Choć cykl kryminałów Marcina
Wrońskiego liczy już siedem tomów, moja znajomość z komisarzem Zygą
Maciejewskim zaczęła się dopiero w tym roku. Od jakiegoś czasu nosiłam się z
zamiarem przeczytania Morderstwa pod
cenzurą (W.A.B., Warszawa 2012), a że przypadkiem się na tę książkę ostatnio
natknęłam, to stwierdziłam, że najwyższa pora.

Sprawa musi zostać jednak rozwiązana i tu pojawia się mój
nowy znajomy, Zygmunt Maciejewski, który ma poprowadzić śledztwo. Oczywiście,
jak chyba w większości kryminałów, komisarz, choć dopiero trzydziestoletni,
jest człowiekiem po przejściach – udział w wojnie bolszewickiej, rozbite
małżeństwo, sympatia do alkoholu musiały odcisnąć piętno na jego osobowości. Nie
powinno więc dziwić, że Zyga Maciejewski niespecjalnie dba o swoją osobę,
bardziej przypomina tych, których ściga, a złamany nos tylko dodaje mu roku, i o swoje mieszkanie. I jak na razie nie
wygląda, by miało się to zmienić, nawet dla kobiety, bo i taka postać, jakżeby inaczej,
musi się pojawić w życiu bohatera kryminału. Komisarz nie jest jednak
całkowicie obojętny wobec świata, ma swoją wielką pasję, a jest nią boks. I
oczywiście, jak jest śledztwo do rozwikłania, to poświęca się mu, ryzykując nie
tylko życie, ale i swoją pracę i reputację, bo mimo wszystko, nie jest z nią
tak najgorzej.
Oczywiście Zyga Maciejewski nie jest jedyną ważną postacią powieści.
Nie jest on bowiem superbohaterem i korzysta z pomocy swoich współpracowników.
Co prawa, nie wszyscy spisują się jak należy, ale to jednak dobre chłopaki.
Koniecznie trzeba tu wspomnieć o niejakim Zielnym, łudząco podobnym do Rudolfa
Valentino, którego niewątpliwą cechą jest znajomość płci pięknej. Dogłębna,
powiedziałabym.
No i mamy wreszcie Lublin. I to nie byle jaki, a
międzywojenny, co ma ogromne znaczenie, bo wielonarodowość miasta, kulturowy i
polityczny tygiel zdecydowanie nadają kolorytu powieści. I choć z racji
wykonywanej pracy miewam przesyt międzywojenną historią Polski, walkami i
partiami politycznymi i nie wierzę, że jest jakaś książką na świecie, w której
nie pojawia się Józef Piłsudski (zawodowy żart), a te motywy siłą rzeczy
pojawiają się u Wrońskiego, to autor umiał sprawić, że stały się one naturalnym
elementem rzeczywistości i o dziwo, nie męczyły mnie. Bo co prawda nie mamy tu
do czynienia z książką historyczną, ale z dobrze skonstruowanym kryminałem, to
umieszczenie akcji w historycznym mieście może być ryzykowne i nie zawsze jest
receptą na udane dzieło. W tym jednak przypadku plan się powiódł.
Na zakończenie powrócę do mojego nowego znajomego. Choć
przyznaję, że nie stał się on (być może jeszcze) moim ulubionym bohaterem
kryminałów, to miejsce jest wciąż zajęte przez dwóch angielskich dżentelmenów –
Jury’ego i Planta, to jednak nawiązała się między nami nić sympatii. I to taka,
że muszę przyznać, że cieszę się, iż tyle zwlekałam z sięgnięciem po książkę
Marcina Wrońskiego. Dzięki temu to nie ja muszę z utęsknieniem czekać na
kolejny tom, bo przynajmniej sześć czeka na mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz