Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 maja 2016

Stambuł zamknięty w kamienicy - Elif Shafak, "Pchli pałac"



Kiedyś były tam dwa cmentarze: muzułmański i ormiański. Po latach na ich ruinach pewien Rosjanin, Paweł Pawłowicz Antipow, postanowił wybudować dla swojej żony, która po stracie dziecka straciła zainteresowanie życiem, kamienicę – Pałac Cukiereczek. Po śmierci właścicieli budynek odziedziczyła nieślubna córka Antipowa i postanowiła wynajmować go lokatorom. Po trzydziestu latach mieszkańcy podupadającej kamienicy borykają się z dość wstydliwym problemem – znikającymi śmieciami, smrodem i plagą robactwa. Pałac Cukiereczek zdecydowane stracił ze swej dawnej świetności i stał się zamieszkałym przez co najmniej niezwykłych lokatorów "Pchlim pałacem" (Elif Shafak, Pchli pałac, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2013).
Dziesięć mieszkań to dziesięć zupełnie różnych, ale jakże wielobarwnych portretów ich mieszkańców. Mamy tu zakład fryzjerski prowadzony przez rozdzielonych w dzieciństwie braci bliźniaków, których mimo oczywistych różnic w charakterze, łączy więcej niż myślą. Zakład sam w sobie stanowi pewnego rodzaju mikroświat z goszczącymi w nim klientkami. Wśród nich jest między innymi Błękitna Kochanka, młoda utrzymanka żonatego handlarza oliwą, pod ubraniami nosząca ślady poczucia winy, oraz Madame Babcia, drobna platynowa blondynka skrywająca w swoim mieszkaniu wielką tajemnicę. Jedno z mieszkań zajmują Musa, Maryem i kilkuletni Muhammet, który każdego ranka bezskutecznie próbuje wymigać się od udania się do szkoły. Tijen Czyścioszka, której chorobliwa obsesja na punkcie czystości zatruwa życie nie tylko jej, ale i jej rodzinie, próbuje walczyć z wszami we włosach jej młodej córeczki Su, a sama Su przyczyni się do wyjaśnienia, co dzieje się w Pałacu Cukiereczek. Rodzina Ognistych zmaga się ze strachem przed innymi mieszkańcami, a w lokalu numer pięć Hadżi Haci, wbrew swojej synowej, snuje swoim wnukom niezwykłe opowieści. Pod szóstką żyje Metin Twardziel i Jego Żona Nadia, która dzięki prusakom przypomni sobie, co tak naprawdę jest dla niej w życiu ważne. Siódme mieszkanie wynajmuje jedyna osoba, która mówi bezpośrednio w swoim imieniu. Niesamowicie irytujący rozwodnik, profesor filozofii, w niewybrednych słowach opowiadający o swojej kochance, niemogący uwolnić się od niej i od wspomnienia swojej żony. I choć jego codzienność wypełnia picie, seks i rozważania, czy warto przespać się ze studentką, to jego wybryk wprowadzi niemały zamęt w życie mieszkańców całej kamienicy. Wreszcie w najmniejszym lokalu, który w zasadzie nie był przeznaczony do zamieszkania, żyje samotnik Sidar, razem ze swoim psem Gabą. I choć nie jest to sympatyczny młodzieniec, to jednak on wzbudził we mnie największe zainteresowanie. Ze swoją obsesją na punkcie śmierci, planem samobójstwa, dni spędza, paląc haszysz i wpatrując się w sufit, cały wypełniony plakatami, zdjęciami, cytatami i innymi symbolami jego życia. Całkowicie wyobcowany, nie jest w stanie stworzyć żadnej stabilnej relacji z drugą osobą.

Wszyscy mieszkańcy Pałacu Cukiereczek to interesujące postaci. Każda z nich inna, każda boryka się ze swoimi problemami, czy to niewierny mąż, przesądy, problemy psychiczne, czy choroba. Nie brak tu dziwaków, a ich życiorysy mogłyby wypełnić niejedną powieść. Razem tworzą swoisty mikroświat. Żyją osobno w swoich mieszkaniach, a jednocześnie stanowią obraz stambulskiego społeczeństwa. Gdyż Elif Shafak tak skonstruowała swoją powieść, że kamienica stanowi odzwierciedlenie całego miasta z jego mieszkańcami, problemami, zagadkami i zaduchem. W „Pchlim pałacu”, w ścianach budynku, znajduje się cały Stambuł. To miasto, w którym łączą i przenikają się różne kultury, religie, laicyzm miesza się z mistycyzmem i wiarą w świętych mężów. Jego duszna atmosfera może przyczynić się do obłędu, ale też sprawia, że tu można uwierzyć w rzeczy niezwykłe.

Zabieg, którym posłużyła się autorka, nie jest oczywiście nowatorski. Nie ona pierwsza zamknęła całe społeczeństwo w czterech ścianach kamienicy, by na przykładzie jednostek pokazać obraz ogółu. Ale nie jest to wobec niej zarzut z mojej strony. Lubię takie historie i taki sposób przedstawiania większej całości. Do tego trzeba dodać lekkość, z jaką napisana jest książka, gęsty klimat i naprawdę ciekawe historie niemal każdego z bohaterów. Powieść wciąga, odkrywa przed czytelnikiem swoje sekrety, by na końcu pokazać, że za tym wszystkim, za opowieścią o kamienicy zbudowanej na dwóch cmentarzach i o jej niecodziennych mieszkańcach, kryje się coś więcej. Bo magia opowieści jest naprawdę wielka, a z chwilą, gdy prawda staje się kłamstwem, a kłamstwo prawdą, sami stajemy się jej częścią. I do ostatniej strony nie chcemy z niej wyjść.

Zdjęcie Elif Shafak ze strony Wydawnictwa Literackiego. Fot.  Ebru Bilun Akyildiz

środa, 15 lipca 2015

Silikon, seks i bułka z szynką

 Nai

Zakochany w dziwce facet po sześćdziesiątce – chyba nie wiele rzeczy jest bardziej banalnych. Zakochany w dziwce facet po sześćdziesiątce planujący z nią małżeństwo i wspólne życie – no błagam. Zakochany w dziwce facet po sześćdziesiątce w ujęciu Jerzego Pilcha – i cały banał zmienia się w zachwyt. Zachwyt mój nad tym, co autor zrobił z tematem, zachwyt mój nad Pilchowskim językiem, w którym jestem z kolei zakochana (banał tym razem w moim wykonaniu), zachwyt wreszcie nad tym, że takie rzeczy, a mnie nie bolało. Ba, nie tylko nie bolało, ale jeszcze mi sił dawało i wiary, że z moje problemy czytelnicze są jednak do wyleczenia. No chyba, że tylko z Pilchem tak mam, jeśli tylko z nim, niech i tak zostanie. Ale koniec ze mną, przejdźmy do rzeczy, a raczej do rzeczonej dziwki.  

Najpewniej miała na imię Zuza, choć imion miała wiele, dla każdego klienta zapewne inne. Dla naszego bohatera najpierw była Sonią, potem Bellą – prawdziwą pięknością z piersiami wypełnionymi silikonem i hialuronowymi, ponętnymi ustami. Cóż że sztucznie dopiększana, najważniejsze, że urodą doprowadzała do obłędu i do takich uniesień cielesnych, że można o niej mówić niemal tylko językiem Biblii. „A była Zuzanna delikatna i pięknego wejrzenia. A ci przewrotni kazali ją odsłonić (bo byłą zakryta), żeby się przynajmniej tak nasycić pięknością jej”. Przywołuje zakochany proroka Daniela, przywołuje przewrotnie, bo nasza Zuza owszem pięknością nasycała, ale idealnie skrojone ręką chirurga ciało odsłaniała sama. Sama i chętnie, więc o niewiele z niej zostało z cnotliwej Zuzanny. Naszej Zuzy o cudzołóstwo nie trzeba było oskarżać, nasza Zuza grzechem i z grzechu żyła. Choć sama mówiła o sobie, że umie „być wierna... nawet gdy moje ciało jest gdzie indziej”, to bez wierności ciała z wierności ducha nie wiele pozostaje. A może ja się mylę? Może jest rzeczywiście tak, że „Zdrada, kiedyś rujnująca życie, zmieniająca ludzi w cienie i wiodąca do samobójstwa – dziś stała się zaledwie wstydliwym występkiem”. 

Historia cnotliwej Zuzanny, żony Joakima, nie została uznana przez protestantyzm. To może właśnie dlatego bohater kreuje własną historię własnej Zuzanny… Brnie w ten szaleńczy związek. Nie chce, żeby Zuza porzuciła rzemiosło, wręcz przeciwnie – fakt, że mają ją inni i to za pieniądze, kręci go niesamowicie. Ma na nią szatańską jazdę,  jazdę tak wielką, że tylko o szaleństwie może być mowa. Szaleństwie tak wielkim, że zatopiony w boskim ciele dziwki myli miłość z pożądaniem. Tęskni do utraty tchu, do obłędu rozpamiętuje Zuzę i ciało Zuzy. Seksualnie uniesienia przesłaniają mu potrzebę uczucia i to uczucia odwzajemnionego. Nawet jeśli był zakochany, to w ciele, w powłoce, w otoczce. Bo z Zuzą poza łóżkiem nie łączyło go nic. On sześćdziesięcioparoletni, oczytany, zmagający się z Parkinsonem i myślami o samobójstwie. Ona dwudziestoletnia zaledwie kurwa,  posiadaczka psa Tetmajera i to cały jej związek z literaturą. Nic tu się nie mogło udać, happy endu nie będzie.

Ale rękopis znaleziony w bucie to nie tylko opowieść o uczuciu, którego nie było. To także świat pełen literackich odniesień. Motyw kurwy w literaturze – podejmowali się go wielcy. Dostojewski, moi ukochani Mann i Marquez, nawet Llosa, z którym bohater (i autor) się spiera. A Zuza, kolejna literacka dziwka, dość blado wypada przy swoich poprzedniczkach. Czy nie ma już wielkich dziwek na tym świecie? A może już dziwkom się nie współczuje? Wszak Sonia-Bella-Zuza zawód wybrała sobie taki, nie dla tego, że musiała, ale że lubiła to robić. Płatny seks był jej pasją.

A może Zuza nie była tylko kaprysem ciała? Może była lekiem dla chorej duszy w starzejącym się ciele? Ucieczką od tego, co nieuniknione, odskocznią od codziennych zmagań z chorobą, z życiem. Nawet jeśli tak, to była to ucieczka krótkotrwała i mało skuteczna. Chwilowa podnieta, pożądanie przegrywają. Silniejsze okazują się literatura, myśli o warszawskich wieżowcach, z których można by skoczyć i przeszłość. Wspomnienia bohatera są tu szczególnie istotne. I niekoniecznie te, w których pojawiają się byłe żony i kochanki, erotyczne uniesienia, zdrady, kolejne łóżka. Przeszłość okazuje się tak silna, że historia Zuzy traci na znaczeniu, urywa się w zasadzie niedopowiedziana. Z boską Zuzą wygrywa siedząca w kawiarni przy basenie pięćdziesiąt lat wcześniej czarnula pijąca piwo i jedząca bułkę z szynką. A okruchy spadające na jej skórę stają się istotą rzeczy…

Nie mogę oczywiście nie napisać o tym, jak cudownie Jerzy Pilch gra i igra z czytelnikiem. Tyle tropów, tyle nawiązań do osoby własnej. Nieświadomy, łatwowierny czytelnik może się zagubić w fikcji, pomieszać ją z prawdą. Luter, Parkinson, Wisła, matka bohatera (a scena, w której i Zuza i matka razem boska), mieszkanie na Hożej. Rozmyślania o chorobie, samobójstwie i Cioranie prawie jak wyjęte z Drugiego dziennika. Motywy pojawiające się co i rusz w innych książkach Pilcha. Przypadek? Zdecydowanie nie. Co najważniejsze – te powtórzenia nie nudzą. Zyskują za to nowe znaczenie, stają się mroczniejsze, więcej w nich żalu i smutku. 

Dobrze wiem, że bohater to nie autor. Ale jakże ja lubię zbierać te okruchy, łączyć, znajdować różnice i nieścisłości, mieszać je z podobieństwami. To jest na pewno jeden z powodów, dla których tak Jerzego Pilcha bezwstydnie wielbię. Wielbię go też za zdania, którymi doprowadza mnie do obłędu. A że niekoniecznie chcę się moim uwielbieniem dzielić, to na zakończenie jeden mały cytat, ale jakże wymowny: „Można zakochać się w kobiecie, która nie lubi książek? Można, ale po co?”.
 

Zuza albo czas oddalenia, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2015
Źródło zdjęcia: http://www.gala.pl/wywiady-i-sylwetki/jerzy-pilch-granice-ekshibicjonizmu-8550/zdjecie/jerzy-pilch-29258#gallery

sobota, 24 stycznia 2015

Narkotyczna opowieść Karla Ove Knausgårda

Przeczytałam dziś Moją walkę. Powieść 1 Karla Ove Knausgårda (Wydawnictwo Literackie: Kraków, 2014) i nie mogę się od niej uwolnić. Tkwi we mnie głęboko, tkwi we mnie jak zadra. Czuję ją pod skórą, nie mogę jej wydostać, dotyk sprawia ból, a jednocześnie tę dziwną przyjemność nieodłącznie z bólem związaną. I czy chcę ją usunąć? Czy czekać aż tak jak kawałek drewienka wejdzie do
krwioobiegu i tą drogą trafi do serca? Chyba za późno, chyba w sercu już jest.

Książka, która cały czas przy mnie leży, od której nie mogę oderwać wzroku, to pierwszy tom autobiograficznego cyklu Karla Ove Knausgårda. Dotyczy przede wszystkim dwóch rzeczy: powrotu do lat dzieciństwa i młodości, oraz śmierci ojca pisarza. Cóż, dorastanie Karla Ovego, jego życie rodzinne, szkolne, przyjaźnie, miłości nie są niczym nowym. To, co jego spotkało, przeżywało i przeżywa naprawdę wiele osób, nie jest wyjątkowy przez swoje doświadczenia. Ale to sposób przedstawienia tego utraconego świata, bo przeszłości przecież nie da się odzyskać, czyni go wyjątkowym. 

Knausgård wychowywał się w domu, nad którym dominował on – ojciec. Ojciec, który zawsze o wszystkim wiedział, był wszędzie, w tajemniczy sposób przenikał myśli syna, naprawdę nie wiele dało się przed nim ukryć. Poniżał, upokarzał, należało się dostosować do jego nakazów, ukrywać swoje myśli i pragnienia (o ile było to możliwe). A pewnego dnia, nagle, postanowił całkowicie zmienić swoje życie. Odszedł od żony, zaczął pić. Dom to też matka, z którą można było się dzielić uczuciami, rozmawiać o wszystkim, razem z nią analizować innych ludzi. To ona robiła najlepsze kolacje, przy których nie trzeba było siedzieć cicho i się z nimi spieszyć. Nie była jednak na tyle obecna, by nie myśleć o ojcu. I wreszcie starszy brat, Yngwe. W dzieciństwie towarzysz codziennych zabaw i przygód, a także niedoli życia z takim ojcem, jakiego się miało. Później, jak to zazwyczaj starszy brat, wzór do naśladowania, którego akceptacji się pragnęło, którego opinia znaczyła najwięcej na świecie, z którym chciało się być niemal cały czas. 

Młodość to oczywiście także przyjaciele, dziewczyny, marzenia o lepszym życiu i bunt. Karl Ove był buntownikiem, a temu buntowi oprócz gniewnych myśli towarzyszył też oczywiście alkohol. Knausgård przyznaje, że picie to była wolność, ucieczka od codzienności. Chwila, gdy zaczynało szumieć w głowie, była początkiem czegoś dobrego. Nie szokuje mnie to, nie sprawia też, że myślę o nim źle. Jak mogłoby tak być, skoro nie jest mi to całkiem obce. Może nie chciałam uciekać, może nie chodziło o to, żeby się upijać, ale wolność to była na pewno. Młodość i alkohol, młodość i marzenia, młodość i bunt. Przecież to dotyczy tak wielu ludzi, którzy w późniejszych latach starają się o tym nie pamiętać. 

Karl Ove to ja? Nie, nie mogę tak napisać, tak wiele różni nas mniej i bardziej oczywistych rzeczy, nie porównuję naszych żyć, bo tego nie da się zrobić. Ale jest też tyle wspólnych elementów, które sprawiły, że nie tyle tę książkę czytałam, co ją przeżywałam całą sobą. Gdy autor wspomina swoje pierwsze prawdziwe zakochanie, to uczucia, o których pisze, są dokładnie moimi uczuciami z tego samego etapu w moim życiu. Pragnął tego, czego ja pragnęłam, czuł tak, jak ja czułam. Nawet nie wiem ile razy czytałam o pierwszych miłościach, ale dopiero ta relacja z nieszczęśliwego, niemożliwego do spełnienia zakochania, przywróciła moje wspomnienia i emocje, do tego zresztą stopnia, że wróciły zapachy, dźwięki i to walące jak szalone serce, gdy mogłam go zobaczyć…

Sposób, w jaki Knausgård wraca do przeszłości, jest mi bliski. Gdy sprząta zapuszczony dom, w którym zmarł jego ojciec, i przygląda się butelkom detergentów, wraca myślami do marek, których już nie ma, a które stanowiły element jego dzieciństwa. Miewam podobnie, gdy nagle jakaś nazwa proszku do prania, myśl o wafelku przywiezionym z Finlandii czy wygląd kubeczka po jogurcie przypomina mi o latach, które już minęły, których smaków nigdy nie odzyskam. Przy okazji sprzątania domu, Knausgård jest tu w opisie niezwykle drobiazgowy. Możemy zobaczyć, jak bierze wiadro, napełnia je wrzącą wodą, dodaje detergent, zanurza ścierkę, a potem kawałek po kawałku szoruje zafajdane płytki w łazience. A, że w pijackim domu było wiele do sprzątania, tak szczegółowych opisów jest tu bardzo dużo. Uwielbiam je. Naprawdę. Ta pieczołowitość, z jaką autor opisuje każdy ruch, działanie, przedmiot sprawiały mi ogromną przyjemność. Chłonęłam je tak, jakbym była w środku kryminalnej zagadki. Może jestem szalona, ale i tak uzewnętrzniam się bardzo w tym wpisie, a to było przeżycie nie tylko literackie. 

Spora część książki dotyczy młodości pisarza i walki ze wspomnieniami, druga natomiast to walka z życiem codziennym. Dorosłość jest przerażająca. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, gdy jako nastolatki marzymy o tym odległym, jak się wydaje etapie naszego życia. A przecież trzeba pogodzić tyle rzeczy, tyle ról odgrywać. Karl Ove jest pisarzem, ale jest też mężem i ojcem. Każdy z tych elementów wymaga od niego czegoś innego, każdy ma na niego inny wpływ. Jak każdemu się poświęcić? W jego rozważaniach nie ma empatii, choć pisze o uczuciach. Jest brutalny, a ta brutalność i odcięcie się sprawiają, że ja mu wierzę, choć też się tego boję, że takie jest życie.

Książka otoczona jest ramą, a tą ramą jest śmierć. Opis umierających, przestających pracować narządów, martwego ciała rozpoczynający powieść, to jeden z najbardziej przeszywających opisów śmierci, z jakimi miałam do czynienia. Tak, jakbym została walnięta obuchem w łeb.  Niech się schowają krwawe sceny rodem z filmów gore, niech znikną pełne patosu opisy towarzyszące odchodzeniu wielkich postaci. TO jest śmierć! Inaczej nie będzie  i dlatego jest to takie straszne. Zamykająca część książki też dotyczy śmierci. Ten, o którego śmierci się marzyło, wreszcie odszedł. Nie ma go, nie będzie. Ale śmierć ojca dla Karla Ove, a także dl Yngwego, była tak niezwykłym wydarzeniem, że aż trudno było im w nią uwierzyć. Jak silny musi być lęk przed ojcem, żeby się bać tego, że może jednak żyje? Że zaraz wejdzie do pokoju? A jednak Karl Ove niemal cały czas posługuje się tu słowem „tata”. Nie ojciec, tylko właśnie tata. Tata nie żyje, tata umarł. Chyba nie może to być bez znaczenia. 

Karl Ove
Moja walka to książką naprawdę wielka. Wyzwala (we mnie na pewno) emocje, o których chciałoby się zapomnieć, zmusza do konfrontacji z nimi, do walki. Wiele przeżyć Karla Ove to w sferze uczuć także moje przeżycia. Bycie poza, ból, który temu towarzyszył wraca i przeszywa równie mocno jak wtedy. Nie mogę się od niego uwolnić, nie mogę się uwolnić od Knausgårda. Zadie Smith stwierdziła, że potrzebuje kolejnych tomów Mojej walki jak cracku. I, cholera, miała rację. Knausgård jest moim dilerem, a bez jego towaru jest tylko pustka. 

Źródło fotografii:  http://politiken.dk/kultur/boger/ECE1450838/branchen-stiller-spoergsmaalstegn-ved-megastjernes-exit/

czwartek, 12 kwietnia 2012

Julii Hartwig dziennik intymny

Po Dziennik Julii Hartwig (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011)  sięgnęłam z powodu mojego zamiłowania do czytania tego rodzaju zapisków, a nie w wyniku bycia miłośniczką jej poezji (przyznać muszę, że słabo ją znam, ale zamierzam nadrobić).  Był to wybór o tyle nie przypadkowy, że wszelkie dzienniki i pamiętniki ludzi związanych z literaturą szalenie mnie pociągają, więc mając taką możliwość, od razu z niej skorzystałam. Nie miałam pojęcia czego się spodziewać, ale już od pierwszej strony gratulowałam sobie wyboru. 

Dziennik rozpoczyna wstęp od autorki, w którym Julia Hartwig wspomina swoje pierwsze pobyty w Paryżu, emigrację wraz z mężem Arturem Międzyrzeckim  i córeczką do Stanów, a wreszcie powrót do Polski aż po upadek PRL. Już z samego wstępu wyłania się obraz postaci niezwykle interesującej, inteligentnej, wrażliwej na otoczenie. Poetka wspomina tu prace we Francji nad książkami o Apollinairze i de Nervalu, kontakty z niezwykłymi ludźmi, a  także proste czynności jak wizyty w kawiarenkach czy spacery. Po krótkim, ale treściwym i pomagającym czytelnikowi, który nie jest zaznajomiony z losami Hartwig, poznać bohaterkę wprowadzeniu następuje część właściwa, czyli notatki z lat 2008–2010. I tu zaczyna się prawdziwa uczta i to bogata w najrozmaitsze dania. Poetka bowiem porusza najróżniejsze tematy, które dotyczą jej, ludzi, których zna i znała, a także bieżących sytuacji politycznych i społecznych. Dlatego niech nie dziwią odwołania do rządów PiS-u i opinie Hartwig na temat braci Kaczyńskich (jakże zbieżne z moimi, na szczęście), poczynań prezydenta, rządu, ale również dotyczące tragedii w Smoleńsku i walki o krzyż. Lecz jeśli ktoś chce tu znaleźć jakieś krzykliwe hasła i wulgarne obrazy srodze się zawiedzie. Cechą autorki dziennika jest bowiem wielka subtelność, rozwaga i szacunek, które nic nie ujmują ze szczerości wypowiedzi.

Sytuacje polityczne zajmują najmniej miejsca w Dzienniku. Większość to opis wydarzeń, w których uczestniczyła w opisywanym czasie Julia Hartwig, jej podróży, spotkań autorskich oraz spotkać z przyjaciółmi tak wielkiego kalibru jak Marek Edelman czy Leszek Kołakowski. Dużo miejsca zajmują również portrety bliskich jej ludzi, którzy już odeszli, a także rozważania dotyczące aktualnie czytanych książek, wizyt w teatrach czy na koncertach. Króciutkie notatki mieszają się z wielostronicowymi wspomnieniami i obrazami i nigdy nie jest nieciekawie. Julia Hartwig ma wielki dar do opisywania rzeczywistości i ludzi, bez względu na to, czy wspomina o złamanej nodze i rehabilitacji czy opisuje spotkanie Allenem Ginsbergiem. Każde jej wspomnienie zawiera ogromny szacunek do osób, które miała okazję poznać, a mnie przepełniała szczera, ale nie zawistna zazdrość o jej kontakty z Miłoszem, Słonimskim, Iwaszkiewiczem, Szczepańskim i wieloma innymi wielkimi ludźmi.

Najmniej Julia Hartwig pisze właściwie o sobie samej i swojej rodzinie. Choć oczywiście wspomina miejscami Artura Międzyrzeckiego, to czyni to zazwyczaj w związku z przywołaniem ich wspólnych przyjaciół lub wspominając prace nad jego korespondencją. Jej córka Daniela, mieszkająca na stałe w Stanach Zjednoczonych, również pojawia się na kartach Dziennika, lecz także z rzadka, przy wyjątkowych okolicznościach, również wspomnieniowych lub dotyczących jej pobytu w Polsce. Swoją osobą poetka zajmuje się jakby przy okazji. Wspomina o dolegliwościach zdrowotnych, owszem, ale nie ma tu nic z użalania się nad sobą, wręcz przeciwnie, można odnieść wrażenie, że traktuje je jakby mimochodem. Z pokorą i skromnością, w moim odbiorze szczerą, a nie udawaną, pisze o sobie przy okazji uroczystości jej dedykowanych, tak jakby była gdzieś obok tych wydarzeń. Dziennik nie był by dziennikiem, a już na pewno nie byłby dziennikiem intymnym, gdyby nie zawierał refleksji i przeżyć jego autorki i chyba w tej formie Julia Hartwig najlepiej wyraża siebie  - przez opis odczuć, ale zazwyczaj przez pryzmat innych ludzi lub też czytanych książek i słuchanej muzyki. Również historia jej życia ujawnia się jako towarzysz i dodatek do prezentowanych losów innych.

Trudno mi opisać lepiej tę książkę. Nie można przecież streścić Dziennika, tym bardziej dziennika tak przepełnionego nazwiskami, wydarzeniami, tytułami. Ale choć indeks nazwisk zajmuje 16 stron, niech się nikt nie boi natłoku postaci będących bohaterami tej książki. Wielką przyjemność bowiem sprawia czytanie o tak interesujących postaciach, do których śmiało mogę zaliczyć poetkę.  A sam Dziennik to jedna z najlepszych czytanych przeze mnie ostatnio pozycji, zachwycająca, prowokująca do głębszych refleksji, a dla mnie osobiście niezwykle inspirująca do działania. Pozostaje mi więc  tylko sięgnąć po poprzednie dzienniki Julii Hartwig i poddać się inspiracji.
https://picasaweb.google.com/lh/view?q=Julia+Hartwig&uname=116676126153996086045&psc=G&filter=1#5452839945040963058

sobota, 29 października 2011

W zachwycie - o "Tezach" Jerzego Pilcha

Twórczość Jerzego Pilcha wzbudza mój nieustanny zachwyt od pierwszego przeczytanego zdania jego książki. Choć nie zawsze jest to zachwyt na tym samym poziomie (Spisowi cudzołożnic muszę dać jeszcze jedną szansę, bo przy pierwszym podejściu wypadł średnio, a to określenie nijak mi do pisarza z Wisły nie pasuje), to jest to zachwyt szczery i radujący me spragnione słów czytelnicze serce. Nie ważne, czy jest to powieść, opowiadanie, dramat, czy też esej i felieton -  w każdym  gatunku Pilch się sprawdza i to sprawdza się wyśmienicie. Tym razem powodem do zachwytu był dla mnie zbiór tekstów z lat 1994-1997 zebrany w tomie Tezy o głupocie, piciu i umieraniu (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003).

Te krótkie teksty doskonale ukazują talent Jerzego Pilcha nie tylko do obserwacji rzeczywistości i dostrzegania jej najmniejszych szczegółów, ale także do jej szczególnego, diablo inteligentnego i trafnego opisywania. Co więcej, teksty, które ukazały się (głównie) na łamach "Tygodnika Powszechnego" kilkanaście lat temu, do dziś zachowują świeżość i nie tracą na aktualności. Weźmy chociażby Dawnych fałszywych proroków:
Dawni fałszywi prorocy to byli - trzeba powiedzieć - święci ludzie. Obiecywali koniec świata, i tyle. Krzywdy specjalnej nikomu nie robili; kto chciał, wierzył, kto chciał, nie wierzył. Po dobrym poczęstunku barwnie opisywali nadejście Królestwa Sprawiedliwych, ale ich bajania nie miały wiele wspólnego z tzw. praniem mózgów. Ich gawędy nie miały też na celu poddania słuchaczy profesjonalnej obróbce psychologicznej. [...]. Nie szło im o władzę, nie szło im o zniewolenie, nie szło im o panowanie nad tłumem, nie szło i zaspokojenie niejasnych instynktów (ibidem, s. 11, 12).

Ten sam tekst mógłby zostać napisany teraz i byłby jak najbardziej na miejscu. Nie będę się tu bawić w prawienie kazań i moralizowanie, ale stanowi on świetne wyjście do analizy zachowania naszych najróżniejszego rodzaju współczesnych fałszywych proroków.

W swoich felietonach Pilch odsłania mniejsze i większe ludzkie przywary. A że pisze o ludziach znanych z tym większym (bądźmy szczerzy) zainteresowaniem się je czyta. Brak dystansu do słowa pisanego i do samego siebie Daniela Passenta (przyznam, że byłam troszkę zaskoczona) i Ludwika Stommy  ujawniły dwa świetnie napisane teksty z "Tygodnika Powszechnego" . W pierwszym z nich - Pępek felietonisty, Jerzy Pilch ośmieliła się wyrazić swoją opinię na temat nowej szaty graficznej "Polityki", a polegającej między innymi na likwidacji ostatniej strony, na której dotąd ukazywały się teksty wyżej wspomnianych felietonistów i przeniesieniu ich "gdzieś pod koniec (ale nie na końcu) składu [...] - myślałem sobie - nie będzie już zaczynających się od ostatniej strony "Polityki", a prowadzących nie wiadomo dokąd sporów" (ibidem, s. 48). Przy okazji oberwało się Passentowi za jeden tekst, w którym: "zagubiony felietonista funduje skonfundowanym kolegom i czytelnikom jakiś napisany nowomową, zupełnie nieśmieszny raport, który ma rzekomo udowodnić, że nowomowa nie istnieje" (ibidem, s. 49). I Stomma i Passent wzięli sobie bardzo do serca uwagi Pilcha, gdyż obaj na Pępek felietonisty zareagowali w sposób, który dał podstawę do tekstu Babina z Peerelu. I tu znowu najbardziej oberwał Passent, zresztą sam sobie winien. Szczerze oburzony tym, co Pilch ośmielił się napisać, felietonista "Polityki" odpowiedział bardzo poważnie i w sposób, który ujawnia całkowity brak dystansu do swojej osoby. Pomijając przytoczenia badań ankietowych na temat czytelnictwa jego felietonów, Passent zarzuca pisarzowi z Wisły, że nie liczy się z demokratycznymi regułami gry, reaguje tak, jakby Pilch postulował o jego wyrzucenie z "Polityki".  I tu pada całkowicie zachwycająca i rozbrajająca mnie odpowiedź: 
Powiem szczerze i z ręką na sercu: ja nie chcę Passenta z "Polityki", ja sobie robie z Passenta zwyczajne  jaja. Ja sobie robię z Passenta jaja, na co on reaguje przytaczaniem danych o sobie opracowanych przez Uniwersytet Jagielloński i ośrodek Gallupa! Naprawdę: mój tekst nie był notatką redaktora sporządzaną na użytek wydziału prasy Komitetu Centralnego. Wstyd powiedzieć: mój tekst był konstrukcją literacką (ibidem, s. 52).
Na zarzut Passenta, że Pilch bierze się za redagowanie "Polityki", ten odpowiada: 
Otóż ja nie redaguję "Polityki". Ja piszę o "Polityce". A kto mi dał prawo pisania o "Polityce"? Otóż wolność i demokracja dały mi takie prawo. Wy, redaktorze Passent, po staremu sądzicie, że ja was zwalczam, a ja nie walczę, ja gram i  stosuję w dodatku demokratyczne reguły gry (ibidem, s. 54).
Mogłabym tak cytować i cytować Pilcha, bo każdy fragment, każde zdanie jest celną i inteligentną ripostą. Nie mogę się jednak powstrzymać. Pod koniec felietonu Pilch daje spokój biednemu Passentowi i odpowiada Stommie, który domaga się od niego jako katolika miłosierdzia: 
Otóż ja jestem luter, i to spod Cieszyna, i pastwię się nad Stommą z lutersko-cieszyńską zajadłością. "Brzydką jest rzeczą, redaktorze Pilch, opluwać słabszych, głupszych i niedorozwiniętych" - powiada Stomma. Tak jest. Godzę się z tym, boleję nad tym, próbowałem nawet daremnie walczyć z tą przypadłością, ale to jest silniejsze ode mnie. Ja po prostu muszę od czasu do czasu boleśnie walnąć słabszego (ibidem, s. 55).

Nie mam umiaru, gdy myślę i jak widać, gdy piszę o Pilchu. Niestety, forma posta mnie stanowczo ogranicza. A tym bardziej fakt, że mam nadzieję, że zostanie on przeczytany i jego długość nie odstraszy (a jak głoszą badania w dzisiejszych czasach trudno sie skupić nad dłuższym tekstem). Dlatego z bólem duszy zrezygnuję z pochylania się nad każdym tekstem zamieszczonym w Tezach i wielkim skrócie podam, co jeszcze można w nich znaleźć. Na pewno świetny teksy Pochwała kłamstwa, w którym Pilch genialnie i prosto tłumaczy, dlaczego Pan Bóg nie zamieścił w dekalogu przykazania "Nie kłam".  Fajne i dowcipne felietony o pierwszej striptizerce, sukni Claudii Schiffer, która mogła sie przyczynić do zagłady świata, istotach nie z tej ziemi - modelkach. 

W Arcy-Romansie zachwyca się Pilch nad Miłością w czasach zarazy Marqueza. A raczej nie tyle nad samą powieścią, ile nad technikami narracyjnymi stosowanymi przez Kolumbijczyka. Prześmiewczo analizuje wynurzenia Tomasza Jastruna na temat jego życia erotycznego. Fascynuje się kunsztem Josifa Brodskiego.

W Tezach pojawiają się także mocniejsze i poważniejsze. Trzy krótkie teksty poświęcone osobie Mao Zedonga mogłyby posłużyć przy analizie wpływu totalitaryzmu na ludzkie życie. Gorzkie są teksty o alkoholu, ale nie ma w nich moralizatorstwa. Jednym z najbardziej przejmujących dla mnie był Półtrup Wieniedikta Jerofiejewa, w którym Pilch krytykuje film ukazujący rosyjskiego pisarza kilka tygodni przed śmiercią, a także teksy o śmierci Pyjasa i Pietraszki. Znalazły się tu również czułe teksty-pożegnania poświęcone Czyczowi i Pszonowi.

Żeby jednak nie kończyć posta przygnębiającą tematyką, chciałam odwołać się do teksu Jej pierwszy chłopak (o pierwszej poważnej miłości Jolanty Kwaśniewskiej) i zamieścić ogłoszenie w rodzaju matrymonialnych. Otóż, panie Pilchu, ja się uważam wciąż za młode pokolenie i ja mówię, że jak się pojawi chłopię, który zechce Mannowy srebrny ołówek wyjąć i zacznie podawać, tak żebym brała, nie odbierając, to ja szczerze i w zachwycie go wezmę, nie odbierając.