Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 stycznia 2019

Na dobre i na złe? - Tayari Jones, "Nasze małżeństwo"


Nasze małżeństwo (Kraków: Wydawnictwo Otwarte, 2019, tłum. Aleksandra Wolnicka) jest historią związku afroamerykańskiej pary, a w zasadzie jego powolnego rozkładu. Celestial i Roy to małżeństwo z osiemnastomiesięcznym stażem. Ona realizuje się artystycznie, robiąc lalki wzorowane na ukochanym, poupées, on jest rozwijającym karierę przedstawicielem handlowym wydawnictwa. Pewnego tragicznego dnia Roy zostaje oskarżony o przestępstwo, którego nie popełnił, i mimo zeznań żony trafia do więzienia z wyrokiem skazującym go na dwanaście lat odsiadki, po pięciu zostanie oczyszczony z zarzutów. Para zostaje postawiona przed tragicznymi wyborami, a ich związek wystawiony na ciężką próbę. Próbę związaną nie tylko z kilkuletnią rozłąką, ale też z konfrontacją bohaterów po wyjściu Roya na wolność.

Historię pary oraz samych głównych bohaterów poznajemy przede wszystkim z perspektywy Celestial i Roya, miejscami w opowieść włączony zostaje głos ich przyjaciela Andre. I, co okazało się dość ciekawym zabiegiem narracyjnym, nie poznajemy jej chronologicznie, ich historie rodzinne, motywacje i początek związku poznajemy później. Autorka miesza też rodzaje narracji, część książki stanowią listy małżonków wymieniane między nimi w czasie ich rozłąki. I to one właśnie są dla mnie najciekawsze w powieści i najwięcej mówią o Celestial i Royu jako parze. 

Decyzje podjęte przez Celestial podczas pobytu jej męża w więzieniu, ich wzajemne relacje w tym czasie oraz po uniewinnieniu Roya to jedno. Samo skazanie mężczyzny i kilkuletnie przymusowe rozstanie z pewnością odcisnęło piętno na związku, ale tak naprawdę to listy, które do siebie wysyłali, pokazują na jak słabych fundamentach zbudowana była ta relacja, jak bardzo małżonkowie nie potrafili, nie chcieli się porozumieć, jak wiele ich różniło, jak bardzo każde z nich było skupione na sobie samym, a nie na małżeństwie jako parze.  Czy można tym usprawiedliwić późniejsze wybory, nie wiem. Ale też dzięki temu, nie możemy sobie pozwolić na jednoznaczne osądzenie obojga.

Nie mogę się zgodzić z opinią Baracka Obamy zamieszczoną na okładce, że to niesprawiedliwy wyrok zniszczył młode małżeństwo. Nie mogę się też zgodzić ze stwierdzeniem Toma Perrotta, że nikt tu nie zrobił nic złego. Bohaterowie robią złe rzeczy, kłamią, krzywdzą się nawzajem i nie są wstanie się do tego przyznać nawet przed sobą. Irytowało mnie dość mocno, nawet złościło, ich zachowanie, a przede wszystkim ich stosunek do tego, co się stało. Liczenie się tylko z tym, co ja czuję, czego ja potrzebuję i pragnę. Odrzucenie jakiejkolwiek odpowiedzialności i zero poczucia winy. Sytuacja, owszem, nie sprzyjała stabilności emocjonalnej, ale momentami naprawdę miałam dość oraz wielką ochotę  mocno potrząsnąć tymi ludźmi i zapytać, co oni sobie myślą. Tak, sporo emocji we mnie się kotłowało przy tej lekturze.
 
Oprócz samej historii małżeńskiej książka miała potencjał rozwinięcia wątku nierówności rasowych i szkoda, że autorka w pewnym momencie zaniechała tego interesującego tematu. To, że Celestial i Roy są afroamerykańskim małżeństwem miało duże znaczenie zarówno w kontekście ich dorastania (każde z nich miało zupełnie różne warunki rodzinne), ich życiowych wyborów, jak i samego aresztowania Roya i motywacji kierujących skazującymi go. Niestety, kwestia przycichła, co sprawiło, że Nasze małżeństwo nie jest ani całkiem opowieścią o afroamerykańskiej parze w Ameryce, ani też całkiem powieścią uniwersalną, co trochę obniża jej wartość.

Niemniej książka Tayari Jones to dobra, bogata w emocje, choć pozostawiająca uczucie niedosytu proza. To, jasne, przede wszystkim opowieść o rozpadzie związku, ale też o innych relacjach – rodzinie, przyjaźni. Mimo że czyta się ją wartko, bo historia wciąga, nie jest to przyjemna lektura, ale jak sądzę, wcale nie miała taka być. Miała raczej poruszyć, dźgnąć tu i tam, wywołać emocje. U mnie je wywołała, ale nie jestem pewna, czy do końca takie, o jakie mogłoby chodzić autorce.

Z ciekawostek, a być może kogoś kuszą takie rzeczy, powieść była nominowana do National Book Award 2018, a książką, oprócz Baracka Obamy, zachwyciła się także Oprah Winfrey, która podobno (jak głoszą wieści) chce zrobić z niej film. Ale czy chciałabym go obejrzeć? Nie jestem taka pewna.  

Premiera książki 31 stycznia 2019 r.
Za egzemplarz przedpremierowy dziękuję pani Ewie Sajek i Wydawnictwu Otwarte.

czwartek, 15 listopada 2018

Jak się rodzą rewolucje, czyli o jedzeniu, kopulacji i mordercy listonoszy - Petr Stančík, "Młyn do mumii"


Morderca brutalnie torturujący listonoszy, aby wysłać list do Boga, ukrywający się zakon i jego tajemne pisma, anarchiści, teorie spiskowe i mierzący się z rozwikłaniem zagadek bohater – czy to nie profesor Robert Langdon na tropie kolejnego światowego spisku w nowej książce Dana Browna? Mając tylko tyle informacji, można by tak pomyśleć, można by też sądzić, że biorąc do ręki Młyn do mumii, czyli przewrotne odkrycie komisarza Durmana Petra Stančíka (tłum. Mirosław Śmigielski, Wołów: Wydawnictwo Stara Szkoła, 2016, ebook), czeka nas kolejny thriller w brownowskim stylu. Co to, to nie, moi drodzy. Figa. Bo książka czeskiego pisarza, porno-gastro thriller, w dodatku mistyczny, plus dziewiętnastowieczna Praga, to jedna wielka literacka gra, zabawa, jedne wielkie jaja, jakie pisarz robi sobie z powieści gatunkowych i z samych czytelników. I robi je sobie przepysznie.

Wszystko, o czym wspomniałam w pierwszym zdaniu, znajduje miejsce w książce, bohater również. Tyle że… nasz Robert Langdon (odwołuję się do niego, bo tylko jego w tej chwili kojarzę), czyli komisarz Leopold Durman, jest trochę takim błyskotliwym bohaterem thrillerów i kryminałów à rebours. Co tu dużo ukrywać, Durman jest po prostu ociężałym idiotą, który sam siebie jest w stanie postrzelić w najmniej stosownym momencie (o ile w ogóle taki być może) i nie odkryć tożsamości mordercy, choć ma ją podaną na tacy. Ani lotny, ani przystojny, po początkowych aktach bohaterstwa i pościgach za mordercą po dachach praskiego getta szybko wraca do tego, co stanowi esencję jego życia – do braku umiarkowania w jedzeniu i kopulacji. Bo i jedzeniu, i kopulacji oddaje się z największą pasją i nie jestem w stanie stwierdzić, co daje mu większą rozkosz. A zarówno do jednego, jak i drugiego nie brakuje mu okazji. Ba, potrafi nawet łączyć obie przyjemności i oddawać się im jednocześnie. 

Seks i jedzenie, jedzenie i seks – to dwa przeważające w powieści wątki, autor nie szczędzi im miejsca, co w pewnym momencie zaczyna już nieco nużyć (przede wszystkim jeśli chodzi o obżarstwo). Ale zanim nas to znudzi, to naprawdę z wielką przyjemnością czyta się o uczcie u cygańskiego króla, na której podawano między innymi pieczone jeże, o tych wszystkich pasztetach, dzikim ptactwie, bulionach, kiełbasach, nietoperzach… I tak dalej, i tak dalej. Leopold Durman jest bowiem prawdziwym samcem z krwi i kości i żywi się głównie mięsem i podrobami. Im tłuściej, tym lepiej. Nie odmawia sobie również rozkoszy alkoholowych, nie gardząc żadnym trunkiem. Muszę przyznać, że opisy tych przygód podniebienia bywają naprawdę fenomenalne. O młodym winie: 

Miało w sobie kwaskowatą nutę świeżo skoszonej trawy i słodką nutę ust dzieweczki, która pozwoliła się na tę trawę położyć, a także gorzką nutę czubków jej piersi, które w ustach twardnieją niczym uśmiech zastygający na wargach dopadniętego mordercy, a łącznie smakowało bardzo dobrze (lok. 1216).

A skoro nasz bohater samcem jest, to z równie wielką pasją co widelec w potrawę wtyka swoje przyrodzenie w każdą chętną dziurkę. O dziwo, z tych również nie brakuje. Że nie brakuje ich w burdelach, tak chętnie przez komisarza odwiedzanych, nie dziwi w ogóle. Ale że nie brakuje ich w różnych innych miejscach, w wyszynkach i na ulicy, i to dosłownie (tak się właśnie rodzą rewolucje moi państwo!), to już biorąc pod uwagę aparycję i tępotę bohatera, może zaskakiwać. A kobiety zawsze chętnie oddają się orgiom z jurnym komisarzem, nawet zdeklarowane dziewice znajdą sposób, by wpuścić go do środka i wysuszyć do ostatniej kropelki…

Trzeba też oddać Durmanowi zasługi na tym polu, bo gdyby nie jego służbowy wyjazd do Paryża i oczywiście wizyty w tamtejszym burdelu, prascy kochankowie jeszcze długo mogliby nie cieszyć się z rozkoszy, jaką daje miłość oralna. 

Stolica Francji nie była zresztą jedynym celem podróży Leopolda. W pogoni za domniemanym mordercą trafia bowiem do Meksyku, gdzie ma do czynienia między innymi z anarchistycznym spiskiem mającym na celu ułatwienie kobietom robienie prania. Wyprawa była dla komisarza dość przykra, gdyż jak relacjonował: „Chęci na jedzenie nie mam, do burdelu iść się boję, spać nie mogę. Cóż więc mi pozostaje?” (lok. 3338).

Jak przystało na bohatera powieści, Durman się zakochuje i to zakochuje miłością romantyczną. Swoją ukochaną Libuszkę Jedwabną zabiera na spacery, do opery, odwiedza w domu jej rodziców, wręcza prezenty, czasami bardzo osobliwe. Wreszcie, raczy ją miłosnym wyznaniem rodem z powieści sentymentalnej i obsypuje komplementami z odpowiednio wybraną metaforą: „– Usteczka panny są jak skrzydła rusałki… – Lećmy więc razem… – szepnęła i nachyliła głowę” (lok. 1358).  Wszystko oczywiście jest bardzo czyste i przyzwoite, a pieszczoty niewinne. Bądź co bądź Durman umie się zachować jak dżentelmen. Dżentelmen z rozbudzoną chucią, którą potem musi studzić w objęciach prostytutek, biedaczek.

Leopold Durman nie jest oczywiście jedyną wartą uwagi postacią w książce Petra Stančíka. W zasadzie większość pojawiających się na jej kartach osób jest na swój sposób osobliwa. No bo na przykład taki „autarkiczny detektyw Egon Alter”, który w zaskakujący sposób pojawia się w momentach, w których komisarz potrzebuje jego pomocy. I nie ma tu znaczenia, czy Durman jest akurat w praskim getcie, czy w Meksyku. Detektyw, o wiele bystrzejszy i zdecydowanie lepiej łączący fakty i naprawdę samowystarczalny, jest zresztą postacią – grą, która dla czytelnika szybko staje się dość oczywista, dla Leopolda pozostaje jednak zagadką niemal do końca. Pojawia się tu także postać szalonego naukowca, wynalazcy Wenzela Benzela, który do budowy swojej genialnej machiny wykorzystuje końskie truchła. Jest i patolog Ogrobiec, który wnioski z sekcji kieruje do leżących przed nim zwłok aktualnej ofiary.

A skoro mowa o ofiarach, nie mogę choć odrobinkę nie wspomnieć o samym wątku kryminalnym. Mamy tu bowiem do czynienia z mordercą brutalnym, chorym umysłem, zabijającym w naprawdę wyszukany sposób. Durman stara się, jak może, żeby złapać złoczyńcę, choć wspomniałam już, że wychodzi mu to, łagodnie mówiąc, średnio. Ale rozwiązanie tego wątku, to, co Stančík tu wyczynił, jak to rozegrał, to jest mistrzostwo. Takiego zaskoczenia czytelnika, nawet jeśli postać samego zabójcy nie jest specjalnie trudna do odkrycia, powinni pozazdrościć autorowi twórcy poczytnych kryminałów i thrillerów. Poważnie, choć to wszystko niezłe jaja ;).

Młyn do mumii to nie tylko przygody naszego mało rozgarniętego komisarza. To także dziewiętnastowieczna Praga. I choć jest to Praga przefiltrowana przez pryzmat surrealistycznego spojrzenia Petra Stančíka, to jednak świat przedstawiony ma swoje solidne podstawy źródłowe. W powieści pojawiają się postaci autentyczne, na przykład szef praskiej policji Leopold von Sacher Masoch, a także jego syn, pisarz znany z zamiłowania do specyficznych doznań seksualnych. Swoje role odgrywają też choćby poeta i dziennikarz Jan Neruda czy kompozytor, autor opery Sprzedana narzeczona Bedřich Smetana. Tu i ówdzie powraca również motyw Rękopisu królowodworskiego sfabrykowanego rękopisu mającego być zapisem z najstarszego okresu historii Czech.  

O książce Petra Stančíka można by pisać i pisać. Przywoływać niezliczone motywy i zabawy literackie. Można by pisać o wątkach mistycznych w powieści, o gadających zwierzętach i mandragorze, o tajemniczym zakonie Ordo Novi Ordinis, który depcze po piętach Durmanowi, a wycinki z jego tajnych tekstów rozpoczynają każdy rozdział. Można przywoływać upojne posiedzenia stowarzyszenia Czcicieli Srebrnej Kotki i to, jak komisarz poznaje prawdę o swoim pochodzeniu. Można, ale jeszcze lepiej o tym po prostu przeczytać. I bawić się ile wlezie, bo o to tu przede wszystkim chodzi. A nie da się nie bawić, czując, że autor sam świetnie się bawił, podrzucając czytelnikowi tropy, myląc go i wreszcie bezczelnie sobie z niego kpiąc. 
 
Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to do językowych wpadek, bo czego jak czego, ale „za wyjątkiem”, to ja darować nie mogę :).

Warto jeszcze dodać, że Młyn do mumii w 2015 roku został nagrodzony w kategorii proza najważniejszą czeską nagrodą literacką Magnesia Litera. I przy tej okazji chciałabym życzyć takiego luzu, otwartego podejścia do literatury i odwagi jurorom polskich nagród, bo bez tego ciężko się wygrzebać z tych naszych narodowych traum i uwikłań, a ile można się tym katować.

wtorek, 26 czerwca 2018

Przespane życie - Goli Taraghi, "Sen zimowy"

Choć tytuł powieści irańskiej pisarki Goli Taraghi Sen zimowy (Wrocław: Książkowe Klimaty, 2017, tłumaczenie Dorota Słapa) sugeruje zupełnie inną scenerię, na lekturę książki wybrałam sobie upalne, duszne majowe dni. I muszę przyznać, że już dawno tak dobrze nie trafiłam z aurą dopasowaną do atmosfery panującej w utworze - oblepiającej, zniewalającej, odbierającej chęć do działania.

Akcja, jeśli o takiej w ogóle można mówić w przypadku tej powieści, rozgrywa się w latach sześćdziesiątych XX wieku w Teheranie. Narrator, uwięziony przez zimową noc we własnym domu, osamotniony, za jedynych towarzyszy mający jedynie błąkające się po mieszkaniu myszy, wspomina swoich przyjaciół i przemijające życie, choć bardziej przypominało ono sen, a raczej trwanie w letargu. Grupka siedmiu towarzyszy spędzała w swoim hermetycznym środowisku dnie i noce, wspólnie pilnując, by w ich codzienność nie wkradła się żadna nowości ani zmiana. Najlepiej by było, gdyby ich życie toczyło się ustalonym dawno rytmem, dzień za dniem tak samo. Dlatego każda możliwość ingerencji z zewnątrz, próba wdarcia się zewnętrznego świata do ich zamkniętego kręgu spotyka się z wrogością. Tak było, gdy w życiu Haszemiego nagle pojawiła się energiczna, dziewczęca Szirin, jeszcze gorzej, gdy z kolei Mahdawi zapałał wielką namiętnością do silnej, władczej Tal’at, której uległ mimo usilnych prób przyjaciół i swoich własnych, by wyrwać się ze szponów tego zabójczego uczucia. Te dwie kobiety zakłóciły spokój mężczyzn, zburzyły panujący porządek, tak można by sądzić poznając odczucia przyjaciół, ale tak naprawdę niemal nic się nie zmieniło. Mężczyźni nadal tkwili w swoim obezwładniającym śnie, niezdolni do aktywności.

Ta niemożność działania bohaterów jest w powieści przytłaczająca. Czytelnik pozostaje bezradny wobec nieudolnych zmagań, prób walki o coś innego. Bierność tych mężczyzn jest tak obezwładniająca, że nawet, gdy już czegoś zapragną, wydaje się, że zaczną działać, czynią pierwsze kroki, to i tak szybko się poddają. To dlatego zniechęcony Anwari wysiada z pociągu mającego zawieść w odwiedziny do jego ukochanego przyjaciela Mahdawiego, a Mahdawi rezygnuje z próby zabicia żony nie dlatego, że byłby to tragiczny czyn, ale z bezsilności: 


„Zabiję ją. Tym razem naprawdę ją zabiję” – zdecydował w myślach. Podciągnął się jeszcze wyżej i ujął szyję kobiety w obie ręce. Jego ciało przeszył dreszcz. […]. Pomyślał, że jego dłonie pozostają w bezruchu, a palce przestały być zdolne do śmiertelnego uścisku. „Zabiję ją. Zaraz, dokładnie w tym momencie, póki jest jeszcze szansa” – przekonywał samego siebie. Jednak dłonie odmówiły mu posłuszeństwa i poddały się innemu prawu. Myśli Mahdawiego, niczym kręgi na wodzie, wirowały i znikały w oddali (s. 106–107).

Mężczyźni ze Snu zimowego nie są zdolni do podjęcia decyzji i zmierzenia się z nimi. Aktywne są kobiety – Szirin i Tal’at, tak różne od siebie. Pierwsza, obserwując bierność bohaterów, próbuje nakłonić ich do zmian, do działania, zachęca bezskutecznie do życia. Druga bierze sprawy w swoje ręce. Dominująca, władcza kobieta siłą wydziera Mahdawiego z tego zaklętego kręgu, zaczyna kierować jego życiem. Jest jak kobieta-matka. Tłamsi swoją namiętnością, budzi postrach wśród przyjaciół męża, a gdy trzeba potrafi się nimi czule zaopiekować. W relacji z kobietą niemiłosiernie irytuje Mahdawi – wobec jej działań pozostaje tak samo bierny i uległy, jak wobec życia w ogóle. 

Sen zimowy jest duszną, tłamszącą opowieścią o przemijającym, zmarnowanym życiu i o odchodzeniu. O ludziach, którzy nawet mając okazję i szansę na powodzenie, nie próbują nic zmienić, poddają się. Nawet jeśli po latach dostrzegają utracone okazje, to i tak nadal pozostają w swojej bezczynności. Możliwość, chęć zmian jest dla nich czymś niedorzecznym, budzi lęk, jest uznawana za chorobę – tak, jak było w przypadku Dżaliliego. Bohaterowie po prostu rezygnują z życia, Asgari, choć sam mówił do przyjaciela: „Wyjedźmy stąd. […]. Ta ziemia jest jałowa i nieurodzajna” (s. 159), nigdzie się nie ruszył, Azizi narzekał na swoje dzieci, które wyjechały z kraju, narrator obwiniał żonę, że od niego odeszła, kierując się własnymi pragnieniami: „Dlaczego tak bardzo chciała mieć dzieci? Nasze wspólne życie było przecież poukładane. Czas jakoś leciał” (s. 159).

Właśnie, czas jakoś leciał. Leciało jakoś życie, które niemal całkiem przeminęło na wiecznym czekaniu: „Usiedliśmy więc i czekaliśmy. Jedno lato, kolejne i to, które przyszło po wszystkich następnych” (s. 162).

Z powieścią Goli Taraghi należy uważać. Wciąga w swój senny świat, pogrąża czytelnika w letargu. Należy ją też czytać. Po pierwsze, ze względów formalnych, gdyż to naprawdę bardzo dobrze napisana książka urzekająca prostotą języka. Po drugie, bo mimo wszystko sprawia, że nie chcemy być, jak jej bohaterowie. Musimy tylko zacząć działać, nie odwlekać, nie odkładać na jutro, które nigdy nie nadchodzi. 


Chcę zasnąć. Nie mam już ochoty o niczym myśleć. Jestem zmęczony. Jak to powiedzieć? Jestem po prostu stary. Mysz obgryza róg mojego materaca. Gdzieś tu przemykał czasem kot. Słyszałem go. Ale od kiedy się ochłodziło, ślad po nim zaginął. Jutro wyjdę z domu i kupię kilka łapek na myszy. Sprowadzę tu kota są siadów. Jak zwykł mawiać Hejdari: „Na wszystko jest jakiś sposób. Trzeba jedynie siły woli i wytrwałości. Koniec końców zwycięstwo należy do nas” (s. 162).

piątek, 2 marca 2018

O obywatelu Johnie Brownie - James McBride, "Ptak dobrego Boga"

Książek o niewolnictwie i walce z nim, abolicjonistach jest w ostatnim czasie coraz więcej i bardzo dobrze. Ja zagłębianie się w tę tematykę zaczęłam dość przewrotnie od rewelacyjnej książki Jamesa McBride’a Ptak dobrego Boga (Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2016). Przewrotnie, bo w wielokrotnie nagradzanej powieści McBride (zdobyła m.in. National Book Award 2013) dramatyczną historię ruchu abolicjonistycznego, a w zasadzie bohatera tego ruchu Johna Browna, przedstawia z przymrużeniem oka, z perspektywy Cybulki – czarnoskórego chłopca, który wzięty za dziewczynkę, żeby ratować swój tyłek, musi poddać się swojej nowej roli na kilka ładnych lat. Przypadek sprawił, że chcąc nie chcąc, trafił do grupy Browna walczącej z niewolnictwem i… tu zaczyna się cała zabawa.

Choć tak naprawdę zabawa zaczyna się dla czytelnika. Biedny Cybulka, który wcale nie chciał, żeby ktoś siłą zmieniał jego życie, zostaje wciągnięty w krwawe walki między zwolennikami i przeciwnikami niewolnictwa. Jest świadkiem mniej i bardziej bezsensownych śmierci, głoduje, tuła się z grupą Browna, próby ucieczki jakoś nie odnoszą skutku. Bierze udział w spotkaniach agitacyjnych na rzecz abolicjonistów, na pewien czas ląduje w burdelu, zakochuje się, a jego czyny niejednokrotnie doprowadzają do tragedii. Co najgorsze, nie może zrezygnować ze swojej nowej tożsamości i zrzucić kiecki – musi pozostać Cybulką, co bardzo komplikuje mu życie.

Cybulka jest o tyle ważną postacią powieści, że jest jej narratorem, a przez to język, jakim książka została napisana, jest językiem właśnie Cybulki, do czego jeszcze wrócę. Głównym bohaterem powieści jest zaś John Brown – jedna z najważniejszych postaci ruchu abolicjonistycznego, zaciekły wróg niewolnictwa, którego egzekucja w pośredni sposób przyczyniła się do wybuchu wojny secesyjnej. Na wieść o skazaniu go na śmierć Cyprian Kamil Norwid napisał wiersz Do obywatela Johna Browna (1859 rok). Postać więc niezwykła, bohater dla wielu, a w książce? Niepiśmienny, zdewociały wariat, na każdym kroku sięgający po nieistniejące cytaty z Biblii (jakie to jest dobre!). Oddany sprawie do granic, a jednocześnie bardzo naiwny. Walczący o prawa niewolników, nawet tam, gdzie sami niewolnicy niekoniecznie sobie tego życzyli. Jest niezwykle honorowy, choć jego kodeks może budzić pewne wątpliwości. Traci członków rodziny i swojej grupy, czy to w wyniku śmierci, czy po prostu ich rezygnacji ze sprawy. Szczęście i szansę dla sprawy upatruje właśnie w Cybulce, której (któremu) ofiarowuje pióro ptaka dobrego Boga.

Ptak dobrego Boga to idealny materiał na sfilmowaną komedię slapstickową. Analfabeci udający, że umieją czytać i pisać, chłopiec przebrany za dziewczynkę, sceny w burdelu, niebezpieczne przygody, szaleni bohaterowie, brutalność i przemoc, abolicjonista Douglass (kolejna postać prawdziwa) z dwiema żonami – białą i czarną, a całość wspaniale przerysowana. To także romans awanturniczy, powieść łotrzykowska rozgrywająca się w stanie Kansas. Cybulka tak pięknie uosabia bohatera tego gatunku. Szelma, cwaniaczek, co chwila wpada w nowe tarapaty, i co chwila z nich wychodzi niemal bez szwanku. Przeżywa niezwykłe przygody, trafia w sam środek wielce istotnych wydarzeń. Zdaję sobie sprawę, że piszę o tym dość ogólnikowo, ale to naprawdę trzeba samemu przeczytać i doświadczyć.

Wspomniałam o języku. I to jest kolejna ogromna zaleta tej powieści. Książka napisana jest łamaną angielszczyzną Cybulki, który nie umie pisać, nie umie czytać, ale ma dobre ucho, w które wpadają różne ciekawe zwroty, określenia, związki frazeologiczne. Problem w tym, że nie bardzo umie je zastosować, co również przyczynia się do komizmu powieści. W tym miejscu szczególne gratulacje należą się tłumaczowi – Maciejowi Świerkockiemu – który idealnie poradził sobie z tym, jak mogę sobie wyobrazić, dość nieprzetłumaczalnym językiem. Odnalazł w polszczyźnie odpowiednie miejsce dla tej pokręconej angielszczyzny byłego niewolnika i zrobił to w sposób przezabawny. Jedna mała uwaga – przez kilka pierwszych stron język sprawiał mi kłopot ze względu na liczne błędy ortograficzne, co było ciężkie do przełknięcia dla pani redaktor ;). Poważnie obawiałam się, czy dam radę, ale powiem wam, że wpadłam i przepadłam całkowicie, jest rewelacyjnie.

Ptak dobrego Boga jest książką wręcz wyśmienitą. Sposób, w jaki James McBride portretuje jedną z najważniejszych postaci Stanów Zjednoczonych – Johna Browna – to wzór do naśladowania. Naprawdę. Bo choć jest to portret prześmiewczy, wskazujący liczne ułomności, wady, jednocześnie Browna uczłowiecza, przybliża zwykłym śmiertelnikom. Jeśli stawiać pomniki, to takie. Bardzo mi odpowiada traktowanie poważnych tematów z takim poczuciem humoru, bo nie jest to lekceważenie, umniejszanie ważności, nie jest to na pewno obrazoburcze, a nie ma bezmyślnego wynoszenia na piedestały i malowania laurek. Lekcja historii i świetna zabawa w jednym? Proszę taką o Polsce i jej bohaterach. A książkę oczywiście bardzo polecam jako kawał świetnej literatury, eksperymentu językowego i dla wielkiej przyjemności płynącej z czytania.