wtorek, 5 sierpnia 2014

Subtelność i siła pamięci - Morze Johna Banville'a



Pamięć o przeszłości, wspomnienia to chyba jedne z największych skarbów ludzkiego umysłu. To także niesamowicie inspirujący temat dla wszelkiego rodzaju artystów, w tym oczywiście dla pisarzy. Po ten temat sięgnął także obecny już u mnie na blogu John Banville w nagrodzonej Bookerem (2005) książce Morze (Znak, Kraków 2007). 

http://anchaesmicasa.files.wordpress.com/2011/03/john-banville.jpg
Głównym bohaterem powieści, a zarazem narratorem jest Max Morden. Historyk sztuki, powoli zmierzający się ze starością i próbujący pogodzić się albo chociaż przyswoić sobie śmierć żony, wyjeżdża do nadmorskiego pensjonatu w Ballyless. Przywiodła go tu chęć ucieczki z domu, który cały czas przypomina mu o stracie towarzyszki życia, próba oderwania się od codzienności. Nie jest to dla niego obce miejsce. To właśnie tu w dzieciństwie spędził wakacje, które wpłynęły na jego dalsze losy. Wracając do znanego miejsca, nie sposób uciec od wspomnień. Nie udaje się to również Mordenowi, który ucieka pamięcią do tych dni przed wielu laty, kiedy poznał bogów – rodzinę Grace’ów. Piszę o bogach, bo dla bohatera tamte wakacje to kraina mityczna, a taka musi swoich bogów posiadać. Kimże więc byli ci ludzie, którzy znaczyli dla młodego bohatera tak wiele, że stali dla niego wyżej niż zwykli śmiertelnicy? Zwykła, niezwykła rodzina – ojciec, matka, dwójka rodzeństwa i ich młoda opiekunka. Pan Grace to dla Mordena rubaszny, lubieżny satyr. Pani Grace – bogini, pierwsza erotyczna fascynacja młodego chłopaka. Jego uczucie przeszło później (zresztą odwzajemnione) na córkę – Chloe, młode, dziewczę z paskudnym charakterkiem, dla którego Max był wstanie zdecydować się na najpaskudniejsze zachowania. Byłaby idealną, chłodną boginią. Niemówiący Myles nieustannie towarzyszący ukochanej siostrze i pozwalający się jej gnębić był jak śmieszny, łobuzerski, psotliwy bożek. Na ich tle zdecydowanie wyróżniała się Rose, opiekunka rodzeństwa, subtelna, nieśmiała dziewczyna skrywająca w sercu tajemnicę, która w pewien sposób za sprawą Mordena doprowadzi do tragicznych wydarzeń. Trzeba napisać choć trochę o tych ludziach, gdyż to właśnie oni zadecydowali, choć nie bezpośrednio, o dalszym losie bohatera, o jego wyborach, decyzjach, zachowaniu. Wpłynęli na niego tak mocno, że nie sposób od nich uciec.

To mityczne lato, do którego wraca Max Morden, to jedna płaszczyzna powieści. Kolejna, również we wspomnieniach, och, od nich nie da się uciec, to wiadomość o chorobie żony i ich wspólne czekanie na jej śmierć. To już nie pełne subtelnych emocji wakacje nad morzem, to szara, bolesna codzienność, w której nie ma już nadziei, w której trzeba być silnym, aby wspierać odchodzącą ukochaną. To próba ucieczki przed nieuniknionym, dlatego pojawiają się wcześniejszy wspomnienia – poznanie żony, jej oświadczyny, ślub i wspólne życie. Nie tak idealne, jak zakochujący się ludzie pragną wieść, ale prawdziwe, pełne różnych uczuć i co najważniejsze – wspólne. Śmierć żony całkowicie zburzyła życie Mordena. Do tego stopnia, że jedynym wyjściem wydawała mu się ucieczka. Ucieczka z domu, ucieczka od córki, z którą nie umiał się dogadać, ucieczka w alkohol i wreszcie, a może przede wszystkim, ucieczka w otchłań pamięci. 

Oczywiście, bo taka jest natura pamięci, że jedne wspomnienia prowadzą do kolejnych i nie jesteśmy w stanie kroczyć wytyczoną ścieżką, ale cały czas zbaczamy, te płaszczyzny mieszają się ze sobą. Ich przemieszanie, połączenie to sposób na ukazanie bohatera. Przeszłość go zbudowała, bez jej poznania nie możemy poznać, kim jest ten zgorzkniały samotnik. Jego podróż w obszary pamięci to odkrywanie jego życia. I wydaje się, że Morden odkrywa je razem z czytelnikiem. Okruchy wspomnień, pomieszane i poskładane dopiero teraz tworzą obraz jego życia.
Powieść Baville’a to powieść niesamowicie subtelna. I w warstwie tematycznej, bo powroty do przeszłości i poszukiwanie utraconych chwil zawsze są dla mnie bardzo subtelne i delikatne, ulotne. I w warstwie językowej. Autorowi absolutnie nie można odmówić tego, że pisze pięknie. Pisze pięknie do tego stopnia, że gdy w końcu padły słowa wulgarne, to szczerze poczułam obrzydzenie i odczułam je jak wymierzony policzek, a przecież nie były to słowa mi obce. W tym tkwi siła wulgaryzmu jako środka stylistycznego. Wystarczy raz, w odpowiedniej chwili, a nie da się go zignorować.
John Banville kolejny raz dał mi powód do rozmyślań i refleksji, a także kolejny raz dał mi fizyczną przyjemność z czytania. Chcę więcej, sięgnę po więcej i was też do tego zachęcam.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Krwawy Wielki Tydzień w Ayacucho - Santiago Roncagliolo, "Czerwony kwiecień"

Fèlix Chacaltana jest pomocnikiem prokuratora w miasteczku Ayacucho. Fajtłapowaty, w pracy całkowicie  podporządkowuje się regulaminom i prawu. Nie pozwala sobie na osobiste sądy, nie wyraża osobistych opinii na temat prowadzonych śledztw, ba, nawet nie dopuszcza myśli o tym, że poza regulaminem i sztywnymi wytycznymi może kierować się własnymi przeczuciami, intuicją i mniej urzędowo spoglądać na popełnianie przestępstwa. Jest fanatykiem idealnie spisywanych raportów, a gdy nie może wydać jednoznacznej opinii, wysyła kolejne pisma do przełożonych. Dlatego, gdy podczas hucznych obchodów Wielkiego Tygodnia, kiedy miasteczko przepełnione jest wiernymi i turystami, dochodzi do straszliwej zbrodni, pierwsze co robi Chacaltana, to naiwne szukanie pomocy u stojących wyżej. I tu, niestety dla niego, spotyka się z niezrozumieniem, próbą zatuszowania sprawy i przyjęciem błahego wyjaśnienia, które ma zamknąć dochodzenie. Gdyby poddał się mało subtelnym sugestiom zaprzestania śledztwa, byłoby lepiej dla niego. Jednak jego nawyki i wierność regulaminowi nie pozwala mu na to. Dochodzi do kolejnych brutalnych zbrodni, a on musi je rozwiązać. Tak, brzmi to jak początek powieści kryminalnej, a jednak Czerwony Kwiecień Santiago Roncagliolo (Znak, 2008), to zdecydowanie coś więcej niż zwykła intryga detektywistyczna. 

W powieści Roncagliolo brutalne mordy, mające znamiona zbrodni rytualnych, stają się pretekstem do ukazania peruwiańskiej rzeczywistości, w której świeże są jeszcze rany zadane przez terrorystów Świetlistego Szlaku. Ludzie nie zdążyli zapomnieć przerażających zabójstw, zapach trupów niemal cały czas unosi się w powietrzu, a strach przed powrotem przeszłości paraliżuje i nie pozwala krytycznie przyjrzeć się władzy. A władza na sumieniu ma nie jedno. Dlatego Chacaltana początkowo nie może liczyć na pomoc. Wtyka nos w nie swoje sprawy, próbuje wygrzebać skrywanie tajemnice, a to nie podoba się wielu osobom. Zwłaszcza w obliczy zbliżających się wyborów i trwających obchodów Wielkiego Tygodnia. W końcu jednak wojsko włącza się w dochodzenie, przed pomocnikiem prokuratora otwierają się drzwi mogące pomóc w rozwiązaniu zbrodni, a także, jak sądzi, w awansie. Pojawia się także szansa na miłość, gdy Chacaltana poznaje piękną Edith, której rodzice zginęli przez terroryzm. Jednak nic nie jest takie, jak się wydaje i wraz z trwaniem śledztwa sprawy zdecydowanie się komplikują. 

Chacaltana gubi tropy, zbrodnie dosięgają ludzi, z którymi rozmawia, przestaje radzić sobie ze swoimi uczuciami. Pewnego rodzaju ukojeniem są dla niego rozmowy ze zmarłą przed laty matką, którą traktuje jak żywą, do tego stopnia, że odtwarza jej pokój, przygotowuje jej ubranie, martwi się, żeby nie czuła się samotna. Za tym szaleństwem również kryje się straszliwa przeszłość, która odbiła się na życiu bohatera. Nic jednak, nawet miłość, nie jest wstanie odsunąć jego myśli od morderstw. Rozczłonkowane ciała stają się jego obsesją, otaczające go zło, z którego nie zdawał sobie sprawy, bo jak sądzę nie chciał, dopada go. Świat, jaki znał i jakim go rozumiał, przestaje istnieć, a on sam powoli zatraca się w tym, co słuszne i moralne. 

Bo jak odnaleźć się w rzeczywistości, kiedy odkrywa się przerażającą prawdę o tym, że ludzie, którzy powinni strzec porządku i bronić obywateli, stosują te same metody, co terroryści. Obrzydliwe tortury to nie tylko domena Świetlistego Szlaku, ale także wojska, które z przestępczością miało przecież walczyć. Jak w takiej sytuacji odróżnić dobro od zła, przyjaciela od wroga, gdzie leży granica, której nie można przekroczyć? Te pytania towarzyszą czytelnikowi i nie pozwalają na spokój. 

Próba rozwiązania zagadki, kim jest szalony morderca, próbujący z członków ofiar zbudować „zbawiciela”, przestaje być jedynie kryminalną zagwozdką. Wątek religijny nie jest tu zresztą przypadkowy. Wielki Tydzień w Ayacucho, a zwłaszcza dni upamiętniające męczeńską śmierć Chrystusa, to czas, gdy Boga nie ma, gdy nie patrzy on na swoich wyznawców. Da miejscowych to okres rozbuchanych orgii alkoholowych i seksualnych, okres grzeszenia do granic możliwości, bo przecież nie ma nikogo, kto mógłby to osądzić. Chrześcijaństwo miesza się tu z rdzennymi religiami, podaniami, w wszystko to w pewien sposób  łączy się ze zbrodniami i tylko zagęszcza duszną już i tak atmosferę. Szaleństwo w takim miejscu to tylko kwestia czasu.

Santiago Roncagliolo intrygą kryminalną przedstawił brutalną prawdę o peruwiańskim (ale czy tylko?) społeczeństwie, polityce, ludziach. Pokazał świat, o którym wszyscy chcemy zapomnieć, nie chcemy przyjąć, że taka jego wersja też jest rzeczywistością. Świat o zapachu palonych zwłok, o dołach pełnych bezimiennych trupów, o matkach chodzących od jednego miejsca kaźni do drugiego w poszukiwaniu ciał zaginionych dzieci. Świat, w którym przyzwolenie na to wszystko dają ludzie, którym się zaufało i którzy mieli przynieść wolność i pokój. To nie jest historia, która już przebrzmiała, ona ciągle trwa obok nas i nie wolno nam o tym zapomnieć.


niedziela, 25 maja 2014

Historie w obrazkach Willa Eisnera, czyli wielkie słowa nie zawsze są potrzebne

Komiksy od zawsze towarzyszyły mojej przygodzie z literaturą. Mniej lub bardziej ambitne, nie miało to znaczenia. Historie obrazkowe przyciągały moją uwagę, z wielką przyjemnością sięgałam po przygody Kajka i Kokosza, Asterixa, Batmana, Spidermana. Później były to już coraz poważniejsze rzeczy, a prawdziwie uwiodło mnie Persepolis – moment, w którym zrozumiałam, czym może być powieść graficzna. Jedyny problem z komiksami mam taki, że niestety nie należą do najtańszych, a zdobycie mniej popularnych, wydanych jakiś czas temu pozycji jest bardzo czasochłonne. Nie poddaję się jednak, bo warto się namęczyć po dobrą rzecz. 


http://www.willeisner.com
Cały czas szukam autorów, tytułów, czytam, co się w komiksowym świecie dzieje i bardzo chciałam bliżej poznać twórczość Willa Eisnera. Nie udało mi się, co prawda zdobyć Życia w obrazkach i Nowego Jorku, ale sprezentowałam bratu (a przez to częściowo także i sobie;)) Sprawę rodzinną i inne historie (Egmont Polska, Warszawa 2011). Podobno jest to najsłabsza z wydanych w Polsce antologii tego amerykańskiego twórcy komiksów. Jeśli tak, to nie mogę się doczekać, aż uda mi się sięgnąć po te doskonałe, bo ja już jestem pod wielkim wrażeniem. 


Zbiór otwiera tytułowa Sprawa rodzinna, zdecydowanie najlepsza historia w tomie. To brutalna opowieść o toksycznej rodzinie, jakich zapewne nie mało. Na urodziny starego, schorowanego ojca przyjeżdżają jego wszystkie dzieci. W zasadzie tylko jedna z córek chce by było to rodzinne spotkanie. Pozostałe rodzeństwo kieruje się chciwością, zazdrością, chęcią zysku i pokazania się przed innymi członkami rodziny. Nie ma tu mowy o szczerym zainteresowaniu się drugim człowiekiem, bratersko-siostrzanej miłości, bliskości i czułości. Problemy finansowe i emocjonalne przesłaniają wszystko. Nie ma miejsca na wątpliwość, czy zaciągnąć męża siostry do łóżka. Brutalna krytyka rodzeństwa i brak dobrego słowa dla członków rodziny też nie stanowi problemu. Gdy pojawia się kwestia opieki nad ojcem, najważniejsze stają się pieniądze i własna wygoda. Dobro rodzica nie jest w zasadzie brane pod uwagę, a gdy jest już o tym mowa, to są to jedynie pozory. Ten komiks to poruszający obraz dysfunkcyjnej rodziny, opartej na kłamstwie. Każdy ma tu coś na sumieniu, nikt nie jest bez winy. Rodzice – nieżyjąca już matka i schorowany ojciec ­– również nie pokazali swoim dzieciom, czym warto kierować się w życiu, a ich grzechy (bardzo bolesne i ciężkie) zdecydowanie wpłynęły na postępowanie ich dzieci. I te „wartości” przekazywane są kolejnemu pokoleniu, choć tu widać już opór i przynajmniej próbę zrozumienia czy ulżenia w cierpieniu. Na przykładzie tej historii obrazkowej widać doskonale, że nie trzeba wielkich słów, by pokazać  rozpadającą się rodzinę razem z jej bagażem emocjonalnym, słabościami. Sprawa rodzinna porusza i daje domyślenia tak, jak nie jedna wielka powieść. 


Kolejny komiks to Drobne cuda. To historyjki ocierające się o realizm magiczny, pokazujące, że codziennie jesteśmy świadkami cudów, wszystko zależy jedynie od naszego podejścia do życia, od tego, czy dostrzegamy te wszystkie drobiazgi, które zmieniają nasze losy. Bo niewątpliwie cudem jest przechytrzenie brutalnych łobuzów, gotowych zlać nas na kwaśne jabłko. Cudem jest miłość i jej ponowne odkrycie. Cudem jest wreszcie to, jak jedno zagubione w świecie dziecko może zmieniać życie całkowicie obcych mu ludzi, dawać nadzieję, ratować małżeństwa. Więcej o tym komiksie nie ma co pisać, lepiej go przeczytać, by odrobinę poznać świat pełen cudów, w jakim żył młody Eisner.


I wreszcie trzecia historia – Życie na obcej planecie. To, to już zupełnie inna bajka. W stacji badań kosmicznych pewien naukowiec odbiera sygnał radiowy nieznanego pochodzenia. Zapewne od obcych. Sprawa wychodzi na światło dzienne. O kontakty z istotami pozaziemskimi i podbój kosmosu zaczynają walczyć Stany Zjednoczone i ZSRR. Pewien pijaczyna zakłada sektę księżycowych dzieci, mających wylecieć w kosmos i na obcej planecie stworzyć raj. Politycy prześcigają się w zdobywaniu popularności. Dochodzi do tajemniczych śmierci, porwań. Wszyscy chcą z tej tajemniczej sytuacji skorzystać, nie bacząc na innych. W tej historii dzieje się bardzo dużo. Są pościgi, zlecenia zabójstw, szpiedzy, seks. Są badania genetyczne i nawet zmutowanie człowieka z roślinką. Spotkałam się z zarzutem, że Eisner w tym komiksie przedobrzył, ale mnie to wcale nie przeszkadzało. Świetnie się bawiłam, szukając tropów, śledząc poczynania zaślepionych żądzą władzy ludzi. A obecny tu pierwiastek dobra, dawał nadzieję, że rodzaj ludzki nie jest tak do końca zepsuty. 


Z przyjemnością sięgnę po inne wydane w Polsce komiksy Eisnera, choć dostęp do nich nie jest łatwy. Na razie mam wielką chrapkę na Fun Home. Tragikomiks rodzinny Alison Bechdel i Stuck Rubber Baby Howarda Cruse’a, poruszające tematy, które świadczą o tym, że komiks to coś więcej niż wesoła historyjka w obrazkach. A wy czytacie komiksy? Które przykuwają waszą uwagę?


piątek, 18 kwietnia 2014

In memoriam

„Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendía miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód” - jedno z najpiękniejszy pierwszych zdań w historii literatury. Odszedł jeden z moich mistrzów.

http://www.contrapuntonews.com/murio-gabriel-garcia-marquez/

niedziela, 23 lutego 2014

Niekończąca się podróż Claudio Magrisa

Zdarzają mi się czasem nagłe olśnienia i przypadkowe fascynacje, gdy o moim zachwycie decyduje jedno spojrzenie, kilka usłyszanych taktów czy też kilka przeczytanych słów. W przypadku moim silnym zainteresowaniem Claudio Magrisem była to okładka „Zeszytów Literackich” (2009, z. 107) i tytuł tekstu przytoczonej  laudacji autorstwa Ireny Grudzińskiej-Gross z okazji nadania mu tytułu Człowieka Pogranicza (tytuł nadawany przez Fundację Pogranicze i Ośrodek „Pogranicze – sztuk, kultur, narodów” Małgorzaty i Krzysztofa Czyżewskich). Tak naprawdę nie jestem w stanie wytłumaczyć, co mnie tak urzekło w tym dotąd całkowicie obcym mi twórcy. A jednak – po przeczytaniu tejże laudacji, a także tekstu i rozmów z Magrisem (także w tych „Zeszytach”) poczułam, że to jest bardzo to, że jego twórczość już jest mi bliska, choć całkowicie mi obca. Tak więc zaczęło się wyszukiwanie jego książek i chcę tu napisać o jednym, małym pięknym zbiorze esejów, ale najpierw słów kilka o samym autorze. 
http://kultura.newsweek.pl/claudio-magris--wszyscy-jestesmy-z-pogranicza,39566,1,1.html

Claudio Magris to włoski pisarz, eseista, felietonista, germanista, tłumacz, podróżnik. Urodził się w 1939 r. w Trieście, który obok Turynu stanowi wyjątkowe miejsce w jego biografii. Bo miasta te, choć leżą w tym samym państwie, są od siebie tak różne. Triest – miasto wielojęzyczne, ze śladami przynależności do monarchii austro-węgierskiej, umiejscowione w kierunku Bałkanów. Turyn zaś skierowany ku Francji, cechował go silny ruch antyfaszystowski, dziś miasto przemysłowe. Dlaczego to takie istotne? Ponieważ owa dwubiegunowość miast wyznacza również dwubiegunowość działalność Magrisa -  pisarstwo i zaangażowanie obywatelskie (jak zresztą zauważa Irena Grudzińska-Gross, są to działalności się przenikające). 


Claudio Magris jest cenionym naukowcem, profesorem współczesnej literatury niemieckiej, angażuje się też w sprawy obywatelskie, nierzadko zabiera głos w sprawach dręczących Włochów. Ale jest też podróżnikiem – podróżnikiem wiecznym, bez końca. Tak właśnie – Podróż bez końca – zatytułował zbiór esejów, który w Polsce ukazał się nakładem Fundacji Zeszytów Literackich, w serii „Podróże” w 2009 r. Jest to tomik niezwykły. Choć króciutki – liczy sobie bowiem 130 stron – to jednak jego lektura wcale nie jest szybka. Wręcz przeciwnie – teksty zmuszają do uwagi i powolnego czytania. I absolutnie nie jest to wadą. Ta powolność nie wynika z nużącego języka czy tematyki, ale ze zwrócenia uwagi czytelnika, z silnego skupienia się na tekście. Tekst zaś stanowią relacje z podróży autora, które odbył w latach 1981–2001. Nie są to bynajmniej teksty przewodnikowe, nie są to teksty reporterskie. To wycinki, obrazki z krajów tak fascynującej go Europy Środkowej, z Austrii, z Norwegii, Szwecji, ale też  z Iranu i Wietnamu. Tyle fascynujących światów w tak małej książeczce!

Polskiego czytelnika powinny szczególnie zainteresować dwa teksty z pobytu w Warszawie w jakże znaczących dla nas latach – 1981 i 1989. Tragedia i koszmar to opis pełnej niepokoju atmosfery panującej w stolicy przed wybuchem stanu wojennego, gdy codzienność mieszała się z lękiem o przyszłość. Magris, obserwator z zewnątrz, zadziwiał się i podziwiał odwagę Polaków, którzy byli gotowi oddać wszystko, ale żyli zrozumiałą nadzieją, że do tego nie dojdzie. Drugi „warszawski” tekst – Polska rozpoczyna nowe życie – to już zupełnie inny obrazek. To już odbudowa i nowe życie właśnie. 


A nowe życie nastało nie tylko u nas, ale też u naszych sąsiadów – po rozpadzie Czechosłowacji narodziły się nawet dwa życia. Nowy świat wkradł się na ulice Pragi, która stała się pełna kantorów, kursy wymiany walut to najłatwiej dostępne informacje, a obok uroczych miejsc, jak grzyby po deszczu rosły McDonaldy i tanie pizzerie. Ale do tego zalewu konsumpcjonizmu Magris podchodził z zadziwiającym zrozumieniem, wiedząc, że nie może wystawiać ocen ze swojej, jakże odmiennej perspektywy. Że jego spojrzenie tak bardzo różni się od tego, co widzą i czują Czesi, zyskujący swoją ojczyznę, ale też otwierający się na świat zachodni.


Do moich ulubionych tekstów w zbiorze z pewnością należą te „skandynawskie”. Pierwszy – o leśnych cmentarzach, które tak bardzo różnią się od nam znanych nekropolii z pomnikami i nagrobnymi płytami, które tworzą swoiste miasto śmierci. Cmentarz w sztokholmskim lesie, o którym pisze Magris, jest zupełnie innym miejscem. Owszem, śmierć jest tu obecna, ale na równi  z życiem. Małe groby integrują się z leśnym poszyciem, rosną przy nich grzyby i zbieranie ich nie stanowi wcale profanacji świętego miejsca, widać ślady żyjących tam zwierząt. Śmierć i życie funkcjonują obok siebie, przenikają się i jest to bardzo naturalne i bardzo piękne zarazem. Chciałabym bardzo móc pobyć  trochę w takim miejscu.

Drugi tekst mówi o fiordach i o norweskiej literaturze, a przede wszystkim o Ibsenie. Muszę do niego koniecznie powrócić, zmierzyć się z jego dziełami z tej perspektywy, o której pisze Claudio Magris – z perspektywy fiordu.


I wreszcie tekst Hipopotam z Lund, a raczej mały z niego wyjątek o św. Ludwiku Gonzadze, gdy był dzieckiem. Przyglądając się jego zabawie, krewny zapytał go, co by zrobił, gdyby dowiedział się, że dowie się, że za kilka minut umrze. Chłopiec odpowiedział, jak z pewnością nie odpowiedziałby dorosły  – bawiłby się dalej. I to jest najpiękniejsza i najbardziej autentyczna rzecz, którą należałoby w takiej chwili robić. Nie rozpaczać, nie żałować, nie kulić się ze strachu, ale właśnie bawić. 


Ale najważniejsza w książce Magrisa jest oczywiście podróż. Podróż jako przerwa w codzienności, zabawa, chwilowa rezygnacja z odpowiedzialności, jakiej wymaga od nas życie w domu, czymkolwiek on jest. Przerwa, a więc nie ucieczka od codzienności. Raczej witanie się ze światem, poznawanie go, a potem powrót. I znowu… Podróż Magrisa to taka, która nie dąży do osiągnięcia wyznaczonego celu, wręcz przeciwnie – odwlekająca ten moment. Nieustanne poznawanie świata i obserwowanie, jak zmienia się na naszych oczach. Podróż, „aby nie dojechać – o ile to możliwe – nigdy”.