piątek, 18 listopada 2016

Nieoczywista rzeczywistość Rafała Niemczyka



Kiedy mam coś napisać, mimo setek myśli i słów kłębiących się w głowie, zawsze mam problem z początkiem. A teraz mam tak wielki z nim kłopot, że może zacznę po prostu: żałuję. Żałuję, że tom opowiadań Mama umiera w sobotę Rafała Niemczyka (Wrocław: Wydawnictwo Afera, 2015) przeczytałam. Że mam to już za sobą. Że kilka minut temu zamknęłam książkę i pozbawiłam się możliwości obcowania z nią po raz pierwszy. Są owszem i będą razy następne, ale to ten pierwszy jest tak sugestywny, sensualny, tak wżerający się w umysł i ciało. A ta książka, te opowiadania takie właśnie są – przenikające, uporczywe, budzące dreszcze.

Siedem opowiadań, siedem niezwykłych historii, każda inna i każda taka jak być powinna. Już tytułowe opowiadanie zapowiada, że będziemy mieć do czynienia z tekstami niebanalnymi, nieoczywistymi. I choć tu jest jeszcze w miarę spokojnie, sobota to nie jest dobry dzień na umieranie, to już powoli budzą się demony (choć rozum wcale nie zasypia). I z każdym kolejnym tekstem będą one sobie poczynać coraz śmielej i śmielej. Tak jak poczynał sobie sam autor. Bo czego tu nie ma. Trup w piwnicy to pachnący zimnym piwem absurd rodem z Kafki. Pomyłka, która mogła spotkać Józefa K., gdyby ten miał nieco więcej szczęścia. Czytając opowiadanie Ściana o nikczemnie powstającej niewidzialnej przegrodzie między rodzeństwem, czułam ten sam irracjonalny lęk, ten sam niepokój, który pojawiał się przy lekturze opowiadań Julia Cortazara. Bo Rafał Niemczyk również, nie burząc rzeczywistości, ale zwracając uwagę na to jej oblicze, od którego chcemy uciekać, sugestywnym językiem, stopniowo, powoli tworzy napięcie, które nie przeminie.  I to jest tak bardzo fascynujące i przerażające za razem. 

To nieprzyjemne uczucie pojawiać się będzie w każdym z opowiadań, będzie uwierać, ale jednocześnie będzie nas zmuszać, żeby wchodzić w teksty głębiej i głębiej. Jak w horrorze, gdy bohater, słysząc hałas na opuszczonym strychu, zamiast zwiewać, idzie tam, gdzie czeka niewiadome. Co mnie najbardziej poruszało w opowiadaniach Cortazara i porusza mnie tu, to właśnie to, że autor nie ucieka się do fantastycznych tricków i sztuczek. Wszystko tu jest jak najbardziej realne, rzeczywiste, to wszystko mogło i się zdarza, a jednak zawieszone jest na bardzo cienkiej granicy, której Niemczykowi udało się nie przekroczyć i w tym tkwi wielka siła jego opowiadań. Czy to Kobieta i mężczyzna z szafy, czy to Gambino, czy wreszcie Stodoła, każdy z tych tekstów jest osadzony w rzeczywistości, a jednocześnie przeniesiony z sennego koszmaru, z którego nie da się obudzić. Tekst z czwartej strony okładki (tu ciekawy zabieg i jest to strona 225) przywołuje Miasteczko Twin Peaks i choć nie będziemy szukać zabójcy Laury Palmer, to jest to porównanie słuszne.

Na koniec zostawiłam sobie opowiadanie w kolejności piąte – Przypadek brzydala. Bo choć początkowo myślałam, że Ściana będzie moim ulubionym tekstem, to musiałam zmienić zdanie. Cóż to za perełka, jak wielką rozkoszą było obcowanie z tym pięknie stylizowanym, archaizowanym językiem. Bywało, że zdania czytałam po kilka razy, żeby się nimi delektować. Ale to opowiadanie to nie tylko język, to również fabuła, a w niej groza, która na myśl przywodzić pewnie będzie Poego, a mnie tak bardzo skojarzyła się z niesamowitymi opowieściami Stefana Grabińskiego. 

Zbiór opowiadań Rafała Niemczyka jest jego debiutem i muszę przyznać, że autor jak na debiutanta nieźle tu sobie poczyna. Śmiało bawi się formą, z językiem momentami wyczynia takie rzeczy, że aż nieprzyzwoite, jednocześnie, z tych różnych wydawałoby się kawałków tworzy spójną całość. Jego opowiadania bowiem, w moim odczuciu, nie są tylko same dla siebie, ale przede wszystkim po to, żeby zwrócić uwagę na ludzką kondycję, na nasze szamotanie się w poszukiwaniu własnej tożsamości, na nasze bycie z czy bycie obok drugiego człowieka. 

Muszę, koniecznie muszę wspomnieć jeszcze, jak bardzo zachwycona jestem samym wydaniem książki. I świetnymi ilustracjami Kasi Michałkiewicz-Hansen, i projektem typograficznym Mimi Wasilewskiej, i tak wielkim dopracowaniem redakcji i korekty przez Magdalenę Lalak, Justynę Wodzisławską i Annę Szukalską. Dobrą robotę robicie w Wydawnictwie Afera :).

wtorek, 8 listopada 2016

Literatura o mnie (2)

"...życie z literaturą doprowadzone do stadium, w którym to literatura zaczyna być najważniejsza albo zaczyna dominować nad życiem, prowadzi zwykle do katastrofy. [...] To, co się dzieje z nami w trakcie czytania, wcale nie zawsze jest dobre!". Ryszard Koziołek, Dobrze się myśli literaturą, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2016, s. 7, 9.

sobota, 8 października 2016

Szkocka krew, afrykańska dusza - Alexandra Fuller, "Rozmowy pod drzewem zapomnienia"




Zanim okładka książki Rozmowy pod drzewem zapomnienia (Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2014) przykuła moją uwagę na bibliotecznej półce, nie miałam pojęcia kim jest Alexandra Fuller. No może nie była mi obca całkowicie, bo przeglądając katalog wydawnictwa (a robię to nagminnie), przyglądałam się też serii „Z domem”. A jednak to osobiste spotkanie zdecydowało o tym, że praktycznie w ciemno, szybko rzuciwszy okiem na opis na okładce, stwierdziłam, że biorę. I wzięłam. Nie wiem, czy to jakiegoś rodzaju intuicja, czy fakt, że ciężko znaleźć złą książkę wydaną przez Czarne, w każdym razie w moje ręce trafiła naprawdę świetna i wartościowa pozycja.

Rozmowy pod drzewem zapomnienia  to przede wszystkim historia rodziny Fuller, choć głównymi bohaterami niewątpliwie są jej niesamowici rodzice – Nicola i Timothy. W zasadzie na pierwszy plan, jeśli chodzi o postaci, zdecydowanie wysuwa się Nicola Fuller z Afryki Środkowej (jak lubi się przedstawiać), znana też jako Tub. Szkotka z krwi i kości (angielska krew ojca zdecydowanie przegrywa z krwią matki z klanu Macdonaldów z Clanranald) prawie całe swoje życie spędziła w Afryce, którą ukochała. Gdy ją poznajemy, wydaje się być totalnie postrzeloną, śpiewającą szlagiery Franka Sinatry, beztroską kobietą, próbą latania doprowadzającą nauczyciela niemal do zawału i przebierającą kilkuletnią córkę za Nigdy Nie Obiecywałem Ci Różanego Ogrodu na bożonarodzeniowy bal (Halloween się zbliża, może ktoś skorzysta z pomysłu?;) Albo za Pozdrowienia z Rosji). Timothy zaś porzucił rodzinną Anglię i poznawszy na lotnisku w Nairobi Nicolę, która właśnie wracała do Afryki, wbrew rodzinie ożenił się z nią i osiadł na Czarnym Lądzie na stałe. Afryka stała się dla obojga domem, największą, niemal obłąkańczą miłością i jednocześnie piekłem.

Historie obojga relacjonuje Alexandra. Część z nich już znała, części oczywiście sama doświadczyła, a część poznaje podczas odwiedzin u rodziców w Zambii, gdy siedząc pod drzewem zapomnienia, toczy z matką rozmowy. Dostajemy niezwykle barwną, przepełnioną humorem, miłością, zabawą, ale też jednocześnie bólem, cierpieniem, strachem i wojną opowieść o ludziach, którzy tak ukochali afrykańską ziemię, że poświęcili dla niej najdroższe co mieli. Historie o polowaniach, szalonych imprezach, na których trzeba było zamykać na noc drzwi na klucz, żeby nie paść ofiarą chuci gospodarza, mieszają się z krwawą wojną partyzancką w Rodezji. Radość z narodzin kolejnych dzieci przeplata się z największą stratą, jaką mogą ponieść rodzice. Ciągłe przeprowadzki, poszukiwanie miejsca na tej tragicznej ziemi, przenoszenie z jednego domu do kolejnego garnków Le Creuset. Miłość, która wraz z wielkim szczęściem i radością niesie ze sobą ból i stratę. To wszystko znajdziemy w tej opowieści.
Do tego fascynujące tło polityczne, bo przecież niepodległa Rodezja, w której przez jakiś czas (ten najtrudniejszy i dla kraju i dla nich) żyła rodzina Fullerów, przez odrzucenie polecenia oddania  władzy czarnej większości, nie była uznawana przez niemal wszystkie kraje. Odcięty od reszty Afryki i świata kraj, który biali kolonizatorzy uznawali za swój, zaczął się pogrążać w chaosie i mroku wojny. To wszystko widziane oczami białej Nicoli, dla której niepodległość Rodezji była czymś całkowicie zrozumiałym i naturalnym, a walka czarnych o równe prawa, szalonym pomysłem, nabiera nieco innej perspektywy. Dodatkowo, biorąc pod uwagę krwawe dzieje szkockiego klanu Nicoli Fuller, wydaje się, że jej życie od pokoleń naznaczone jest mordem i zemstą. I w zasadzie każde życie takie jest, bo jak w jednym z najbardziej bolesnych i przejmujących momentów tej książki, gdy niemal łykałam łzy, napisała Alexandra: 
Dopóki nie zaczniemy czcić nawzajem swoich grobów, dopóki nie przyznamy się do morderstw i nie wybaczymy sobie nawzajem tego, co zrobiliśmy, nie będzie pokoju, szacunku ani zawieszenia broni (s. 158).

Ale przy tych wszystkich tragediach, chwilach, gdy czytelnik może się zastanawiać, jakimi trzeba być wariatami, żeby trwać przy tej ziemi, która tak mało daje, a tak wiele zabiera, nie jest to książka smutna. Bo mimo łez, śmierci, bólu, mimo tych wszystkich strasznych wydarzeń, które dla Nicoli Fuller zakończyły się mocną depresją, jest w tym wszystkim nadzieja i przede wszystkim jest miłość oraz pamięć. Pamięć, która na pewno wszystkiego nie wyjaśnia, która nie rozwiewa licznych wątpliwości, nie usprawiedliwia, ale pozwala choć w jakimś stopniu zrozumieć.

Dodatkowo Alexandra Fuller ma dar opowiadania. Posługuje się sugestywnym językiem, idealnie buduje napięcie i ma fantastyczne poczucie humoru, które tak bardzo sobie cenię. Dlatego na pewno sięgnę po wspominaną w tej opowieści (najczęściej przez Nicolę) „Okropną książkę” (Dziś wieczorem nie schodzimy na psy, Wydawnictwo Czarne: Wołowiec,  2013) i po Wyjedź, zanim nadejdą deszcze (Wydawnictwo Czarne: Wołowiec, 2016). I wam również to radzę, jeśli tak, jak ja lubicie wciągające i nieoczywiste opowieści.


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

O nas bez nas? Kobiety walczące w Kościele



Zacznę banalnie. Są książki, które zmuszają nas do myślenia, na tematy, które choć gdzieś tam obok krążyły, jakoś się jednak pomija. Choć mogą nas dotyczyć mniej lub bardziej bezpośrednio, nie angażujemy się w nie, czasem coś nas zainteresuje na krótką chwilę. I dopiero lektura daje nam kopa, może nie od razu do działania, ale do głębszej analizy tematu i zaangażowania choćby intelektualnego, duchowego. Taką książką w ostatnim roku jest dla mnie Kościół kobiet (Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2015), Zuzanny Radzik – teolożki feministycznej, publicystki, współpracującej z moim ukochanym „Tygodnikiem Powszechnym”. 


Kobiety są w Kościele od jego powstania, a jednak ich w nim nie ma. A raczej ich nie widać i nie słychać, bo albo nie dostają prawa głosu, albo są uciszane, a ich zdanie jest trywializowane. To oczywiście ogólniki, niektórym udaje się przebić, ale jaki to jest procent? Przyznaję, sama raczej nie zastanawiałam się nad tym problemem. Nie będę się tu zwierzać z mojego zaangażowania lub jego braku w życie religijne, duchowe, kościelne. Moje podejście do Kościoła katolickiego jako instytucji też zachowam dla siebie, ale od razu wyznam: wcześniej nie miałam kłopotu z tym, że kobiet w Kościele nie widać, bo tak naprawdę nie miało to dla mnie znaczenia. Może nie świadczy o to mnie dobrze. Trudno. Ale coraz częściej zaczęły do mnie docierać informacje i treści teolożek, coraz więcej przypadkowo czytałam właśnie o kobietach w Kościele i jak tylko dowiedziałam się o książce Zuzanny Radzik od razu ją kupiłam. I była to świetna decyzja.

Problem funkcjonowania kobiet w Kościele jest i nie można udawać, że jest inaczej. Nie chodzi tylko o kapłaństwo kobiet, o to, dlaczego nie mogą być wyświęcane na kapłanów i skąd się to wzięło. Zuzanna Radzik podejmuje te zagadnienia, tłumaczy sens i bezsens kościelnych dokumentów. W obliczu Soboru Watykańskiego II kobiety poczuły siłę, aby walczyć o  widzialne miejsce w tak ważnym dla nich Kościele. Niestety, wciąż trwająca walka jest bardzo nierówna. Oczywiście, wiele się mówiło i mówi o roli kobiet w Kościele, ale przede wszystkim jako matek, żon, tych, które mają pomagać, wspierać, a jednak nie decydować. Nawet w kwestiach bezpośrednio dotyczących kobiet, na synodzie poświęconemu zakonom (a zakonnic jest więcej niż zakonników), to mężczyźni decydowali, kobiety mogły jedynie wyrazić opinię, zasugerować. A przecież problemy kobiet nie są takie same jak problemy mężczyzn. I w życiu świeckim, i w życiu zakonnym. Nawet nie bardzo się dziwię, że mężczyźni w Kościele podejmują takie a nie inne decyzje odnośnie do kobiet, bo skoro są tak bardzo od nich odcięci i nie koniecznie słyszą ich głos i postulaty, to skąd mają wiedzieć, co jest dla nich naprawdę ważne. W dodatku, co jest bardzo przygnębiające, na kobiety zwraca się uwagę i sięga po ich pomoc, gdy nie ma innego wyjścia. Tak było choćby w komunistycznej Czechosłowacji, gdy do kapłaństwa powołano kilka kobiet. Ich relacje świadczą o prawdziwej, głębokiej wierze, o tym, czym było dla nich owo kapłaństwo, jak ważne dla zbliżenia z Bogiem. A jednak ich święcenia zostały unieważnione przez Watykan, gdy przestały być potrzebne. 

Kapłaństwo kobiet nie jest oczywiście jedynym problemem. Teolożki, feministki, kobiety walczą nie tylko o miejsce przy ołtarzu, ale o wysłuchanie, zrozumienie i prawdziwe przyjrzenie się ich problemom. Bez generalizowania. W każdym miejscu na Ziemi sytuacja ludzi się różni, nie tylko kobiet. Ale to najczęściej kobiety najbardziej odczuwają wszelkie niesprawiedliwości. I każdy przypadek jest inny. Dlatego bolesne jest generalizowanie, zwłaszcza w tak delikatnych kwestiach, jak antykoncepcja, aborcja, przemoc seksualna, ubóstwo. To tematy, których podejmują się walczące w Kościele kobiety, z którymi się zmierzają i rozumieją.

Bardzo interesujące są w książce również zagadnienia dotyczące samej liturgii, występujących w niech patriarchalnych elementów. Tu do razu odsyłam do źródła, bo opisywania tak delikatnych spraw nie mam odwagi się podjąć. 

A jednak jest nadzieja i udowadniają to relacje Zuzanny Radzik z rozmów przeprowadzonych z kobietami zaangażowanymi w Kościół. Bo one chcą w nim być i w nim decydować. Chcą, żeby ich głos był słyszalny i mimo licznych przeciwności wciąż walczą. Czasem odchodzą, zakładają własne wspólnoty, czasem trwają, poświęcając się dla sprawy. A wszystko to wynika z ich ogromnej wiary, jak bowiem inaczej wytłumaczyć ich zaangażowanie. Oczywiście działania te wyglądają inaczej w Polsce, inaczej w reszcie świata. Nie ma się co dziwić, ale trzeba szukać, czerpać i pogłębiać to, co udało się wypracować, jeśli chce się coś zmienić. Nie przytaczam żadnych konkretnych przykładów, bo musiałabym przywołać wszystkie rozmówczynie i ich problemy, każda jest bowiem równie ważna i świadectwo każdej równie przejmujące. Najlepiej sięgnąć po książkę i samemu spotkać się z tymi historiami. Bo, kurczę, te kobiety, choć nie zawsze, co normalne, rozumiem ich problemy, nie z wszystkimi się zgadzam, są niesamowicie silne, odważne i uparte. Wiedzą, czego chcą i o to walczą. Naprawdę, ogromnie uderzyła mnie ich determinacja, a przede wszystkim ogromna wiara i miłość do Boga. Mogę je tylko za to podziwiać.

Czytając Kościół kobiet, widząc, jak wiele z nich chce być w Kościele, działać w nich dla dobra całej wspólnoty, nie mogłam i nadal nie mogę przestać się nadziwić, że nie robi się wszystkiego, by im to ułatwić. Bo gdy jednak kobiety stwierdzą, że nie mają już siły i woli walki i odejdą z Kościoła, to co z niego zostanie? I jak długo przetrwa?

Książka Zuzanny Radzik to pasjonująca lektura. Przygnębiająca, ale i dająca nadzieję. Pokazująca, jak mimo przeciwności kobiety się nie poddają. I wbrew temu, co można sądzić, to książka dla wszystkich. Nie tylko dla ludzi związanych z Kościołem, dla kobiet, feministek, teolożek, wierzących. Choć wszyscy członkowie Kościoła powinni mieć moim zdaniem obowiązek tej lektury. Nie bać się głosu kobiet walczących nie o własne dobro, ale o dobro Kościoła jako równoprawnej wspólnoty kobiet i mężczyzn.

wtorek, 5 lipca 2016

Literatura o mnie (1)


"Chciałabym, aby mnie ktoś kochał, pocieszał i nie dawał myśleć". Katherine Mansfield, Dziennik, 1983, s. 30.

Bo zdarzają się takie chwile, że człowiek zaczyna rozumieć, czego by tak naprawdę chciał od życia...

http://www.deathdyinggriefandmourning.com/Death-Dying-Grief-Mourning/74-Katherine-Mansfield,-The-Canary-Doves-Nest.htm

środa, 29 czerwca 2016

Ojciec, córka, poezja i HIV




Nie tak dawno przeczytałam niezwykłą książkę. Taką, która poruszyła moje najwrażliwsze nuty, która sprawiała, że chciałam i nie chciałam jej czytać, bo nieustannie się wzruszałam. I choć od początku znałam zakończenie tej niezwykłej rodzinnej historii, to wbrew temu, co naprawdę się wydarzyło, pragnęłam jej innego zakończenia. Ta książka to piękne wydane w „Amerykańskiej” serii wydawnictwa Czarne Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu Alysii Abbott, która napisała ją na podstawie własnych wspomnień, ale też pamiętnika taty.

Jak głosi podtytuł książka jest wspomnieniem, zapisem ze wspólnego życia Alysii Abbott i jej ojca Steve’a Abbotta. A życie to było z pewnością nietypowe. Steve był biseksualny i nie ukrywał tego przed swoją przyszłą żoną. Zupełnie jej to nie przeszkadzało, powiedziała nawet coś w sumie pięknego, że nie kocha on połowy ludzkości, tylko całą. Nie przeszkadzało jej to również dlatego, że sama lubiła seksualne eksperymenty i zabawy w trójkącie. Razem stanowili niezwykłą i szaloną parę. Wzięli ślub, po jakimś czasie Barbara zaszła w ciążę, a Steve, choć sam przyznał, że nie jest gotowy na dziecko, został z żoną. Rzeczywiście nie bardzo nadawał się na ojca, uciekał od rodziny z kochankiem, jak tylko mógł. Jednak w końcu musiał zmierzyć się z rzeczywistością. Barbara, jadąc ze swoim byłym kochankiem, zginęła w wypadku samochodowym. W takiej sytuacji Steve odrzucił propozycję szwagierki, która chciała adoptować małą Alysię i postanowił zająć się jej wychowaniem. Tak zaczęło się wspólne życie tej niezwykłej pary.

Mała Alysia była wychowywana w pełnej wolności, czyli zupełnie inaczej niż Steve. Traktował swoją córkę jak dorosłą, nie unikał trudnych rozmów, cenił sobie jej zdanie. Dziewczynki nie dziwiło, że w łóżku taty leży inny mężczyzna. Pokochała Eddiego, partnera Steve’a, i gdy ten porzucił jej ojca i wrócił do swojej ciężarnej żony, nie mogła zaakceptować jego odejścia. A jednocześnie, ta kilkulatka, stanowiła wielkie wsparcie dla osamotnionego taty. Ich ówczesne wspólne życie, pełne przebieranek, zabaw mogło wydawać się całkiem beztroskie, ale Abbott nie do końca rozumiał zachowanie córki, co go drażniło. Dawał córce mnóstwo miłości i wolności i tej samej wolności oczekiwał od niej. Nie pojmował, że małe dziecko nie może mu jej zapewnić. Tym bardziej że sam szukał swojego miejsca w San Francisco. W tym czasie miasto było ostoją ruchu LGBT, do niego przybywali poszukujący przygód, ale też uciekający przed nietolerancją homo i biseksualiści. To było także miasto artystów i Steve Abbot mógł rozwijać się poetycko. Działał także na rzecz ruchu gejowskiego, prowadził artystyczne czasopisma, w których promował nieznanych homoseksualnych artystów. Nie przestał również w czasach, gdy do miasta dotarła fala nienawiści i nietolerancji i mniejszości seksualne nie mogły czuć się tak swobodnie, jak do tej pory.

Steve Abbott i Allen Ginsberg
Preferencje seksualne ojca nie stanowiły dla małej Alysi problemu. Partnerzy ojca, jego przebieranki nie stanowiły dla niej problemu. Choć podskórnie być może wyczuwała, że coś jest nie tak, była szczęśliwym dzieckiem. Problemy zaczęły się, gdy dziewczynka zaczęła chodzić do szkoły i dorastała. Poznała okropne słowo „ciota”, a jej koleżanki i koledzy wychowywali się w „normalnych” rodzinach. Stając się nastolatką, zaczęła się buntować. Dokuczała ojcu, była niegrzeczna, buntowała się. Swojego zachowania miała się wstydzić w przyszłości. Cały czas jednak przyjaźniła się z przyjaciółmi i znajomymi taty, dorastała w ich towarzystwie, z zaprzyjaźnionymi gejami rozmawiała o swoich nieszczęśliwych miłościach i dostała lekcje na temat chorób wenerycznych. Jak w dzieciństwie, uczestniczyła w życiu kulturalnym ojca, który zabierał ją na spotkania poetyckie i redakcyjne. Steve niemal całkowicie oddał się pracy artystycznej i na rzecz ruchu gejowskiego, co niekoniecznie przenosiło się na sukcesy finansowe. Wręcz przeciwnie. Ale spełniał się, brał udział w warsztatach, zabrał córkę do Paryża, spotykał się i przeprowadzał wywiady z tak uznanymi twórcami jak Allen Ginsberg czy William S. Borroughs. Pisał wiersze. Jednak lepiej wychodziło mu promowanie innych niż siebie. Walczył z uzależnieniami. W buddyzmie i medytacji odnalazł równowagę duchową.

Również Alysia poszukiwała swojego miejsca w świecie. Mimo kłopotów skończyła szkołę i poszła na studia. Wybrała Nowy Jork, później w ramach wymiany studenckiej przeniosła się do Paryża, gdzie starała się prowadzić życie idealnej francuskiej kobiety. Mimo dzielącej ich odległości, starała się kontaktować z ojcem jak najczęściej, gdy mogła dzwoniła do niego, on słał bardzo osobiste listy. Choć w ich życiu dochodziło do zgrzytów i nieporozumień (co jest raczej normalne w relacji rodzic–dziecko), byli swoimi wielkimi miłościami i mocno się wspierali. Ten czas miał się jednak szybko skończyć.

Nietolerancja i nienawiść to nie jedyne problemy, jakie dosięgły San Francisco i społeczność LGBT. W końcu zawitała tam straszliwa plaga – AIDS, co również przyczyniło się do wzmożonego ruchu antygejowskiego. Choroba zbierała ogromne żniwo, co chwila, któryś przyjaciel lub znajomy dowiadywał się o chorobie. Gdy Alysia w przerwach na studiach wracała do rodzinnego miasta, okazywało się, że któryś z bliskich jej mężczyzn albo umiera, albo umarł na AIDS. Co gorsza, profilaktyka AIDS i HIV praktycznie nie istniała. Krążyły za to liczne i absurdalne plotki o możliwości zarażenia. Co najbardziej uderzyło mnie we fragmentach poświęconych tej strasznej chorobie, to fakt, że rząd Ronalda Reagana przez lata milczał na temat epidemii AIDS, bagatelizując problem, oraz to, że Stany Zjednoczone pod względem leczenia i profilaktyki wirusa i choroby były daleko w tyle za Europą. Lata osiemdziesiąte XX wieku to straszliwy czas, gdy diagnoza oznaczała wyrok śmierci. (Niezwykłe za to jest to, jak medycyna się rozwija i obecnie, będąc zarażonym, można żyć normalnie, rodzić dzieci, nie zarażać, choć zdecydowanie z mało mówi się o postępie w tym temacie). Taki wyrok usłyszał również Steve. Najpierw zarażenie wirusem, a potem już pełnoobjawowe AIDS. Gdy był już tak chory, że potrzebował nieustannej opieki, Alysia musiała wrócić z Paryża do San Francisco, by zająć się ojcem. Był to trudny czas dla obojga. Młoda dziewczyna, która chciała cieszyć się życiem, przebywać z przyjaciółmi, musiała zmagać się z chorobą Steve’a, którego stan się pogarszał, a on stawał się coraz mniej samodzielny. W końcu jedynym wyjściem było umieszczenie w hospicjum. Opis ostatnich miesięcy życia Steve’a to oczywiście jedne z najbardziej przejmujących fragmentów w książce. Wciąż, po kilku tygodniach, odczuwam głęboki smutek i widzę siebie, czytającą o tych ostatnich momentach na przystanku autobusowym, ze wszystkich sił pilnującą się, żeby się nie rozryczeć. Moment odejścia Abbotta był tak wzruszający, że nie będę nawet próbować go tu przytaczać własnymi słowami. Trzeba zapoznać się ze słowami Alysi.

Alysia z tatą
Tęczowe San Francisco  to wspaniała opowieść o miłości ojca i córki. I fakt, że Steve nie był heteroseksualny tak naprawdę ma małe znaczenie w ich uczuciu. Oczywiście wpłynął bezpośrednio na życie obojga, związał Alysię ze środowiskiem LGBT, ale ich relacje jako rodzica i dziecka nie różniły się od takiej relacji w rodzinie heteroseksualnej. Dziewczyna nie stała się lesbijką, bo wychowywał ją ojciec sypiający z chłopakami. Mnie to zupełnie nie dziwi, ale piszę o tym, bo tego typu stereotypy wciąż są obecne i trzeba z nimi walczyć. Tym bardziej że przecież dopiero co w Orlando doszło do straszliwej strzelaniny. Nie można poddać się nietolerancji. Trzeba pamiętać, że każdy ma prawo do miłości.

To także opowieść o dorastaniu i szukaniu własnej tożsamości przez Alysię. Jesteśmy z nią od dnia jej narodzin. Poznajemy jej kolorowe dzieciństwo, przygody buntującej się nastolatki, wreszcie wchodzącej w dorosłe życie studentki. Te historie są równie ważne, jak życie jej ojca, bo pomagają w zrozumieniu tej niezwykłej relacji taty z córką. 

Naprawdę wiele jest powodów, dla których warto zapoznać się ze wspomnieniami Alysi, która będąc dzieckiem, wierzyła, że jej tato został gejem, bo po śmierci jej mamy nie był w stanie pokochać już żadnej innej kobiety.


Źródła zdjęć: [1] http://archive.constantcontact.com/fs195/1101960178690/archive/1113870397899.html [2] http://party.pl/viva/alysia-i-steve-abbott-historia-corki-i-jej-ojca-geja-97846-r1/