sobota, 19 stycznia 2019

Na dobre i na złe? - Tayari Jones, "Nasze małżeństwo"


Nasze małżeństwo (Kraków: Wydawnictwo Otwarte, 2019, tłum. Aleksandra Wolnicka) jest historią związku afroamerykańskiej pary, a w zasadzie jego powolnego rozkładu. Celestial i Roy to małżeństwo z osiemnastomiesięcznym stażem. Ona realizuje się artystycznie, robiąc lalki wzorowane na ukochanym, poupées, on jest rozwijającym karierę przedstawicielem handlowym wydawnictwa. Pewnego tragicznego dnia Roy zostaje oskarżony o przestępstwo, którego nie popełnił, i mimo zeznań żony trafia do więzienia z wyrokiem skazującym go na dwanaście lat odsiadki, po pięciu zostanie oczyszczony z zarzutów. Para zostaje postawiona przed tragicznymi wyborami, a ich związek wystawiony na ciężką próbę. Próbę związaną nie tylko z kilkuletnią rozłąką, ale też z konfrontacją bohaterów po wyjściu Roya na wolność.

Historię pary oraz samych głównych bohaterów poznajemy przede wszystkim z perspektywy Celestial i Roya, miejscami w opowieść włączony zostaje głos ich przyjaciela Andre. I, co okazało się dość ciekawym zabiegiem narracyjnym, nie poznajemy jej chronologicznie, ich historie rodzinne, motywacje i początek związku poznajemy później. Autorka miesza też rodzaje narracji, część książki stanowią listy małżonków wymieniane między nimi w czasie ich rozłąki. I to one właśnie są dla mnie najciekawsze w powieści i najwięcej mówią o Celestial i Royu jako parze. 

Decyzje podjęte przez Celestial podczas pobytu jej męża w więzieniu, ich wzajemne relacje w tym czasie oraz po uniewinnieniu Roya to jedno. Samo skazanie mężczyzny i kilkuletnie przymusowe rozstanie z pewnością odcisnęło piętno na związku, ale tak naprawdę to listy, które do siebie wysyłali, pokazują na jak słabych fundamentach zbudowana była ta relacja, jak bardzo małżonkowie nie potrafili, nie chcieli się porozumieć, jak wiele ich różniło, jak bardzo każde z nich było skupione na sobie samym, a nie na małżeństwie jako parze.  Czy można tym usprawiedliwić późniejsze wybory, nie wiem. Ale też dzięki temu, nie możemy sobie pozwolić na jednoznaczne osądzenie obojga.

Nie mogę się zgodzić z opinią Baracka Obamy zamieszczoną na okładce, że to niesprawiedliwy wyrok zniszczył młode małżeństwo. Nie mogę się też zgodzić ze stwierdzeniem Toma Perrotta, że nikt tu nie zrobił nic złego. Bohaterowie robią złe rzeczy, kłamią, krzywdzą się nawzajem i nie są wstanie się do tego przyznać nawet przed sobą. Irytowało mnie dość mocno, nawet złościło, ich zachowanie, a przede wszystkim ich stosunek do tego, co się stało. Liczenie się tylko z tym, co ja czuję, czego ja potrzebuję i pragnę. Odrzucenie jakiejkolwiek odpowiedzialności i zero poczucia winy. Sytuacja, owszem, nie sprzyjała stabilności emocjonalnej, ale momentami naprawdę miałam dość oraz wielką ochotę  mocno potrząsnąć tymi ludźmi i zapytać, co oni sobie myślą. Tak, sporo emocji we mnie się kotłowało przy tej lekturze.
 
Oprócz samej historii małżeńskiej książka miała potencjał rozwinięcia wątku nierówności rasowych i szkoda, że autorka w pewnym momencie zaniechała tego interesującego tematu. To, że Celestial i Roy są afroamerykańskim małżeństwem miało duże znaczenie zarówno w kontekście ich dorastania (każde z nich miało zupełnie różne warunki rodzinne), ich życiowych wyborów, jak i samego aresztowania Roya i motywacji kierujących skazującymi go. Niestety, kwestia przycichła, co sprawiło, że Nasze małżeństwo nie jest ani całkiem opowieścią o afroamerykańskiej parze w Ameryce, ani też całkiem powieścią uniwersalną, co trochę obniża jej wartość.

Niemniej książka Tayari Jones to dobra, bogata w emocje, choć pozostawiająca uczucie niedosytu proza. To, jasne, przede wszystkim opowieść o rozpadzie związku, ale też o innych relacjach – rodzinie, przyjaźni. Mimo że czyta się ją wartko, bo historia wciąga, nie jest to przyjemna lektura, ale jak sądzę, wcale nie miała taka być. Miała raczej poruszyć, dźgnąć tu i tam, wywołać emocje. U mnie je wywołała, ale nie jestem pewna, czy do końca takie, o jakie mogłoby chodzić autorce.

Z ciekawostek, a być może kogoś kuszą takie rzeczy, powieść była nominowana do National Book Award 2018, a książką, oprócz Baracka Obamy, zachwyciła się także Oprah Winfrey, która podobno (jak głoszą wieści) chce zrobić z niej film. Ale czy chciałabym go obejrzeć? Nie jestem taka pewna.  

Premiera książki 31 stycznia 2019 r.
Za egzemplarz przedpremierowy dziękuję pani Ewie Sajek i Wydawnictwu Otwarte.

wtorek, 4 grudnia 2018

Pamiętajmy to, co trzeba - Ján Púček, "Przez ucho igielne (sploty)"




Z nastaniem listopada drzewo zaszumi, konary strząsną liście i jesień kończy się na dobre. Przynajmniej do tej pory tak bywało: ogród za oknem pogrąży się w smutku, grusza skłoni ramiona, jabłonie się skurczą. Nawet ten piec, który wlecze za sobą zwiędnięty ogon, zmarszczy czoło i zawarczy z niepokojem. A ludzie? Ludzie stracą rumieńce, spochmurnieją, przykurczą się i zaczną szybciej i płycej oddychać. Z dnia na dzień ubędzie słońca, a przybędzie wiatru i deszczy, chłód wpełźnie pod skórę.
Owszem, gdzieś w środku jesieni świat bywa piękny. Wszystkie te kolory (czerwony, żółty i brązowy), wszystkie te zapachy (wilgotna glina, tlen, wonny dym). Wciąż słyszy się o tym, jaką to miłością darzona jest jesień i że właśnie jesienią świat jest najpiękniejszy. Ale jak mam się tym cieszyć, kiedy wiem, że już w przyszłym roku przyjdzie czas na smutek (s. 11).

Nie wiem, jak zacząć ten wpis, nie chcę pisać o tym, jak wiele już dała nam literatura opowieści o losach jednostek na tle wielkiej historii, jak często poprzez ukazanie życia konkretnego człowieka  opisywano dzieje epok, wojen, dramatów całej ludzkości, o tym, jak ważna jest pamięć i czym grozi zapomnienie. Bo brzmi to banalnie i wtórnie. A książka Jána Púčeka Przez ucho igielne (sploty) (Wrocław: Książkowe Klimaty, 2017, tłum. Weronika Gogola), która tej tematyki dotyka, w której właśnie ci konkretni ludzie swoim życiem opowiadają o tragediach XX wieku, a przede wszystkim swoim życiem w konkretnym czasie opowiadają o sobie, nie jest ani banalna, ani wtórna. To piękna, nostalgiczna, łącząca w sobie radość i smutek opowieść, w której historia ustępuje miejsca rodzinie i domowi.
Ján Púček, fot. Erika Liváková


Ján Púček – autor, Ján Púček – narrator wplata losy swoich dziadków w krwawą historię dwudziestowiecznej Europy, a właściwie to odwrotnie – to właśnie tę historię wplata w ich życie, gdyż to Jan i Bożena stanowią sedno opowieści, są jej głównymi bohaterami, to dla nich i dzięki nim książka została napisana. Choć prawdopodobnie, gdyby nie ta wielka historia, losy Jana i Bożeny pozostałyby osobnymi losami. Jan pewnie żyłby szczęśliwie ze swoją rodziną, nie trafiłby na pięć lat do obozów koncentracyjnych za działalność w ruchu oporu, po skończonej wojnie nie zostałby chwilowym bohaterem, ale też nie musiałby układać na nowo roztrzaskanego życia, rozwalonej codzienności. Bożena, młoda, buntująca się dziewczyna, nie trafiłaby na spotkanie z Janem Hollym, człowiekiem, który ryzykował życie, pomagając w przerzucie czeskich lotników, a potem do jego szwalni. Nie narodziłaby się ich wielka miłość, wraz z którą Jan zyskał nowe, kolejne życie, a Bożena zaczęła budować swoje. 

I chociaż tak bardzo przeze mnie spłycona i skrócona historia spotkania się ludzi, którzy w innych okolicznościach mogliby się nie spotkać, może brzmieć romansowo, sentymentalnie, książka Jána Púčeka nie jest absolutnie żadną banalną love story. Nie jest to też opowieść o miłości romantycznej, to po prostu i aż opowieść o życiu – najpierw osobnym, później wspólnym, słodkim i gorzkim, pełnym smutków, ale i szczęścia. To opowieść o początku i końcu.

Przez ucho igielne (sploty) to opowieść rodzinna, o rodzinie, wzajemnym przywiązaniu. To bardzo widać w języku Púčeka – czułym, ciepłym, nostalgicznym. Ta czułość widoczna jest zwłaszcza w końcowych rozdzialikach książki, gdy wiele lat po śmierci Jana wnuczek, w ciemną, pozbawioną elektryczności noc, rozmawia z babcią o dziadku, o ich wspólnym i o jej życiu, które powoli znika wraz z jej pamięcią. To chyba moja ulubiona część całej opowieści, to tu autor pisze najpiękniej o uczuciach, wzruszająco, bez popadania w patetyczne i kiczowate tony, ale tak, że człowieka przeszywa do głębi. 

Pozostaję pod wrażeniem tego, w jaki sposób Ján Púček pisze. Chodzi mi właśnie o tę subtelność i o szacunek – do dziadków, do opowiadanych historii, do samego słowa. Siłę języka słowackiego pisarza widać bardzo dobrze przewrotnie w tym, czego nie pisze, a co słychać najgłośniej. Mam tu na myśli przede wszystkim część poświęconą pobytowi Jana w obozach koncentracyjnych, bardzo ironicznie, bardzo przewrotnie nazwaną Spielplatz – plac zabaw. Tylko że tu zabawa polega na robieniu na drutach swetrów dla niemieckich dzieci, patrzeniu i czekaniu na śmierć. I Púčekowi wystarczyło kilka obrazów, bez brutalizacji języka, by ukazać prawdziwy koszmar tej rzeczywistości. Podobnie jest zresztą też, gdy mowa o Zagładzie – nie potrzeba więcej niż opustoszałe domy po ludziach, którzy nagle musieli je opuścić, pozostawione przez nich, rozgrabiane rzeczy, samotna synagoga. Tak się pisze o końcu świata.

Pisanie o dziadkach i pisanie o historii nie jest dla samego pisania o nich. Ján Púček pisze, żeby utrwalić pamięć, żeby nie zapomnieć. O Janie i Bożenie, o ich wspólnym życiu, ale też o tym, o czym najchętniej wszyscy by zapomnieli, o tym, do czego gotów jest posunąć się człowiek.

Co z naszą pamięcią? Gdzie jest? W dziurawych kieszeniach? Może to naprawdę cud, że na tym świecie pomimo wszystko zostali jeszcze ludzie, że jeszcze wciąż nie zdążyliśmy się wszyscy wyciąć w pień (s. 310).


A zapomnieć nie wolno, choć pamięć bywa i błogosławieństwem i przekleństwem. W rozmowie z Michałem Sowińskim dla „Tygodnika  Powszechnego” (2017, nr 42) autor tak mówił na ten temat:


Historia nie istnieje bez pamięci – to oczywiste. Ale ja rozumiem to trochę inaczej. Pamięć jest czymś bardzo ludzkim, przez to nie zawsze dokładnym. Z kolei historia i historiografia to w zasadzie nauka, więc nie mówi ludzkim językiem. A my właśnie pilnie potrzebujemy nauczyć się rozmawiać o naszej przeszłości, aby móc zrozumieć, co właściwie mamy zapisane w naszym tożsamościowym DNA. Musimy przepracować nasze demony. Niekompletna pamięć jest jednym z powodów tego pełnego nienawiści szaleństwa, które dzisiaj w naszej wspólnej krainie przyjmuje tak niezrozumiałe rozmiary. Jednak pamięć to także źródło cierpienia. Wielu z tych, którzy przeżyli najgorsze traumy, cierpi właśnie z powodu pamięci. Oszalelibyśmy, gdybyśmy musieli pamiętać wszystko, ale absolutna amnezja to niebezpieczne ekstremum (https://www.tygodnikpowszechny.pl/nie-ma-zlotego-srodka-150373?language=pl; dostęp: 4.12.2018).

I dalej:


Demencja starcza, alzheimer i podobne choroby – to właśnie metafora naszej środkowoeuropejskiej świadomości historii. Boję się, że choroba będzie postępowała. A kiedy już zapomnimy o wszystkim, nie będziemy w stanie zadbać nawet o higienę osobistą, jedzenie i inne zwykłe, ale niezbędne rzeczy (tamże).


Przez ucho igielne (sploty) to, co już za pewne widać, książka wielowymiarowa, w której można wciąż znajdywać kolejne ślady, a ja zasygnalizowałam tylko kilka z nich. W całą opowieść wplecione są teksty zupełnie poetyckie, które Michał Sowiński nazwał „instrukcją obsługi rzeczywistości”, a ja za nim pozwalam sobie tę nazwę podać dalej. Fragmenty zatytułowane Jak się robi wino, Jak się robi nić, Jak wyrabia się żwir itd. to dla Jána Púčeka metafory kruchego życia, o którym stanowią niedostrzegalne zazwyczaj drobiazgi. Autor chce, żeby spojrzeć na nie z innej strony, zmienić perspektywę, żeby w ogryzku jabłka dostrzec ogromne drzewo (tamże). 

Powieść Púčeka pełna jest tytułowych splotów. Splotów mikro i makro, w wielu wymiarach. Są to sploty bardzo jednostkowe, jak spotkanie Jana i Bożeny, sploty konkretnych ludzi z wielką historią, uwikłanie w nią, są wreszcie sploty tejże historii z pamięcią. A my sobie możemy na te wszystkie sploty popatrzeć jedynie przez to ucho igielne, widzieć fragmenty i próbować je łączyć.

Przez ucho igielne (sploty) powinnam przeczytać już dawno i już dawno powinnam o niej napisać. Powody, dla których tego nie zrobiłam, zachowam dla siebie. Ale wspominam o tym, gdyż jestem przekonana, że dobrze jest też teraz o niej przypomnieć. A może, patrząc na to co się dzieje dookoła, nawet jeszcze bardziej teraz niż półtora roku temu warto ją czytać, coraz bardziej bowiem zapominamy i coraz bardziej należy przypominać i pamiętać, bo:


– Ten świat jest strasznie zły – dokończyła babcia, a ja w tej chwili nie jestem w stanie myśleć o zburzonej synagodze i pociągach towarowych, i o wszystkich tych ogolonych na łyso, którzy dzisiaj maszerują ulicami i rzucają kamieniami. Czasami myślę, co by powiedział dziadzio, gdyby dożył tych czasów, gdyby ich widział. Jad cisnąłby mu się na usta (s. 310).


Bardzo dziękuję pani Magdalenie Petrynie i wydawnictwu Książkowe Klimaty za egzemplarz książki.



Wiatr ucichł. Wygładzone niebo mieszało świeże niebieskie kolory; nowy dzień, nowe stroje, wróble na czereśni. Wschodzące słońce prześwietliło młodą trawę. Świat się żarzył. Przyszła wiosna. Wiosna, ach to ty! Wiosanna (s. 332).

czwartek, 15 listopada 2018

Jak się rodzą rewolucje, czyli o jedzeniu, kopulacji i mordercy listonoszy - Petr Stančík, "Młyn do mumii"


Morderca brutalnie torturujący listonoszy, aby wysłać list do Boga, ukrywający się zakon i jego tajemne pisma, anarchiści, teorie spiskowe i mierzący się z rozwikłaniem zagadek bohater – czy to nie profesor Robert Langdon na tropie kolejnego światowego spisku w nowej książce Dana Browna? Mając tylko tyle informacji, można by tak pomyśleć, można by też sądzić, że biorąc do ręki Młyn do mumii, czyli przewrotne odkrycie komisarza Durmana Petra Stančíka (tłum. Mirosław Śmigielski, Wołów: Wydawnictwo Stara Szkoła, 2016, ebook), czeka nas kolejny thriller w brownowskim stylu. Co to, to nie, moi drodzy. Figa. Bo książka czeskiego pisarza, porno-gastro thriller, w dodatku mistyczny, plus dziewiętnastowieczna Praga, to jedna wielka literacka gra, zabawa, jedne wielkie jaja, jakie pisarz robi sobie z powieści gatunkowych i z samych czytelników. I robi je sobie przepysznie.

Wszystko, o czym wspomniałam w pierwszym zdaniu, znajduje miejsce w książce, bohater również. Tyle że… nasz Robert Langdon (odwołuję się do niego, bo tylko jego w tej chwili kojarzę), czyli komisarz Leopold Durman, jest trochę takim błyskotliwym bohaterem thrillerów i kryminałów à rebours. Co tu dużo ukrywać, Durman jest po prostu ociężałym idiotą, który sam siebie jest w stanie postrzelić w najmniej stosownym momencie (o ile w ogóle taki być może) i nie odkryć tożsamości mordercy, choć ma ją podaną na tacy. Ani lotny, ani przystojny, po początkowych aktach bohaterstwa i pościgach za mordercą po dachach praskiego getta szybko wraca do tego, co stanowi esencję jego życia – do braku umiarkowania w jedzeniu i kopulacji. Bo i jedzeniu, i kopulacji oddaje się z największą pasją i nie jestem w stanie stwierdzić, co daje mu większą rozkosz. A zarówno do jednego, jak i drugiego nie brakuje mu okazji. Ba, potrafi nawet łączyć obie przyjemności i oddawać się im jednocześnie. 

Seks i jedzenie, jedzenie i seks – to dwa przeważające w powieści wątki, autor nie szczędzi im miejsca, co w pewnym momencie zaczyna już nieco nużyć (przede wszystkim jeśli chodzi o obżarstwo). Ale zanim nas to znudzi, to naprawdę z wielką przyjemnością czyta się o uczcie u cygańskiego króla, na której podawano między innymi pieczone jeże, o tych wszystkich pasztetach, dzikim ptactwie, bulionach, kiełbasach, nietoperzach… I tak dalej, i tak dalej. Leopold Durman jest bowiem prawdziwym samcem z krwi i kości i żywi się głównie mięsem i podrobami. Im tłuściej, tym lepiej. Nie odmawia sobie również rozkoszy alkoholowych, nie gardząc żadnym trunkiem. Muszę przyznać, że opisy tych przygód podniebienia bywają naprawdę fenomenalne. O młodym winie: 

Miało w sobie kwaskowatą nutę świeżo skoszonej trawy i słodką nutę ust dzieweczki, która pozwoliła się na tę trawę położyć, a także gorzką nutę czubków jej piersi, które w ustach twardnieją niczym uśmiech zastygający na wargach dopadniętego mordercy, a łącznie smakowało bardzo dobrze (lok. 1216).

A skoro nasz bohater samcem jest, to z równie wielką pasją co widelec w potrawę wtyka swoje przyrodzenie w każdą chętną dziurkę. O dziwo, z tych również nie brakuje. Że nie brakuje ich w burdelach, tak chętnie przez komisarza odwiedzanych, nie dziwi w ogóle. Ale że nie brakuje ich w różnych innych miejscach, w wyszynkach i na ulicy, i to dosłownie (tak się właśnie rodzą rewolucje moi państwo!), to już biorąc pod uwagę aparycję i tępotę bohatera, może zaskakiwać. A kobiety zawsze chętnie oddają się orgiom z jurnym komisarzem, nawet zdeklarowane dziewice znajdą sposób, by wpuścić go do środka i wysuszyć do ostatniej kropelki…

Trzeba też oddać Durmanowi zasługi na tym polu, bo gdyby nie jego służbowy wyjazd do Paryża i oczywiście wizyty w tamtejszym burdelu, prascy kochankowie jeszcze długo mogliby nie cieszyć się z rozkoszy, jaką daje miłość oralna. 

Stolica Francji nie była zresztą jedynym celem podróży Leopolda. W pogoni za domniemanym mordercą trafia bowiem do Meksyku, gdzie ma do czynienia między innymi z anarchistycznym spiskiem mającym na celu ułatwienie kobietom robienie prania. Wyprawa była dla komisarza dość przykra, gdyż jak relacjonował: „Chęci na jedzenie nie mam, do burdelu iść się boję, spać nie mogę. Cóż więc mi pozostaje?” (lok. 3338).

Jak przystało na bohatera powieści, Durman się zakochuje i to zakochuje miłością romantyczną. Swoją ukochaną Libuszkę Jedwabną zabiera na spacery, do opery, odwiedza w domu jej rodziców, wręcza prezenty, czasami bardzo osobliwe. Wreszcie, raczy ją miłosnym wyznaniem rodem z powieści sentymentalnej i obsypuje komplementami z odpowiednio wybraną metaforą: „– Usteczka panny są jak skrzydła rusałki… – Lećmy więc razem… – szepnęła i nachyliła głowę” (lok. 1358).  Wszystko oczywiście jest bardzo czyste i przyzwoite, a pieszczoty niewinne. Bądź co bądź Durman umie się zachować jak dżentelmen. Dżentelmen z rozbudzoną chucią, którą potem musi studzić w objęciach prostytutek, biedaczek.

Leopold Durman nie jest oczywiście jedyną wartą uwagi postacią w książce Petra Stančíka. W zasadzie większość pojawiających się na jej kartach osób jest na swój sposób osobliwa. No bo na przykład taki „autarkiczny detektyw Egon Alter”, który w zaskakujący sposób pojawia się w momentach, w których komisarz potrzebuje jego pomocy. I nie ma tu znaczenia, czy Durman jest akurat w praskim getcie, czy w Meksyku. Detektyw, o wiele bystrzejszy i zdecydowanie lepiej łączący fakty i naprawdę samowystarczalny, jest zresztą postacią – grą, która dla czytelnika szybko staje się dość oczywista, dla Leopolda pozostaje jednak zagadką niemal do końca. Pojawia się tu także postać szalonego naukowca, wynalazcy Wenzela Benzela, który do budowy swojej genialnej machiny wykorzystuje końskie truchła. Jest i patolog Ogrobiec, który wnioski z sekcji kieruje do leżących przed nim zwłok aktualnej ofiary.

A skoro mowa o ofiarach, nie mogę choć odrobinkę nie wspomnieć o samym wątku kryminalnym. Mamy tu bowiem do czynienia z mordercą brutalnym, chorym umysłem, zabijającym w naprawdę wyszukany sposób. Durman stara się, jak może, żeby złapać złoczyńcę, choć wspomniałam już, że wychodzi mu to, łagodnie mówiąc, średnio. Ale rozwiązanie tego wątku, to, co Stančík tu wyczynił, jak to rozegrał, to jest mistrzostwo. Takiego zaskoczenia czytelnika, nawet jeśli postać samego zabójcy nie jest specjalnie trudna do odkrycia, powinni pozazdrościć autorowi twórcy poczytnych kryminałów i thrillerów. Poważnie, choć to wszystko niezłe jaja ;).

Młyn do mumii to nie tylko przygody naszego mało rozgarniętego komisarza. To także dziewiętnastowieczna Praga. I choć jest to Praga przefiltrowana przez pryzmat surrealistycznego spojrzenia Petra Stančíka, to jednak świat przedstawiony ma swoje solidne podstawy źródłowe. W powieści pojawiają się postaci autentyczne, na przykład szef praskiej policji Leopold von Sacher Masoch, a także jego syn, pisarz znany z zamiłowania do specyficznych doznań seksualnych. Swoje role odgrywają też choćby poeta i dziennikarz Jan Neruda czy kompozytor, autor opery Sprzedana narzeczona Bedřich Smetana. Tu i ówdzie powraca również motyw Rękopisu królowodworskiego sfabrykowanego rękopisu mającego być zapisem z najstarszego okresu historii Czech.  

O książce Petra Stančíka można by pisać i pisać. Przywoływać niezliczone motywy i zabawy literackie. Można by pisać o wątkach mistycznych w powieści, o gadających zwierzętach i mandragorze, o tajemniczym zakonie Ordo Novi Ordinis, który depcze po piętach Durmanowi, a wycinki z jego tajnych tekstów rozpoczynają każdy rozdział. Można przywoływać upojne posiedzenia stowarzyszenia Czcicieli Srebrnej Kotki i to, jak komisarz poznaje prawdę o swoim pochodzeniu. Można, ale jeszcze lepiej o tym po prostu przeczytać. I bawić się ile wlezie, bo o to tu przede wszystkim chodzi. A nie da się nie bawić, czując, że autor sam świetnie się bawił, podrzucając czytelnikowi tropy, myląc go i wreszcie bezczelnie sobie z niego kpiąc. 
 
Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to do językowych wpadek, bo czego jak czego, ale „za wyjątkiem”, to ja darować nie mogę :).

Warto jeszcze dodać, że Młyn do mumii w 2015 roku został nagrodzony w kategorii proza najważniejszą czeską nagrodą literacką Magnesia Litera. I przy tej okazji chciałabym życzyć takiego luzu, otwartego podejścia do literatury i odwagi jurorom polskich nagród, bo bez tego ciężko się wygrzebać z tych naszych narodowych traum i uwikłań, a ile można się tym katować.

czwartek, 11 października 2018

Wyjaśnianie islamu - Tahar Ben Jelloun, "Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych


Boimy się tego, czego nie znamy. Przyjmujemy narracje, które nam odpowiadają, które są zgodne z naszymi lękami, szukamy w nich potwierdzenia naszych obaw. Łatwe odpowiedzi, wymowne hasła, zrzucanie odpowiedzialności na Innych, a wreszcie zamykanie się w swoim malutkim kręgu, całkowite odrzucanie głosów drugiej strony, umiłowanie nienawiści. Bardzo, ale to bardzo nie podoba mi się taki świat, a niestety coraz częściej właśnie tak wygląda – świat, Europa, Polska. A przecież najczęściej wystarczy spróbować poznać Innego, chcieć zrozumieć, poznać to, czego nie znamy, czego się boimy. Początkiem poznania Innego, który szczególnie spotyka się z niezrozumieniem i całkowitym odrzuceniem, może być choćby publikacja Tahara Ben Jellouna Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych (tłum. Dorota Zańko, Helena Sobieraj, Kraków: Karakter 2015).
 
Pierwotna wersja tej książki (stanowiąca jej pierwszą część), przybliżająca podstawy islamu, jego historię od objawień archanioła Gabriela Mahometowi po współczesność, powstała pod wpływem pytań, jakie dziesięcioletnia córka autora zaczęła mu zadawać po tragicznych wydarzeniach 11 września 2001 r. A mała muzułmanka słusznie pytała, dlaczego ludzie nienawidzą islamu i jak wyznawcy religii miłującej pokój (a w takim duchu była wychowywana) mogli posunąć się do tak straszliwego okrucieństwa, odbierając życie niewinnym ludziom i sobie. Tahar Ben Jelloun, odrzucając zafałszowany obraz islamu, jaki głosili i niestety wciąż głoszą terroryści, zaczyna skierowaną do córki i czytelników opowieść o religii opartej na wartościach humanistycznych, ustanawiającej w świecie arabskim, w którym żywcem grzebano niemowlęta płci żeńskiej, podstawy praw człowieka, szanującej inność, ceniącej wiedzę i poznanie.  
Świat islamu do XI wieku był światem otwartym. Ciekawi tego, co poza nim, uczeni udawali się do Europy, gdzie dzielili się swoimi odkryciami, wiedzą, nauką, a jednocześnie korzystali z osiągnięć tamtejszych mędrców. Kultury i myśli przenikały się, wzajemnie inspirowały. Bardzo mnie smuci, że ludzie, którzy w islamie widzą jedynie największe zło, zapominają, jak wiele zawdzięczamy islamskim uczonym, jak bardzo wzbogacili oni naszą naukę, kulturę, filozofię. Nie wolno nam odrzucać tak bogatego dziedzictwa, udawać, że go nie ma.

Tahar Ben Jelloun, mówiąc o swojej religii, nie ucieka od mrocznych momentów w jej historii. XI wiek to czas kłótni, sporów, odrzucenia tego, co obce, rodzącego się fanatyzmu. Religia zaczęła zastępować filozofię, do głosu doszli zwolennicy bardzo dosłownego czytania Koranu, a przecież, jak zauważa autor, święta księża islamu jest tekstem wypełnionym wspaniałymi poetyckimi obrazami, które wymagają uwagi, nie dosłowności. Odcięcie się od zachodniego świata i zamknięcie w swoim kręgu wyprawy krzyżowe (również wynik wykorzystywania religii jak polityki) tylko wzmocniły. Religia odrzucająca zabójstwo niewinnych i samobójstwo zaczęła być przez swych fanatycznych wyznawców szerzona właśnie tymi sposobami. 

Rozmowa z dzieckiem zmienia się w rozmowę z niemal dojrzałą kobietą, gdyż kolejną część książki Tahar Ben Jelloun napisał już po zamachu na redakcję „Charlie Hebdo” w Paryżu. U dziewczyny znów pojawiły się pytania i wątpliwości, a ojciec próbuje jej i czytelnikom wyjaśnić (absolutnie nie tłumacząc terrorystów), dlaczego doszło do tych tragicznych wydarzeń i jakie są korzenie fanatyzmu. Tu, zdaniem autora, winne są dwie strony. Ci muzułmanie, którzy kierują się wypaczoną wersją islamu, przyjmujący Koran dosłownie, pragnący szerzyć ich religię przemocą, dążący do rozlewu krwi. Dla nich publikacja karykatur Mahometa była tak wielkim znieważeniem ich proroka, bluźnierstwem, za które należało zapłacić krwią. Odrzucają oni zasady kraju, w którym żyją, słuchają przywódców nakłaniających ich do przemocy w imię religii. Dlaczego jednak takiemu radykalizmowi ulegają młodzi ludzie, dzieci imigrantów, którzy urodzili się w Europie i powinni czuć się Europejczykami? 

Właśnie – są Francuzami, ale czy naprawdę się nimi czują? To ludzie, których wcześniej pozostawiono samym sobie, niewykształceni, bez żadnej ciągłej edukacji, przestępcy, którzy siedzieli w więzieniu i wyszli z niego z głowami pustymi, czy raczej pełnymi pomieszanych pojęć. Idealnie nadawali się do tego, by zwerbować ich do dżihadu (s. 113). 



Problemem nie są ci imigranci, którzy już dawno osiedlili się w Europie. Oni pracują, płacą podatki, zachowują się powściągliwie. […]. Problem wypłynął wraz z pojawieniem się „drugiego pokolenia”, to jest pokolenia ich dzieci. Ludzie ci urodzili się już w Europie i mają europejskie dowody tożsamości. Zostali wychowani w kulturowej pustce (s. 125–126).


Poczucie odtrącenia we własnej ojczyźnie, wyrzucenie na margines, brak uczucia, że jest się u siebie, pragnienie odnalezienia swojej tożsamości  – to właśnie popycha młodych ludzi do poszukiwania rozwiązania w radykalnych kręgach. Tam przynajmniej są zauważani, przekonywani, że mają do wypełnienia krwawą misję na chwałę Boga. Do tego wszystkiego dochodzi hipokryzja krajów przyjmujących imigrantów i na swój sposób próbujących zaprowadzić demokrację w krajach arabskich. 


[Kraje zachodu] Wiedzą, że w Arabii szaleje rygorystyczny wahhabizm. Kobiety nie mają prawie żadnych praw. Nie mogą nawet prowadzić samochodu. A jednak kiedy w grę wchodzą interesy, Europejczycy przymykają oczy na te skandaliczne aspekty życia (s. 125).


Trzecia część książki stanowią artykuły napisane przez autora, publikacje głoszonych przez niego wykładów dotyczące kontrowersyjnych tematów związanych z islamem oraz tragicznych aktów terrorystycznych z ostatnich lat. Tu autor nie zwraca się już do dziecka, zmienia się język, ton, ale to wciąż, a w zasadzie tym bardziej teksty, z którymi należy się poznać. Wyjaśniają bowiem lub podejmują próbę wyjaśnienia kwestii często budzących nasze wątpliwości i sprzeciw, takich jak burka (która wcale nie ma nic wspólnego z islamem), przedmiotowe traktowanie kobiet i rzeczywisty wizerunek kobiety w islamie, dżihad i jego formy. Pisze także o koegzystencji i poczuciu tożsamości narodowej, o „arabskiej wiośnie”, o tym, jak to jest być muzułmaninem w Europie. 

Tahar Ben Jelloun podpowiada także jak można by rozwiązać istniejące w Europie problemy. Podstawą jest oczywiście edukacja. I tu, zdaniem autora, ze względu na różnorodność odczytywania Koranu:


Państwa europejskie powinny wziąć odpowiedzialność za to nauczanie [islamu] i szerzyć je, tak aby islam nie był czymś tajemniczym albo wytworem fantazji, którego należy się bać. […]. Nauka islamu jest częścią programu lekcji historii francuskich dwunastolatków. Należałoby podejść do niej w sposób świecki, to znaczy obiektywny, i dobrze umiejscowić teksty w ich kontekście historycznym oraz kulturowym (s. 17). 


Niezwykle istotny jest dialog Europy z żyjącymi w niej muzułmanami, aby:


 dać tym nowym Europejczykom poczucie, że są u siebie, nie wykluczeni, ale zintegrowani, że los europejski jest ich losem, a islam jako religia i kultura ma tu uprawnione miejsce. Taki spokojny islam, jeśli wyznawać go będzie większość, położy kres próbom destabilizacji i terroryzmu (s. 170).


Tahar Ben Jelloun odwołuje się do laickości, która nie stanowi przecież odrzucenia religii. Pozwala natomiast na oddzielenie religii od fanatyzmu. „Laickość nie jest negacją religii, przeciwnie, to jej poszanowanie, pod warunkiem że będzie ona przeżywana w sferze prywatnej, nie publicznej” (s. 17). 


W każdym razie laickość nie oznacza zniknięcia religii – ona pozostaje w sercach i miejscach kultu. Religia nie powinna zajmować się polityką, ona nie jest ideologią, to sfera duchowości, której człowiek potrzebuje jako odpowiedzi na swoje lęki. Trzeba szanować te potrzebę, niezależnie od tego, jaki ma się stosunek do wiary (s.118).



[…] najważniejsze i najpilniejsze jest oddzielenie religii od polityki. Dopóki rządzący będą się opierać na religii, dopóty będą istniały problemy i choroby, takie jak fanatyzm oraz to, co z niego wynika, czyli terroryzm i ignorancja (s. 99).


 Te słowa są prawdziwe nie tylko w odniesieniu do islamu, ale do każdej religii i wszyscy rządzący powinni je sobie wziąć do serca.

Książka Tahara Ben Jellouna jest niezwykle ważną publikacją i trzeba dziękować Karakterowi za jej wydanie. Powinna być lekturą obowiązkową zarówno dla dzieci (część rozmów ojca  z córką), jak i dla dorosłych (całość). W sposób łatwy do przyswojenia przybliża islam i problemy związane z jego niezrozumieniem. W tych niespokojnych czasach, gdy tak łatwo jest ulec lękom, zamknąć się w swej ignorancji istnieje faktyczna potrzeba poznania Innego, otwarcie się na poznanie. Współistnienie kultur jest możliwe, zawsze w nie wierzyłam, wierzę nadal, ale dla niego najistotniejszy jest dialog. Każda publikacja, każdy tekst, każdy głos go umożliwiający zasługuje na szczególną uwagę. Co to jest islam? stanowi bardzo dobrą podstawę do rozpoczęcia tego dialogu.

Okładka ze strony wydawnictwa  https://www.karakter.pl/ksiazki/co-to-jest-islam-ksiazka-dla-dzieci-i-doroslych-2015
Coexist by Piotr Młodożeniec