Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 maja 2018

Eudora Welty i jej "Jezioro księżycowe"

Dzisiejszy wpis powstał dzięki mojemu niemal fanatycznemu uwielbieniu dla serialu Gilmore Girls. W jednym z odcinków drugiej serii Rory, tłumacząc matce, dlaczego zabiera do szkoły aż tyle niemieszczących się w plecaku książek, wspomniała między innymi o biografii Eudory Welty. Ponieważ postać ta była mi całkowicie nieznana, zaczęłam szukać o niej informacji i okazało się, że to bardzo popularna w Stanach pisarka. U nas niestety słabiej, dlatego pozwoliłam sobie w tym bardzo długim wpisie przybliżyć nieco jej postać i opisać mojej wrażenia z lektury jej dwóch opowiadań.

Eudora Welty, amerykańska pisarka poruszająca w swojej twórczości temat amerykańskiego Południa, urodziła się 13 kwietnia 1909 r. w Jackson jako córka Mary Chestiny i Christiana Webb Welty’ego pracującego w firmie ubezpieczeniowej. Miała dwóch młodszych braci. Wychowywała się w kochającej rodzinie, w zamiłowaniu do języka i snucia opowieści. Uczęszczała do college’u dla kobiet w Columbus, w stanie Missisipi, i studiowała literaturę angielską na uniwersytecie Wisconsin. Później, za namową ojca, studiowała na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku reklamę. Wkrótce, niedługo przed śmiercią Christiana Welty’ego, wróciła do Jackson, do rodzinnego domu, w którym spędziła resztę swojego życia.

Welty imała się różnych zajęć. Pracowała w lokalnej stacji radiowej, pisała o społeczności Jackson do „Commercial Appeal”. W 1933 r. rozpoczęła pracę dla Works Progress Administration jako specjalistka od reklamy. Dużo podróżowała po Missisipi, gdzie zbierała informacje, obserwowała i fotografowała życie codzienne mieszkańców stanu. Jej zdjęcia przedstawiające losy ludzi po Wielkim kryzysie opublikowano w 1971 r. w One Time, One Place: Mississippi In The Depression, A Snapshot Album. To doświadczenie i zdobyta wiedza zaowocowały później także w jej opowiadaniach. 

W 1936 r. skończyła pracę dla WPA i postanowiła poświęcić się pisarstwu. W tym samych roku opublikowano jej pierwsze opowiadanie Magic oraz Death of a Traveling Salesman. Wkrótce jej teksty zaczęły ukazywać się m.in. w „The New Yorker” i „The Sewanee Review”. Jej wczesne prace zwróciły uwagę agenta literackiego Diarmuida Russela. W 1941 r. ukazał się pierwszy tom jej opowiadań A Courtian of Green, który przyniósł jej uznanie krytyki. Od tej pory sporo pisała i publikowała. W 1942 r. wydano jej nowelę The Robbert Bridegroom, w 1946 r. ukazała się powieść Delta Wedding, a The Ponder Heart w 1954 r. W 1949 r. opublikowano zbiór opowiadań The Golden Appels. Teksty te umocniły jej pozycję w literackim świecie i przyniosły rozgłos.

W połowie lat czterdziestych pisała dla „The New York Times Book Review”, często pod pseudonimem Michael Ravenna, gdyż uznano, że kobieta z Południa, bez względu na jej talent literacki, nie może poważnie poruszać tematów związanych z wojną. 

Dzięki stypendium Guggenheima w latach 1949-1950 odbyła podróż do Europy i zaprzyjaźniła się z irlandzką pisarką Elizabeth Bowen, której później zadedykowała zbiór opowiadań The Bride of Innisfallen. Kolejny raz Welty przybyła na Stary Kontynent w 1955 r., gdzie dała wykład na Uniwersytecie w Cambridge. Jak sama twierdziła, była pierwszą kobietą, która przekroczyła progi Peterhouse (najstarszego z kolegiów Cambridge). 

Kolejna powieść Losing Battles pisarki ukazała się w 1970 r., dziesięć lat po śmierci jej matki, którą Eudora się opiekowała. Trzy lata później Welty została nagrodzona Pulitzerem za wydaną w 1972 r. powieść The Optimist’s Daughter, w której przedstawiła postać kobiety wychodzącej z żałoby po śmierci ojca.  

W kwietniu 1983 r. amerykańska pisarka wygłosiła trzy wykłady na Uniwersytecie Harvarda, co zaowocowało zbiorem autobiograficznych esejów One Writer’s Beginnings. Powróciła w nim do czasów dzieciństwa w Missisipi i związku z rodzicami, opisała nieunikniony wpływ, jaki ten czas i relacje rodzinne wywarły na jej twórczość.

Welty unikała mówienia o jej prywatnym życiu. Twierdziła, że nie byłoby ono ciekawe dla nikogo, ale tak czy inaczej by go strzegła i nie dzieliła się nim publicznie.

Pod koniec życia cierpiała na zapalenie stawów, co uniemożliwiło jej dalsze pisanie. Choć przestrzeń życiową ograniczyła w zasadzie tylko do parteru jej rodzinnego domu, to zachowała jasny umysł i chętnie przyjmowała gości. Zmarła w wieku 92 lat 23 lipca 2001 r.

W jej twórczości odnaleźć można wpływy takich autorów i autorek jak Antoni Czechow, Jane Austen, William Faulkner, Virginia Wolf i Katherine Mansfield. I właśnie pisarstwo tej ostatniej pisarki przyszło mi na myśl podczas lektury tomiku Jezioro Księżycowe (Warszawa: Książka i Wiedza, 1980). W jego skład wchodzą dwa krótkie teksty połączone osobą Locha Morrisona. W Koncercie czerwcowym chłopiec, uwieziony w pokoju z powodu choroby, podgląda wydarzenia rozgrywające się w starym domu naprzeciwko – młodych kochanków na piętrze, dziwnie zachowującą się starą kobietę, która nagle wtargnęła do budynku i zaczęła grać fragment melodii Beethovena. Dźwięki muzyki stają się wyjściem do wspomnień snutych przez siostrę Locha, dotyczących lekcji muzyki, które pobierała razem z uzdolnioną koleżanką – ulubienicą niemieckiej nauczycielki. W tej opowieści o utraconych marzeniach, zmarnowanym potencjale i niezrozumieniu Eudora Welty wykazała się wyjątkowym zmysłem obserwatorskim. Autorka sprawnie i z humorem opisała mieszkańców małego miasteczka, a także wyobcowanie osoby nienależącej do społeczności, wrzuconej w jej środek i tym samym zaburzającej jej spokój. 

Loch Morrison jest cichym obserwatorem również w tytułowym opowiadaniu. Tam, jako harcerz, ratownik wodny, obserwuje uczestniczki letniego obozu nad jeziorem, dziewczęta pochodzące z dobrych domów, jak i te osierocone. Tu uwagę zwraca głównie postać małej buntowniczki, sieroty Easter, która w koleżankach wzbudzała jednocześnie lęk, fascynację i niechęć. Uporządkowaną regułami letniego wypoczynku rzeczywistość burzy wydarzenie, które zmusza młode dziewczęta nad pochyleniem się nad życiem i śmiercią. Opowiadaniu towarzyszy senna, nieco surrealistyczna atmosfera, emocje, jakie towarzyszą bohaterkom, często stoją w sprzeczności z emocjami czytelnika, postaci zarówno młodych dziewcząt, jak i dorosłych osób idealnie wpasowują się w ten oderwany od rzeczywistości klimat absurdu.

W obu opowiadaniach czuć duszny klimat amerykańskiego południa, przytłaczająca, ciężka atmosfera sprawiała, że chciałam się z niej wyrwać i jednocześnie nie byłam w stanie. Czytelnik wpada w tę lepką rzeczywistość, podobnie jak większość postaci niezdolny do działania, staje się biernym obserwatorem. Postaci, nawet jeśli są bardzo pobocznymi bohaterami, niewiele wnoszącymi do samej akcji, pojawiającymi się niemal jako tło dla wydarzeń, zostały potraktowane przez autorkę z jednakowym szacunkiem, każda ma swój charakter i w chwili, gdy pojawia się w historii, wydaje się ważna.

Żałuję bardzo, że  w Polsce do tej pory ukazały się jedynie dwa małe tomiki opowiadań Eudory Welty i to już dawno. Jeśli się mylę i coś jeszcze u nas wydano, będę bardzo wdzięczna za informacje, bo bardzo chętnie bliżej zapoznam się z jej twórczością. Ostatnio dobry jest czas dla opowiadań na naszym rynku wydawniczym i sądzę, że ich wydanie spotkałoby się z zainteresowaniem. Z wielkim zainteresowaniem sprawdziłabym też, jak autorka sobie radzi w dłuższych formach. A na razie polecam wam gorąco zapoznanie się z dostępnymi tekstami.

Korzystałam m.in. z:  https://www.theguardian.com/news/2001/jul/24/guardianobituaries.books i https://www.theguardian.com/news/2001/jul/24/guardianobituaries.books.
Zdjęcie pisarki pochodzi ze strony: http://www.uno.edu/news/2013/ACloserLookUNOOgdenMuseumExploresPhotographyofEudoraWelty.aspx

piątek, 18 listopada 2016

Nieoczywista rzeczywistość Rafała Niemczyka - "Mama umiera w sobotę"



Kiedy mam coś napisać, mimo setek myśli i słów kłębiących się w głowie, zawsze mam problem z początkiem. A teraz mam tak wielki z nim kłopot, że może zacznę po prostu: żałuję. Żałuję, że tom opowiadań Mama umiera w sobotę Rafała Niemczyka (Wrocław: Wydawnictwo Afera, 2015) przeczytałam. Że mam to już za sobą. Że kilka minut temu zamknęłam książkę i pozbawiłam się możliwości obcowania z nią po raz pierwszy. Są owszem i będą razy następne, ale to ten pierwszy jest tak sugestywny, sensualny, tak wżerający się w umysł i ciało. A ta książka, te opowiadania takie właśnie są – przenikające, uporczywe, budzące dreszcze.

Siedem opowiadań, siedem niezwykłych historii, każda inna i każda taka jak być powinna. Już tytułowe opowiadanie zapowiada, że będziemy mieć do czynienia z tekstami niebanalnymi, nieoczywistymi. I choć tu jest jeszcze w miarę spokojnie, sobota to nie jest dobry dzień na umieranie, to już powoli budzą się demony (choć rozum wcale nie zasypia). I z każdym kolejnym tekstem będą one sobie poczynać coraz śmielej i śmielej. Tak jak poczynał sobie sam autor. Bo czego tu nie ma. Trup w piwnicy to pachnący zimnym piwem absurd rodem z Kafki. Pomyłka, która mogła spotkać Józefa K., gdyby ten miał nieco więcej szczęścia. Czytając opowiadanie Ściana o nikczemnie powstającej niewidzialnej przegrodzie między rodzeństwem, czułam ten sam irracjonalny lęk, ten sam niepokój, który pojawiał się przy lekturze opowiadań Julia Cortazara. Bo Rafał Niemczyk również, nie burząc rzeczywistości, ale zwracając uwagę na to jej oblicze, od którego chcemy uciekać, sugestywnym językiem, stopniowo, powoli tworzy napięcie, które nie przeminie.  I to jest tak bardzo fascynujące i przerażające za razem. 

To nieprzyjemne uczucie pojawiać się będzie w każdym z opowiadań, będzie uwierać, ale jednocześnie będzie nas zmuszać, żeby wchodzić w teksty głębiej i głębiej. Jak w horrorze, gdy bohater, słysząc hałas na opuszczonym strychu, zamiast zwiewać, idzie tam, gdzie czeka niewiadome. Co mnie najbardziej poruszało w opowiadaniach Cortazara i porusza mnie tu, to właśnie to, że autor nie ucieka się do fantastycznych tricków i sztuczek. Wszystko tu jest jak najbardziej realne, rzeczywiste, to wszystko mogło i się zdarza, a jednak zawieszone jest na bardzo cienkiej granicy, której Niemczykowi udało się nie przekroczyć i w tym tkwi wielka siła jego opowiadań. Czy to Kobieta i mężczyzna z szafy, czy to Gambino, czy wreszcie Stodoła, każdy z tych tekstów jest osadzony w rzeczywistości, a jednocześnie przeniesiony z sennego koszmaru, z którego nie da się obudzić. Tekst z czwartej strony okładki (tu ciekawy zabieg i jest to strona 225) przywołuje Miasteczko Twin Peaks i choć nie będziemy szukać zabójcy Laury Palmer, to jest to porównanie słuszne.

Na koniec zostawiłam sobie opowiadanie w kolejności piąte – Przypadek brzydala. Bo choć początkowo myślałam, że Ściana będzie moim ulubionym tekstem, to musiałam zmienić zdanie. Cóż to za perełka, jak wielką rozkoszą było obcowanie z tym pięknie stylizowanym, archaizowanym językiem. Bywało, że zdania czytałam po kilka razy, żeby się nimi delektować. Ale to opowiadanie to nie tylko język, to również fabuła, a w niej groza, która na myśl przywodzić pewnie będzie Poego, a mnie tak bardzo skojarzyła się z niesamowitymi opowieściami Stefana Grabińskiego. 

Zbiór opowiadań Rafała Niemczyka jest jego debiutem i muszę przyznać, że autor jak na debiutanta nieźle tu sobie poczyna. Śmiało bawi się formą, z językiem momentami wyczynia takie rzeczy, że aż nieprzyzwoite, jednocześnie, z tych różnych wydawałoby się kawałków tworzy spójną całość. Jego opowiadania bowiem, w moim odczuciu, nie są tylko same dla siebie, ale przede wszystkim po to, żeby zwrócić uwagę na ludzką kondycję, na nasze szamotanie się w poszukiwaniu własnej tożsamości, na nasze bycie z czy bycie obok drugiego człowieka. 

Muszę, koniecznie muszę wspomnieć jeszcze, jak bardzo zachwycona jestem samym wydaniem książki. I świetnymi ilustracjami Kasi Michałkiewicz-Hansen, i projektem typograficznym Mimi Wasilewskiej, i tak wielkim dopracowaniem redakcji i korekty przez Magdalenę Lalak, Justynę Wodzisławską i Annę Szukalską. Dobrą robotę robicie w Wydawnictwie Afera :).

czwartek, 18 września 2014

Trzydzieści cztery kobiety - Alberto Moravia, "Raj"

Alberto Moravia, włoski pisarz i dziennikarz, jest jednym z najbardziej znanych włoskich twórców. Wielokrotnie wydawany w Polsce, nie tak dawno w wabowskiej serii „Nowy Kanon” ukazała się jego Nuda, wkrótce na rynku wydawniczym pojawić ma się głośny Konformista. Niedawno miałam przyjemność zapoznać się z jego krótkimi formami zebranymi w tomiku Raj (Czytelnik:Warszawa 1975) i muszę przyznać, że wywarły na mnie naprawdę spore wrażenie.

Raj, tytuł zbioru 34 krótkich form, niesie ze sobą w pierwszej chwili zdecydowanie pozytywne skojarzenia. To wszak Eden, kraina wiecznej szczęśliwości, czego można by chcieć więcej? Nie trudno się jednak domyślić i widać to już w pierwszym opowiadaniu, że raj Moravii jest podszyty ironią, przewrotny i zdecydowanie daleki od ideału. Nie znajdziemy w nim czystych, niewinnych i nudnych dziewic, ale dużą gamę kobiet, każda inna, każda wyjątkowa. To właśnie kobietom Moravia poświęcił tomik. Są one bohaterkami i narratorkami opowiadań. Ich historie są niezwykłe, dziwne, momentami niemal schizofreniczne. Wynikają bądź to z niezrealizowanych pragnień, które nagle wybuchają ze wzmożoną siłą, bądź też są próbą uwolnienia się ze sztywnych ram obyczajowych narzuconych przez mieszczański styl życia. Są także walką, próbą walki z emocjami, ludźmi i wreszcie z nudą. 

Kobiety Moravii to naprawdę niezwykłe stworzenia. Jedna tak bardzo pragnie wyzwolić w swoim mężu bestię, że prowokuje go tak długo, aż ten jej nie uderzy. I co? I nadal jej mało. Inna, zdradzana żona, rekompensująca sobie niewierność męża zakupami, postanawia sama niejako stać się obiektem sprzedaży, prowokuje więc mężczyzn, udając prostytutkę, a w ostatniej chwili udaje nagłą chorobę. Taka zabawa nie może się jednak skończyć bezkarnie. Bohaterka opowiadania Wyobraźnia  tak bardzo szuka w niej właśnie ratunku od wszelkich problemów, że staje się wielokrotną morderczynią. A inna, zakochana w swym terapeucie, tak prowokuje i kusi swojego młodziutkiego kochanka, że namawia go do przestępstw, by móc nadal mieć pretekst do wizyt u doktora.

Niektóre z kobiet Moravii to „kobiety na skraju załamania nerwowego”. Całkowicie zagubione, nierzadko pozbawione wsparcia. Muszą sobie radzić na przykład z mężem, którego życie polega na udawaniu życia i fałszywej miłości do rodziny. Próbują nawiązać kontakty z dziećmi, być kochającymi matkami, podczas gdy synkowie uciekają od nich i wierzą jedynie w komunizm. A nawet jak starają się sprawić przyjemność rodzicielkom, to jednak udają wspólne zainteresowania. Kobiety walczą nie tylko z niewiernymi mężami, ale również z brakiem zrozumienia z ich strony. Niejednokrotnie zastanawiają się nad samobójstwem, choć tu powodem tak drastycznego kroku bywa także zwykła nuda i wynikający z niej brak sensu życia. Jednak najczęściej ich największymi wrogami są one same. Do tego stopnia, że schizofrenicznie pytają swoją drugą osobowość, czy choć przez chwilę mogą być z ukochanym. 

Ważną rolę w życiu bohaterek odgrywa także fantazja. Wspominałam już o jednej, którą ta siła pchnęła do zbrodni. Inna kobieta sądziła, że jest świadkiem orgii, a naprawdę widziała projekcję własnych pragnień. Była też i taka, która tak bardzo uwierzyła w to, że jej życie jest tylko naśladowaniem stereotypów, że jedyne co się dla niej liczyło, to tylko sen. I w jej wypadku wyobraźnia miała coś do powiedzenia. 

Nie wiem, jaki był stosunek autora do kobiet, jakie tak naprawdę miał o nich zdanie, ale mam nadzieję, że jednak inne niż to, które jawi się w jego tekstach. Bo choć są tu także kobiety, o których nie powie się nic złego, które dzielnie radzą sobie z rzeczywistością, na swój sposób starają się być silne, to jednak jest ich mało. Głównym środkiem wyrazu pisarza jest ironia, nie da się jej nie zauważyć, ale również uszczypliwość, złośliwość. Kobiety bywają tu pustymi istotami albo o tak zagmatwanej psychice, że nie można darzyć ich sympatią. Tak, czytając te historie, sama momentami miałam ochotę trzepnąć jedną czy drugą po głowie. Krzyknąć „zastanów się, co Ty robisz, kobieto”, „opamiętaj się”. Czasem mruknąć tylko „Ty idiotko”. Albo gorzej, ale to już zostawię dla siebie. A to, że autorowi udało się wyzwolić we mnie takie emocje, to oczywiście wielka jego zasługa i plus dla jego twórczości.

Każda z tych 34 przedstawionych pań to osobna opowieść, każda intrygująca i dająca do myślenia. Jednak nie tylko kobiety, choć najważniejsze, są dla Moravii istotne. Ich historie bowiem ukazał na tle mieszczańskiego społeczeństwa. A o społeczeństwie tym można powiedzieć dużo, ale nie wiele dobrego. Króluje tam hipokryzja, materializm, związki międzyludzkie opierają się przede wszystkim na seksie. Słynne włoskie kochające się rodziny to tak naprawdę kłamstwo, fałsz. Chodzi tylko o pozory, nie liczą się ludzkie pragnienia. Ma być bogaty mąż, uśmiechnięta żona, dzieci – wszyscy jak z obrazka. I gdy pojawia się coś, co może tę idyllę zakłócić, trzeba to ukryć, zakopać, zapomnieć. Bardzo to gorzkie, bardzo smutne, niestety prawdziwe. A i tak zbiór czyta się z ciekawością, zafascynowaniem. Przyczyną tego jest na pewno towarzyszący każdej historii element zaskoczenia, niekiedy atmosfera jak ze snu. Jest dziwnie, jest wciągająco. I choć niekiedy bohaterki nudzą się w swoim życiu, czytanie o nich z pewnością nudne nie jest.

***
Ilustracja:  Maria Skoczek-Wojnicka, Rozważania o geometrii - abstrakcyjna perspektywa, 2010, olej płótno, źródło: http://tadeo-art.pl/index.php?id=21&ID=765


poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Uroki Katherine Mansfield


Do zapoznania się z twórczością Katherine Mansfield zachęciła mnie wpisem na blogu Naia. Zaczęłam od niesamowitego Dziennika ("Czytelnik", Warszawa 1963) pisarki, który urzekł mnie prostotą i w moim odczuciu szczerością, które nadały całości świeżości i prawdziwych emocji. I mimo tego że nie jest to łatwa lektura, gdyż w większości tyczy się problemów zdrowotnych pisarki i niemożności pisania, to jednak tchnie jakąś niezwykłą radością, wynikającą, tak sądzę, właśnie z autentyczności przeżyć (której nie ujmują mi nawet informacje, że Mansfield przeredagowywała swoje niektóre wpisy).  Ponieważ jednak nie czuję się na tyle pewnie by pisać o  Dzienniku, przejdę do kolejnej książki pisarki - tomiku Jej pierwszy bal ("Książka i Wiedza", Warszawa 1980).

Od razu przyznam się, że jakoś podświadomie (byś może spowodowała to uśmiechnięta piękna buzia na okładce) spodziewałam się opowiadań pełnych radości, szczęścia i beztroski. Już po pierwszym z nich (Państwo Gołębiowie) zrozumiałam, że czeka mnie coś zupełnie innego. Przede wszystkim dominującym uczuciem w opowiadaniach jest niepewność. Niemal każdy z bohaterów czegoś się lęka, czeka na coś jak na wyrok - Reggie z pierwszego opowiadania oświadczający się ukochanej, William powracający na sobotę i niedzielę do domu pełnego nowych przyjaciół  żony (Małżeństwo a la mode), oczekujący na żonę Hammond (Obcy) czy też Leila z tytułowego opowiadania, która pierwszy raz ma wziąć udział w prawdziwych balu, a piękna bohaterka Podlotka wręcz mówi o tym, jak bardzo lubi czekać.  Może to wynikać z pomieszania lęku przed przyszłością z nadzieją. To uczucie ekscytacji, gdy bardzo się na coś oczekuje, a jednocześnie odczuwa się strach przed rozczarowaniem. To dlatego bohaterowie opowiadań są głównie młodymi ludźmi - starzy w większości są już przygotowani na to, że nie należy pokładać wielkiej nadziei  w przyszłości.

Nie mogę jednak stwierdzić, że każdego z bohaterów opowiadań czeka gorzkie rozczarowanie. Bohaterkę Lekcji śpiewu (jedno z lepszych opowiadań w tomie), przez większość czasu miotaną przez rozpacz wynikającą z porzucenia, spotka radosna wiadomość, Leila też, mimo rozterek wywołanych przez starego partnera tanecznego, poczuje się prawdziwe szczęśliwa, a Reggie dostanie swoją szansę.

Co jeszcze łączy bohaterów wykreowanych przez Mansfield, to fakt, że bywają szalenie irytujący. Miałam wielką ochotę trzepną przez łeb napuszoną i kapryśną bohaterkę Podlotka, Izabellę, żonę Williama z Małżeństwa a la mode, która świadoma, że jej rodzina może się rozpaść, nie mogła podjąć decyzji, ulegając wpływom modnych, ale głupiutkich znajomych, a także nadskakującego i zaborczego Hammonda z Obcego. Fakt, że byli tak irytujący świadczy na korzyść pisarki, gdyż te cechy czynią je prawdziwie ludzkimi, może szkoda, że w tak negatywny sposób.
 
Katherine Mansfield w kilku opowiadaniach pokazała jak dobrą była obserwatorką i jak zna się na ludziach i ich psychice. Z równie dobrych skutkiem podglądała otaczającą ją rzeczywistość. Szczególnie w Pannie Brill widać jej zamiłowanie do szczegółów, dokładne opisy, dostrzeganie rzeczy, które większości ludzi wydają się błahe i nic nieznaczące. Co jeszcze ważne, to język Mansfield - prosty, lekki, bez zbędnych ozdobników i eksperymentów, w sam raz by oddać sedno tego, o czym pisze, a jednocześnie kunsztowny i przemyślany. 


Ta słabo znana u nas pisarka zasługuje na to, by o niej pisać, a przede wszystkim by ją czytać.