czwartek, 6 lipca 2017

"Ze światem znamy się z widzenia" - Michał Cichy, "Pozwól rzece płynąć"

Wybierzmy się na spacer po najbliższej okolicy. Przyglądajmy się mijanym budynkom, otaczającej nas przyrodzie, napotykanym ludziom. Zawierajmy z nimi znajomości, prowadźmy mniej lub bardziej poważne rozmowy. Obserwujmy zmiany pogody i następstwa kolejnych pór roku. Doceniajmy i szanujmy miejsca, w których żyjemy, cieszmy się każdym dniem i traktujmy go jak wielką przygodę. Nie, nie są to wnioski wyciągnięte z jakiegoś podręcznika treningu uważności. To odpowiedź na sześciomiesięczną podróż Michała Cichego po warszawskiej Ochocie, jaką opisał w objętościowo może i małej, ale za to jak bogatej w treści książce Pozwól rzece płynąć (Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2017).

„Opisuję Ochotę, bo ją kocham. Kocham Ochotę nie dlatego, że jest najpiękniejsza, tylko dlatego, że jest moja. Gdziekolwiek bym mieszkał, znalazłbym tam coś dla siebie” (s. 18). Urzekła mnie ta miłość Cichego nie za coś, tylko dlatego, że coś jest. Akceptacja tego, co nam dane, i ciągłe dostrzeganie w tym piękna. Ciągle wadzę się z moim losem, szukam siebie w świecie i pewnie też dlatego tak bardzo przemówił do mnie człowiek, który w pełni przyjmuje swoje życie i z każdym krokiem dostrzega jego wartość.

Michał Cichy zaczyna swój spacer w Trzech Króli, kończy na Świętego Jana. W tym czasie obserwuje zmieniającą się pogodę, rozwijającą się na nowo przyrodę, a przede wszystkim codzienność i życie. A może raczej życie w codzienności. Jest w nim miejsce na pobudkę przed czwartą rano, by obejrzeć wschód Słońca (w mieście, nie nad morzem, kto tak robi?). Jest czas na pogaduszki ze sklepowymi, miejscowymi żulikami i bezdomnymi. Na spacer z Myszką. Prawdziwą przyjemnością jest przemierzanie wraz z Cichym Ochoty, obserwowanie jego zachwytu nad puszczającymi pąki drzewami, udział w Triduum Paschalnym czy przyglądanie się przygotowywaniu ołtarzy na Boże Ciało. Autor w każdym elemencie przestrzeni dostrzega coś, co go zaciekawia, zachwyca. Być może powtórzę banał o docenianiu tu i teraz, codzienności, carpe diem i inne modne teraz hasła, ale to właśnie jest w tej książce – podziw dla świata, który nas otacza, świata, który znamy z widzenia. Bez ciągłego poszukiwania lepszego miejsca, lepszego momentu, lepszych ludzi. 

A Ochota nie jest przecież rajem na Ziemi. To w gruncie rzeczy dzielnica jak inne, ze swoim pięknem, ale i ze swoimi brudami. Można pogawędzić z ludźmi spacerującymi ze swoimi psami, ale można też usłyszeć „spierdalaj”.  Są zieleniące się trawniki i torebki foliowe latające w powietrzu. Są rudowłose dziewczęta i tragicznie zmarły młody motocyklista. Jest pani z papugą na ramieniu i kochany Poldek-Boczuś tęskniący z miłości do Scyzora. Jest też pan Jurek Damentka. A ja za autorem utrwalam to nazwisko, wzruszona gestem Cichego. Są też pieski, dużo piesków.

Michał Cichy nie dość, że jest uważnym obserwatorem, to przede wszystkim świetnie pisze. Jego proza bywa jak poezja, poruszająca, przykuwająca uwagę, ale spokojna i cicha.


Poziome światło wieczoru. Pod słońce białe pyłki owadów kręcą w powietrzu chmarną geometrię linii łamanych i krzywych. Balsamiczno-miodowy zapach (s. 86).
Stoję pośrodku świata tak jak każdy. / Nie stawiam siebie przed światem, tylko wpuszczam świat do samego środka siebie. / I w takiej chwili nie ma już różnicy pomiędzy mną a światem (s. 113).

W tej skromnej książeczce jest miejsce na obserwacje i miejsce na refleksję. To także opowieść o czasie, jego upływie, ale i o tym, że jesteśmy dziećmi szczęścia, znalazłszy się na tym świecie. 

Przyznaję, że nie jest łatwo pisać o Pozwól rzece płynąć, bo nie jest to książka, o której należy czytać, ale którą trzeba czytać. I którą warto mieć na własność, by w odpowiednim momencie otworzyć ją na dowolnej stronie i chłonąć prawdy, które być może w innym wypadku byłby zwykłymi banałami. Dlatego, choć mój egzemplarz mam z biblioteki, z pewnością kupię go też na własność. Razem z poprzednią książką Michała Cichego.

„30 kwietnia otwarły się czerwone tulipany w ogródku za żywopłotem przed kamienicą przy mojej ulicy” (s. 76). A Ty pamiętasz, kiedy zakwitły u Ciebie?

niedziela, 30 kwietnia 2017

O życiu - Robert Seethaler, "Całe życie"

Jak wiele potrzeba słów, żeby opisać całe, długie życia człowieka, w dodatku na tle burzliwych dziejów XX wieku? Może być ich tyle, żeby wypełnić opasłe tomy, a i tak będzie ich za mało. A czasem wystarczy tyle, by powstała niespełna 170-stronicowa opowieść, i to będzie wystarczająco. Taką skromną objętościowo książką jest powieść austriackiego pisarza Roberta Seethalera Całe życie (Wydawnictwo Otwarte: 2017).


To historia Andreasa Eggera, kulawego samotnika, przez otoczenie uważanego za dziwaka odcinającego się od ludzi. Mężczyzna, który dotarł do alpejskiej doliny jako osierocony kilkulatek z woreczkiem z pieniędzmi na szyi, spędził w niej niemal całe swoje życie. Czy szczęśliwie? Bity przez wuja, co doprowadziło do jego kalectwa, wyrzucony z domu, musiał sobie radzić sam, podejmując się każdej pracy, jaka mu się przytrafiła. Nie było miejsca na wybrzydzanie i Eggerowi nawet nie przyszłoby to do głowy. Nie było też miejsca na spokojny sen, ale noclegi na sianie, na strychu, pod gołym niebem, również nie stanowiły dla niego problemu, z którym nie mógłby sobie poradzić. Ciężka praca zaowocowała, mężczyźnie udało się kupić ziemię, zbudować dom, wreszcie – zakochać się z wzajemnością. Miłość, która nierzadko potrzebuje wielkich słów i dramatycznych wyznań, przyszła do niego spokojnie i choć na chwilę wyrwała go z rąk samotności. 

„Noce Eggera nie były już dłużej samotne. W łóżku koło niego leżała jego żona, cicho oddychając , a on czasem przyglądał się jej ciału, które rysowało się pod przykryciem i które mimo że w kolejnych tygodniach coraz lepiej je poznawał, ciągle wydawało mu się niepojętym cudem (s. 53)”.

A to wszystko na tle przemian przemysłowych zachodzących w dolinie oraz złowrogich gór, w których mieszkała Zimna Pani, co jakiś czas przychodząca po swoje ofiary. Nie burzyło to pokoju  Eggera. Ze spokojem przyjmował każdy dzień, który przynosił nowe obowiązki i zadania. Nic jednak nie trwa wiecznie, a los lubi grać z nami w kości i rzucać liczne wyzwania, poddając nas hiobowym próbom. Tak również było z Eggerem. Góry odebrały mu miłość, światowa polityka rzuciła w wir straszliwej wojny – wystarczająco, by znienawidzić życie. Andreas jednak nie się nie poddał. Nie był obojętny na ból i cierpienie, które były jego udziałem, ale przyjmował je ze spokojem, godząc się z życiem i szukając dla siebie nowych rozwiązań. Tak też postępował do końca swoich dni – nie mogąc dłużej pracować przy budowie kolei liniowych, zaczął oprowadzać turystów po górach. Gdy i to było już ponad jego siły, zaszył się w swojej chacie i wiódł jeszcze bardziej samotne, ale szczęśliwe życie aż do końca.

„Nie miał nikogo, lecz miał wszystko, czego potrzebował, i to wystarczało (s. 154)”. To zdanie jest jednym z wielu, które pokazują jak niewiele potrzeba słów, by oddać sedno. Robert Seethaler właśnie prostotą, skromnością słów oddał całe życie Eggera. Czy to pisząc o smutnym dzieciństwie, czy o utraconej miłości, czy wreszcie o przerażających doświadczeniach radzieckich łagrów, czynił to bez wyolbrzymiania, bez zbędnych epitetów. Wystarczy kilka subtelnych zdań, napomknięcie, by oddać całą grozę, ale też całą radość i miłość wypełniające życie człowieka. Nie ma tu roztkliwiania się nad uczuciami, przymiotników mających nam uzmysłowić stan ducha Eggera, to naprawdę jest zbędne. Andreas to człowiek, który się nad sobą nie użalał, który przyjmował życie z całym dobrodziejstwem inwentarza, i choć cierpiał, bo kto w życiu nie cierpi, to się z nim godził. 

„Jak wszyscy ludzie także i on nosił w sobie przez całe życie wizje i marzenia. Niektóre z nich sam realizował, niektóre zostały mu dane. Wiele pozostało nieosiągalnych lub też, gdy po nie sięgnął, wydarto mu je z rąk. A kiedy po pierwszych roztopach wychodził porankiem na mokrą od rosy łąkę przed chatą i kładł się na jednym z rozsianych tam płaskich głazów, czując pod plecami zimny kamień, a na twarzy pierwsze ciepłe promienie słońca, wtedy miał uczucie, że wiele rzeczy wcale nie poszło tak źle (s. 157)”.

Całe życie to w zasadzie lekcja życia. Modny teraz nurt slow life może czerpać z tej książki garściami, by pokazywać i uczyć, jak wygląda prostota życia i jak odnaleźć siebie w świecie. Wielu życie Eggera może wydać się dołujące, osamotnione i przygnębiające, ale to znaczyłoby, że trudno im dostrzec, co było dla niego najważniejsze i jak zwykłe codzienne chwile stawały się dla niego niezwykłe, wręcz magiczne, jak np. pierwsze odbiorniki radiowe czy spacer ludzi po Księżycu. Nie twierdzę, że każdy z nas powinien mieszkać w oborze i pozbawiać się kontaktu z innymi. Ale każdy z nas powinien wyciągnąć lekcję z tej lektury, by nasze życie było życiem spełnionym, tak jak życie Eggera. 

„Przeżył dzieciństwo, wojnę i lawinę. […] Jego życie bezustannie dyndało na włosku między niebem a ziemią, a w ciągu ostatnich lat jako przewodnik dowiedział się o ludziach więcej, niż był w stanie pojąć. […] Kochał. I zaznał przedsmaku tego, dokąd miłość mogła zaprowadzić. […] Nie potrafił sobie przypomnieć, skąd pochodzi, a koniec końców nie wiedział też, dokąd zmierza. Jednak mógł bez żalu spoglądać na czas między tymi punktami, na swoje życie, z raptownym śmiechem i wielkim zdumieniem (s. 162-163)”.

Całe życie bywa nazywane wielką ucztą literacką. Nie jest to jednak wielkie obżarstwo pełne wspaniałych, ale przesadzonych dań, a raczej subtelnym cieszeniem podniebienia prostymi smakami.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.


czwartek, 20 kwietnia 2017

Leben - Licht - Liebe - życie i twórczość Františka Drtikola


Jakoś do tej pory nie wybierałam nigdy książki roku, nie było mi to do niczego potrzebne. Jeśli jednak miałoby się to zmienić, to już teraz mogę przyznać, że najpewniej książkę 2017 roku już znalazłam. Wiele bowiem wskazuje na to, że taki tytuł powinien należeć do Historii światła Jana Němca (Książkowe Klimaty, Wrocław 2017).
Historia światła to powieść, niejako wariacja o życiu artysty poszukującego w sztuce prawdy, odważnego, przełamującego tabu, wielu szokującego czeskiego fotografa, który swoją profesję przeobraził w wielką sztukę – o Františku Drtikolu. I od razu chcę zaznaczyć, że sama ta opowieść o życiu to poukładany zbiór pięknych obrazów, fotografii, uchwyconych przez autora chwil i ujęć bogatych w detal, momentami w secesyjny ornament, ale nigdy przeładowanych zbędnymi dodatkami. Właśnie takim sposobem przedstawienia świata ujął mnie Němec już od samego początku, kiedy to mały František wraz z przyjacielem i jego ojcem stworzyli gliniane zniekształcone ludzkie figurki, które potem proroczo skończyły w ogniu (wkrótce w Przybramiu w kopalni srebra wybuchł pożar, w którym życie straciło ponad 300 górników). Tylko František uratował swojego ułomnego Adama.

Dzień przed tym, kiedy to się stanie, siedzisz przy stole w górniczej chałupie na obrzeżach Przybramia. Po drugiej stronie izby stoi biały kredens z obtłuczonym fajansem i stara malowana szafa. Na ścianie wisi święty obrazek, błogosławieństwo i drewniany krzyżyk z dwóch deszczułek przewiązanych zardzewiałym drutem. Płachty prania rozciągnięte na sznurze nad piecem przypominają raczej szmaty do podłogi, choć podłoga potrzebuje przede wszystkim łatania: spod desek słychać chrobot myszy i innych tworów kryjących się w szczelinach, zakamarkach i kątach. Na oparciu krzesła wisi przepocony roboczy szachciok, a na nim poplamiona skórzana łata (s. 11).

Trochę ci ich szkoda, jednego kocmołucha z popękaną nogą udaje ci się ocalić, ale dalszych sześciu kończy w płomieniach, są jeszcze wilgotni, aż zasyczy.
Swojego okopconego Adama pieczołowicie owijasz starą gazetą i ruszasz do domu. Po ulicy już chodzi latarnik, wleczesz się za nim z jednego krańca ulicy na drugi, lampy przed tobą zapalają się jak boje świetlne (s. 17).

 Fotografia nie była dla Drtikola miłością od pierwszego wejrzenia. Gdy już terminował u miejscowego fotografa, zmuszony do tego przez ojca i brak postępów w nauce, mówił:

 Fotografia w porównaniu z malarstwem jest taka tępa, to taka głupia służka rzeczywistości, kolorowanka dla idiotów, którzy nie mają żadnego twórczego talentu (s. 81).
1. Secesyjny obraz Drtikola
Bo to właśnie malarstwo było dla Františka pierwszym wyborem. Od chwili, gdy dostał od ojca białego koh-i-noora, pragnął wydobyć z niego wszystkie obrazy, które jak wierzył, znajdowały się w graficie. Tragiczny pożar, który dotknął Przybramie, nie tylko odbił się na chłopcu grozą śmierci, ale również poruszył jego wrażliwą duszę – powstają szkice przedstawiające koszmar zaistniałej sytuacji. Pojawił się też tajemniczy Augustin Žlutický – żywy człowiek, duch?, który z białego ołówka odczytał Františkowi jego przyszłość, a w niej wspaniałe płótna i gibką kobietę. To wszystko sprawdzi się wiele lat później.
Magię fotografii Drtikol odkrył na studiach w Monachium. Tam, prowadzony przez wrażliwych i czułych na sztukę przewodników – swoich wykładowców, dostrzegł w fotografii te same wartości i to, że porusza te same najczulsze struny ludzkiej duszy, co literatura i malarstwo. A może nawet i więcej. To właśnie tu poczuł, czego w życiu chce – żeby podążać za słowami jednego z profesorów i żeby być „dobrym pasterzem światła”.

Monachijskie sukcesy nie przeniosły się na sukcesy w Przybramiu – okazało się one zbyt zamknięte na fotograficzne eksperymenty z nagimi modelkami, a zwykłych fotografów była tam już wystarczająca liczba. Dopiero wyjazd do Pragi przyniósł owoce. Założone tam atelier na ostatnim piętrze kamienicy stało się na niemal resztę życia Františka miejscem pracy, wielkich sukcesów, fotograficznych eksperymentów, a także domem, jaskinią, miejscem ucieczki przed innymi. Praga pozwoliła mu rozwijać swoje pragnienia fotografa i człowieka. Zyskał sławę i uznanie, które przed wielu laty zobaczył w jego ołówku Žlutický – jego „wspaniałe płótna” zdobiły nie tylko czeskie wystawy, ale również zagraniczne, odnosząc sukcesy. 


2. Sekretny eksperyment - ukrzyżowanie
Co do gibkiej kobiety, która również pojawiła się w wizji strażaka-widma, ją także dała mu Praga w postaci sporo młodszej od niego tancerki Ervy. Zresztą związki fotografa z kobietami to kolejna ciekawa ścieżka jego rozwoju. Bliska relacja z siostrą Emą, z którą w dzieciństwie czytali Verne’a i inne książki. Pierwsze tajemnicze uniesienia erotyczne, gdy jako chłopiec obserwował w lesie kołyszące się piersi młodej dziewczyny. Niewinna relacją z uroczą altwolistką Evą, której gra umilała mu nużącą pracę w atelier Mattasa. Później, już w Pradze, zakochanie w rozkapryszonej, dziecinnej i niezdecydowanej Elišce Janskiej. Ten dziwny związek-niezwiązek to jedno z boleśniejszych doświadczeń Františka. Listy pisane do niej w czasie I wojny światowej to przejmujący, tkwiący we mnie do tej pory, obraz miłości mieszającej się z nienawiścią, pogardy i pragnienia. Później małżeństwo ze wspomnianą już Ervą Kupferovą – związek, który choć zaowocował ślubem i córką, nie miał szans na przetrwanie. Dwie silne osobowości, mijające się pragnienia, oszustwo, zdrada – to nie mogło się udać. Prawdziwe wyzwolenie, choć na kilka chwil, dały mu intymne spotkania z modelką Sofią, gdy całował jej ukrzyżowane łono.

Historia światła to oczywiście powieść o życiu, ale także o przeżywaniu, doświadczaniu i odkrywaniu własnych pragnień. Jan Němec, w świetnym stylu, zaskakująco, sięgając po drugoosobową narrację, malując swoje wspaniałe obrazy słowem, pokazał drogę człowieka poszukującego w świecie swojego miejsca, smakującego świeżą wanilią i crème brûlée światła, które ostatecznie odnalazł w buddyjskim mistycyzmie. Czeski pisarz pokazał życie jednostki w obliczu mniej lub bardziej zależnych od niej samej zmian, a także zmiany, jakie dotknęły całe zbiorowości – ustrojów politycznych, dominujących poglądów, wreszcie prądów panujących w sztuce: od pełnej pięknych ornamentów i symboli secesji (u Drtikola uchwyconej w fotografiach przedstawiających Salome z głową Jana Chrzciciela i przywiązanych do krzyża nagich modelek) po futuryzm z jego ryczącym samochodem piękniejszym od Nike z Samotraki (który również znalazł odzwierciedlenie w twórczości fotografa). Zmiany są nieodzownym elementem naszego rozwoju, wypełniły więc artystyczną i życiową drogę  Františka, wpływając na niego w każdym elemencie jego życia – od miłości po sztukę.
3. Zwrot ku futuryzmowi

Historia światła siedzi we mnie i siedzieć będzie zapewne długo. Wracam też do jej fragmentów, by na nowo móc cieszyć się takimi słownymi polaroidami jak np.: 
Usta ma lekko rozchylone, a jego długie czarne rzęsy delikatnie drgają. Na lewym policzku ma wielkie znamię, za kilka lat zacznie przeszkadzać nu podczas golenia, ale teraz jego twarz jest jeszcze chłopięca, blada, delikatna (s. 47). 
Choć pod koniec książka traci nieco na sile, nie wpływa to na mój nią zachwyt. Nawet wyłapywanie pojawiających się gdzieniegdzie literówek i błędów zrzucam na moje zboczenie zawodowe i szybko o nich zapominam w obliczu tak bogatej i budzącej wachlarze uczuć treści.


Za książkę dziękuję pani Magdalenie Petrynie i wydawnictwu Książkowe Klimaty.

Zdjęcia:
1.  http://theredlist.com/wiki-2-16-601-797-view-pictorialism-profile-drtikol-frantisek.html
2.  https://pl.pinterest.com/pin/383931936958605338/
3.  http://www.dreamtheend.com/?attachment_id=11184&rand=49

wtorek, 7 marca 2017

Heroina, dziewczyny i szary Manchester - "Syreny" Josepha Knoxa



O Syrenach Josepha Knoxa dowiedziałam się, czytając o nowych twarzach w świecie powieści na the guardian i była jedną z wymienionych tam książek, które szczególnie zwróciły moją uwagę. Wielką radością było więc dla mnie, gdy okazało się, że polskie wydanie jest już tuż, tuż dzięki Wydawnictwu Otwartemu (Kraków 2017).

Syreny to czarna (a w zasadzie szara) opowieść o młodym policjancie Aidanie Waitsie, który już zdążył wystarczająco spieprzyć sobie i życie, i karierę. Żeby całkowicie nie sięgnąć dna i żeby uratować to, co jeszcze do uratowania zostało, jako tajniak ma rozpracować narkotykowego bossa i jego działalność. Dość łatwo udaje mu się wkręcić w świat dealerów, pięknych młodych syren w mrocznych klubach odbierających pieniądze za heroinę i inne ubarwiacze życia. Udaje mu się nawiązać kontakt z samym Zainem Carverem – szefem narkotykowego interesu, podejrzewanym o pozbycie się jego byłej kochanki, która wiele lat temu zaginęła bez śladu. Dodatkowo pewien wpływowy polityk chce, by Aidan odnalazł jego córkę, która uciekła z domu i ukrywa się wśród syren. Wszystko poszłoby pewnie nie najgorzej, ale Waits za bardzo wciąga się w swoje nowe nocne życie, działa na krawędzi, angażuje się w sprawy, w które nie powinien, i sam gubi się w tym, po której jest stronie. Nie pomaga mu też zapewne zamiłowanie do amfetaminy.

Wraz z Aidanem wciąga się i gubi sam czytelnik, gdyż Josephowi Knoxowi udało się szalenie sugestywnie i uwodząco pokazać mroczne życie Manchesteru. To świat, od którego należało by trzymać się z daleka, a który jednocześnie jest niesamowicie ponętny, i któremu naprawdę trudno nie ulec. Przepełnione knajpy, domy, w których bogate dzieciaki pod nieobecność rodziców urządzają sobie narkotykowe orgie, luksusowe wieżowce, drogi alkohol, życie bez granic, obskurne mieszkania i pełne zdziczałych narkomanów dzielnice, w których pierwsza umiera nadzieja, a znalazłszy się tam człowiek żałuje, że nie umarł razem z nią. To wszystko w kolorze biało-czarnej farby, w kolorze ptasiego gówna. Brzmi odrzucająco, obskurnie, ale nęci i przyciąga, bo choć farba jest czarno-biała, to nic innego takie nie jest. Dobro, o ile można tu w ogóle o jakimś mówić, miesza się ze złem. Nic nie jest jednoznaczne, czytelnik gubi się i błądzi w gęstej szarości brudu, zbrodni, upodlenia razem z Aidanem, szukając kogoś, komu choć na chwilę można zaufać. A o kogoś takiego naprawdę nie jest tu łatwo.

W tej całej szarości, w której zapach drogich perfum i luksusowych alkoholi miesza się ze smrodem moczu, wymiocin, brudnego seksu i strachu, kolorowe (niektóre momentami naprawdę dosłownie) są na szczęście postaci – skorumpowani policjanci, dealerzy, zagubione dziewczyny, ludzie uśmiechu, hetero- i homoseksualiści, sprzedawcy marzeń, własnych religii i śmierci. Niemal każdy skrywa jakąś tajemnicę albo wiedzie życie dalekie od przyjętych norm. Od jednych nas odrzuca, inni dziwnie pociągają i nawet nie próbujcie oceniać, kto jest lepszym charakterem. Mój instynkt samozachowawczy nie raz zaprowadziłby mnie na dno. Może to ja mam kiepską intuicję, ale przekonana jestem, że to jednak zasługa autora, który umiejętnie i oszczędnie odkrywa przed nami sekrety swoich niejednoznacznych bohaterów i robi to tak, że nawet najgorsze męty obudziły we mnie sympatię, a nawet coś więcej.

Dlatego nie dziwię się Aidanowi Waitsowi, że ulega temu światu, że kluczy wśród ludzi, których poznaje, i których zna od lat. Kolejne tragiczne wydarzenia przygniatają go, ale też dają mu mocnego kopa do rozwiązania wszystkich zagadek, w które się wplątuje. Tajemnic jest tu całkiem sporo; każda intrygująca, dobrze poprowadzona, gdy wydaje się, że znamy już odpowiedzi, to nawet jeśli niektórych ich fragmentów możemy się domyślić, to prawda i tak daje nam po mordzie.

Jeśli więc macie ochotę na zanurzenie się w otchłanie mroku i kroczenie nocnymi ulicami szarego miasta, wśród odpychających brutali, pięknych młodych kobiet, uwodzących przestępców, na chwilową ucieczkę od życia, to koniecznie po Syreny sięgnijcie.

Za możliwość wejścia w ten brudny, ale jakże pociągający świat serdecznie dziękuję panu Tomaszowi Balawejderowi i Wydawnictwu Otwartemu.

P.S. Motto do książki stanowi cytat z piosenki Joy Division, a każdy z jej rozdziałów nazwany jest jednym z tytułów piosenek zespołu. To zapewne dobry podkład muzyczny. Darzę Iana Curtisa uczuciem zdecydowanie dalekim od sympatii. Słuchałam Morrisseya. Z dedykacją. 

Zdjęcie autora ze strony the guardian, a okładka książki, że strony Wydawnictwa.