Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 lutego 2018

Sjurealizm, Historia i miłość - Jarosław Kamiński, "Tylko Lola" (plus małe wyznanie)


Na początek kilka słów wyjaśnienia, bardziej dla siebie niż dla Was, ale chcę się tym podzielić. Niesamowicie mnie wkurza moje milczenie na blogu. Czytam sporo, głównie książki dobre, interesujące, którymi warto się dzielić i zachęcać do sięgnięcia po nie. Dlaczego więc zamiast po prostu coś o nich napisać, w myślach układam mądre zdania, miotam się ze sobą i nic z tego nie wychodzi? Wydaje mi się, że po prostu za bardzo chciałam. Żeby moje wpisy były ciekawe, nie były banalne, za krótkie, za długie, żeby były w nich ciekawe analizy, interpretacje. Założenia dobre, ale zamiast mnie motywować, tylko mnie blokowały. Mam ileś tam pozaczynanych wpisów i nic ukończonego. Zamiast się po prostu radośnie dzielić lekturami, spinam się, analizuję. Po co? Przecież blog miał być dla mnie miejscem dobrym, sprawiającym przyjemność, do dzielenia się jedną z moich największych pasji, jaką jest czytanie. Dlatego plan jest taki – będę pisać i będę publikować, mam nadzieję, jak najczęściej, bez spinki. Nie będę się zastanawiać, czy za krótko, czy ciekawie, czy oklepane frazesy. Nie z braku szacunku dla moich czytelników i siebie, ale dla poczucia, że robię coś, co daje mi radość i przyjemność. Bo o to chyba chodzi. Niech wyjdzie dobrze.

Zacznę więc od krótkiego wpisu na temat książki, którą często widywałam na Instagramie, a jednak stosunkowo mało o niej mogłam przeczytać, a szkoda, bo to kawał dobrej literatury jest. I niestety częściowo dotyka tematu, który znów nabiera aktualności. A chodzi mi o książkę Tylko Lola Jarosława Kamińskiego (Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2017).

Dwie opowieści, dwie perspektywy – Lidki, pacjentki szpitala psychiatrycznego, i Niny – emigrantki, żyjącej w nowym lepszym świecie, w Stanach Zjednoczonych. Każda ma do opowiedzenia swoją własną historię. Łączą się one na chwilę w jedną w drugiej połowie lat sześćdziesiątych XX wieku – w czasie, gdy na silne przybierają nastroje antysemickie i kraj szykuje się do wielkiej czystki. Kobiety połączy i rozdzieli wspólna praca w telewizji przy propagandowym programie dla młodzieży, a także tytułowa Lola. Tajemnicza postać, która w powieści istnieje tylko we wspomnieniach. Młoda dziewczyna z dobrej żydowskiej rodziny, przebojowa anarchistka pragnąca lepszego świata, równości, wolności braterstwa, bez kościołów, fabrykantów i ziemiaństwa. Kochanka Lidii, ciotka Niny, zniszczona przez Historię, a przez to wciąż będąca motorem, popychająca Lidię do działania, wciąż obecna w jej życiu. Bo gdyby nie Lola, wszystko pewnie potoczyłoby się inaczej.

Wydaje się, że w tej książce najważniejsza jest Historia i że to jest opowieść o niej właśnie. Wojna domowa w Hiszpanii, Marzec’ 68 – determinują losy bohaterów. Absurd tamtych wydarzeń, zwłaszcza antysemickiej nagonki, ukazany jest w całym swoim szaleństwie. Tak nie wiele potrzeba, by zniszczyć człowieka. Pisało o tym wielu, pisać trzeba nadal, bo zdaje się, że wciąż o tym zapominamy i popełniamy te same błędy. Cały czas trzeba sobie o tym przypominać.

Ale siłą napędową w powieści nie jest sama Historia. Najważniejsza okazuje się miłość i namiętność. To ona popycha Lidię do szalonych czynów, determinuje jej działania i we wczesnej młodości, gdy ucieka z Lolą do Hiszpanii na pomoc rewolucji, ale też wiele lat później, gdy musi podjąć najtrudniejszą decyzję, dotyczącą bliskich jej osób. Miłość szalona, niszczycielska, ale przecież liczy się Lola, tylko Lola.

Jarosław Kamiński oddał głos swoim dwóch bohaterkom, każdej na innych zasadach i to pomieszanie formy i stylów sprawdza się w powieści wyśmienicie. Autor bawi się językiem, sprawnie go wykorzystuje, co sprawia, że obie opowieści zyskują na swoich indywidualnościach. Jedynym minusem powieści jest epilog. Szkoda, że autor z niego nie zrezygnował, bo nieco psuje końcowy efekt. Ale czy z epilogiem, czy bez, Tylko Lola to świetna książka, którą koniecznie trzeba przeczytać.

piątek, 29 września 2017

O ojcu - Raimond Gaita, "Mój ojciec Romulus"

„Amerykańska”, „Reportaż”, „Biografie” czy „Sulina” to świetne, znane większości czytelników serie Wydawnictwa Czarnego. Zresztą jedne z wielu, bo w każdej swojej serii wydawnictwo publikuje dobre i bardzo dobre tytułu. Jednak w tych najpopularniejszych nikną gdzieś serie mniej znane i promowane, a wielka szkoda, bo można w nich znaleźć prawdziwe perełki. Jedną z takich serii jest seria „Z domem”, z której książki powoli zaczynam czytać ciemno. Zaczęło się od fenomenalnej Alexandry Fuller, a całkiem niedawno miałam wielką przyjemność przeczytać opowieść Raimonda Gaity Mój ojciec Romulus (2013) i sama się sobie dziwię, że właściwie do czasu, gdy znalazłam ją na półce bibliotecznej, nic o tej książce nie słyszałam. A powinnam, bo jest to historia co najmniej wyśmienita.



To pozornie opowieść jakich wiele. Młody Rumun Romulus Gaita wraz z niemiecką żoną Christine i kilkuletnim synem Raimondem w poszukiwaniu szczęścia i normalności przenosi się po wojnie do Australii. Tam próbuje stworzyć swojej rodzinie dom i odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Czyli kolejna książka o szukaniu swojego miejsca w świecie, pokonywaniu przeciwności losu i odnalezieniu szczęścia? Co to, to nie. Co prawda wszystkie te elementy się tu pojawiają (choć z tym szczęściem to wcale nie łatwo, kolorowo i na zawsze – czyli jak w życiu, i dobrze), ale tej opowieści daleko od nierzadko towarzyszącemu takim historiom banału i oczywistości. Tym bardziej że w rodzinie Gaitów mało jest oczywistości i normalności, a mnóstwo szaleństwa, z którym trzeba żyć i sobie radzić. Do tego miłość, nienawiść, zdrada, wielka przyjaźń, tragizm, komizm – całe spektrum uczuć i emocji, które napędzają życie.

Narratorem opowieści jest Raimond Gaita, syn, który swoją książką składa ojcu jeden z najpiękniejszych hołdów, z jakimi miałam do czynienia. Ponieważ życie ich rodziny tak się poukładało, a raczej porozpadało, że wychowaniem chłopca zajmował się głównie Romulus i jego przyjaciel, nie może dziwić fakt, że to właśnie ojciec stał się trzonem domu Gaitów. Człowiek niespotykanej dobroci, uczciwości i mądrości, człowiek wielkiego charakteru i niezłomności zasad. Brzmi jak ideał? Cóż, Romulus Gaita z pewnością ideałem nie był, takich nie ma, ale swoją postawą, podejściem do drugiego człowieka, wielką w niego wiarą zasłużył sobie na te, często rzucane zbyt łatwo i przez to tracące na sile, określenia. Musiał znaleźć sobie miejsce w nowym świecie, do którego wcale nie chciał trafić, tworzyć rodzinę z osobą, która tworzyć rodziny nie potrafiła i szybko z niej zrezygnowała. Gdy nawiązywał przyjaźnie, były to przyjaźnie na zawsze, nawet w najtragiczniejszych sytuacjach. Wierzył w ludzi i ludziom, pomagał im, jak mógł, przez co często padał ofiarą oszustwa, był wykorzystywany i choć do końca nie mógł pojąć, dlaczego ludzie nie zachowują się przyzwoicie, nie zmienił swoich zasad. Zapłacił za to wysoką cenę, musiał zmierzyć się z szaleństwem, ale większość powinna przyjrzeć się życiu, jakie wiódł, i ze wstydem spojrzeć na swoje. Mnie zawstydzał wielokrotnie. Niczym nie brzydził się tak bardzo, jak kłamstwem.

Interesujące jest również spojrzenie samego Raimonda na dorastanie w tej niezwykłej, obarczonej ciężkim brzemieniem rodzinie. Jako dziecko i nastolatek  nie zawsze rozumiał ojca, momentami się go bał, musiał odnaleźć swoje miejsce między mieszkaniem z ojcem a pobytami u matki i jej partnera, zmierzyć się ze śmiercią, cierpieniem i szaleństwem. Ale jego młodzieńcze życie nie pozbawione było zabawy i przygody. Nie brakowało mu tego, co dla nas jest tak naturalne, że tego nie doceniamy, a wtedy było czymś trudno dostępnym, czyli choćby możliwości zajadania się owocami, dowożonymi przez ojca przez wiele mil. Poznał też czym jest wielka przyjaźń, ale też czym jest strach i jak sobie z nim radzić. Czyli w „nie do końca” normalnych warunkach” doświadczał normalnego dzieciństwa. 

Bohaterem książki jest wreszcie Australia lat pięćdziesiątych i kolejnych XX wieku i jej społeczeństwo. Jak można się spodziewać, nie jest to kolorowy obrazek, nie brak tu uprzedzeń, nietolerancji, wykorzystywania obcego. Ale nie brak również uporu i woli do przetrwania.

Mój ojciec Romulus jest książką piękną (nie boję się tego słowa), bo odwołuje się do najsilniejszych ludzkich emocji, nie banalizując ich. Gaita, ukazując postać swojego ojca, a postaci tej w żaden sposób nie wybiela, przypomina, czym jest życie według zasad, godność i człowieczeństwo. To lekcja życia bez odstraszającego moralizowania i pouczania. Życie Romulusa Gaity nie było łatwe, lekkie i przyjemne, ale było mądre i uczciwe. Dlatego ta książka jest tak ważna i dlatego należy po nią sięgać. I życzyć sobie jak najwięcej takich książek. 

A przed chwilą znalazłam też informację, że na podstawie książki powstał film Mój ojciec i ja (Romulus, my father), 2007, i jeśli choć trochę, oddaje wartość i siłę opowieści, to koniecznie muszę go zobaczyć.

wtorek, 20 grudnia 2016

Gronostaje, bat i kobieta-demon - Leopold von Sacher-Masoch, "Venus in Furs"


O ile samo pojęcie masochizmu jest raczej powszechnie znane, a na pewno zdecydowana większość się z nim w różnych kontekstach spotykała, o tyle nie każdy zna genezę jego nazwy. Jako forma specyficznych potrzeb seksualnych  istniałoby tak czy inaczej, ale to dzięki Leopoldowi von Sacher-Masochowi i jego powieściom, których bohaterowie i bohaterki czerpali erotyczną przyjemność z poniżania i bycia poniżanym, zyskało sobie taką właśnie nazwę. Stało się to głównie za sprawą dyskusji na temat dewiacji seksualnych, jakie wywiązały się w środowisku psychiatrów i psychologów po publikacji powieści Wenus w futrze.  Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Ze słownikiem miałam możliwość zapoznania się z tą niegdyś szokującą lekturą w języku angielskim (L. von Sacher-Masoch, Venus in Furs, Ruda Śląska: Wydawnictwo Ze słownikiem, 2016).

Sama fabuła powieści jest dość prosta. Niezdrowo zafascynowany obrazem Tycjana Wenus z lustrem
Ucieleśnienie ideału kobiety Seweryna - Wenus z lustrem Tycjana

Seweryn von Kusiemski poznaje ucieleśnienie swojej wybranki – Wandę von Dunajew. Oboje zafascynowani swoimi osobami, podejściem do życia i pogańskim obrazem miłości mogliby zapewne stworzyć całkiem udany, pełny namiętności związek, ale mężczyzna dzieli się z wybranką nie tylko swoją fascynacją Wenus okrytą futrami, lecz także wyjawia jej swoje największe pragnienia – marzy, żeby ukochana kobieta została jego panią, zniewoliła go całkowicie, poniżała, żeby traktowała go z okrucieństwem i bez szacunku. Początkowo Wanda opiera się temu pomysłowi, ostrzega Seweryna, czym może skończyć się ta niebezpieczna gra, ale w końcu, kierowana wielką miłością i drzemiącymi w niej pragnieniami, godzi się zostać panią losów ukochanego.  I tu zaczyna się cała zabawa – Wanda wspaniale wchodzi w swoją rolę, czym niejednokrotnie przeraża Seweryna. Nie tylko w sypialni traktuje go jako swojego niewolnika. Wyjeżdża z nim do Florencji, a podczas podróży tam mężczyzna traci całkowicie swoją tożsamość, staje się sługą o imieniu Gregor, podpisuje umowę, w której oddaje całe swoje życie we władanie kobiety, zostaje jej własnością. A ona ma nim rządzić i nosić swoje piękne futra. I jeśli ktoś spodziewa się, że to tylko nieco więcej niż perwersyjna zabawa w kotka (a raczej kociczkę) i myszkę, to się grubo myli. Gregor jest nieustannie poniżany, bity, karany niemożnością oglądania swojej ukochanej przez wiele tygodni. Ona w tym czasie kilkakrotnie proponuje Sewerynowi unieważnienie umowy, ale on, pałający coraz intensywniejszą miłością, zafascynowany nowym obliczem ukochanej, odrzuca taką możliwość. Nie bierze jednak pod uwagę jednego, że w pewnym momencie nie można się już wycofać, że gdy Wanda przekroczy granice swoich pragnień, poniżenie może przestać być źródłem seksualnej ekscytacji, a stanie się tym, czym właśnie jest. Realizacja potrzeb i pragnień Seweryna staje się dla niego lekcją, dla Wandy stanowi przebudzenie ukrytych w niej sił i potrzeb. Dla obojga gra kończy się inaczej, niż się tego spodziewali, a kto pozwala na to, by nim pomiatano, zasługuje na to, by nim pomiatano (s. 215).

Wenus w futrze to powieść, której nie czytało mi się zbyt łatwo. Utrzymana w klimacie miejscami przypominającymi mi książki w stylu Poganki Żmichowskiej (pogańska miłość, zatracenie w uczuciu do kobiety demona), chwilami nużyła, a innym razem wzbudzała mój sprzeciw  zdaniami typu: 

The woman, as nature created her and as man is at present educating her, is his enemy. She can ony be his slave or his despot, but never his companion (s. 215). 

Muszę bowiem wspomnieć, że powieść wypełniona jest wynurzeniami dotyczącymi natury ludzkiej, głównie kobiecej. Jest to zdecydowanie bardziej traktat filozoficzny niż powieść erotyczna, więc jeśli ktoś sięga po Wenus, mając nadzieję na perwersyjny thriller erotyczny, to na pewno się zawiedzie i szybko znudzi. Tego to nie znajdziemy. Nie tylko dlatego, że obecnie tak mało rzeczy nas już szokuje. To, co wzbudzało sprzeciw i oburzenie w chwili ukazania się powieści, jest tak zakorzenione we współczesnej popkulturze, że choć możemy się dziwić pragnieniom niektórych, to albo je akceptujemy, albo odrzucamy, ale raczej nie traktujemy ich jako obrazy moralności, tak nam spowszedniały. Jeśli jednak potraktować Wenus w futrze jako sposób spojrzenia na naturę człowieka, może to być całkiem ciekawe doświadczenie. 

Man is the one who desires, woman the one who is desired. This is woman’s entire but decisive advantage. Thorough his passion nature has given man into woman’s hands, and the woman who does not know how to make him her subject, her slave, her toy, and how to betray him with a smile in the end is not wise (s. 39).
 The more cruelly she treats him and the more faithless she is, the worse she uses him, the more wantonly she play with him, the less pity she show him, by so much the more will she increase his desire, be loved, worshipped by him (s. 39). 

Zdecydowanie nie podzielam poglądów, że kobieta, aby być pożądaną i kochaną bezgranicznie, musi być dla swojego wybranka okrutną, niewierną panią i traktować go z pogardą. A już na pewno nie z tym, że jedyną siłą kobiety jest jej zdolność niewolenia mężczyzn.  Nie przemawia do mnie obraz poddańczej miłości, w której kobieta-demon pomiata z perwersyjną przyjemnością oddanym jej służalczo, bezwolnym, pozbawionym własnego ja mężczyzną, który jest jak pies liżący z oddaniem rękę, która go bije. Są to jednak na tyle interesujące rozważania, że warto się z nimi zapoznać. Tym bardziej że Wenus w futrze przypomina, że do końca nie wiemy, jakie siły i pragnienia w nas drzemią i jak daleko się posuniemy, gdy pojawi się impuls, który je obudzi. Sugeruję przy tym by, choć to całkiem krótka lektura, dozować ją sobie, bo łatwo się tym zmęczyć.

Muszę napisać jeszcze o samym wydaniu Venus in Furs Wydawnictwa Ze słownikiem. Zaopatrzone jest ono w trzy słowniki: pierwszy, znajdujący się na początku książki, zawiera najczęściej pojawiające się słówka, drugi – na marginesie każdej strony ze słowami wyboldowanymi w tekście, które nie zostały umieszczone w pierwszy, i wreszcie trzeci – zawierający wszystkie słowa i formy z książki. Przyznaję, że najczęściej korzystałam właśnie z tego trzeciego, z pierwszego wcale. Jeśli chodzi zaś o wyjaśnianie słów na marginesach, to pomysł sam w sobie jest dobry. Początkowo wytłuszczone słowa w tekście, nawet jeśli je znałam, rozpraszały moją uwagę, odczuwałam potrzebę skupiania się właśnie na nich i sprawdzania. Z czasem jednak nauczyłam się traktować je, jak pozostały tekst i jeśli coś sprawdzałam, to dlatego, że odczuwałam taką potrzebę. W tym przypadku wyjaśnianie słów  na marginesach to wybawienie od konieczności przeszukiwania słownika. Trzeba też mieć od początku na uwadze, że słownik na marginesie podaje nie tylko wyjaśnienie słówka w kontekście, jakim zawarto je w tekście, ale też inne jego znaczenia, jeśli takie posiada. O ile było to dla mnie pożyteczne i chwaliłam to sobie w przypadku słówek, których nie znałam, o tyle, gdy rozumiałam sens zdania i wiedziałam, jak w danym momencie słówka użyto, nieco mnie to początkowo frustrowało. Niemniej jednak  przeczytanie Venus in Furs w języku angielskim było dla mnie ciekawą przygodą i zwiększyło moją wiarę we własne możliwości językowe, bo okazało się, że jest lepiej, niż mi się wydaje. Pozwoliło mi też na wzbogacenie słownictwa, głównie związanego z wariacjami poniżania, bo jeśli ktoś liczy na językowe erotyczne, łóżkowe smaczki – przykro mi, pod tym względem jest bardzo pruderyjnie ;). Wydania ze słownikiem polecam tym, którzy dopiero chcą zacząć czytać książki po angielsku, ale się tego boją, oraz mającym w tym doświadczenie, ale jeszcze nie czującym się całkowicie pewnie w obcowaniu z językiem. Tym bardziej że oferta wydawnictwa cały czas się powiększa i sama na pewno sięgnę jeszcze po ich inne książki.


Za możliwość bliższego przyjrzenia się niezwyczajnemu związkowi Wandy i Seweryna dziękuję Wydawnictwu Ze słownikiem.
Źródło Tycjanowskiej Wenus: https://pl.wikipedia.org/wiki/Wenus_z_lustrem_(obraz_Tycjana)

sobota, 8 października 2016

Szkocka krew, afrykańska dusza - Alexandra Fuller, "Rozmowy pod drzewem zapomnienia"




Zanim okładka książki Rozmowy pod drzewem zapomnienia (Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2014) przykuła moją uwagę na bibliotecznej półce, nie miałam pojęcia kim jest Alexandra Fuller. No może nie była mi obca całkowicie, bo przeglądając katalog wydawnictwa (a robię to nagminnie), przyglądałam się też serii „Z domem”. A jednak to osobiste spotkanie zdecydowało o tym, że praktycznie w ciemno, szybko rzuciwszy okiem na opis na okładce, stwierdziłam, że biorę. I wzięłam. Nie wiem, czy to jakiegoś rodzaju intuicja, czy fakt, że ciężko znaleźć złą książkę wydaną przez Czarne, w każdym razie w moje ręce trafiła naprawdę świetna i wartościowa pozycja.

Rozmowy pod drzewem zapomnienia  to przede wszystkim historia rodziny Fuller, choć głównymi bohaterami niewątpliwie są jej niesamowici rodzice – Nicola i Timothy. W zasadzie na pierwszy plan, jeśli chodzi o postaci, zdecydowanie wysuwa się Nicola Fuller z Afryki Środkowej (jak lubi się przedstawiać), znana też jako Tub. Szkotka z krwi i kości (angielska krew ojca zdecydowanie przegrywa z krwią matki z klanu Macdonaldów z Clanranald) prawie całe swoje życie spędziła w Afryce, którą ukochała. Gdy ją poznajemy, wydaje się być totalnie postrzeloną, śpiewającą szlagiery Franka Sinatry, beztroską kobietą, próbą latania doprowadzającą nauczyciela niemal do zawału i przebierającą kilkuletnią córkę za Nigdy Nie Obiecywałem Ci Różanego Ogrodu na bożonarodzeniowy bal (Halloween się zbliża, może ktoś skorzysta z pomysłu?;) Albo za Pozdrowienia z Rosji). Timothy zaś porzucił rodzinną Anglię i poznawszy na lotnisku w Nairobi Nicolę, która właśnie wracała do Afryki, wbrew rodzinie ożenił się z nią i osiadł na Czarnym Lądzie na stałe. Afryka stała się dla obojga domem, największą, niemal obłąkańczą miłością i jednocześnie piekłem.

Historie obojga relacjonuje Alexandra. Część z nich już znała, części oczywiście sama doświadczyła, a część poznaje podczas odwiedzin u rodziców w Zambii, gdy siedząc pod drzewem zapomnienia, toczy z matką rozmowy. Dostajemy niezwykle barwną, przepełnioną humorem, miłością, zabawą, ale też jednocześnie bólem, cierpieniem, strachem i wojną opowieść o ludziach, którzy tak ukochali afrykańską ziemię, że poświęcili dla niej najdroższe co mieli. Historie o polowaniach, szalonych imprezach, na których trzeba było zamykać na noc drzwi na klucz, żeby nie paść ofiarą chuci gospodarza, mieszają się z krwawą wojną partyzancką w Rodezji. Radość z narodzin kolejnych dzieci przeplata się z największą stratą, jaką mogą ponieść rodzice. Ciągłe przeprowadzki, poszukiwanie miejsca na tej tragicznej ziemi, przenoszenie z jednego domu do kolejnego garnków Le Creuset. Miłość, która wraz z wielkim szczęściem i radością niesie ze sobą ból i stratę. To wszystko znajdziemy w tej opowieści.
Do tego fascynujące tło polityczne, bo przecież niepodległa Rodezja, w której przez jakiś czas (ten najtrudniejszy i dla kraju i dla nich) żyła rodzina Fullerów, przez odrzucenie polecenia oddania  władzy czarnej większości, nie była uznawana przez niemal wszystkie kraje. Odcięty od reszty Afryki i świata kraj, który biali kolonizatorzy uznawali za swój, zaczął się pogrążać w chaosie i mroku wojny. To wszystko widziane oczami białej Nicoli, dla której niepodległość Rodezji była czymś całkowicie zrozumiałym i naturalnym, a walka czarnych o równe prawa, szalonym pomysłem, nabiera nieco innej perspektywy. Dodatkowo, biorąc pod uwagę krwawe dzieje szkockiego klanu Nicoli Fuller, wydaje się, że jej życie od pokoleń naznaczone jest mordem i zemstą. I w zasadzie każde życie takie jest, bo jak w jednym z najbardziej bolesnych i przejmujących momentów tej książki, gdy niemal łykałam łzy, napisała Alexandra: 
Dopóki nie zaczniemy czcić nawzajem swoich grobów, dopóki nie przyznamy się do morderstw i nie wybaczymy sobie nawzajem tego, co zrobiliśmy, nie będzie pokoju, szacunku ani zawieszenia broni (s. 158).

Ale przy tych wszystkich tragediach, chwilach, gdy czytelnik może się zastanawiać, jakimi trzeba być wariatami, żeby trwać przy tej ziemi, która tak mało daje, a tak wiele zabiera, nie jest to książka smutna. Bo mimo łez, śmierci, bólu, mimo tych wszystkich strasznych wydarzeń, które dla Nicoli Fuller zakończyły się mocną depresją, jest w tym wszystkim nadzieja i przede wszystkim jest miłość oraz pamięć. Pamięć, która na pewno wszystkiego nie wyjaśnia, która nie rozwiewa licznych wątpliwości, nie usprawiedliwia, ale pozwala choć w jakimś stopniu zrozumieć.

Dodatkowo Alexandra Fuller ma dar opowiadania. Posługuje się sugestywnym językiem, idealnie buduje napięcie i ma fantastyczne poczucie humoru, które tak bardzo sobie cenię. Dlatego na pewno sięgnę po wspominaną w tej opowieści (najczęściej przez Nicolę) „Okropną książkę” (Dziś wieczorem nie schodzimy na psy, Wydawnictwo Czarne: Wołowiec,  2013) i po Wyjedź, zanim nadejdą deszcze (Wydawnictwo Czarne: Wołowiec, 2016). I wam również to radzę, jeśli tak, jak ja lubicie wciągające i nieoczywiste opowieści.