poniedziałek, 22 sierpnia 2016

O nas bez nas? Kobiety walczące w Kościele



Zacznę banalnie. Są książki, które zmuszają nas do myślenia, na tematy, które choć gdzieś tam obok krążyły, jakoś się jednak pomija. Choć mogą nas dotyczyć mniej lub bardziej bezpośrednio, nie angażujemy się w nie, czasem coś nas zainteresuje na krótką chwilę. I dopiero lektura daje nam kopa, może nie od razu do działania, ale do głębszej analizy tematu i zaangażowania choćby intelektualnego, duchowego. Taką książką w ostatnim roku jest dla mnie Kościół kobiet (Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2015), Zuzanny Radzik – teolożki feministycznej, publicystki, współpracującej z moim ukochanym „Tygodnikiem Powszechnym”. 


Kobiety są w Kościele od jego powstania, a jednak ich w nim nie ma. A raczej ich nie widać i nie słychać, bo albo nie dostają prawa głosu, albo są uciszane, a ich zdanie jest trywializowane. To oczywiście ogólniki, niektórym udaje się przebić, ale jaki to jest procent? Przyznaję, sama raczej nie zastanawiałam się nad tym problemem. Nie będę się tu zwierzać z mojego zaangażowania lub jego braku w życie religijne, duchowe, kościelne. Moje podejście do Kościoła katolickiego jako instytucji też zachowam dla siebie, ale od razu wyznam: wcześniej nie miałam kłopotu z tym, że kobiet w Kościele nie widać, bo tak naprawdę nie miało to dla mnie znaczenia. Może nie świadczy o to mnie dobrze. Trudno. Ale coraz częściej zaczęły do mnie docierać informacje i treści teolożek, coraz więcej przypadkowo czytałam właśnie o kobietach w Kościele i jak tylko dowiedziałam się o książce Zuzanny Radzik od razu ją kupiłam. I była to świetna decyzja.

Problem funkcjonowania kobiet w Kościele jest i nie można udawać, że jest inaczej. Nie chodzi tylko o kapłaństwo kobiet, o to, dlaczego nie mogą być wyświęcane na kapłanów i skąd się to wzięło. Zuzanna Radzik podejmuje te zagadnienia, tłumaczy sens i bezsens kościelnych dokumentów. W obliczu Soboru Watykańskiego II kobiety poczuły siłę, aby walczyć o  widzialne miejsce w tak ważnym dla nich Kościele. Niestety, wciąż trwająca walka jest bardzo nierówna. Oczywiście, wiele się mówiło i mówi o roli kobiet w Kościele, ale przede wszystkim jako matek, żon, tych, które mają pomagać, wspierać, a jednak nie decydować. Nawet w kwestiach bezpośrednio dotyczących kobiet, na synodzie poświęconemu zakonom (a zakonnic jest więcej niż zakonników), to mężczyźni decydowali, kobiety mogły jedynie wyrazić opinię, zasugerować. A przecież problemy kobiet nie są takie same jak problemy mężczyzn. I w życiu świeckim, i w życiu zakonnym. Nawet nie bardzo się dziwię, że mężczyźni w Kościele podejmują takie a nie inne decyzje odnośnie do kobiet, bo skoro są tak bardzo od nich odcięci i nie koniecznie słyszą ich głos i postulaty, to skąd mają wiedzieć, co jest dla nich naprawdę ważne. W dodatku, co jest bardzo przygnębiające, na kobiety zwraca się uwagę i sięga po ich pomoc, gdy nie ma innego wyjścia. Tak było choćby w komunistycznej Czechosłowacji, gdy do kapłaństwa powołano kilka kobiet. Ich relacje świadczą o prawdziwej, głębokiej wierze, o tym, czym było dla nich owo kapłaństwo, jak ważne dla zbliżenia z Bogiem. A jednak ich święcenia zostały unieważnione przez Watykan, gdy przestały być potrzebne. 

Kapłaństwo kobiet nie jest oczywiście jedynym problemem. Teolożki, feministki, kobiety walczą nie tylko o miejsce przy ołtarzu, ale o wysłuchanie, zrozumienie i prawdziwe przyjrzenie się ich problemom. Bez generalizowania. W każdym miejscu na Ziemi sytuacja ludzi się różni, nie tylko kobiet. Ale to najczęściej kobiety najbardziej odczuwają wszelkie niesprawiedliwości. I każdy przypadek jest inny. Dlatego bolesne jest generalizowanie, zwłaszcza w tak delikatnych kwestiach, jak antykoncepcja, aborcja, przemoc seksualna, ubóstwo. To tematy, których podejmują się walczące w Kościele kobiety, z którymi się zmierzają i rozumieją.

Bardzo interesujące są w książce również zagadnienia dotyczące samej liturgii, występujących w niech patriarchalnych elementów. Tu do razu odsyłam do źródła, bo opisywania tak delikatnych spraw nie mam odwagi się podjąć. 

A jednak jest nadzieja i udowadniają to relacje Zuzanny Radzik z rozmów przeprowadzonych z kobietami zaangażowanymi w Kościół. Bo one chcą w nim być i w nim decydować. Chcą, żeby ich głos był słyszalny i mimo licznych przeciwności wciąż walczą. Czasem odchodzą, zakładają własne wspólnoty, czasem trwają, poświęcając się dla sprawy. A wszystko to wynika z ich ogromnej wiary, jak bowiem inaczej wytłumaczyć ich zaangażowanie. Oczywiście działania te wyglądają inaczej w Polsce, inaczej w reszcie świata. Nie ma się co dziwić, ale trzeba szukać, czerpać i pogłębiać to, co udało się wypracować, jeśli chce się coś zmienić. Nie przytaczam żadnych konkretnych przykładów, bo musiałabym przywołać wszystkie rozmówczynie i ich problemy, każda jest bowiem równie ważna i świadectwo każdej równie przejmujące. Najlepiej sięgnąć po książkę i samemu spotkać się z tymi historiami. Bo, kurczę, te kobiety, choć nie zawsze, co normalne, rozumiem ich problemy, nie z wszystkimi się zgadzam, są niesamowicie silne, odważne i uparte. Wiedzą, czego chcą i o to walczą. Naprawdę, ogromnie uderzyła mnie ich determinacja, a przede wszystkim ogromna wiara i miłość do Boga. Mogę je tylko za to podziwiać.

Czytając Kościół kobiet, widząc, jak wiele z nich chce być w Kościele, działać w nich dla dobra całej wspólnoty, nie mogłam i nadal nie mogę przestać się nadziwić, że nie robi się wszystkiego, by im to ułatwić. Bo gdy jednak kobiety stwierdzą, że nie mają już siły i woli walki i odejdą z Kościoła, to co z niego zostanie? I jak długo przetrwa?

Książka Zuzanny Radzik to pasjonująca lektura. Przygnębiająca, ale i dająca nadzieję. Pokazująca, jak mimo przeciwności kobiety się nie poddają. I wbrew temu, co można sądzić, to książka dla wszystkich. Nie tylko dla ludzi związanych z Kościołem, dla kobiet, feministek, teolożek, wierzących. Choć wszyscy członkowie Kościoła powinni mieć moim zdaniem obowiązek tej lektury. Nie bać się głosu kobiet walczących nie o własne dobro, ale o dobro Kościoła jako równoprawnej wspólnoty kobiet i mężczyzn.

2 komentarze:

  1. Muszę przeczytać. A na razie mam w planach ksiażkę Anny Szwed "Ta druga. Obraz kobiety w nauczaniu Kościoła rzymskokatolickiego i w świadomości księży", ta recenzja mi o niej przypomniała, że mam na półce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zainteresowałaś mnie tą książką Anny Szwed. Na pewno po nią sięgnę. Dzięki :)

      Usuń