Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eseje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eseje. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 października 2018

Wyjaśnianie islamu - Tahar Ben Jelloun, "Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych


Boimy się tego, czego nie znamy. Przyjmujemy narracje, które nam odpowiadają, które są zgodne z naszymi lękami, szukamy w nich potwierdzenia naszych obaw. Łatwe odpowiedzi, wymowne hasła, zrzucanie odpowiedzialności na Innych, a wreszcie zamykanie się w swoim malutkim kręgu, całkowite odrzucanie głosów drugiej strony, umiłowanie nienawiści. Bardzo, ale to bardzo nie podoba mi się taki świat, a niestety coraz częściej właśnie tak wygląda – świat, Europa, Polska. A przecież najczęściej wystarczy spróbować poznać Innego, chcieć zrozumieć, poznać to, czego nie znamy, czego się boimy. Początkiem poznania Innego, który szczególnie spotyka się z niezrozumieniem i całkowitym odrzuceniem, może być choćby publikacja Tahara Ben Jellouna Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych (tłum. Dorota Zańko, Helena Sobieraj, Kraków: Karakter 2015).
 
Pierwotna wersja tej książki (stanowiąca jej pierwszą część), przybliżająca podstawy islamu, jego historię od objawień archanioła Gabriela Mahometowi po współczesność, powstała pod wpływem pytań, jakie dziesięcioletnia córka autora zaczęła mu zadawać po tragicznych wydarzeniach 11 września 2001 r. A mała muzułmanka słusznie pytała, dlaczego ludzie nienawidzą islamu i jak wyznawcy religii miłującej pokój (a w takim duchu była wychowywana) mogli posunąć się do tak straszliwego okrucieństwa, odbierając życie niewinnym ludziom i sobie. Tahar Ben Jelloun, odrzucając zafałszowany obraz islamu, jaki głosili i niestety wciąż głoszą terroryści, zaczyna skierowaną do córki i czytelników opowieść o religii opartej na wartościach humanistycznych, ustanawiającej w świecie arabskim, w którym żywcem grzebano niemowlęta płci żeńskiej, podstawy praw człowieka, szanującej inność, ceniącej wiedzę i poznanie.  
Świat islamu do XI wieku był światem otwartym. Ciekawi tego, co poza nim, uczeni udawali się do Europy, gdzie dzielili się swoimi odkryciami, wiedzą, nauką, a jednocześnie korzystali z osiągnięć tamtejszych mędrców. Kultury i myśli przenikały się, wzajemnie inspirowały. Bardzo mnie smuci, że ludzie, którzy w islamie widzą jedynie największe zło, zapominają, jak wiele zawdzięczamy islamskim uczonym, jak bardzo wzbogacili oni naszą naukę, kulturę, filozofię. Nie wolno nam odrzucać tak bogatego dziedzictwa, udawać, że go nie ma.

Tahar Ben Jelloun, mówiąc o swojej religii, nie ucieka od mrocznych momentów w jej historii. XI wiek to czas kłótni, sporów, odrzucenia tego, co obce, rodzącego się fanatyzmu. Religia zaczęła zastępować filozofię, do głosu doszli zwolennicy bardzo dosłownego czytania Koranu, a przecież, jak zauważa autor, święta księża islamu jest tekstem wypełnionym wspaniałymi poetyckimi obrazami, które wymagają uwagi, nie dosłowności. Odcięcie się od zachodniego świata i zamknięcie w swoim kręgu wyprawy krzyżowe (również wynik wykorzystywania religii jak polityki) tylko wzmocniły. Religia odrzucająca zabójstwo niewinnych i samobójstwo zaczęła być przez swych fanatycznych wyznawców szerzona właśnie tymi sposobami. 

Rozmowa z dzieckiem zmienia się w rozmowę z niemal dojrzałą kobietą, gdyż kolejną część książki Tahar Ben Jelloun napisał już po zamachu na redakcję „Charlie Hebdo” w Paryżu. U dziewczyny znów pojawiły się pytania i wątpliwości, a ojciec próbuje jej i czytelnikom wyjaśnić (absolutnie nie tłumacząc terrorystów), dlaczego doszło do tych tragicznych wydarzeń i jakie są korzenie fanatyzmu. Tu, zdaniem autora, winne są dwie strony. Ci muzułmanie, którzy kierują się wypaczoną wersją islamu, przyjmujący Koran dosłownie, pragnący szerzyć ich religię przemocą, dążący do rozlewu krwi. Dla nich publikacja karykatur Mahometa była tak wielkim znieważeniem ich proroka, bluźnierstwem, za które należało zapłacić krwią. Odrzucają oni zasady kraju, w którym żyją, słuchają przywódców nakłaniających ich do przemocy w imię religii. Dlaczego jednak takiemu radykalizmowi ulegają młodzi ludzie, dzieci imigrantów, którzy urodzili się w Europie i powinni czuć się Europejczykami? 

Właśnie – są Francuzami, ale czy naprawdę się nimi czują? To ludzie, których wcześniej pozostawiono samym sobie, niewykształceni, bez żadnej ciągłej edukacji, przestępcy, którzy siedzieli w więzieniu i wyszli z niego z głowami pustymi, czy raczej pełnymi pomieszanych pojęć. Idealnie nadawali się do tego, by zwerbować ich do dżihadu (s. 113). 



Problemem nie są ci imigranci, którzy już dawno osiedlili się w Europie. Oni pracują, płacą podatki, zachowują się powściągliwie. […]. Problem wypłynął wraz z pojawieniem się „drugiego pokolenia”, to jest pokolenia ich dzieci. Ludzie ci urodzili się już w Europie i mają europejskie dowody tożsamości. Zostali wychowani w kulturowej pustce (s. 125–126).


Poczucie odtrącenia we własnej ojczyźnie, wyrzucenie na margines, brak uczucia, że jest się u siebie, pragnienie odnalezienia swojej tożsamości  – to właśnie popycha młodych ludzi do poszukiwania rozwiązania w radykalnych kręgach. Tam przynajmniej są zauważani, przekonywani, że mają do wypełnienia krwawą misję na chwałę Boga. Do tego wszystkiego dochodzi hipokryzja krajów przyjmujących imigrantów i na swój sposób próbujących zaprowadzić demokrację w krajach arabskich. 


[Kraje zachodu] Wiedzą, że w Arabii szaleje rygorystyczny wahhabizm. Kobiety nie mają prawie żadnych praw. Nie mogą nawet prowadzić samochodu. A jednak kiedy w grę wchodzą interesy, Europejczycy przymykają oczy na te skandaliczne aspekty życia (s. 125).


Trzecia część książki stanowią artykuły napisane przez autora, publikacje głoszonych przez niego wykładów dotyczące kontrowersyjnych tematów związanych z islamem oraz tragicznych aktów terrorystycznych z ostatnich lat. Tu autor nie zwraca się już do dziecka, zmienia się język, ton, ale to wciąż, a w zasadzie tym bardziej teksty, z którymi należy się poznać. Wyjaśniają bowiem lub podejmują próbę wyjaśnienia kwestii często budzących nasze wątpliwości i sprzeciw, takich jak burka (która wcale nie ma nic wspólnego z islamem), przedmiotowe traktowanie kobiet i rzeczywisty wizerunek kobiety w islamie, dżihad i jego formy. Pisze także o koegzystencji i poczuciu tożsamości narodowej, o „arabskiej wiośnie”, o tym, jak to jest być muzułmaninem w Europie. 

Tahar Ben Jelloun podpowiada także jak można by rozwiązać istniejące w Europie problemy. Podstawą jest oczywiście edukacja. I tu, zdaniem autora, ze względu na różnorodność odczytywania Koranu:


Państwa europejskie powinny wziąć odpowiedzialność za to nauczanie [islamu] i szerzyć je, tak aby islam nie był czymś tajemniczym albo wytworem fantazji, którego należy się bać. […]. Nauka islamu jest częścią programu lekcji historii francuskich dwunastolatków. Należałoby podejść do niej w sposób świecki, to znaczy obiektywny, i dobrze umiejscowić teksty w ich kontekście historycznym oraz kulturowym (s. 17). 


Niezwykle istotny jest dialog Europy z żyjącymi w niej muzułmanami, aby:


 dać tym nowym Europejczykom poczucie, że są u siebie, nie wykluczeni, ale zintegrowani, że los europejski jest ich losem, a islam jako religia i kultura ma tu uprawnione miejsce. Taki spokojny islam, jeśli wyznawać go będzie większość, położy kres próbom destabilizacji i terroryzmu (s. 170).


Tahar Ben Jelloun odwołuje się do laickości, która nie stanowi przecież odrzucenia religii. Pozwala natomiast na oddzielenie religii od fanatyzmu. „Laickość nie jest negacją religii, przeciwnie, to jej poszanowanie, pod warunkiem że będzie ona przeżywana w sferze prywatnej, nie publicznej” (s. 17). 


W każdym razie laickość nie oznacza zniknięcia religii – ona pozostaje w sercach i miejscach kultu. Religia nie powinna zajmować się polityką, ona nie jest ideologią, to sfera duchowości, której człowiek potrzebuje jako odpowiedzi na swoje lęki. Trzeba szanować te potrzebę, niezależnie od tego, jaki ma się stosunek do wiary (s.118).



[…] najważniejsze i najpilniejsze jest oddzielenie religii od polityki. Dopóki rządzący będą się opierać na religii, dopóty będą istniały problemy i choroby, takie jak fanatyzm oraz to, co z niego wynika, czyli terroryzm i ignorancja (s. 99).


 Te słowa są prawdziwe nie tylko w odniesieniu do islamu, ale do każdej religii i wszyscy rządzący powinni je sobie wziąć do serca.

Książka Tahara Ben Jellouna jest niezwykle ważną publikacją i trzeba dziękować Karakterowi za jej wydanie. Powinna być lekturą obowiązkową zarówno dla dzieci (część rozmów ojca  z córką), jak i dla dorosłych (całość). W sposób łatwy do przyswojenia przybliża islam i problemy związane z jego niezrozumieniem. W tych niespokojnych czasach, gdy tak łatwo jest ulec lękom, zamknąć się w swej ignorancji istnieje faktyczna potrzeba poznania Innego, otwarcie się na poznanie. Współistnienie kultur jest możliwe, zawsze w nie wierzyłam, wierzę nadal, ale dla niego najistotniejszy jest dialog. Każda publikacja, każdy tekst, każdy głos go umożliwiający zasługuje na szczególną uwagę. Co to jest islam? stanowi bardzo dobrą podstawę do rozpoczęcia tego dialogu.

Okładka ze strony wydawnictwa  https://www.karakter.pl/ksiazki/co-to-jest-islam-ksiazka-dla-dzieci-i-doroslych-2015
Coexist by Piotr Młodożeniec

niedziela, 20 marca 2016

Juliana Barnesa sposób na biografię - "Papuga Flauberta"



Biografie wielkich pisarzy to bardzo często opasłe tomy pełne bardziej lub mniej rzetelnych (w zależności od źródeł, uczciwości autora, ale też od podejścia do tematu), nierzadko szczegółowych informacji. Czyta się je z zachwytem i zapałem bądź też omija co nudniejsze fragmenty, wyszukując co ciekawszych smaczków – wszystko zależy i od autora, i od czytelnika. Bo biografia, zwłaszcza człowieka wybitnego, zasłużonego dla świata, kultury itd., o bogatym życiu osobistym, przecież powinna być grubą księgą odsłaniającą wszelkie, najlepiej te najbardziej pikantne tajemnice. Dlatego Papuga Flauberta Juliana Barnesa (Warszawa: Czytelnik, 1992) jest biografią wyjątkową. Przede wszystkim, choć dotyczy niewątpliwie zasłużonej dla literatury postaci (mowa przecież o jednym z najważniejszych pisarzy!), której życie bogate było w różnego rodzaju doświadczenia, nie jest ona opasłym tomem. Wręcz przeciwnie – moje wydanie z zasłużonej serii „Nike” ma 292 strony. Biorąc pod uwagę format, jest to kruszynka. Nie jest też dokładnym opisem życia pisarza od narodzin do śmierci. I w zasadzie nazywanie tej książki biografią, jest jednak pewnym nadużyciem. Mamy wszak do czynienia z dziełem wielogatunkowym – powieść, esej, słownik, wątki biograficzne i autobiograficzne, jeśli weźmiemy pod uwagę postać narratora. Prawdziwa mieszanka. Ale z pewnością czyta się ją z zachwytem i zapałem i chce się odkryć jej wszystkie tajemnice, które nie dotyczą jedynie Gustawa Flauberta.

Z biografią Flauberta mamy tu do czynienia w tym sensie, że narrator powieści doktor Geoffrey Braithwaite, wielki miłośnik pisarza, takąż właśnie próbuje napisać. W tym celu skrupulatnie zbiera materiały, jeździ do Francji, szuka źródeł, do których nikt jeszcze nie dotarł. Na kłopoty natyka się, gdy w dwóch różnych muzeach w Rouen pokazują mu wypchaną papugę, która stała na biurku Flauberta, gdy ten pisał Prostotę serca. Oczywiście każde muzeum zaświadcza o jej autentyczności. Braithwaite postanawia więc przekonać się, jak to z tą papugą Flauberta jest, szuka, szpera, docieka, jednak im wydaje się być bliżej prawdy, tym bardziej się ona od niego oddala. Poszukiwanie prawdziwego ptaka jest owszem interesujące, ale najbardziej fascynujące w książce jest to, jak Barnes przybliża (próbuje przybliżyć) nam postać autora Szkoły uczuć. Ucieka się do tak różnych metod i sposobów, że na każdy kolejny czekałam z prawdziwym napięciem. Bo co my tu mamy? Mamy świetne bestiarium Faluberta, w którym francuski pisarz i bliskie mu osoby przedstawione są jako zwierzęta i papuga też tu się znajdzie. Mamy dwie wersje chronologii wydarzeń z jego życia – jedna bardziej, druga mnie optymistyczna. Są tak niesamowite rozdziały jak „Przewodnik do Flauberta dla kolekcjonerów lokomotyw” i „Arkusz egzaminacyjny”. Jest wreszcie rozprawa sądowa, gdzie narrator podejmuje się obrony Gustawa Flauberta, któremu można było zarzucić nie jedno. Gdy Braithwaite decyduje się na opis związku pisarza z poetą Luizą Colet, nie jest to jedynie Flaubertowska wersja wydarzeń, łagodnie mówiąc niekoniecznie korzystna dla kobiety. W tym miejscu Barnes pokusił się o oddanie głosu Colet, przedstawienie burzliwego romansu z jej punktu widzenia. Dostajemy też pikantniejsze elementy z życia pisarza – prostytutki, syfilis i kairskich chłopców, ale tak naprawdę nie są one tak ciekawe, jak mogłyby się wydawać. Interesujący jest jednie sposób, w jaki w wersji Colet ona sama została zestawiona z Kuchuk Hanem – „kurwą znad Nilu”. 

Losy chyba najbardziej znanej Falubertowskiej bohaterki Emmy Bovary, jej zdrady i samobójstwo, stają się pretekstem dla Geoffreya Braithwaite’a do bardziej osobistych rozważań. Rozmyślając nad motywami postępowania powieściowej bohaterki, tak naprawdę próbuje odkryć prawdę o własnej żonie, która również zdradzała i odebrała sobie życie. Zastanawia się nad charakterem cudzołóstwa i samobójczej śmierci. I jak gorzka mantra powtarza się tu najbardziej gorzkie twierdzenie książki: „Kochałem ją; byliśmy szczęśliwi; brak mi jej. Nie kochała mnie; byliśmy nieszczęśliwi; brak mi jej”.

Papuga Flauberta, choć niewielka objętościowo, stanowi prawdziwe bogactwo – bogactwo treści, bogactwo gatunków. Szczerze podziwiam Barnesa za napisanie, czegoś tak imponującego. Trzeba mieć ogromny talent, żeby nie przechwalając się, umieć się pochwalić wiedzą, umiejętnościami, idealną dawką poczucia humoru i ironii – krytycy literaccy miejcie na uwadze kolor oczu Emmy Bovary… A poczucia humoru Barnesowi na pewno nie brakuje, nie sądziłam, że akurat przy tej lekturze będę śmiać się w głos. A jednak. A na zakończenie pozwolę sobie zacytować hasło z wzorowanego na Flaubertowskim „Słownika Braithwaite’a obiegowych wyobrażeń”:



Dziwki – Niezbędne w dziewiętnastym wieku dla zarażenia się syfilisem, bez którego nikt nie mógł rościć sobie pretensji do miana geniusza. Wśród posiadaczy szkarłatnej wstęgi za odwagę znaleźli się Flaubert, Daudet, Maupassant, Jules de Goncourt, Baudelaire i In. Czy jakiegoś pisarza to ominęło? Jeśli tak, był prawdopodobnie homoseksualistą (s. 235).

środa, 6 maja 2015

Szelburg nieodnaleziona


O Ewie (a właściwie Irenie Ewie) Szelburg-Zarembinie nie wiedziałam w zasadzie nic. Osobliwy zbiór szkiców Anny Marchewki Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg (Kraków: Dodo Editor, 2014) miał wypełnić tę lukę, ale czy mu się to udało? Niestety, muszę przyznać, że jedynie pobieżnie.

A przecież to, czego się dowiedziałam z lektury, daje wspaniałe pole do popisu. Te okruszki, które otrzymujemy, pokazują, że życie Ireny Szelburg to materiał na pasjonującą biografię. Dzięki rodzicom, którzy wbrew temu, czego oczekiwano po ich klasie społecznej, pomogli córce w zdobyciu wykształcenia, dziewczyna zyskała szansę na zupełnie inne, bogatsze życie. Studia, nieco skomplikowane życie osobiste, wojenne i powojenne losy, wreszcie ciężka starość i śmierć – to wszystko dawało szansę na zdecydowanie głębsze sportretowanie bohaterki. Ślady, które zostawia czytelnikowi Anna Marchewka, nie dość, że nie zaspokajają ciekawości, to szczerze mówiąc nie do końca ją pobudzają.

A czego się dowiedziałam? Głównie tego, że Ewa Szelburg-Zarembina próbowała usunąć ze swojego życia ślady po pierwszym małżeństwie z Jerzym Ostrowskim. Ale dlaczego? Co ją tak w pierwszym mężu uwierało? A może uwierała ją jej zdrada i odejście do Józefa Zaremby? Nie wiem i nie dostaję żadnych szans nawet na próbę poznania prawdy. Wiem za to, na jakie zajęcia i przez kogo prowadzone zapisała się, będąc studentką w Krakowie. I co mi to daje? Przy tak okrojonej biografii – niewiele. W innym wypadku, czytałabym pewnie zaciekawiona, ale dostając takie nieuporządkowane skrawki, czułam w zasadzie tylko irytację. Kilka listów osób, które wspominają Szelburg, czy też wyimki z dziennika Jarosława Iwaszkiewicza w jakiś sposób jej dotyczące nie w noszą do książki w zasadzie nic. 

http://www.naleczow.pl/spdrzewce/o-szkole/historia-szkoly/
Nie jest tak, że cała książka jest słaba. Rozdział „Ciemność między nami” dowodzi, że Anna Marchewka umie z tego, co odnalazła, stworzyć rzecz dobrą, dlatego wielka szkoda, że się na to nie zdecydowała. Kontakty Szelburg z Zofią Nałkowską, obserwacja procesu białoruskich chłopów i wynikający z tego reportaż „Myjcie owoce” – czytałam naprawdę zaciekawiona, bo miałam szansę zobaczyć w bohaterce osobę nie tylko wrażliwą na społeczną niesprawiedliwość, ale przede wszystkim pisarkę, która nie kojarzy się li tylko z twórczością dla dzieci. 

Mając tak ciekawą bohaterkę, Anna Marchewka próbowała, świadomie bądź nie, konkurować z nią na kratach swoich szkiców. I znów, w przypadku obszernej biografii odniesienia do własnej osoby na pewno by nie raziły, a nawet mogłyby zaciekawić, ale tutaj nudziły i denerwowały. Bo naprawdę nie obchodzi mnie piasek przesypujący się przez paski sandałów autorki, zwłaszcza wtedy, kiedy czekam na informacje o osobie, której książka powinna dotyczyć. Przypadkowe spotkanie z dawno niewidzianym kolegą – kolejna zbędna wstawka, której celu nie jestem w stanie się dopatrzyć. Mam za złe autorce jeszcze jedno. Tak często wspomina o fotografiach, a nie umieszcza ani jednej. Kwestia praw? Finansów? Nie wiem, ale książka sama się o nie usilnie prosi. 

Cały czas zastanawiam się, jaki cel przyświecał napisaniu tej książki. Jeśli autorce chodziło o przywrócenie Ewy Szelburg-Zarembiny do życia, to poniekąd się jej to udało. Być może (i mam taką szczerą nadzieję) te nieposkładane elementy staną się inspiracją do napisania biografii, na którą bohaterka niewątpliwie zasługuje. Na pewno plusem są też zamieszczone fragmenty utworów pisarki. Ale jeśli jedynym śladem po Irenie Szelburg ma być książka Anny Marchewki, która dość często robiła na mnie wrażenie okrojonego tekstu naukowego pozbawionego przypisów i solidnej informacji źródłowej, to jest to zdecydowanie za mało. A jeśli chodziło o to, żeby czytelnik sam, z tego co dostał, spróbował stworzyć portret bohaterki (ale to już moja daleko idąca interpretacja), to ja się poddaję, nie jestem w stanie. Ale może warto próbować…

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Dodo Editor.

niedziela, 23 lutego 2014

Niekończąca się podróż Claudio Magrisa

Zdarzają mi się czasem nagłe olśnienia i przypadkowe fascynacje, gdy o moim zachwycie decyduje jedno spojrzenie, kilka usłyszanych taktów czy też kilka przeczytanych słów. W przypadku moim silnym zainteresowaniem Claudio Magrisem była to okładka „Zeszytów Literackich” (2009, z. 107) i tytuł tekstu przytoczonej  laudacji autorstwa Ireny Grudzińskiej-Gross z okazji nadania mu tytułu Człowieka Pogranicza (tytuł nadawany przez Fundację Pogranicze i Ośrodek „Pogranicze – sztuk, kultur, narodów” Małgorzaty i Krzysztofa Czyżewskich). Tak naprawdę nie jestem w stanie wytłumaczyć, co mnie tak urzekło w tym dotąd całkowicie obcym mi twórcy. A jednak – po przeczytaniu tejże laudacji, a także tekstu i rozmów z Magrisem (także w tych „Zeszytach”) poczułam, że to jest bardzo to, że jego twórczość już jest mi bliska, choć całkowicie mi obca. Tak więc zaczęło się wyszukiwanie jego książek i chcę tu napisać o jednym, małym pięknym zbiorze esejów, ale najpierw słów kilka o samym autorze. 
http://kultura.newsweek.pl/claudio-magris--wszyscy-jestesmy-z-pogranicza,39566,1,1.html

Claudio Magris to włoski pisarz, eseista, felietonista, germanista, tłumacz, podróżnik. Urodził się w 1939 r. w Trieście, który obok Turynu stanowi wyjątkowe miejsce w jego biografii. Bo miasta te, choć leżą w tym samym państwie, są od siebie tak różne. Triest – miasto wielojęzyczne, ze śladami przynależności do monarchii austro-węgierskiej, umiejscowione w kierunku Bałkanów. Turyn zaś skierowany ku Francji, cechował go silny ruch antyfaszystowski, dziś miasto przemysłowe. Dlaczego to takie istotne? Ponieważ owa dwubiegunowość miast wyznacza również dwubiegunowość działalność Magrisa -  pisarstwo i zaangażowanie obywatelskie (jak zresztą zauważa Irena Grudzińska-Gross, są to działalności się przenikające). 


Claudio Magris jest cenionym naukowcem, profesorem współczesnej literatury niemieckiej, angażuje się też w sprawy obywatelskie, nierzadko zabiera głos w sprawach dręczących Włochów. Ale jest też podróżnikiem – podróżnikiem wiecznym, bez końca. Tak właśnie – Podróż bez końca – zatytułował zbiór esejów, który w Polsce ukazał się nakładem Fundacji Zeszytów Literackich, w serii „Podróże” w 2009 r. Jest to tomik niezwykły. Choć króciutki – liczy sobie bowiem 130 stron – to jednak jego lektura wcale nie jest szybka. Wręcz przeciwnie – teksty zmuszają do uwagi i powolnego czytania. I absolutnie nie jest to wadą. Ta powolność nie wynika z nużącego języka czy tematyki, ale ze zwrócenia uwagi czytelnika, z silnego skupienia się na tekście. Tekst zaś stanowią relacje z podróży autora, które odbył w latach 1981–2001. Nie są to bynajmniej teksty przewodnikowe, nie są to teksty reporterskie. To wycinki, obrazki z krajów tak fascynującej go Europy Środkowej, z Austrii, z Norwegii, Szwecji, ale też  z Iranu i Wietnamu. Tyle fascynujących światów w tak małej książeczce!

Polskiego czytelnika powinny szczególnie zainteresować dwa teksty z pobytu w Warszawie w jakże znaczących dla nas latach – 1981 i 1989. Tragedia i koszmar to opis pełnej niepokoju atmosfery panującej w stolicy przed wybuchem stanu wojennego, gdy codzienność mieszała się z lękiem o przyszłość. Magris, obserwator z zewnątrz, zadziwiał się i podziwiał odwagę Polaków, którzy byli gotowi oddać wszystko, ale żyli zrozumiałą nadzieją, że do tego nie dojdzie. Drugi „warszawski” tekst – Polska rozpoczyna nowe życie – to już zupełnie inny obrazek. To już odbudowa i nowe życie właśnie. 


A nowe życie nastało nie tylko u nas, ale też u naszych sąsiadów – po rozpadzie Czechosłowacji narodziły się nawet dwa życia. Nowy świat wkradł się na ulice Pragi, która stała się pełna kantorów, kursy wymiany walut to najłatwiej dostępne informacje, a obok uroczych miejsc, jak grzyby po deszczu rosły McDonaldy i tanie pizzerie. Ale do tego zalewu konsumpcjonizmu Magris podchodził z zadziwiającym zrozumieniem, wiedząc, że nie może wystawiać ocen ze swojej, jakże odmiennej perspektywy. Że jego spojrzenie tak bardzo różni się od tego, co widzą i czują Czesi, zyskujący swoją ojczyznę, ale też otwierający się na świat zachodni.


Do moich ulubionych tekstów w zbiorze z pewnością należą te „skandynawskie”. Pierwszy – o leśnych cmentarzach, które tak bardzo różnią się od nam znanych nekropolii z pomnikami i nagrobnymi płytami, które tworzą swoiste miasto śmierci. Cmentarz w sztokholmskim lesie, o którym pisze Magris, jest zupełnie innym miejscem. Owszem, śmierć jest tu obecna, ale na równi  z życiem. Małe groby integrują się z leśnym poszyciem, rosną przy nich grzyby i zbieranie ich nie stanowi wcale profanacji świętego miejsca, widać ślady żyjących tam zwierząt. Śmierć i życie funkcjonują obok siebie, przenikają się i jest to bardzo naturalne i bardzo piękne zarazem. Chciałabym bardzo móc pobyć  trochę w takim miejscu.

Drugi tekst mówi o fiordach i o norweskiej literaturze, a przede wszystkim o Ibsenie. Muszę do niego koniecznie powrócić, zmierzyć się z jego dziełami z tej perspektywy, o której pisze Claudio Magris – z perspektywy fiordu.


I wreszcie tekst Hipopotam z Lund, a raczej mały z niego wyjątek o św. Ludwiku Gonzadze, gdy był dzieckiem. Przyglądając się jego zabawie, krewny zapytał go, co by zrobił, gdyby dowiedział się, że dowie się, że za kilka minut umrze. Chłopiec odpowiedział, jak z pewnością nie odpowiedziałby dorosły  – bawiłby się dalej. I to jest najpiękniejsza i najbardziej autentyczna rzecz, którą należałoby w takiej chwili robić. Nie rozpaczać, nie żałować, nie kulić się ze strachu, ale właśnie bawić. 


Ale najważniejsza w książce Magrisa jest oczywiście podróż. Podróż jako przerwa w codzienności, zabawa, chwilowa rezygnacja z odpowiedzialności, jakiej wymaga od nas życie w domu, czymkolwiek on jest. Przerwa, a więc nie ucieczka od codzienności. Raczej witanie się ze światem, poznawanie go, a potem powrót. I znowu… Podróż Magrisa to taka, która nie dąży do osiągnięcia wyznaczonego celu, wręcz przeciwnie – odwlekająca ten moment. Nieustanne poznawanie świata i obserwowanie, jak zmienia się na naszych oczach. Podróż, „aby nie dojechać – o ile to możliwe – nigdy”.