Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 września 2017

O ojcu - Raimond Gaita, "Mój ojciec Romulus"

„Amerykańska”, „Reportaż”, „Biografie” czy „Sulina” to świetne, znane większości czytelników serie Wydawnictwa Czarnego. Zresztą jedne z wielu, bo w każdej swojej serii wydawnictwo publikuje dobre i bardzo dobre tytułu. Jednak w tych najpopularniejszych nikną gdzieś serie mniej znane i promowane, a wielka szkoda, bo można w nich znaleźć prawdziwe perełki. Jedną z takich serii jest seria „Z domem”, z której książki powoli zaczynam czytać ciemno. Zaczęło się od fenomenalnej Alexandry Fuller, a całkiem niedawno miałam wielką przyjemność przeczytać opowieść Raimonda Gaity Mój ojciec Romulus (2013) i sama się sobie dziwię, że właściwie do czasu, gdy znalazłam ją na półce bibliotecznej, nic o tej książce nie słyszałam. A powinnam, bo jest to historia co najmniej wyśmienita.



To pozornie opowieść jakich wiele. Młody Rumun Romulus Gaita wraz z niemiecką żoną Christine i kilkuletnim synem Raimondem w poszukiwaniu szczęścia i normalności przenosi się po wojnie do Australii. Tam próbuje stworzyć swojej rodzinie dom i odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Czyli kolejna książka o szukaniu swojego miejsca w świecie, pokonywaniu przeciwności losu i odnalezieniu szczęścia? Co to, to nie. Co prawda wszystkie te elementy się tu pojawiają (choć z tym szczęściem to wcale nie łatwo, kolorowo i na zawsze – czyli jak w życiu, i dobrze), ale tej opowieści daleko od nierzadko towarzyszącemu takim historiom banału i oczywistości. Tym bardziej że w rodzinie Gaitów mało jest oczywistości i normalności, a mnóstwo szaleństwa, z którym trzeba żyć i sobie radzić. Do tego miłość, nienawiść, zdrada, wielka przyjaźń, tragizm, komizm – całe spektrum uczuć i emocji, które napędzają życie.

Narratorem opowieści jest Raimond Gaita, syn, który swoją książką składa ojcu jeden z najpiękniejszych hołdów, z jakimi miałam do czynienia. Ponieważ życie ich rodziny tak się poukładało, a raczej porozpadało, że wychowaniem chłopca zajmował się głównie Romulus i jego przyjaciel, nie może dziwić fakt, że to właśnie ojciec stał się trzonem domu Gaitów. Człowiek niespotykanej dobroci, uczciwości i mądrości, człowiek wielkiego charakteru i niezłomności zasad. Brzmi jak ideał? Cóż, Romulus Gaita z pewnością ideałem nie był, takich nie ma, ale swoją postawą, podejściem do drugiego człowieka, wielką w niego wiarą zasłużył sobie na te, często rzucane zbyt łatwo i przez to tracące na sile, określenia. Musiał znaleźć sobie miejsce w nowym świecie, do którego wcale nie chciał trafić, tworzyć rodzinę z osobą, która tworzyć rodziny nie potrafiła i szybko z niej zrezygnowała. Gdy nawiązywał przyjaźnie, były to przyjaźnie na zawsze, nawet w najtragiczniejszych sytuacjach. Wierzył w ludzi i ludziom, pomagał im, jak mógł, przez co często padał ofiarą oszustwa, był wykorzystywany i choć do końca nie mógł pojąć, dlaczego ludzie nie zachowują się przyzwoicie, nie zmienił swoich zasad. Zapłacił za to wysoką cenę, musiał zmierzyć się z szaleństwem, ale większość powinna przyjrzeć się życiu, jakie wiódł, i ze wstydem spojrzeć na swoje. Mnie zawstydzał wielokrotnie. Niczym nie brzydził się tak bardzo, jak kłamstwem.

Interesujące jest również spojrzenie samego Raimonda na dorastanie w tej niezwykłej, obarczonej ciężkim brzemieniem rodzinie. Jako dziecko i nastolatek  nie zawsze rozumiał ojca, momentami się go bał, musiał odnaleźć swoje miejsce między mieszkaniem z ojcem a pobytami u matki i jej partnera, zmierzyć się ze śmiercią, cierpieniem i szaleństwem. Ale jego młodzieńcze życie nie pozbawione było zabawy i przygody. Nie brakowało mu tego, co dla nas jest tak naturalne, że tego nie doceniamy, a wtedy było czymś trudno dostępnym, czyli choćby możliwości zajadania się owocami, dowożonymi przez ojca przez wiele mil. Poznał też czym jest wielka przyjaźń, ale też czym jest strach i jak sobie z nim radzić. Czyli w „nie do końca” normalnych warunkach” doświadczał normalnego dzieciństwa. 

Bohaterem książki jest wreszcie Australia lat pięćdziesiątych i kolejnych XX wieku i jej społeczeństwo. Jak można się spodziewać, nie jest to kolorowy obrazek, nie brak tu uprzedzeń, nietolerancji, wykorzystywania obcego. Ale nie brak również uporu i woli do przetrwania.

Mój ojciec Romulus jest książką piękną (nie boję się tego słowa), bo odwołuje się do najsilniejszych ludzkich emocji, nie banalizując ich. Gaita, ukazując postać swojego ojca, a postaci tej w żaden sposób nie wybiela, przypomina, czym jest życie według zasad, godność i człowieczeństwo. To lekcja życia bez odstraszającego moralizowania i pouczania. Życie Romulusa Gaity nie było łatwe, lekkie i przyjemne, ale było mądre i uczciwe. Dlatego ta książka jest tak ważna i dlatego należy po nią sięgać. I życzyć sobie jak najwięcej takich książek. 

A przed chwilą znalazłam też informację, że na podstawie książki powstał film Mój ojciec i ja (Romulus, my father), 2007, i jeśli choć trochę, oddaje wartość i siłę opowieści, to koniecznie muszę go zobaczyć.

niedziela, 20 marca 2016

Juliana Barnesa sposób na biografię - "Papuga Flauberta"



Biografie wielkich pisarzy to bardzo często opasłe tomy pełne bardziej lub mniej rzetelnych (w zależności od źródeł, uczciwości autora, ale też od podejścia do tematu), nierzadko szczegółowych informacji. Czyta się je z zachwytem i zapałem bądź też omija co nudniejsze fragmenty, wyszukując co ciekawszych smaczków – wszystko zależy i od autora, i od czytelnika. Bo biografia, zwłaszcza człowieka wybitnego, zasłużonego dla świata, kultury itd., o bogatym życiu osobistym, przecież powinna być grubą księgą odsłaniającą wszelkie, najlepiej te najbardziej pikantne tajemnice. Dlatego Papuga Flauberta Juliana Barnesa (Warszawa: Czytelnik, 1992) jest biografią wyjątkową. Przede wszystkim, choć dotyczy niewątpliwie zasłużonej dla literatury postaci (mowa przecież o jednym z najważniejszych pisarzy!), której życie bogate było w różnego rodzaju doświadczenia, nie jest ona opasłym tomem. Wręcz przeciwnie – moje wydanie z zasłużonej serii „Nike” ma 292 strony. Biorąc pod uwagę format, jest to kruszynka. Nie jest też dokładnym opisem życia pisarza od narodzin do śmierci. I w zasadzie nazywanie tej książki biografią, jest jednak pewnym nadużyciem. Mamy wszak do czynienia z dziełem wielogatunkowym – powieść, esej, słownik, wątki biograficzne i autobiograficzne, jeśli weźmiemy pod uwagę postać narratora. Prawdziwa mieszanka. Ale z pewnością czyta się ją z zachwytem i zapałem i chce się odkryć jej wszystkie tajemnice, które nie dotyczą jedynie Gustawa Flauberta.

Z biografią Flauberta mamy tu do czynienia w tym sensie, że narrator powieści doktor Geoffrey Braithwaite, wielki miłośnik pisarza, takąż właśnie próbuje napisać. W tym celu skrupulatnie zbiera materiały, jeździ do Francji, szuka źródeł, do których nikt jeszcze nie dotarł. Na kłopoty natyka się, gdy w dwóch różnych muzeach w Rouen pokazują mu wypchaną papugę, która stała na biurku Flauberta, gdy ten pisał Prostotę serca. Oczywiście każde muzeum zaświadcza o jej autentyczności. Braithwaite postanawia więc przekonać się, jak to z tą papugą Flauberta jest, szuka, szpera, docieka, jednak im wydaje się być bliżej prawdy, tym bardziej się ona od niego oddala. Poszukiwanie prawdziwego ptaka jest owszem interesujące, ale najbardziej fascynujące w książce jest to, jak Barnes przybliża (próbuje przybliżyć) nam postać autora Szkoły uczuć. Ucieka się do tak różnych metod i sposobów, że na każdy kolejny czekałam z prawdziwym napięciem. Bo co my tu mamy? Mamy świetne bestiarium Faluberta, w którym francuski pisarz i bliskie mu osoby przedstawione są jako zwierzęta i papuga też tu się znajdzie. Mamy dwie wersje chronologii wydarzeń z jego życia – jedna bardziej, druga mnie optymistyczna. Są tak niesamowite rozdziały jak „Przewodnik do Flauberta dla kolekcjonerów lokomotyw” i „Arkusz egzaminacyjny”. Jest wreszcie rozprawa sądowa, gdzie narrator podejmuje się obrony Gustawa Flauberta, któremu można było zarzucić nie jedno. Gdy Braithwaite decyduje się na opis związku pisarza z poetą Luizą Colet, nie jest to jedynie Flaubertowska wersja wydarzeń, łagodnie mówiąc niekoniecznie korzystna dla kobiety. W tym miejscu Barnes pokusił się o oddanie głosu Colet, przedstawienie burzliwego romansu z jej punktu widzenia. Dostajemy też pikantniejsze elementy z życia pisarza – prostytutki, syfilis i kairskich chłopców, ale tak naprawdę nie są one tak ciekawe, jak mogłyby się wydawać. Interesujący jest jednie sposób, w jaki w wersji Colet ona sama została zestawiona z Kuchuk Hanem – „kurwą znad Nilu”. 

Losy chyba najbardziej znanej Falubertowskiej bohaterki Emmy Bovary, jej zdrady i samobójstwo, stają się pretekstem dla Geoffreya Braithwaite’a do bardziej osobistych rozważań. Rozmyślając nad motywami postępowania powieściowej bohaterki, tak naprawdę próbuje odkryć prawdę o własnej żonie, która również zdradzała i odebrała sobie życie. Zastanawia się nad charakterem cudzołóstwa i samobójczej śmierci. I jak gorzka mantra powtarza się tu najbardziej gorzkie twierdzenie książki: „Kochałem ją; byliśmy szczęśliwi; brak mi jej. Nie kochała mnie; byliśmy nieszczęśliwi; brak mi jej”.

Papuga Flauberta, choć niewielka objętościowo, stanowi prawdziwe bogactwo – bogactwo treści, bogactwo gatunków. Szczerze podziwiam Barnesa za napisanie, czegoś tak imponującego. Trzeba mieć ogromny talent, żeby nie przechwalając się, umieć się pochwalić wiedzą, umiejętnościami, idealną dawką poczucia humoru i ironii – krytycy literaccy miejcie na uwadze kolor oczu Emmy Bovary… A poczucia humoru Barnesowi na pewno nie brakuje, nie sądziłam, że akurat przy tej lekturze będę śmiać się w głos. A jednak. A na zakończenie pozwolę sobie zacytować hasło z wzorowanego na Flaubertowskim „Słownika Braithwaite’a obiegowych wyobrażeń”:



Dziwki – Niezbędne w dziewiętnastym wieku dla zarażenia się syfilisem, bez którego nikt nie mógł rościć sobie pretensji do miana geniusza. Wśród posiadaczy szkarłatnej wstęgi za odwagę znaleźli się Flaubert, Daudet, Maupassant, Jules de Goncourt, Baudelaire i In. Czy jakiegoś pisarza to ominęło? Jeśli tak, był prawdopodobnie homoseksualistą (s. 235).

środa, 6 maja 2015

Szelburg nieodnaleziona


O Ewie (a właściwie Irenie Ewie) Szelburg-Zarembinie nie wiedziałam w zasadzie nic. Osobliwy zbiór szkiców Anny Marchewki Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg (Kraków: Dodo Editor, 2014) miał wypełnić tę lukę, ale czy mu się to udało? Niestety, muszę przyznać, że jedynie pobieżnie.

A przecież to, czego się dowiedziałam z lektury, daje wspaniałe pole do popisu. Te okruszki, które otrzymujemy, pokazują, że życie Ireny Szelburg to materiał na pasjonującą biografię. Dzięki rodzicom, którzy wbrew temu, czego oczekiwano po ich klasie społecznej, pomogli córce w zdobyciu wykształcenia, dziewczyna zyskała szansę na zupełnie inne, bogatsze życie. Studia, nieco skomplikowane życie osobiste, wojenne i powojenne losy, wreszcie ciężka starość i śmierć – to wszystko dawało szansę na zdecydowanie głębsze sportretowanie bohaterki. Ślady, które zostawia czytelnikowi Anna Marchewka, nie dość, że nie zaspokajają ciekawości, to szczerze mówiąc nie do końca ją pobudzają.

A czego się dowiedziałam? Głównie tego, że Ewa Szelburg-Zarembina próbowała usunąć ze swojego życia ślady po pierwszym małżeństwie z Jerzym Ostrowskim. Ale dlaczego? Co ją tak w pierwszym mężu uwierało? A może uwierała ją jej zdrada i odejście do Józefa Zaremby? Nie wiem i nie dostaję żadnych szans nawet na próbę poznania prawdy. Wiem za to, na jakie zajęcia i przez kogo prowadzone zapisała się, będąc studentką w Krakowie. I co mi to daje? Przy tak okrojonej biografii – niewiele. W innym wypadku, czytałabym pewnie zaciekawiona, ale dostając takie nieuporządkowane skrawki, czułam w zasadzie tylko irytację. Kilka listów osób, które wspominają Szelburg, czy też wyimki z dziennika Jarosława Iwaszkiewicza w jakiś sposób jej dotyczące nie w noszą do książki w zasadzie nic. 

http://www.naleczow.pl/spdrzewce/o-szkole/historia-szkoly/
Nie jest tak, że cała książka jest słaba. Rozdział „Ciemność między nami” dowodzi, że Anna Marchewka umie z tego, co odnalazła, stworzyć rzecz dobrą, dlatego wielka szkoda, że się na to nie zdecydowała. Kontakty Szelburg z Zofią Nałkowską, obserwacja procesu białoruskich chłopów i wynikający z tego reportaż „Myjcie owoce” – czytałam naprawdę zaciekawiona, bo miałam szansę zobaczyć w bohaterce osobę nie tylko wrażliwą na społeczną niesprawiedliwość, ale przede wszystkim pisarkę, która nie kojarzy się li tylko z twórczością dla dzieci. 

Mając tak ciekawą bohaterkę, Anna Marchewka próbowała, świadomie bądź nie, konkurować z nią na kratach swoich szkiców. I znów, w przypadku obszernej biografii odniesienia do własnej osoby na pewno by nie raziły, a nawet mogłyby zaciekawić, ale tutaj nudziły i denerwowały. Bo naprawdę nie obchodzi mnie piasek przesypujący się przez paski sandałów autorki, zwłaszcza wtedy, kiedy czekam na informacje o osobie, której książka powinna dotyczyć. Przypadkowe spotkanie z dawno niewidzianym kolegą – kolejna zbędna wstawka, której celu nie jestem w stanie się dopatrzyć. Mam za złe autorce jeszcze jedno. Tak często wspomina o fotografiach, a nie umieszcza ani jednej. Kwestia praw? Finansów? Nie wiem, ale książka sama się o nie usilnie prosi. 

Cały czas zastanawiam się, jaki cel przyświecał napisaniu tej książki. Jeśli autorce chodziło o przywrócenie Ewy Szelburg-Zarembiny do życia, to poniekąd się jej to udało. Być może (i mam taką szczerą nadzieję) te nieposkładane elementy staną się inspiracją do napisania biografii, na którą bohaterka niewątpliwie zasługuje. Na pewno plusem są też zamieszczone fragmenty utworów pisarki. Ale jeśli jedynym śladem po Irenie Szelburg ma być książka Anny Marchewki, która dość często robiła na mnie wrażenie okrojonego tekstu naukowego pozbawionego przypisów i solidnej informacji źródłowej, to jest to zdecydowanie za mało. A jeśli chodziło o to, żeby czytelnik sam, z tego co dostał, spróbował stworzyć portret bohaterki (ale to już moja daleko idąca interpretacja), to ja się poddaję, nie jestem w stanie. Ale może warto próbować…

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Dodo Editor.

sobota, 24 stycznia 2015

Narkotyczna opowieść Karla Ove Knausgårda

Przeczytałam dziś Moją walkę. Powieść 1 Karla Ove Knausgårda (Wydawnictwo Literackie: Kraków, 2014) i nie mogę się od niej uwolnić. Tkwi we mnie głęboko, tkwi we mnie jak zadra. Czuję ją pod skórą, nie mogę jej wydostać, dotyk sprawia ból, a jednocześnie tę dziwną przyjemność nieodłącznie z bólem związaną. I czy chcę ją usunąć? Czy czekać aż tak jak kawałek drewienka wejdzie do
krwioobiegu i tą drogą trafi do serca? Chyba za późno, chyba w sercu już jest.

Książka, która cały czas przy mnie leży, od której nie mogę oderwać wzroku, to pierwszy tom autobiograficznego cyklu Karla Ove Knausgårda. Dotyczy przede wszystkim dwóch rzeczy: powrotu do lat dzieciństwa i młodości, oraz śmierci ojca pisarza. Cóż, dorastanie Karla Ovego, jego życie rodzinne, szkolne, przyjaźnie, miłości nie są niczym nowym. To, co jego spotkało, przeżywało i przeżywa naprawdę wiele osób, nie jest wyjątkowy przez swoje doświadczenia. Ale to sposób przedstawienia tego utraconego świata, bo przeszłości przecież nie da się odzyskać, czyni go wyjątkowym. 

Knausgård wychowywał się w domu, nad którym dominował on – ojciec. Ojciec, który zawsze o wszystkim wiedział, był wszędzie, w tajemniczy sposób przenikał myśli syna, naprawdę nie wiele dało się przed nim ukryć. Poniżał, upokarzał, należało się dostosować do jego nakazów, ukrywać swoje myśli i pragnienia (o ile było to możliwe). A pewnego dnia, nagle, postanowił całkowicie zmienić swoje życie. Odszedł od żony, zaczął pić. Dom to też matka, z którą można było się dzielić uczuciami, rozmawiać o wszystkim, razem z nią analizować innych ludzi. To ona robiła najlepsze kolacje, przy których nie trzeba było siedzieć cicho i się z nimi spieszyć. Nie była jednak na tyle obecna, by nie myśleć o ojcu. I wreszcie starszy brat, Yngwe. W dzieciństwie towarzysz codziennych zabaw i przygód, a także niedoli życia z takim ojcem, jakiego się miało. Później, jak to zazwyczaj starszy brat, wzór do naśladowania, którego akceptacji się pragnęło, którego opinia znaczyła najwięcej na świecie, z którym chciało się być niemal cały czas. 

Młodość to oczywiście także przyjaciele, dziewczyny, marzenia o lepszym życiu i bunt. Karl Ove był buntownikiem, a temu buntowi oprócz gniewnych myśli towarzyszył też oczywiście alkohol. Knausgård przyznaje, że picie to była wolność, ucieczka od codzienności. Chwila, gdy zaczynało szumieć w głowie, była początkiem czegoś dobrego. Nie szokuje mnie to, nie sprawia też, że myślę o nim źle. Jak mogłoby tak być, skoro nie jest mi to całkiem obce. Może nie chciałam uciekać, może nie chodziło o to, żeby się upijać, ale wolność to była na pewno. Młodość i alkohol, młodość i marzenia, młodość i bunt. Przecież to dotyczy tak wielu ludzi, którzy w późniejszych latach starają się o tym nie pamiętać. 

Karl Ove to ja? Nie, nie mogę tak napisać, tak wiele różni nas mniej i bardziej oczywistych rzeczy, nie porównuję naszych żyć, bo tego nie da się zrobić. Ale jest też tyle wspólnych elementów, które sprawiły, że nie tyle tę książkę czytałam, co ją przeżywałam całą sobą. Gdy autor wspomina swoje pierwsze prawdziwe zakochanie, to uczucia, o których pisze, są dokładnie moimi uczuciami z tego samego etapu w moim życiu. Pragnął tego, czego ja pragnęłam, czuł tak, jak ja czułam. Nawet nie wiem ile razy czytałam o pierwszych miłościach, ale dopiero ta relacja z nieszczęśliwego, niemożliwego do spełnienia zakochania, przywróciła moje wspomnienia i emocje, do tego zresztą stopnia, że wróciły zapachy, dźwięki i to walące jak szalone serce, gdy mogłam go zobaczyć…

Sposób, w jaki Knausgård wraca do przeszłości, jest mi bliski. Gdy sprząta zapuszczony dom, w którym zmarł jego ojciec, i przygląda się butelkom detergentów, wraca myślami do marek, których już nie ma, a które stanowiły element jego dzieciństwa. Miewam podobnie, gdy nagle jakaś nazwa proszku do prania, myśl o wafelku przywiezionym z Finlandii czy wygląd kubeczka po jogurcie przypomina mi o latach, które już minęły, których smaków nigdy nie odzyskam. Przy okazji sprzątania domu, Knausgård jest tu w opisie niezwykle drobiazgowy. Możemy zobaczyć, jak bierze wiadro, napełnia je wrzącą wodą, dodaje detergent, zanurza ścierkę, a potem kawałek po kawałku szoruje zafajdane płytki w łazience. A, że w pijackim domu było wiele do sprzątania, tak szczegółowych opisów jest tu bardzo dużo. Uwielbiam je. Naprawdę. Ta pieczołowitość, z jaką autor opisuje każdy ruch, działanie, przedmiot sprawiały mi ogromną przyjemność. Chłonęłam je tak, jakbym była w środku kryminalnej zagadki. Może jestem szalona, ale i tak uzewnętrzniam się bardzo w tym wpisie, a to było przeżycie nie tylko literackie. 

Spora część książki dotyczy młodości pisarza i walki ze wspomnieniami, druga natomiast to walka z życiem codziennym. Dorosłość jest przerażająca. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, gdy jako nastolatki marzymy o tym odległym, jak się wydaje etapie naszego życia. A przecież trzeba pogodzić tyle rzeczy, tyle ról odgrywać. Karl Ove jest pisarzem, ale jest też mężem i ojcem. Każdy z tych elementów wymaga od niego czegoś innego, każdy ma na niego inny wpływ. Jak każdemu się poświęcić? W jego rozważaniach nie ma empatii, choć pisze o uczuciach. Jest brutalny, a ta brutalność i odcięcie się sprawiają, że ja mu wierzę, choć też się tego boję, że takie jest życie.

Książka otoczona jest ramą, a tą ramą jest śmierć. Opis umierających, przestających pracować narządów, martwego ciała rozpoczynający powieść, to jeden z najbardziej przeszywających opisów śmierci, z jakimi miałam do czynienia. Tak, jakbym została walnięta obuchem w łeb.  Niech się schowają krwawe sceny rodem z filmów gore, niech znikną pełne patosu opisy towarzyszące odchodzeniu wielkich postaci. TO jest śmierć! Inaczej nie będzie  i dlatego jest to takie straszne. Zamykająca część książki też dotyczy śmierci. Ten, o którego śmierci się marzyło, wreszcie odszedł. Nie ma go, nie będzie. Ale śmierć ojca dla Karla Ove, a także dl Yngwego, była tak niezwykłym wydarzeniem, że aż trudno było im w nią uwierzyć. Jak silny musi być lęk przed ojcem, żeby się bać tego, że może jednak żyje? Że zaraz wejdzie do pokoju? A jednak Karl Ove niemal cały czas posługuje się tu słowem „tata”. Nie ojciec, tylko właśnie tata. Tata nie żyje, tata umarł. Chyba nie może to być bez znaczenia. 

Karl Ove
Moja walka to książką naprawdę wielka. Wyzwala (we mnie na pewno) emocje, o których chciałoby się zapomnieć, zmusza do konfrontacji z nimi, do walki. Wiele przeżyć Karla Ove to w sferze uczuć także moje przeżycia. Bycie poza, ból, który temu towarzyszył wraca i przeszywa równie mocno jak wtedy. Nie mogę się od niego uwolnić, nie mogę się uwolnić od Knausgårda. Zadie Smith stwierdziła, że potrzebuje kolejnych tomów Mojej walki jak cracku. I, cholera, miała rację. Knausgård jest moim dilerem, a bez jego towaru jest tylko pustka. 

Źródło fotografii:  http://politiken.dk/kultur/boger/ECE1450838/branchen-stiller-spoergsmaalstegn-ved-megastjernes-exit/