Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 września 2019

Opowiadać do upadłego - Édouard Louis, "Historia przemocy"


Tak więc kilka godzin po zdarzeniu, które w kopii doniesienia o popełnieniu przestępstwa – złożonego wpół i trzymanego przeze mnie w szufladzie – nazywa się usiłowaniem zabójstwa, opuściłem mieszkanie i zszedłem na dół. 


Historia przemocy Édouarda Louisa (Warszawa: Wydawnictwo Pauza, 2018, tłum. Joanna Polachowska) kupiła mnie już tym pierwszym zdaniem, którego moc tkwi w braku emocjonalnego podejścia, w zdystansowaniu się od tragicznego wydarzenia. Wydarzenia, które zaczęło się w wigilijną noc i którego konsekwencje ciągną się długo po niej. Podczas powrotu ze spotkania z przyjaciółmi Édouard został zaczepiony przez nieznajomego i zdecydował się na zaproszenie Redy do siebie. Jednak w pewnym momencie sytuacja wymknęła się spod kontroli i noc pełna namiętności zmieniła się w doświadczenie przemocy, którego ofiarą stał się nie tylko Édouard, lecz także jego kochanek – oprawca. Nie wydaje się bowiem, żeby Reda wszedł do mieszkania Édouarda z zamiarem uczynienia mu zła. Pod wpływem drobnych wydarzeń, słów zrodziła się w nim potrzeba, przymus? działania, które przybrało formę gwałtu. Już to jest niezwykle interesujące i porażające – co powoduje, że osoba, która parę chwil wcześniej obdarzała czułymi gestami, nagle zadaje ból, próbuje odebrać życie? Co czuje w takiej chwili krzywdzony, a co krzywdzący? 

Jednak samo drastyczne doświadczenie stało się dla Édouarda jedynie początkiem obcowania z przemocą. Przemoc nie zakończyła się z chwilą opuszczenia przez Redę mieszkania chłopaka. Nie zakończyła jej też rozmowa z przyjaciółmi, wizyta w szpitalu, składanie zeznań o przestępstwie ani też wyjazd bohatera do siostry. Życie Édouarda zostało nierozerwalnie z przemocą złączone, od niej zależne, ale też ośmielę się stwierdzić, że w jej wyniku „zyskało” nowy wymiar. Swego rodzaju sensem stała się potrzeba opowiadania historii wigilijnej nocy wciąż i wciąż, na własnych warunkach. Bohater-narrator, jedyny właściciel historii przemocy, którego głos możemy usłyszeć (perspektywy Redy nie poznamy, mimo faktu, że to on jest oprawcą, jest aktywny tylko w tej konkretnej chwili, przez co paradoksalnie nie jest twórcą samej historii, jej kreatorem jest  Édouard), chciał opowiedzieć o tym doświadczeniu każdemu, podzielić się nim, zostać wysłuchanym. Pod warunkiem, że to on decyduje, o tym, kiedy i o czym mówi. Wszelkie nagabywania, prośby, pytania innych osób rodziły w nim pragnienie milczenia. Historia przemocy miała być jego i tylko jego, odczuwał wobec niej przywiązanie, bał się, że ktoś mu ją odbierze. Chciał decydować o jej kształcie, buntował się przeciwko przeinaczeniom, błędnym jego zdaniem domysłom i podejrzeniom. Widać to szczególnie, gdy mówił o Redzie. Tak, bał się go, bał się śmierci, ale w jego historii nie wybrzmiewa nienawiść, potępienie. Wręcz przeciwnie, Édouard próbował, zrozumieć postępowanie kochanka. Odrzucał podejrzenia i uprzedzenia policji wiążące się w etnicznym pochodzeniem Redy, wręcz go bronił, tłumaczył. 

            Choć to Édouard jest jedynym głośnym właścicielem historii przemocy, to w powieści pojawia się jeszcze inny opowiadacz – siostra bohatera, która wydarzenia tragicznej nocy relacjonowała swojemu mężowi. Dzięki temu zabiegowi widzimy wszystko z nieco innej perspektywy, historia opowiadana jest przez Clarę przez pryzmat jej doświadczeń, analiz i wspomnień. Niemniej jednak również i ona nie tworzy historii, jest jedynie jej odtwórczynią. Édouard nie pozostał niemym świadkiem. Słuchając z dystansu opowieści o własnym doświadczeniu przemocy, bohater-narrator patrzył na nie z boku, prostował nieścisłości w monologu siostry, poprawiał ją, zaprzeczał, przyznawał rację, gdy zaszła taka potrzeba. To bardzo ciekawy zabieg narracyjny, który pozwolił bohaterowi tworzyć historię nawet wówczas, gdy była już zadziana. Ale fakt, że ktoś inny opowiadał jego historię, sprawił, że w jakiś sposób była mu ona odbierana, przestawała być tylko jego własnością.

Mimo silnego przywiązania do swojej historii przemocy głosy z zewnątrz odnośnie do prawa Édouarda do tego doświadczenia powodowały, że chciał się go pozbyć, odrzucić. Targały nim silne, sprzeczne emocje – pragnienie opowiadania i jednoczesne niebycie świadkiem przemocy:


Dlaczego ofiary Historii zmusza się, żeby zostały jej świadkami – jakby samo bycie pokonanym nie wystarczyło – dlaczego pokonani muszą jeszcze opowiadać o niej do upadłego, do całkowitego wyczerpania, to niesprawiedliwe, nie jestem niczyim aniołem stróżem (s. 155).


Nie jest aniołem stróżem, nie jest też ofiarą tragedii ostatecznej, przemoc u Louisa nie jest niczym wyjątkowym. Jest od zawsze wpisana w dzieje ludzkości, towarzyszy człowiekowi od zarania, nie jest koniecznością, ale możliwością, którą trzeba zaakceptować, by nauczyć się żyć po jej doświadczeniu. Gdyż jak widać w Historii przemocy nie samo doświadczenie zła (choć przerażające) jest w nim najgorsze, najgorsze jest to, co zostaje – strach, naznaczenie, próba odnalezienia się w życiu po akcie. Gdy ustają ataki oprawcy, trzeba zmierzyć się z nowym wrogiem.

Książka Édouarda Louisa to mocna, niesamowita, porażająca rzecz. Czytałam ją już jakiś czas temu i wraca do mnie wciąż i wciąż. Nie wiem, czy pisanie o niej ma jakiś większy sens, bo to książka, o której długo nie wiedziałam, co i jak napisać, i oczywiste jest, że żeby doświadczyć jej siły, trzeba ją po prostu przeczytać, ale też bez tego nie mogłabym się od niej uwolnić. 

Cieszę się niezmiernie, że już niedługo (7 października) w Wydawnictwie Pauza ukaże się debiut pisarza: Koniec z Eddym, bo Loius to niewątpliwie bardzo ważna postać współczesnej literatury. Tak pisać o przemocy, to wielka sztuka.


niedziela, 20 marca 2016

Juliana Barnesa sposób na biografię - "Papuga Flauberta"



Biografie wielkich pisarzy to bardzo często opasłe tomy pełne bardziej lub mniej rzetelnych (w zależności od źródeł, uczciwości autora, ale też od podejścia do tematu), nierzadko szczegółowych informacji. Czyta się je z zachwytem i zapałem bądź też omija co nudniejsze fragmenty, wyszukując co ciekawszych smaczków – wszystko zależy i od autora, i od czytelnika. Bo biografia, zwłaszcza człowieka wybitnego, zasłużonego dla świata, kultury itd., o bogatym życiu osobistym, przecież powinna być grubą księgą odsłaniającą wszelkie, najlepiej te najbardziej pikantne tajemnice. Dlatego Papuga Flauberta Juliana Barnesa (Warszawa: Czytelnik, 1992) jest biografią wyjątkową. Przede wszystkim, choć dotyczy niewątpliwie zasłużonej dla literatury postaci (mowa przecież o jednym z najważniejszych pisarzy!), której życie bogate było w różnego rodzaju doświadczenia, nie jest ona opasłym tomem. Wręcz przeciwnie – moje wydanie z zasłużonej serii „Nike” ma 292 strony. Biorąc pod uwagę format, jest to kruszynka. Nie jest też dokładnym opisem życia pisarza od narodzin do śmierci. I w zasadzie nazywanie tej książki biografią, jest jednak pewnym nadużyciem. Mamy wszak do czynienia z dziełem wielogatunkowym – powieść, esej, słownik, wątki biograficzne i autobiograficzne, jeśli weźmiemy pod uwagę postać narratora. Prawdziwa mieszanka. Ale z pewnością czyta się ją z zachwytem i zapałem i chce się odkryć jej wszystkie tajemnice, które nie dotyczą jedynie Gustawa Flauberta.

Z biografią Flauberta mamy tu do czynienia w tym sensie, że narrator powieści doktor Geoffrey Braithwaite, wielki miłośnik pisarza, takąż właśnie próbuje napisać. W tym celu skrupulatnie zbiera materiały, jeździ do Francji, szuka źródeł, do których nikt jeszcze nie dotarł. Na kłopoty natyka się, gdy w dwóch różnych muzeach w Rouen pokazują mu wypchaną papugę, która stała na biurku Flauberta, gdy ten pisał Prostotę serca. Oczywiście każde muzeum zaświadcza o jej autentyczności. Braithwaite postanawia więc przekonać się, jak to z tą papugą Flauberta jest, szuka, szpera, docieka, jednak im wydaje się być bliżej prawdy, tym bardziej się ona od niego oddala. Poszukiwanie prawdziwego ptaka jest owszem interesujące, ale najbardziej fascynujące w książce jest to, jak Barnes przybliża (próbuje przybliżyć) nam postać autora Szkoły uczuć. Ucieka się do tak różnych metod i sposobów, że na każdy kolejny czekałam z prawdziwym napięciem. Bo co my tu mamy? Mamy świetne bestiarium Faluberta, w którym francuski pisarz i bliskie mu osoby przedstawione są jako zwierzęta i papuga też tu się znajdzie. Mamy dwie wersje chronologii wydarzeń z jego życia – jedna bardziej, druga mnie optymistyczna. Są tak niesamowite rozdziały jak „Przewodnik do Flauberta dla kolekcjonerów lokomotyw” i „Arkusz egzaminacyjny”. Jest wreszcie rozprawa sądowa, gdzie narrator podejmuje się obrony Gustawa Flauberta, któremu można było zarzucić nie jedno. Gdy Braithwaite decyduje się na opis związku pisarza z poetą Luizą Colet, nie jest to jedynie Flaubertowska wersja wydarzeń, łagodnie mówiąc niekoniecznie korzystna dla kobiety. W tym miejscu Barnes pokusił się o oddanie głosu Colet, przedstawienie burzliwego romansu z jej punktu widzenia. Dostajemy też pikantniejsze elementy z życia pisarza – prostytutki, syfilis i kairskich chłopców, ale tak naprawdę nie są one tak ciekawe, jak mogłyby się wydawać. Interesujący jest jednie sposób, w jaki w wersji Colet ona sama została zestawiona z Kuchuk Hanem – „kurwą znad Nilu”. 

Losy chyba najbardziej znanej Falubertowskiej bohaterki Emmy Bovary, jej zdrady i samobójstwo, stają się pretekstem dla Geoffreya Braithwaite’a do bardziej osobistych rozważań. Rozmyślając nad motywami postępowania powieściowej bohaterki, tak naprawdę próbuje odkryć prawdę o własnej żonie, która również zdradzała i odebrała sobie życie. Zastanawia się nad charakterem cudzołóstwa i samobójczej śmierci. I jak gorzka mantra powtarza się tu najbardziej gorzkie twierdzenie książki: „Kochałem ją; byliśmy szczęśliwi; brak mi jej. Nie kochała mnie; byliśmy nieszczęśliwi; brak mi jej”.

Papuga Flauberta, choć niewielka objętościowo, stanowi prawdziwe bogactwo – bogactwo treści, bogactwo gatunków. Szczerze podziwiam Barnesa za napisanie, czegoś tak imponującego. Trzeba mieć ogromny talent, żeby nie przechwalając się, umieć się pochwalić wiedzą, umiejętnościami, idealną dawką poczucia humoru i ironii – krytycy literaccy miejcie na uwadze kolor oczu Emmy Bovary… A poczucia humoru Barnesowi na pewno nie brakuje, nie sądziłam, że akurat przy tej lekturze będę śmiać się w głos. A jednak. A na zakończenie pozwolę sobie zacytować hasło z wzorowanego na Flaubertowskim „Słownika Braithwaite’a obiegowych wyobrażeń”:



Dziwki – Niezbędne w dziewiętnastym wieku dla zarażenia się syfilisem, bez którego nikt nie mógł rościć sobie pretensji do miana geniusza. Wśród posiadaczy szkarłatnej wstęgi za odwagę znaleźli się Flaubert, Daudet, Maupassant, Jules de Goncourt, Baudelaire i In. Czy jakiegoś pisarza to ominęło? Jeśli tak, był prawdopodobnie homoseksualistą (s. 235).

piątek, 6 marca 2015

Tragikomiksowe wyznanie Alison Bechdel

Nie posunę się chyba za daleko, pisząc, że okres dorastania to naprawdę trudny, jeśli nawet nie okrutny czas. Wtedy wszystko przeżywa się intensywnie, każda radość jest wielkim szczęściem, każde zakochanie największą miłością życia, a każdy problem, upadek potrafi boleć tygodniami, miesiącami. Tak, dorastanie to czas trudny dla każdego, a tym bardziej dla dziewczyny, która nie dość, że dorasta w domu pogrzebowym, odkrywa, że jest lesbijką, to jeszcze dowiaduje się, że jej ojciec, który niedługo zginie w nie do końca oczywisty sposób, gustował w młodych mężczyznach. Nieźle, prawda? Z tym i jeszcze kilkoma innymi problemami musiała sobie poradzić autorka i bohaterka Fun Home. Tragikomiksu rodzinnego (Warszawa: Timof i cisi wspólnicy, 2010) Alison Bechdel. I od razu przyznam, że rozliczenia z tym okresem swojego życia dokonała w sposób fantastyczny. 


Dom lat dziecięcych i młodości Alison był swego rodzaju kreacją. Dorastała w nim w towarzystwie dwóch braci, matki – aktorki teatralnej i ojca – nauczyciela angielskiego, miłośnika literatury i piękna. To właśnie ojciec był kreatorem tegoż domu. I to w sposób dosłowny – nieustannie zajmował się jego upiększaniem i poprawianiem, wykonywał wszelkie remonty, dbał o ogród. Do pomocy wykorzystywał (to ważne słowo, gdyż o nią nie prosił, ale jej żądał, wymagał) swoje dzieci, które traktował jak maszyny. Obok tego zmagająca się ze stanami depresyjnymi matka, bardzo bliski kontakt ze śmiercią (ale nie wolno było bawić się trumnami), brak czułości i ciepła – rodzinka idealna. Ale w dedykacji dla matki i braci autorka napisała, że mimo wszystko dobrze się bawili. I choć może to się wydać co najmniej dziwne, biorąc pod uwagę otoczenie i ogólny stan panujący w rodzinie, to tę zabawę w komiksie widać. Na pewno nie można mówić o potoku łez i rzeki żalu wylewającej się z każdej strony. Oczywiście Bechdel konfrontuje się ze swoim rodzinnym domem, ujawnia bardzo osobiste rzeczy, które dotyczą nie tylko niej, a to zapewne nie było łatwe, ale nie jest to krzyk zniszczonego życiem histeryka, a raczej słodko-gorzkie (no bardziej chyba gorzkie, przynajmniej do czasu) wyznanie.


Najważniejszą postacią Fun Home jest oczywiście ojciec. Alison, przywołując jego postać, wracając do dzieciństwa, młodości, korzysta już jednak z własnych doświadczeń dorosłej kobiety. Porównuje jego życie i wybory ze swoimi, bo nie jedno ich dzieli, ale też nie tak mało jak mogłoby się wydawać ich łączy. Bruce Bechdel, mimo swojego homoseksualizmu, wybrał życie w ukryciu. Ożenił się, spłodził trójkę dzieci, tworzył pozory normalności. Alison zaś, odkrywszy swoją orientację, dość szybko zdecydowała się na jej ujawnienie. W zasadzie jej wyznanie przyczyniło się do tego, że poznała prawdę o ojcu. Co prawda wcześniej pojawiały się znaki, jego dziwne zachowanie, tajemnicze oskarżenie grożące więzieniem…, terapia. Ale będąc dzieckiem, nie mogła przecież wiedzieć. W zasadzie dopiero po latach, wyciągając z pamięci pewne wydarzenia, rozmowy, odnajdując ukryte zdjęcia i zestawiając je z własnym życiem, mogła chociaż spróbować zrozumieć ojca, jego decyzje dotyczące życia i śmierci. 


Alison z ojcem łączy nie tylko homoseksualizm, ale przede wszystkim miłość do literatury. Trzeba bowiem wiedzieć, że książki, literatura w ogóle są niezwykle istotnym elementem tej opowieści. Do swojej domowej biblioteki nauczyciel angielskiego sprowadzał ładnych młodych uczniów. Książki, cytaty stanowiły w rodzinie Bechdelów swojego rodzaju kod językowy. To poprzez nie, poprzez liczne odwołania się w niej porozumiewano. Alison trafiła na zajęcia z literatury prowadzone przez jej ojca i to one stanowiły dla obojga moment zbliżenia, pewnego porozumienia. Esej Camusa o samobójstwie i biografia Scotta Fitzgeralda to elementy, które potęgowały w autorce przekonanie, że śmierć ojca nie była wypadkiem. Literatura w tym komiksie jest wszędzie. Tytuły poszczególnych rozdziałów stanowią cytaty z wielkich dzieł literackich. Lista spisywanych przeze mnie w trakcie czytania tytułów naprawdę osiągnęła pokaźną liczbę, zanim zorientowałam się (o zdolności), że do komiksu dołączona jest bibliografia polskich wydań przywoływanych utworów (a nie mało jest też tych nieprzetłumaczonych). Marcel Proust, Henry James, Oscar Wilde, William Faulkner, Colette, wspomniani już Camus i Fitzgerald i oczywiście James Joyce to tylko część pisarzy, do których Bechdel nawiązywała i przez pryzmat których utworów pokazywała różne oblicza swojej rodziny. I to nie tylko słowem, ale także kreską. Szczególnie istotny tu jest Joyce i jego Ulisses. Rozmowa Stephena Dedalusa i Leopolda Blooma to rozmowa Alison i jej ojciec – to porównanie jest genialnie. Wreszcie to poprzez książki Bechdel odkryła swoją prawdziwą tożsamość i orientację seksualną.

Alison Bechdel
Oczywiście kwestie homoseksualizmu są tu, muszą być niezwykle istotne. Szczególnie interesująco prezentuje się rozwój świadomości homoseksualnej Alison, właśnie poprzez wspomniane książki. To dzięki nim upewniła się, że jest lesbijką. Jeszcze za nim wylądowała w łóżku swojej pierwszej kochanki, na którym zresztą piętrzyły się tomy. I tu znowu odwołanie literackie! Swoją pierwszą wyprawę do kobiecego ciała Bechdel porównała od podróży Odyseusza, a jej dziewczyna była dosłownie cyklopem, z którego jaskini nie chciała uciekać. 


W tym miejscu muszę złożyć wyrazy uznania tłumaczom Fun Home: Wojciechowi Szotowi i Sebastianowi Bule. Język polski, choć bogaty, to jednak w sferze seksualności, a homoseksualności tym bardziej, bardzo ubogi. Brakuje nam słów, które nie są jednoznacznie wulgarne, obraźliwe lub techniczne. Panowie musieli zmierzyć się z nie lada zadaniem (piszą o tym zresztą we wstępie), mając do dyspozycji tak mało odpowiedników anglojęzycznych słów określających lesbijki, lesby i formy kobiecej masturbacji.

Niejako uzupełnienie komiksu stanowi esej Izabeli Filipiak.


Mając taki bagaż doświadczeń, jak Bechdel, spokojnie można by napisać opasłą sagę rodzinną, wstrząsającą autobiografię, wielką powieść. I choć autorka posłużyła się komiksem, powieścią graficzną, to w zasadzie ma ona charakter powyższych, a jednocześnie ma w sobie pewną lekkość i dowcip związane z rysunkiem, kreską. Treść i obraz wspaniale się uzupełniają, zależą od siebie, tworzą całość. Myślę, że ta forma jest świetnym wyborem do podejmowania niełatwych tematów, nie przytłacza bowiem swą ciężkością, ale też nie umniejsza poruszanych problemów. Ja w każdym razie coraz bardziej przekonuję się, że powieści graficzne są zdecydowania dla mnie i na pewno sięgnę po kolejne dzieło Bechdel – Jesteś moją matką?.

Źródło fotografii autorki: http://www.theguardian.com/books/2008/dec/01/alison-bechdel-fun-home


sobota, 24 stycznia 2015

Narkotyczna opowieść Karla Ove Knausgårda

Przeczytałam dziś Moją walkę. Powieść 1 Karla Ove Knausgårda (Wydawnictwo Literackie: Kraków, 2014) i nie mogę się od niej uwolnić. Tkwi we mnie głęboko, tkwi we mnie jak zadra. Czuję ją pod skórą, nie mogę jej wydostać, dotyk sprawia ból, a jednocześnie tę dziwną przyjemność nieodłącznie z bólem związaną. I czy chcę ją usunąć? Czy czekać aż tak jak kawałek drewienka wejdzie do
krwioobiegu i tą drogą trafi do serca? Chyba za późno, chyba w sercu już jest.

Książka, która cały czas przy mnie leży, od której nie mogę oderwać wzroku, to pierwszy tom autobiograficznego cyklu Karla Ove Knausgårda. Dotyczy przede wszystkim dwóch rzeczy: powrotu do lat dzieciństwa i młodości, oraz śmierci ojca pisarza. Cóż, dorastanie Karla Ovego, jego życie rodzinne, szkolne, przyjaźnie, miłości nie są niczym nowym. To, co jego spotkało, przeżywało i przeżywa naprawdę wiele osób, nie jest wyjątkowy przez swoje doświadczenia. Ale to sposób przedstawienia tego utraconego świata, bo przeszłości przecież nie da się odzyskać, czyni go wyjątkowym. 

Knausgård wychowywał się w domu, nad którym dominował on – ojciec. Ojciec, który zawsze o wszystkim wiedział, był wszędzie, w tajemniczy sposób przenikał myśli syna, naprawdę nie wiele dało się przed nim ukryć. Poniżał, upokarzał, należało się dostosować do jego nakazów, ukrywać swoje myśli i pragnienia (o ile było to możliwe). A pewnego dnia, nagle, postanowił całkowicie zmienić swoje życie. Odszedł od żony, zaczął pić. Dom to też matka, z którą można było się dzielić uczuciami, rozmawiać o wszystkim, razem z nią analizować innych ludzi. To ona robiła najlepsze kolacje, przy których nie trzeba było siedzieć cicho i się z nimi spieszyć. Nie była jednak na tyle obecna, by nie myśleć o ojcu. I wreszcie starszy brat, Yngwe. W dzieciństwie towarzysz codziennych zabaw i przygód, a także niedoli życia z takim ojcem, jakiego się miało. Później, jak to zazwyczaj starszy brat, wzór do naśladowania, którego akceptacji się pragnęło, którego opinia znaczyła najwięcej na świecie, z którym chciało się być niemal cały czas. 

Młodość to oczywiście także przyjaciele, dziewczyny, marzenia o lepszym życiu i bunt. Karl Ove był buntownikiem, a temu buntowi oprócz gniewnych myśli towarzyszył też oczywiście alkohol. Knausgård przyznaje, że picie to była wolność, ucieczka od codzienności. Chwila, gdy zaczynało szumieć w głowie, była początkiem czegoś dobrego. Nie szokuje mnie to, nie sprawia też, że myślę o nim źle. Jak mogłoby tak być, skoro nie jest mi to całkiem obce. Może nie chciałam uciekać, może nie chodziło o to, żeby się upijać, ale wolność to była na pewno. Młodość i alkohol, młodość i marzenia, młodość i bunt. Przecież to dotyczy tak wielu ludzi, którzy w późniejszych latach starają się o tym nie pamiętać. 

Karl Ove to ja? Nie, nie mogę tak napisać, tak wiele różni nas mniej i bardziej oczywistych rzeczy, nie porównuję naszych żyć, bo tego nie da się zrobić. Ale jest też tyle wspólnych elementów, które sprawiły, że nie tyle tę książkę czytałam, co ją przeżywałam całą sobą. Gdy autor wspomina swoje pierwsze prawdziwe zakochanie, to uczucia, o których pisze, są dokładnie moimi uczuciami z tego samego etapu w moim życiu. Pragnął tego, czego ja pragnęłam, czuł tak, jak ja czułam. Nawet nie wiem ile razy czytałam o pierwszych miłościach, ale dopiero ta relacja z nieszczęśliwego, niemożliwego do spełnienia zakochania, przywróciła moje wspomnienia i emocje, do tego zresztą stopnia, że wróciły zapachy, dźwięki i to walące jak szalone serce, gdy mogłam go zobaczyć…

Sposób, w jaki Knausgård wraca do przeszłości, jest mi bliski. Gdy sprząta zapuszczony dom, w którym zmarł jego ojciec, i przygląda się butelkom detergentów, wraca myślami do marek, których już nie ma, a które stanowiły element jego dzieciństwa. Miewam podobnie, gdy nagle jakaś nazwa proszku do prania, myśl o wafelku przywiezionym z Finlandii czy wygląd kubeczka po jogurcie przypomina mi o latach, które już minęły, których smaków nigdy nie odzyskam. Przy okazji sprzątania domu, Knausgård jest tu w opisie niezwykle drobiazgowy. Możemy zobaczyć, jak bierze wiadro, napełnia je wrzącą wodą, dodaje detergent, zanurza ścierkę, a potem kawałek po kawałku szoruje zafajdane płytki w łazience. A, że w pijackim domu było wiele do sprzątania, tak szczegółowych opisów jest tu bardzo dużo. Uwielbiam je. Naprawdę. Ta pieczołowitość, z jaką autor opisuje każdy ruch, działanie, przedmiot sprawiały mi ogromną przyjemność. Chłonęłam je tak, jakbym była w środku kryminalnej zagadki. Może jestem szalona, ale i tak uzewnętrzniam się bardzo w tym wpisie, a to było przeżycie nie tylko literackie. 

Spora część książki dotyczy młodości pisarza i walki ze wspomnieniami, druga natomiast to walka z życiem codziennym. Dorosłość jest przerażająca. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, gdy jako nastolatki marzymy o tym odległym, jak się wydaje etapie naszego życia. A przecież trzeba pogodzić tyle rzeczy, tyle ról odgrywać. Karl Ove jest pisarzem, ale jest też mężem i ojcem. Każdy z tych elementów wymaga od niego czegoś innego, każdy ma na niego inny wpływ. Jak każdemu się poświęcić? W jego rozważaniach nie ma empatii, choć pisze o uczuciach. Jest brutalny, a ta brutalność i odcięcie się sprawiają, że ja mu wierzę, choć też się tego boję, że takie jest życie.

Książka otoczona jest ramą, a tą ramą jest śmierć. Opis umierających, przestających pracować narządów, martwego ciała rozpoczynający powieść, to jeden z najbardziej przeszywających opisów śmierci, z jakimi miałam do czynienia. Tak, jakbym została walnięta obuchem w łeb.  Niech się schowają krwawe sceny rodem z filmów gore, niech znikną pełne patosu opisy towarzyszące odchodzeniu wielkich postaci. TO jest śmierć! Inaczej nie będzie  i dlatego jest to takie straszne. Zamykająca część książki też dotyczy śmierci. Ten, o którego śmierci się marzyło, wreszcie odszedł. Nie ma go, nie będzie. Ale śmierć ojca dla Karla Ove, a także dl Yngwego, była tak niezwykłym wydarzeniem, że aż trudno było im w nią uwierzyć. Jak silny musi być lęk przed ojcem, żeby się bać tego, że może jednak żyje? Że zaraz wejdzie do pokoju? A jednak Karl Ove niemal cały czas posługuje się tu słowem „tata”. Nie ojciec, tylko właśnie tata. Tata nie żyje, tata umarł. Chyba nie może to być bez znaczenia. 

Karl Ove
Moja walka to książką naprawdę wielka. Wyzwala (we mnie na pewno) emocje, o których chciałoby się zapomnieć, zmusza do konfrontacji z nimi, do walki. Wiele przeżyć Karla Ove to w sferze uczuć także moje przeżycia. Bycie poza, ból, który temu towarzyszył wraca i przeszywa równie mocno jak wtedy. Nie mogę się od niego uwolnić, nie mogę się uwolnić od Knausgårda. Zadie Smith stwierdziła, że potrzebuje kolejnych tomów Mojej walki jak cracku. I, cholera, miała rację. Knausgård jest moim dilerem, a bez jego towaru jest tylko pustka. 

Źródło fotografii:  http://politiken.dk/kultur/boger/ECE1450838/branchen-stiller-spoergsmaalstegn-ved-megastjernes-exit/