Tahara Ben Jellouna jest niezwykle ważną publikacją i trzeba dziękować Karakterowi za jej wydanie. Powinna być lekturą obowiązkową zarówno dla dzieci (część rozmów ojca  z córką), jak i dla dorosłych (całość). W sposób łatwy do przyswojenia przybliża islam i problemy związane z jego niezrozumieniem. W tych niespokojnych czasach, gdy tak łatwo jest ulec lękom, zamknąć się w swej ignorancji istnieje faktyczna potrzeba poznania Innego, otwarcie się na poznanie. Współistnienie kultur jest możliwe, zawsze w nie wierzyłam, wierzę nadal, ale dla niego najistotniejszy jest dialog. Każda publikacja, każdy tekst, każdy głos go umożliwiający zasługuje na szczególną uwagę. Co to jest islam? stanowi bardzo dobrą podstawę do rozpoczęcia tego dialogu.

Okładka ze strony wydawnictwa  https://www.karakter.pl/ksiazki/co-to-jest-islam-ksiazka-dla-dzieci-i-doroslych-2015
Coexist by Piotr Młodożeniec

wtorek, 26 czerwca 2018

Przespane życie - Goli Taraghi, "Sen zimowy"

Choć tytuł powieści irańskiej pisarki Goli Taraghi Sen zimowy (Wrocław: Książkowe Klimaty, 2017, tłumaczenie Dorota Słapa) sugeruje zupełnie inną scenerię, na lekturę książki wybrałam sobie upalne, duszne majowe dni. I muszę przyznać, że już dawno tak dobrze nie trafiłam z aurą dopasowaną do atmosfery panującej w utworze - oblepiającej, zniewalającej, odbierającej chęć do działania.

Akcja, jeśli o takiej w ogóle można mówić w przypadku tej powieści, rozgrywa się w latach sześćdziesiątych XX wieku w Teheranie. Narrator, uwięziony przez zimową noc we własnym domu, osamotniony, za jedynych towarzyszy mający jedynie błąkające się po mieszkaniu myszy, wspomina swoich przyjaciół i przemijające życie, choć bardziej przypominało ono sen, a raczej trwanie w letargu. Grupka siedmiu towarzyszy spędzała w swoim hermetycznym środowisku dnie i noce, wspólnie pilnując, by w ich codzienność nie wkradła się żadna nowości ani zmiana. Najlepiej by było, gdyby ich życie toczyło się ustalonym dawno rytmem, dzień za dniem tak samo. Dlatego każda możliwość ingerencji z zewnątrz, próba wdarcia się zewnętrznego świata do ich zamkniętego kręgu spotyka się z wrogością. Tak było, gdy w życiu Haszemiego nagle pojawiła się energiczna, dziewczęca Szirin, jeszcze gorzej, gdy z kolei Mahdawi zapałał wielką namiętnością do silnej, władczej Tal’at, której uległ mimo usilnych prób przyjaciół i swoich własnych, by wyrwać się ze szponów tego zabójczego uczucia. Te dwie kobiety zakłóciły spokój mężczyzn, zburzyły panujący porządek, tak można by sądzić poznając odczucia przyjaciół, ale tak naprawdę niemal nic się nie zmieniło. Mężczyźni nadal tkwili w swoim obezwładniającym śnie, niezdolni do aktywności.

Ta niemożność działania bohaterów jest w powieści przytłaczająca. Czytelnik pozostaje bezradny wobec nieudolnych zmagań, prób walki o coś innego. Bierność tych mężczyzn jest tak obezwładniająca, że nawet, gdy już czegoś zapragną, wydaje się, że zaczną działać, czynią pierwsze kroki, to i tak szybko się poddają. To dlatego zniechęcony Anwari wysiada z pociągu mającego zawieść w odwiedziny do jego ukochanego przyjaciela Mahdawiego, a Mahdawi rezygnuje z próby zabicia żony nie dlatego, że byłby to tragiczny czyn, ale z bezsilności: 


„Zabiję ją. Tym razem naprawdę ją zabiję” – zdecydował w myślach. Podciągnął się jeszcze wyżej i ujął szyję kobiety w obie ręce. Jego ciało przeszył dreszcz. […]. Pomyślał, że jego dłonie pozostają w bezruchu, a palce przestały być zdolne do śmiertelnego uścisku. „Zabiję ją. Zaraz, dokładnie w tym momencie, póki jest jeszcze szansa” – przekonywał samego siebie. Jednak dłonie odmówiły mu posłuszeństwa i poddały się innemu prawu. Myśli Mahdawiego, niczym kręgi na wodzie, wirowały i znikały w oddali (s. 106–107).

Mężczyźni ze Snu zimowego nie są zdolni do podjęcia decyzji i zmierzenia się z nimi. Aktywne są kobiety – Szirin i Tal’at, tak różne od siebie. Pierwsza, obserwując bierność bohaterów, próbuje nakłonić ich do zmian, do działania, zachęca bezskutecznie do życia. Druga bierze sprawy w swoje ręce. Dominująca, władcza kobieta siłą wydziera Mahdawiego z tego zaklętego kręgu, zaczyna kierować jego życiem. Jest jak kobieta-matka. Tłamsi swoją namiętnością, budzi postrach wśród przyjaciół męża, a gdy trzeba potrafi się nimi czule zaopiekować. W relacji z kobietą niemiłosiernie irytuje Mahdawi – wobec jej działań pozostaje tak samo bierny i uległy, jak wobec życia w ogóle. 

Sen zimowy jest duszną, tłamszącą opowieścią o przemijającym, zmarnowanym życiu i o odchodzeniu. O ludziach, którzy nawet mając okazję i szansę na powodzenie, nie próbują nic zmienić, poddają się. Nawet jeśli po latach dostrzegają utracone okazje, to i tak nadal pozostają w swojej bezczynności. Możliwość, chęć zmian jest dla nich czymś niedorzecznym, budzi lęk, jest uznawana za chorobę – tak, jak było w przypadku Dżaliliego. Bohaterowie po prostu rezygnują z życia, Asgari, choć sam mówił do przyjaciela: „Wyjedźmy stąd. […]. Ta ziemia jest jałowa i nieurodzajna” (s. 159), nigdzie się nie ruszył, Azizi narzekał na swoje dzieci, które wyjechały z kraju, narrator obwiniał żonę, że od niego odeszła, kierując się własnymi pragnieniami: „Dlaczego tak bardzo chciała mieć dzieci? Nasze wspólne życie było przecież poukładane. Czas jakoś leciał” (s. 159).

Właśnie, czas jakoś leciał. Leciało jakoś życie, które niemal całkiem przeminęło na wiecznym czekaniu: „Usiedliśmy więc i czekaliśmy. Jedno lato, kolejne i to, które przyszło po wszystkich następnych” (s. 162).

Z powieścią Goli Taraghi należy uważać. Wciąga w swój senny świat, pogrąża czytelnika w letargu. Należy ją też czytać. Po pierwsze, ze względów formalnych, gdyż to naprawdę bardzo dobrze napisana książka urzekająca prostotą języka. Po drugie, bo mimo wszystko sprawia, że nie chcemy być, jak jej bohaterowie. Musimy tylko zacząć działać, nie odwlekać, nie odkładać na jutro, które nigdy nie nadchodzi. 


Chcę zasnąć. Nie mam już ochoty o niczym myśleć. Jestem zmęczony. Jak to powiedzieć? Jestem po prostu stary. Mysz obgryza róg mojego materaca. Gdzieś tu przemykał czasem kot. Słyszałem go. Ale od kiedy się ochłodziło, ślad po nim zaginął. Jutro wyjdę z domu i kupię kilka łapek na myszy. Sprowadzę tu kota są siadów. Jak zwykł mawiać Hejdari: „Na wszystko jest jakiś sposób. Trzeba jedynie siły woli i wytrwałości. Koniec końców zwycięstwo należy do nas” (s. 162).

wtorek, 5 czerwca 2018

Niepokój - Wojciech Chmielarz, "Żmijowisko"

Nie jestem dobrą czytelniczką, przyznawałam się już do tego. Za bardzo wchodzę w lekturę, za bardzo przeżywam i odczuwam. I na poziomie emocji i fizycznie. Jeśli ktoś twierdzi, że to jest dobra cecha, to się myli, nie jest. Bo są owszem książki, które sprawiają czystą radość, ale są też takie, które niemiłosiernie bolą, a takich jest więcej. Dlatego, wyznaję, choć być może narażam się na jakąś śmieszność, książek się boję (choć jednocześnie nie potrafię bez nich funkcjonować, taka chora relacja), bo w większości przypadków nie wiem, na co natrafię i jak zareaguję, bo niemal każda książka może mi dać po dupie. Dlatego, choć bardzo, ale to bardzo chciałam przeczytać Żmijowisko Wojciecha Chmielarza (Warszawa: Marginesy, 2018), bo jego kryminały to moje tegoroczne odkrycie w tej kategorii i już się cicho nazywam psychofanką Jakuba Mortki, czułam, że to nie będzie łatwa lektura. I żeby się nie nastawiać w żaden sposób, nie szykować na coś konkretnego, starałam się nie dowiedzieć o niej za dużo. Nie czytałam recenzji (nadrobię po publikacji tej), unikałam wypowiedzi autora z nią związanych. Zrobiłam sobie plan: spokojne, niespieszne czytanie, każdego dnia po trochu, nie za dużo, bez zbędnego zaangażowania. I oczywiście, moje plany szybko trafił szlag. Bo ta książka na to nie pozwala. Ta książka się w czytelnika wdziera, jak drzazga, i uwiera, siedzi w głowie. Żeby się od niej uwolnić, trzeba ją skończyć. I w zasadzie całe moje niepozbierane wywody mogłabym zawrzeć w jednym słowie (czego oczywiście nie zrobię, bo mi się słowotok włącza), które idealnie opisuje Żmijowisko i mój stan podczas lektury – niepokój. 

Ale o co właściwie chodzi? Podczas wakacji w ośrodku agroturystycznym w Żmijowisku doszło do tragedii – zaginęła nastoletnia Ada, córka Kamili i Arka, małżeństwa, które spędzało tu wakacje razem z przyjaciółmi Kamili ze studiów. Poszukiwania nie przyniosły rezultatów, ślad po dziewczynie całkiem zaginął. Rok później do Żmijowiska wraca Arek. Podejmuje kolejną próbę odnalezienia córki. Nikt go tu jednak nie chce, wszyscy traktują go ja wyrzutka, obwiniają o całe zło, które przytrafiło się jego rodzinie. Co takiego zaszło przez ten rok, że mężczyzna spotyka się z takim odbiorem, to kolejna zagadka, na której rozwiązanie czeka czytelnik. Mimo wszystko Arek, zmagając się z brakiem zrozumienia, bo w oczach ludzi cierpieć po utracie dziecka może tylko matka, się nie poddaje, znosi krzywe spojrzenia i bezpośrednie komentarze, bo i tak najważniejsza jest Ada.

Żmijowisko określone jest jako thriller psychologiczny i muszę przyznać, że trafnie. Mamy tu wszystko, czego wymaga thriller, czyli pełną napięcia akcję, tajemniczą, groźną atmosferę. Z tym, że wątek zaginięcia Ady, sam w sobie oczywiście niezwykle istotny, książkę czytamy głównie po to, że poznać prawdę o tym tragicznym wydarzeniu, zdaje się być dla Chmielarza jedynie pretekstem dla ukazania zawiłych relacji, ukrytych uczuć, pragnień i emocji skrywanych przez bohaterów powieści. Dzięki zmiennej perspektywie czasowej – raz obserwujemy dramatyczne poszukiwania prowadzone przez Arka, raz wracamy do tamtych wakacji, by za chwilę dowiedzieć się, co się działo w ciągu roku. Takie nielinearne prowadzenie narracji było rewelacyjnym rozwiązaniem – choć powoli dowiadujemy się prawdy, to jednocześnie rodzą się w nas coraz to nowe pytania i wątpliwości. Dlatego nie jest możliwe uwolnienie się od ciągłego niepokoju.

Uderza wielka zdolność Wojciecha Chmielarza do tworzenia prawdziwych, pełnokrwistych postaci. Jego bohaterowie, czy pierwszoplanowi, czy ci poboczni, nie są schematycznymi wydmuszkami. Niemal każda  z postaci ma swoją własną historię, niemal każda potrafi zaskoczyć. I co najważniejsze, niemal każda skrywa w sobie silne emocje, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Dlatego zgromadzenie grupki znajomych w jednym zamkniętym miejscu nie mogło skończyć się dobrze, tym bardziej że wśród przyjaciół znalazło się dwóch obcych – Arek, który nigdy nie czuł się dobrze w towarzystwie znajomych żony, i Adaoma, czarnoskóra modelka, celebrytka, dziewczyna Roberta – dawnej miłości Kamili. Wszelkie chowane animozje, zazdrości powoli wychodzą na światło dzienne, by w końcu doprowadzić do tragicznej nocy. 

To, co mnie najbardziej uderza mnie w postaciach stworzonych przez Chmielarza, to ich marazm. Bo choć każda z nich ma jakieś ukryte pragnienia, plany, to tak naprawdę nie robi nic, by zmienić swoją sytuację. Wszelkie próby działania są jedynie pozorne, okazują się klapą. Dlatego Arek i Kamila tkwią w nieszczęśliwym małżeństwie zawartym z poczucia obowiązku i przyzwoitości (przytrafiła im się Ada), Robert boi się zawalczyć o miłość i ucieka w kolejne romanse, a Adaoma, która wydaje się jedyną postacią, która naprawdę chce coś zmienić w swoim życiu i pozbyć się łatki modelki–celebrytki robiącej karierę przez łóżko, napisać książkę o swojej nigeryjskiej części i o Biafrze, w końcu i tak się poddaje. Bohaterowie szamoczą się wśród swoich uczuć i w tym szamotaniu tkwią. 

Nie mniej istotna dla fabuły jest para nastolatków – zbuntowana, mroczna i muszę to przyznać, niesamowicie irytująca Sabina, pozbawiona opieki i kontroli córka alkoholiczki i faceta interesującego się głównie pieniędzmi, oraz Damian – syn właścicieli ośrodka agroturystycznego, niezdrowo zafascynowany dziewczyną. Oni również muszą się zmagać ze swoimi uczuciami, lękami i pragnieniami, i zostają w tym wszystkim sami.

Żmijowisko to dla mnie przede wszystkim książka o opuszczeniu i samotności. W zasadzie każda z postaci jest koniec końców pozostawiona sama sobie. Nikt ze sobą tak naprawdę nie rozmawia, brak tu miejsca na szczerość, zdrowe uwolnienie emocji. Czytelnik też nie ma na to szans. Emocje się jedynie kumulują, kłębią, potęgują. Nie ma wyzwolenia, jest jedynie niepokój i ból. Bo jak ma nie boleć, jak autor już na samym początku rzuca czymś takim: „Matki zawsze mówią, że wszystkie swoje dzieci kochają tak samo. Matki kłamią” (s. 6). Mnie to fizycznie załatwiło. 

Ale powoli wszystko się wyjaśnia, prawda wychodzi na jaw, rodzi się szansa na lepsze. I wtedy następuje zakończenie. I zmienia wszystko.




Podczas lektury uśmiechnęłam się raz i to z powodu mojego redakcyjnego zboczenia. Bo fajne cycki sarny to naprawdę dobra rzecz.

Za książkę serdecznie dziękuję pani Joannie Białek i Wydawnictwu Marginesy.

wtorek, 29 maja 2018

Eudora Welty i jej "Jezioro księżycowe"

Dzisiejszy wpis powstał dzięki mojemu niemal fanatycznemu uwielbieniu dla serialu Gilmore Girls. W jednym z odcinków drugiej serii Rory, tłumacząc matce, dlaczego zabiera do szkoły aż tyle niemieszczących się w plecaku książek, wspomniała między innymi o biografii Eudory Welty. Ponieważ postać ta była mi całkowicie nieznana, zaczęłam szukać o niej informacji i okazało się, że to bardzo popularna w Stanach pisarka. U nas niestety słabiej, dlatego pozwoliłam sobie w tym bardzo długim wpisie przybliżyć nieco jej postać i opisać mojej wrażenia z lektury jej dwóch opowiadań.

Eudora Welty, amerykańska pisarka poruszająca w swojej twórczości temat amerykańskiego Południa, urodziła się 13 kwietnia 1909 r. w Jackson jako córka Mary Chestiny i Christiana Webb Welty’ego pracującego w firmie ubezpieczeniowej. Miała dwóch młodszych braci. Wychowywała się w kochającej rodzinie, w zamiłowaniu do języka i snucia opowieści. Uczęszczała do college’u dla kobiet w Columbus, w stanie Missisipi, i studiowała literaturę angielską na uniwersytecie Wisconsin. Później, za namową ojca, studiowała na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku reklamę. Wkrótce, niedługo przed śmiercią Christiana Welty’ego, wróciła do Jackson, do rodzinnego domu, w którym spędziła resztę swojego życia.

Welty imała się różnych zajęć. Pracowała w lokalnej stacji radiowej, pisała o społeczności Jackson do „Commercial Appeal”. W 1933 r. rozpoczęła pracę dla Works Progress Administration jako specjalistka od reklamy. Dużo podróżowała po Missisipi, gdzie zbierała informacje, obserwowała i fotografowała życie codzienne mieszkańców stanu. Jej zdjęcia przedstawiające losy ludzi po Wielkim kryzysie opublikowano w 1971 r. w One Time, One Place: Mississippi In The Depression, A Snapshot Album. To doświadczenie i zdobyta wiedza zaowocowały później także w jej opowiadaniach. 

W 1936 r. skończyła pracę dla WPA i postanowiła poświęcić się pisarstwu. W tym samych roku opublikowano jej pierwsze opowiadanie Magic oraz Death of a Traveling Salesman. Wkrótce jej teksty zaczęły ukazywać się m.in. w „The New Yorker” i „The Sewanee Review”. Jej wczesne prace zwróciły uwagę agenta literackiego Diarmuida Russela. W 1941 r. ukazał się pierwszy tom jej opowiadań A Courtian of Green, który przyniósł jej uznanie krytyki. Od tej pory sporo pisała i publikowała. W 1942 r. wydano jej nowelę The Robbert Bridegroom, w 1946 r. ukazała się powieść Delta Wedding, a The Ponder Heart w 1954 r. W 1949 r. opublikowano zbiór opowiadań The Golden Appels. Teksty te umocniły jej pozycję w literackim świecie i przyniosły rozgłos.

W połowie lat czterdziestych pisała dla „The New York Times Book Review”, często pod pseudonimem Michael Ravenna, gdyż uznano, że kobieta z Południa, bez względu na jej talent literacki, nie może poważnie poruszać tematów związanych z wojną. 

Dzięki stypendium Guggenheima w latach 1949-1950 odbyła podróż do Europy i zaprzyjaźniła się z irlandzką pisarką Elizabeth Bowen, której później zadedykowała zbiór opowiadań The Bride of Innisfallen. Kolejny raz Welty przybyła na Stary Kontynent w 1955 r., gdzie dała wykład na Uniwersytecie w Cambridge. Jak sama twierdziła, była pierwszą kobietą, która przekroczyła progi Peterhouse (najstarszego z kolegiów Cambridge). 

Kolejna powieść Losing Battles pisarki ukazała się w 1970 r., dziesięć lat po śmierci jej matki, którą Eudora się opiekowała. Trzy lata później Welty została nagrodzona Pulitzerem za wydaną w 1972 r. powieść The Optimist’s Daughter, w której przedstawiła postać kobiety wychodzącej z żałoby po śmierci ojca.  

W kwietniu 1983 r. amerykańska pisarka wygłosiła trzy wykłady na Uniwersytecie Harvarda, co zaowocowało zbiorem autobiograficznych esejów One Writer’s Beginnings. Powróciła w nim do czasów dzieciństwa w Missisipi i związku z rodzicami, opisała nieunikniony wpływ, jaki ten czas i relacje rodzinne wywarły na jej twórczość.

Welty unikała mówienia o jej prywatnym życiu. Twierdziła, że nie byłoby ono ciekawe dla nikogo, ale tak czy inaczej by go strzegła i nie dzieliła się nim publicznie.

Pod koniec życia cierpiała na zapalenie stawów, co uniemożliwiło jej dalsze pisanie. Choć przestrzeń życiową ograniczyła w zasadzie tylko do parteru jej rodzinnego domu, to zachowała jasny umysł i chętnie przyjmowała gości. Zmarła w wieku 92 lat 23 lipca 2001 r.

W jej twórczości odnaleźć można wpływy takich autorów i autorek jak Antoni Czechow, Jane Austen, William Faulkner, Virginia Wolf i Katherine Mansfield. I właśnie pisarstwo tej ostatniej pisarki przyszło mi na myśl podczas lektury tomiku Jezioro Księżycowe (Warszawa: Książka i Wiedza, 1980). W jego skład wchodzą dwa krótkie teksty połączone osobą Locha Morrisona. W Koncercie czerwcowym chłopiec, uwieziony w pokoju z powodu choroby, podgląda wydarzenia rozgrywające się w starym domu naprzeciwko – młodych kochanków na piętrze, dziwnie zachowującą się starą kobietę, która nagle wtargnęła do budynku i zaczęła grać fragment melodii Beethovena. Dźwięki muzyki stają się wyjściem do wspomnień snutych przez siostrę Locha, dotyczących lekcji muzyki, które pobierała razem z uzdolnioną koleżanką – ulubienicą niemieckiej nauczycielki. W tej opowieści o utraconych marzeniach, zmarnowanym potencjale i niezrozumieniu Eudora Welty wykazała się wyjątkowym zmysłem obserwatorskim. Autorka sprawnie i z humorem opisała mieszkańców małego miasteczka, a także wyobcowanie osoby nienależącej do społeczności, wrzuconej w jej środek i tym samym zaburzającej jej spokój. 

Loch Morrison jest cichym obserwatorem również w tytułowym opowiadaniu. Tam, jako harcerz, ratownik wodny, obserwuje uczestniczki letniego obozu nad jeziorem, dziewczęta pochodzące z dobrych domów, jak i te osierocone. Tu uwagę zwraca głównie postać małej buntowniczki, sieroty Easter, która w koleżankach wzbudzała jednocześnie lęk, fascynację i niechęć. Uporządkowaną regułami letniego wypoczynku rzeczywistość burzy wydarzenie, które zmusza młode dziewczęta nad pochyleniem się nad życiem i śmiercią. Opowiadaniu towarzyszy senna, nieco surrealistyczna atmosfera, emocje, jakie towarzyszą bohaterkom, często stoją w sprzeczności z emocjami czytelnika, postaci zarówno młodych dziewcząt, jak i dorosłych osób idealnie wpasowują się w ten oderwany od rzeczywistości klimat absurdu.

W obu opowiadaniach czuć duszny klimat amerykańskiego południa, przytłaczająca, ciężka atmosfera sprawiała, że chciałam się z niej wyrwać i jednocześnie nie byłam w stanie. Czytelnik wpada w tę lepką rzeczywistość, podobnie jak większość postaci niezdolny do działania, staje się biernym obserwatorem. Postaci, nawet jeśli są bardzo pobocznymi bohaterami, niewiele wnoszącymi do samej akcji, pojawiającymi się niemal jako tło dla wydarzeń, zostały potraktowane przez autorkę z jednakowym szacunkiem, każda ma swój charakter i w chwili, gdy pojawia się w historii, wydaje się ważna.

Żałuję bardzo, że  w Polsce do tej pory ukazały się jedynie dwa małe tomiki opowiadań Eudory Welty i to już dawno. Jeśli się mylę i coś jeszcze u nas wydano, będę bardzo wdzięczna za informacje, bo bardzo chętnie bliżej zapoznam się z jej twórczością. Ostatnio dobry jest czas dla opowiadań na naszym rynku wydawniczym i sądzę, że ich wydanie spotkałoby się z zainteresowaniem. Z wielkim zainteresowaniem sprawdziłabym też, jak autorka sobie radzi w dłuższych formach. A na razie polecam wam gorąco zapoznanie się z dostępnymi tekstami.

Korzystałam m.in. z:  https://www.theguardian.com/news/2001/jul/24/guardianobituaries.books i https://www.theguardian.com/news/2001/jul/24/guardianobituaries.books.
Zdjęcie pisarki pochodzi ze strony: http://www.uno.edu/news/2013/ACloserLookUNOOgdenMuseumExploresPhotographyofEudoraWelty.aspx