Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamięć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamięć. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 grudnia 2018

Pamiętajmy to, co trzeba - Ján Púček, "Przez ucho igielne (sploty)"




Z nastaniem listopada drzewo zaszumi, konary strząsną liście i jesień kończy się na dobre. Przynajmniej do tej pory tak bywało: ogród za oknem pogrąży się w smutku, grusza skłoni ramiona, jabłonie się skurczą. Nawet ten piec, który wlecze za sobą zwiędnięty ogon, zmarszczy czoło i zawarczy z niepokojem. A ludzie? Ludzie stracą rumieńce, spochmurnieją, przykurczą się i zaczną szybciej i płycej oddychać. Z dnia na dzień ubędzie słońca, a przybędzie wiatru i deszczy, chłód wpełźnie pod skórę.
Owszem, gdzieś w środku jesieni świat bywa piękny. Wszystkie te kolory (czerwony, żółty i brązowy), wszystkie te zapachy (wilgotna glina, tlen, wonny dym). Wciąż słyszy się o tym, jaką to miłością darzona jest jesień i że właśnie jesienią świat jest najpiękniejszy. Ale jak mam się tym cieszyć, kiedy wiem, że już w przyszłym roku przyjdzie czas na smutek (s. 11).

Nie wiem, jak zacząć ten wpis, nie chcę pisać o tym, jak wiele już dała nam literatura opowieści o losach jednostek na tle wielkiej historii, jak często poprzez ukazanie życia konkretnego człowieka  opisywano dzieje epok, wojen, dramatów całej ludzkości, o tym, jak ważna jest pamięć i czym grozi zapomnienie. Bo brzmi to banalnie i wtórnie. A książka Jána Púčeka Przez ucho igielne (sploty) (Wrocław: Książkowe Klimaty, 2017, tłum. Weronika Gogola), która tej tematyki dotyka, w której właśnie ci konkretni ludzie swoim życiem opowiadają o tragediach XX wieku, a przede wszystkim swoim życiem w konkretnym czasie opowiadają o sobie, nie jest ani banalna, ani wtórna. To piękna, nostalgiczna, łącząca w sobie radość i smutek opowieść, w której historia ustępuje miejsca rodzinie i domowi.
Ján Púček, fot. Erika Liváková


Ján Púček – autor, Ján Púček – narrator wplata losy swoich dziadków w krwawą historię dwudziestowiecznej Europy, a właściwie to odwrotnie – to właśnie tę historię wplata w ich życie, gdyż to Jan i Bożena stanowią sedno opowieści, są jej głównymi bohaterami, to dla nich i dzięki nim książka została napisana. Choć prawdopodobnie, gdyby nie ta wielka historia, losy Jana i Bożeny pozostałyby osobnymi losami. Jan pewnie żyłby szczęśliwie ze swoją rodziną, nie trafiłby na pięć lat do obozów koncentracyjnych za działalność w ruchu oporu, po skończonej wojnie nie zostałby chwilowym bohaterem, ale też nie musiałby układać na nowo roztrzaskanego życia, rozwalonej codzienności. Bożena, młoda, buntująca się dziewczyna, nie trafiłaby na spotkanie z Janem Hollym, człowiekiem, który ryzykował życie, pomagając w przerzucie czeskich lotników, a potem do jego szwalni. Nie narodziłaby się ich wielka miłość, wraz z którą Jan zyskał nowe, kolejne życie, a Bożena zaczęła budować swoje. 

I chociaż tak bardzo przeze mnie spłycona i skrócona historia spotkania się ludzi, którzy w innych okolicznościach mogliby się nie spotkać, może brzmieć romansowo, sentymentalnie, książka Jána Púčeka nie jest absolutnie żadną banalną love story. Nie jest to też opowieść o miłości romantycznej, to po prostu i aż opowieść o życiu – najpierw osobnym, później wspólnym, słodkim i gorzkim, pełnym smutków, ale i szczęścia. To opowieść o początku i końcu.

Przez ucho igielne (sploty) to opowieść rodzinna, o rodzinie, wzajemnym przywiązaniu. To bardzo widać w języku Púčeka – czułym, ciepłym, nostalgicznym. Ta czułość widoczna jest zwłaszcza w końcowych rozdzialikach książki, gdy wiele lat po śmierci Jana wnuczek, w ciemną, pozbawioną elektryczności noc, rozmawia z babcią o dziadku, o ich wspólnym i o jej życiu, które powoli znika wraz z jej pamięcią. To chyba moja ulubiona część całej opowieści, to tu autor pisze najpiękniej o uczuciach, wzruszająco, bez popadania w patetyczne i kiczowate tony, ale tak, że człowieka przeszywa do głębi. 

Pozostaję pod wrażeniem tego, w jaki sposób Ján Púček pisze. Chodzi mi właśnie o tę subtelność i o szacunek – do dziadków, do opowiadanych historii, do samego słowa. Siłę języka słowackiego pisarza widać bardzo dobrze przewrotnie w tym, czego nie pisze, a co słychać najgłośniej. Mam tu na myśli przede wszystkim część poświęconą pobytowi Jana w obozach koncentracyjnych, bardzo ironicznie, bardzo przewrotnie nazwaną Spielplatz – plac zabaw. Tylko że tu zabawa polega na robieniu na drutach swetrów dla niemieckich dzieci, patrzeniu i czekaniu na śmierć. I Púčekowi wystarczyło kilka obrazów, bez brutalizacji języka, by ukazać prawdziwy koszmar tej rzeczywistości. Podobnie jest zresztą też, gdy mowa o Zagładzie – nie potrzeba więcej niż opustoszałe domy po ludziach, którzy nagle musieli je opuścić, pozostawione przez nich, rozgrabiane rzeczy, samotna synagoga. Tak się pisze o końcu świata.

Pisanie o dziadkach i pisanie o historii nie jest dla samego pisania o nich. Ján Púček pisze, żeby utrwalić pamięć, żeby nie zapomnieć. O Janie i Bożenie, o ich wspólnym życiu, ale też o tym, o czym najchętniej wszyscy by zapomnieli, o tym, do czego gotów jest posunąć się człowiek.

Co z naszą pamięcią? Gdzie jest? W dziurawych kieszeniach? Może to naprawdę cud, że na tym świecie pomimo wszystko zostali jeszcze ludzie, że jeszcze wciąż nie zdążyliśmy się wszyscy wyciąć w pień (s. 310).


A zapomnieć nie wolno, choć pamięć bywa i błogosławieństwem i przekleństwem. W rozmowie z Michałem Sowińskim dla „Tygodnika  Powszechnego” (2017, nr 42) autor tak mówił na ten temat:


Historia nie istnieje bez pamięci – to oczywiste. Ale ja rozumiem to trochę inaczej. Pamięć jest czymś bardzo ludzkim, przez to nie zawsze dokładnym. Z kolei historia i historiografia to w zasadzie nauka, więc nie mówi ludzkim językiem. A my właśnie pilnie potrzebujemy nauczyć się rozmawiać o naszej przeszłości, aby móc zrozumieć, co właściwie mamy zapisane w naszym tożsamościowym DNA. Musimy przepracować nasze demony. Niekompletna pamięć jest jednym z powodów tego pełnego nienawiści szaleństwa, które dzisiaj w naszej wspólnej krainie przyjmuje tak niezrozumiałe rozmiary. Jednak pamięć to także źródło cierpienia. Wielu z tych, którzy przeżyli najgorsze traumy, cierpi właśnie z powodu pamięci. Oszalelibyśmy, gdybyśmy musieli pamiętać wszystko, ale absolutna amnezja to niebezpieczne ekstremum (https://www.tygodnikpowszechny.pl/nie-ma-zlotego-srodka-150373?language=pl; dostęp: 4.12.2018).

I dalej:


Demencja starcza, alzheimer i podobne choroby – to właśnie metafora naszej środkowoeuropejskiej świadomości historii. Boję się, że choroba będzie postępowała. A kiedy już zapomnimy o wszystkim, nie będziemy w stanie zadbać nawet o higienę osobistą, jedzenie i inne zwykłe, ale niezbędne rzeczy (tamże).


Przez ucho igielne (sploty) to, co już za pewne widać, książka wielowymiarowa, w której można wciąż znajdywać kolejne ślady, a ja zasygnalizowałam tylko kilka z nich. W całą opowieść wplecione są teksty zupełnie poetyckie, które Michał Sowiński nazwał „instrukcją obsługi rzeczywistości”, a ja za nim pozwalam sobie tę nazwę podać dalej. Fragmenty zatytułowane Jak się robi wino, Jak się robi nić, Jak wyrabia się żwir itd. to dla Jána Púčeka metafory kruchego życia, o którym stanowią niedostrzegalne zazwyczaj drobiazgi. Autor chce, żeby spojrzeć na nie z innej strony, zmienić perspektywę, żeby w ogryzku jabłka dostrzec ogromne drzewo (tamże). 

Powieść Púčeka pełna jest tytułowych splotów. Splotów mikro i makro, w wielu wymiarach. Są to sploty bardzo jednostkowe, jak spotkanie Jana i Bożeny, sploty konkretnych ludzi z wielką historią, uwikłanie w nią, są wreszcie sploty tejże historii z pamięcią. A my sobie możemy na te wszystkie sploty popatrzeć jedynie przez to ucho igielne, widzieć fragmenty i próbować je łączyć.

Przez ucho igielne (sploty) powinnam przeczytać już dawno i już dawno powinnam o niej napisać. Powody, dla których tego nie zrobiłam, zachowam dla siebie. Ale wspominam o tym, gdyż jestem przekonana, że dobrze jest też teraz o niej przypomnieć. A może, patrząc na to co się dzieje dookoła, nawet jeszcze bardziej teraz niż półtora roku temu warto ją czytać, coraz bardziej bowiem zapominamy i coraz bardziej należy przypominać i pamiętać, bo:


– Ten świat jest strasznie zły – dokończyła babcia, a ja w tej chwili nie jestem w stanie myśleć o zburzonej synagodze i pociągach towarowych, i o wszystkich tych ogolonych na łyso, którzy dzisiaj maszerują ulicami i rzucają kamieniami. Czasami myślę, co by powiedział dziadzio, gdyby dożył tych czasów, gdyby ich widział. Jad cisnąłby mu się na usta (s. 310).


Bardzo dziękuję pani Magdalenie Petrynie i wydawnictwu Książkowe Klimaty za egzemplarz książki.



Wiatr ucichł. Wygładzone niebo mieszało świeże niebieskie kolory; nowy dzień, nowe stroje, wróble na czereśni. Wschodzące słońce prześwietliło młodą trawę. Świat się żarzył. Przyszła wiosna. Wiosna, ach to ty! Wiosanna (s. 332).

sobota, 8 października 2016

Szkocka krew, afrykańska dusza - Alexandra Fuller, "Rozmowy pod drzewem zapomnienia"




Zanim okładka książki Rozmowy pod drzewem zapomnienia (Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2014) przykuła moją uwagę na bibliotecznej półce, nie miałam pojęcia kim jest Alexandra Fuller. No może nie była mi obca całkowicie, bo przeglądając katalog wydawnictwa (a robię to nagminnie), przyglądałam się też serii „Z domem”. A jednak to osobiste spotkanie zdecydowało o tym, że praktycznie w ciemno, szybko rzuciwszy okiem na opis na okładce, stwierdziłam, że biorę. I wzięłam. Nie wiem, czy to jakiegoś rodzaju intuicja, czy fakt, że ciężko znaleźć złą książkę wydaną przez Czarne, w każdym razie w moje ręce trafiła naprawdę świetna i wartościowa pozycja.

Rozmowy pod drzewem zapomnienia  to przede wszystkim historia rodziny Fuller, choć głównymi bohaterami niewątpliwie są jej niesamowici rodzice – Nicola i Timothy. W zasadzie na pierwszy plan, jeśli chodzi o postaci, zdecydowanie wysuwa się Nicola Fuller z Afryki Środkowej (jak lubi się przedstawiać), znana też jako Tub. Szkotka z krwi i kości (angielska krew ojca zdecydowanie przegrywa z krwią matki z klanu Macdonaldów z Clanranald) prawie całe swoje życie spędziła w Afryce, którą ukochała. Gdy ją poznajemy, wydaje się być totalnie postrzeloną, śpiewającą szlagiery Franka Sinatry, beztroską kobietą, próbą latania doprowadzającą nauczyciela niemal do zawału i przebierającą kilkuletnią córkę za Nigdy Nie Obiecywałem Ci Różanego Ogrodu na bożonarodzeniowy bal (Halloween się zbliża, może ktoś skorzysta z pomysłu?;) Albo za Pozdrowienia z Rosji). Timothy zaś porzucił rodzinną Anglię i poznawszy na lotnisku w Nairobi Nicolę, która właśnie wracała do Afryki, wbrew rodzinie ożenił się z nią i osiadł na Czarnym Lądzie na stałe. Afryka stała się dla obojga domem, największą, niemal obłąkańczą miłością i jednocześnie piekłem.

Historie obojga relacjonuje Alexandra. Część z nich już znała, części oczywiście sama doświadczyła, a część poznaje podczas odwiedzin u rodziców w Zambii, gdy siedząc pod drzewem zapomnienia, toczy z matką rozmowy. Dostajemy niezwykle barwną, przepełnioną humorem, miłością, zabawą, ale też jednocześnie bólem, cierpieniem, strachem i wojną opowieść o ludziach, którzy tak ukochali afrykańską ziemię, że poświęcili dla niej najdroższe co mieli. Historie o polowaniach, szalonych imprezach, na których trzeba było zamykać na noc drzwi na klucz, żeby nie paść ofiarą chuci gospodarza, mieszają się z krwawą wojną partyzancką w Rodezji. Radość z narodzin kolejnych dzieci przeplata się z największą stratą, jaką mogą ponieść rodzice. Ciągłe przeprowadzki, poszukiwanie miejsca na tej tragicznej ziemi, przenoszenie z jednego domu do kolejnego garnków Le Creuset. Miłość, która wraz z wielkim szczęściem i radością niesie ze sobą ból i stratę. To wszystko znajdziemy w tej opowieści.
Do tego fascynujące tło polityczne, bo przecież niepodległa Rodezja, w której przez jakiś czas (ten najtrudniejszy i dla kraju i dla nich) żyła rodzina Fullerów, przez odrzucenie polecenia oddania  władzy czarnej większości, nie była uznawana przez niemal wszystkie kraje. Odcięty od reszty Afryki i świata kraj, który biali kolonizatorzy uznawali za swój, zaczął się pogrążać w chaosie i mroku wojny. To wszystko widziane oczami białej Nicoli, dla której niepodległość Rodezji była czymś całkowicie zrozumiałym i naturalnym, a walka czarnych o równe prawa, szalonym pomysłem, nabiera nieco innej perspektywy. Dodatkowo, biorąc pod uwagę krwawe dzieje szkockiego klanu Nicoli Fuller, wydaje się, że jej życie od pokoleń naznaczone jest mordem i zemstą. I w zasadzie każde życie takie jest, bo jak w jednym z najbardziej bolesnych i przejmujących momentów tej książki, gdy niemal łykałam łzy, napisała Alexandra: 
Dopóki nie zaczniemy czcić nawzajem swoich grobów, dopóki nie przyznamy się do morderstw i nie wybaczymy sobie nawzajem tego, co zrobiliśmy, nie będzie pokoju, szacunku ani zawieszenia broni (s. 158).

Ale przy tych wszystkich tragediach, chwilach, gdy czytelnik może się zastanawiać, jakimi trzeba być wariatami, żeby trwać przy tej ziemi, która tak mało daje, a tak wiele zabiera, nie jest to książka smutna. Bo mimo łez, śmierci, bólu, mimo tych wszystkich strasznych wydarzeń, które dla Nicoli Fuller zakończyły się mocną depresją, jest w tym wszystkim nadzieja i przede wszystkim jest miłość oraz pamięć. Pamięć, która na pewno wszystkiego nie wyjaśnia, która nie rozwiewa licznych wątpliwości, nie usprawiedliwia, ale pozwala choć w jakimś stopniu zrozumieć.

Dodatkowo Alexandra Fuller ma dar opowiadania. Posługuje się sugestywnym językiem, idealnie buduje napięcie i ma fantastyczne poczucie humoru, które tak bardzo sobie cenię. Dlatego na pewno sięgnę po wspominaną w tej opowieści (najczęściej przez Nicolę) „Okropną książkę” (Dziś wieczorem nie schodzimy na psy, Wydawnictwo Czarne: Wołowiec,  2013) i po Wyjedź, zanim nadejdą deszcze (Wydawnictwo Czarne: Wołowiec, 2016). I wam również to radzę, jeśli tak, jak ja lubicie wciągające i nieoczywiste opowieści.


wtorek, 5 sierpnia 2014

Subtelność i siła pamięci - Morze Johna Banville'a



Pamięć o przeszłości, wspomnienia to chyba jedne z największych skarbów ludzkiego umysłu. To także niesamowicie inspirujący temat dla wszelkiego rodzaju artystów, w tym oczywiście dla pisarzy. Po ten temat sięgnął także obecny już u mnie na blogu John Banville w nagrodzonej Bookerem (2005) książce Morze (Znak, Kraków 2007). 

http://anchaesmicasa.files.wordpress.com/2011/03/john-banville.jpg
Głównym bohaterem powieści, a zarazem narratorem jest Max Morden. Historyk sztuki, powoli zmierzający się ze starością i próbujący pogodzić się albo chociaż przyswoić sobie śmierć żony, wyjeżdża do nadmorskiego pensjonatu w Ballyless. Przywiodła go tu chęć ucieczki z domu, który cały czas przypomina mu o stracie towarzyszki życia, próba oderwania się od codzienności. Nie jest to dla niego obce miejsce. To właśnie tu w dzieciństwie spędził wakacje, które wpłynęły na jego dalsze losy. Wracając do znanego miejsca, nie sposób uciec od wspomnień. Nie udaje się to również Mordenowi, który ucieka pamięcią do tych dni przed wielu laty, kiedy poznał bogów – rodzinę Grace’ów. Piszę o bogach, bo dla bohatera tamte wakacje to kraina mityczna, a taka musi swoich bogów posiadać. Kimże więc byli ci ludzie, którzy znaczyli dla młodego bohatera tak wiele, że stali dla niego wyżej niż zwykli śmiertelnicy? Zwykła, niezwykła rodzina – ojciec, matka, dwójka rodzeństwa i ich młoda opiekunka. Pan Grace to dla Mordena rubaszny, lubieżny satyr. Pani Grace – bogini, pierwsza erotyczna fascynacja młodego chłopaka. Jego uczucie przeszło później (zresztą odwzajemnione) na córkę – Chloe, młode, dziewczę z paskudnym charakterkiem, dla którego Max był wstanie zdecydować się na najpaskudniejsze zachowania. Byłaby idealną, chłodną boginią. Niemówiący Myles nieustannie towarzyszący ukochanej siostrze i pozwalający się jej gnębić był jak śmieszny, łobuzerski, psotliwy bożek. Na ich tle zdecydowanie wyróżniała się Rose, opiekunka rodzeństwa, subtelna, nieśmiała dziewczyna skrywająca w sercu tajemnicę, która w pewien sposób za sprawą Mordena doprowadzi do tragicznych wydarzeń. Trzeba napisać choć trochę o tych ludziach, gdyż to właśnie oni zadecydowali, choć nie bezpośrednio, o dalszym losie bohatera, o jego wyborach, decyzjach, zachowaniu. Wpłynęli na niego tak mocno, że nie sposób od nich uciec.

To mityczne lato, do którego wraca Max Morden, to jedna płaszczyzna powieści. Kolejna, również we wspomnieniach, och, od nich nie da się uciec, to wiadomość o chorobie żony i ich wspólne czekanie na jej śmierć. To już nie pełne subtelnych emocji wakacje nad morzem, to szara, bolesna codzienność, w której nie ma już nadziei, w której trzeba być silnym, aby wspierać odchodzącą ukochaną. To próba ucieczki przed nieuniknionym, dlatego pojawiają się wcześniejszy wspomnienia – poznanie żony, jej oświadczyny, ślub i wspólne życie. Nie tak idealne, jak zakochujący się ludzie pragną wieść, ale prawdziwe, pełne różnych uczuć i co najważniejsze – wspólne. Śmierć żony całkowicie zburzyła życie Mordena. Do tego stopnia, że jedynym wyjściem wydawała mu się ucieczka. Ucieczka z domu, ucieczka od córki, z którą nie umiał się dogadać, ucieczka w alkohol i wreszcie, a może przede wszystkim, ucieczka w otchłań pamięci. 

Oczywiście, bo taka jest natura pamięci, że jedne wspomnienia prowadzą do kolejnych i nie jesteśmy w stanie kroczyć wytyczoną ścieżką, ale cały czas zbaczamy, te płaszczyzny mieszają się ze sobą. Ich przemieszanie, połączenie to sposób na ukazanie bohatera. Przeszłość go zbudowała, bez jej poznania nie możemy poznać, kim jest ten zgorzkniały samotnik. Jego podróż w obszary pamięci to odkrywanie jego życia. I wydaje się, że Morden odkrywa je razem z czytelnikiem. Okruchy wspomnień, pomieszane i poskładane dopiero teraz tworzą obraz jego życia.
Powieść Baville’a to powieść niesamowicie subtelna. I w warstwie tematycznej, bo powroty do przeszłości i poszukiwanie utraconych chwil zawsze są dla mnie bardzo subtelne i delikatne, ulotne. I w warstwie językowej. Autorowi absolutnie nie można odmówić tego, że pisze pięknie. Pisze pięknie do tego stopnia, że gdy w końcu padły słowa wulgarne, to szczerze poczułam obrzydzenie i odczułam je jak wymierzony policzek, a przecież nie były to słowa mi obce. W tym tkwi siła wulgaryzmu jako środka stylistycznego. Wystarczy raz, w odpowiedniej chwili, a nie da się go zignorować.
John Banville kolejny raz dał mi powód do rozmyślań i refleksji, a także kolejny raz dał mi fizyczną przyjemność z czytania. Chcę więcej, sięgnę po więcej i was też do tego zachęcam.