Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 marca 2018

Co wspólnego ma Polska ze Stanami - J.D. Vance "Elegia dla bidoków"


Elegia dla bidoków J.D. Vance’a (Warszawa: Wydawnictwo Marginesy, 2018) to książka, o której ostatnio bardzo dużo się mówi i pisze. Reklamowana jako najważniejsza książka o Ameryce ostatnich lat, przez ponad 70 tygodni będąca bestsellerem „New York Timesa”, mająca zostać sfilmowana, a przede wszystkim jako książka, która ma wyjaśnić fenomen Donalda Trumpa i to, jak to się stało, że taki typek został prezydentem Stanów Zjednoczonych. Jeśli zamierzacie sięgnąć po tę publikację, proszę, zapomnijcie o powyższym. 

To, czym tak naprawdę jest ta książka, świetnie oddaje podtytuł: Wspomnienia o rodzinie i kulturze w stanie krytycznym. J.D. Vance po prostu opowiada w niej historię swojej rodziny i dorastania w Pasie Rdzy (na północno-wschodnich terenach Stanów Zjednoczonych, w południowym Ohio, a konkretnie w miasteczku, które jest tak nieznaczące, że jego nazwa wzięła się stąd, że leży między dwoma innymi – Middletown), a przez to białej klasy robotniczej - bidoków. Nie będę streszczać tu dokładnie życiorysu autora, o tym sami sobie przeczytacie, jeśli sięgniecie po książkę. Warto jednak wspomnieć, że dorastał z przyrodnią siostrą „wychowywany” przez matkę (mimo wszystko na swój pokręcony sposób okazującą miłość dzieciom – zawsze zachęcała J.D. do nauki i czytania) borykającą się z nałogami, wśród kolejnych tatuśków, porzucony przez ojca, którego poznał dopiero po latach. Nie było to szczęśliwe dzieciństwo, ale też nie różniło się zbytnio od dzieciństwa jego rówieśników, a także przodków czy też kolejnych pokoleń z tych terenów. J.D. miał jednak wielkie szczęście – miał swoich „bidoko-Terminatorów”, babcię i dziadka ze strony matki, Mamaw i Papaw, dzięki którym tak naprawdę wyszedł na ludzi i jako pierwszy w rodzinie zdobył dyplom uczelni wyższej. Trzeba powiedzieć jasno – Mamaw i Papaw nie byli idealni. Wręcz przeciwnie, sami zmagali się ze swoimi demonami, od śmierci dziecka i poronień począwszy, po nałogi. Papaw na pewien czas oddał się pijaństwu, co przyczyniło się do jego rozstania z żoną, Mamaw to kobieta, która w wieku 12 lat niemal zamordowała człowieka i która z pewnością mogłaby zabić, gdyby takie rozwiązanie sprawy uznała za słuszne. Mamaw należało się bać. Mimo to, właśnie dzięki Mamaw i Papaw J.D. wyszedł na ludzi. Papaw, przeświadczony o tym, że zawiódł swoją córkę, a matkę autora, mobilizował wnuka do nauki, wpajał mu, jak bardzo szkoła jest istotna, tak samo robiła Mamaw:  


 – […] jeśli chcesz mieć taką robotę, żeby móc spędzać weekendy z rodziną, musisz pójść na studia, inaczej nie wyjdziesz na ludzi. I to był geniusz Mamaw w pigułce. Nie ograniczała się tylko do kazań, wyzwisk i żądań. Pokazywała mi, co jest do osiągnięcia – leniwe niedzielne popołudnie z ukochanymi ludźmi – i wbijała mi w głowę, co muszę zrobić, żeby tego dopiąć (s. 185).  
  
Oboje z babcią przekonywali go, że może osiągnąć znacznie więcej niż oni i ich dzieci. A co najważniejsze, niewyobrażalnie go kochali i wspierali. A on kochał ich. Zresztą, jak można było nie kochać Mamaw z jej niewyparzoną gębą, jeśli na obawy wnuka, czy aby nie jest gejem i pójdzie do piekła (taki pomysł wpadł mu do głowy), odpowiedziała: 


– J.D., ciągnie cię do ssania pały? Wytrzeszczyłem oczy. Kto mógłby mieć ochotę na coś takiego? Babcia powtórzyła pytanie. – No pewnie, że  nie! – odparłem. – No to nie jesteś gejem. A nawet jakbyś miał ochotę komuś possać, to i tak nic złego. Bóg wciąż będzie cię kochał (s. 124).

 To chyba mój ulubiony cytat z całej książki, w dość nietypowy sposób pokazujący, jaką osobą była Mamaw i jak wiele znaczył dla niej wnuk. To w jej dom był jego prawdziwym domem i to właśnie tu uciekał przed szalejącą matką i jej kolejnymi facetami. 

O trudach życia J.D. i jego siostry mogłabym pisać dużo – było źle, momentami nawet tragicznie, ale jak już wspomniałam, nie różniło się od życia zdecydowanej większości mieszkańców Pasa Rdzy. J.D. Vance, przyglądając się osobistym doświadczeniom, tak naprawdę tworzy ogólny obraz całej białej klasy robotniczej – bidoków zmagających się z bezrobociem, biedą, rozbitymi rodzinami, uzależnieniami, a jednocześnie kierujących się swoistym kodeksem honorowym i dumą. I tu trzeba zaznaczyć, co zresztą sam podkreślił, że jego książka nie jest monografią akademicką. Autor odwołuje się do badań socjologicznych, przytacza ich interesujące wyniki, ale sam nie stworzył pracy naukowej. Jego wnioski i twierdzenia tak naprawdę nie są niczym nowym, odkrywczym. Bardzo podobne można wysnuć wobec biedoty na całym świecie. Czytając o bidokach i ich podejściu do życia, tak naprawdę miałam wrażenie, że czytam o mieszkańcach polskich bloków i domów socjalnych – grupie, o której co nieco wiem z obserwacji. Dlatego zupełnie nie dziwiły mnie opisy bidoków naciągających pomoc społeczną. Nie dziwiło to, jak o podejściu oszczędności tej grupy pisał Vance:  


 Tak właśnie wyglądał mój świat: świat naprawdę irracjonalnych posunięć. Wydatkami potrafimy wpędzić się w bankructwo. Fundujemy sobie wielkie telewizory i iPady. Nasze dzieci noszą fajne ciuchy dzięki kartom kredytowym i chwilówkom. Kupujemy za duże domy […] po czym ogłaszamy niewypłacalność i wynosimy się gdzieś indziej […]. Oszczędność jest sprzeczna z naszą naturą. Wydajemy pieniądze, bo chcemy udawać klasę wyższą. A kiedy już sprawa się rypnie – gdy trzeba ogłosić bankructwo albo ktoś z rodziny płaci za naszą głupotę – zostajemy z niczym (s. 181). 

Problem socjalnych gett obserwuję już od dawna nawet w bliskiej mi okolicy i nie raz mówiłam to samo, co J.D., że lepiej niż budować socjalne bloki i osiedli, byłoby udostępnić pojedyncze mieszkania w blokach zamieszkanych przez lepiej radzące sobie grupy społeczne. Wymaganie od państwa opieki i pomocy finansowej przy jednoczesnym odmawianiu pójścia do pracy, bo za takie pieniądze szkoda się męczyć, jak można nic nie robić na zasiłku – smutna norma. Mogłabym tak więcej, amerykańskich bidoków i naszą biedotę wiele łączy. Vance pokazuje, jak wygląda podejście do życia bidoków, stara się dać wskazówki, co można zrobić dla tej grupy społecznej, ale też pisze o tym, co oni sami powinni robić, żeby odmienić swoje życie. Nie daje prostych recept, bo takich oczywiście nie ma, ani w Stanach, ani w Polsce, czy gdzie indziej na świecie. Zwraca jednak uwagę na tę wciąż zapominaną i pomijaną grupę społeczną, można by bardziej górnolotnie stwierdzić, że przywraca ją światu, przypomina o tych, o których najchętniej byśmy wszyscy uprzywilejowani zapomnieli.

Czy w takim razie, biorąc pod uwagę wtórność części twierdzeń autora, mało dla mnie odkrywcze spostrzeżenia, niepogłębione analiza, książka mi się podobała? Tak i to nawet dość mocno. Właśnie dlatego, że czytałam ją jako książkę wspomnieniową, napisaną z miłości i z miłością do rodziny i całej grupy bidoków. J.D. Vance zdobył się na ogromną szczerość, wyciągnął najtrudniejsze i najbrudniejsze sprawy, ale czytając, nie ma się wrażenia, że robił to dla popularności i szokowania dla szokowania. On ludzi, o których napisał, naprawdę kocha ze wszystkimi ich zaletami i wadami, jednocześnie będąc bardzo świadomym tych ostatnich. Jest przy tym bardzo autentyczny i ja mu wierzę. Wydaje mi się, że to właśnie na tej uczciwości polega prawdziwa siła tej książki. A o tym, czy Elegia wyjaśnia, dlaczego w ostatnich wyborach Amerykanie zdecydowali, tak jak zdecydowali, radzę samemu się przekonać, bo choć J.D. o tym wprost nie mówi, podsuwa interesujące tropy.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję pani Joannie Białek i Wydawnictwu Marginesy.
Okładka ze strony Wydawnictwa.

środa, 29 czerwca 2016

Ojciec, córka, poezja i HIV - Alysia Abbott, "Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu"




Nie tak dawno przeczytałam niezwykłą książkę. Taką, która poruszyła moje najwrażliwsze nuty, która sprawiała, że chciałam i nie chciałam jej czytać, bo nieustannie się wzruszałam. I choć od początku znałam zakończenie tej niezwykłej rodzinnej historii, to wbrew temu, co naprawdę się wydarzyło, pragnęłam jej innego zakończenia. Ta książka to piękne wydane w „Amerykańskiej” serii wydawnictwa Czarne Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu Alysii Abbott, która napisała ją na podstawie własnych wspomnień, ale też pamiętnika taty.

Jak głosi podtytuł książka jest wspomnieniem, zapisem ze wspólnego życia Alysii Abbott i jej ojca Steve’a Abbotta. A życie to było z pewnością nietypowe. Steve był biseksualny i nie ukrywał tego przed swoją przyszłą żoną. Zupełnie jej to nie przeszkadzało, powiedziała nawet coś w sumie pięknego, że nie kocha on połowy ludzkości, tylko całą. Nie przeszkadzało jej to również dlatego, że sama lubiła seksualne eksperymenty i zabawy w trójkącie. Razem stanowili niezwykłą i szaloną parę. Wzięli ślub, po jakimś czasie Barbara zaszła w ciążę, a Steve, choć sam przyznał, że nie jest gotowy na dziecko, został z żoną. Rzeczywiście nie bardzo nadawał się na ojca, uciekał od rodziny z kochankiem, jak tylko mógł. Jednak w końcu musiał zmierzyć się z rzeczywistością. Barbara, jadąc ze swoim byłym kochankiem, zginęła w wypadku samochodowym. W takiej sytuacji Steve odrzucił propozycję szwagierki, która chciała adoptować małą Alysię i postanowił zająć się jej wychowaniem. Tak zaczęło się wspólne życie tej niezwykłej pary.

Mała Alysia była wychowywana w pełnej wolności, czyli zupełnie inaczej niż Steve. Traktował swoją córkę jak dorosłą, nie unikał trudnych rozmów, cenił sobie jej zdanie. Dziewczynki nie dziwiło, że w łóżku taty leży inny mężczyzna. Pokochała Eddiego, partnera Steve’a, i gdy ten porzucił jej ojca i wrócił do swojej ciężarnej żony, nie mogła zaakceptować jego odejścia. A jednocześnie, ta kilkulatka, stanowiła wielkie wsparcie dla osamotnionego taty. Ich ówczesne wspólne życie, pełne przebieranek, zabaw mogło wydawać się całkiem beztroskie, ale Abbott nie do końca rozumiał zachowanie córki, co go drażniło. Dawał córce mnóstwo miłości i wolności i tej samej wolności oczekiwał od niej. Nie pojmował, że małe dziecko nie może mu jej zapewnić. Tym bardziej że sam szukał swojego miejsca w San Francisco. W tym czasie miasto było ostoją ruchu LGBT, do niego przybywali poszukujący przygód, ale też uciekający przed nietolerancją homo i biseksualiści. To było także miasto artystów i Steve Abbot mógł rozwijać się poetycko. Działał także na rzecz ruchu gejowskiego, prowadził artystyczne czasopisma, w których promował nieznanych homoseksualnych artystów. Nie przestał również w czasach, gdy do miasta dotarła fala nienawiści i nietolerancji i mniejszości seksualne nie mogły czuć się tak swobodnie, jak do tej pory.

Steve Abbott i Allen Ginsberg
Preferencje seksualne ojca nie stanowiły dla małej Alysi problemu. Partnerzy ojca, jego przebieranki nie stanowiły dla niej problemu. Choć podskórnie być może wyczuwała, że coś jest nie tak, była szczęśliwym dzieckiem. Problemy zaczęły się, gdy dziewczynka zaczęła chodzić do szkoły i dorastała. Poznała okropne słowo „ciota”, a jej koleżanki i koledzy wychowywali się w „normalnych” rodzinach. Stając się nastolatką, zaczęła się buntować. Dokuczała ojcu, była niegrzeczna, buntowała się. Swojego zachowania miała się wstydzić w przyszłości. Cały czas jednak przyjaźniła się z przyjaciółmi i znajomymi taty, dorastała w ich towarzystwie, z zaprzyjaźnionymi gejami rozmawiała o swoich nieszczęśliwych miłościach i dostała lekcje na temat chorób wenerycznych. Jak w dzieciństwie, uczestniczyła w życiu kulturalnym ojca, który zabierał ją na spotkania poetyckie i redakcyjne. Steve niemal całkowicie oddał się pracy artystycznej i na rzecz ruchu gejowskiego, co niekoniecznie przenosiło się na sukcesy finansowe. Wręcz przeciwnie. Ale spełniał się, brał udział w warsztatach, zabrał córkę do Paryża, spotykał się i przeprowadzał wywiady z tak uznanymi twórcami jak Allen Ginsberg czy William S. Borroughs. Pisał wiersze. Jednak lepiej wychodziło mu promowanie innych niż siebie. Walczył z uzależnieniami. W buddyzmie i medytacji odnalazł równowagę duchową.

Również Alysia poszukiwała swojego miejsca w świecie. Mimo kłopotów skończyła szkołę i poszła na studia. Wybrała Nowy Jork, później w ramach wymiany studenckiej przeniosła się do Paryża, gdzie starała się prowadzić życie idealnej francuskiej kobiety. Mimo dzielącej ich odległości, starała się kontaktować z ojcem jak najczęściej, gdy mogła dzwoniła do niego, on słał bardzo osobiste listy. Choć w ich życiu dochodziło do zgrzytów i nieporozumień (co jest raczej normalne w relacji rodzic–dziecko), byli swoimi wielkimi miłościami i mocno się wspierali. Ten czas miał się jednak szybko skończyć.

Nietolerancja i nienawiść to nie jedyne problemy, jakie dosięgły San Francisco i społeczność LGBT. W końcu zawitała tam straszliwa plaga – AIDS, co również przyczyniło się do wzmożonego ruchu antygejowskiego. Choroba zbierała ogromne żniwo, co chwila, któryś przyjaciel lub znajomy dowiadywał się o chorobie. Gdy Alysia w przerwach na studiach wracała do rodzinnego miasta, okazywało się, że któryś z bliskich jej mężczyzn albo umiera, albo umarł na AIDS. Co gorsza, profilaktyka AIDS i HIV praktycznie nie istniała. Krążyły za to liczne i absurdalne plotki o możliwości zarażenia. Co najbardziej uderzyło mnie we fragmentach poświęconych tej strasznej chorobie, to fakt, że rząd Ronalda Reagana przez lata milczał na temat epidemii AIDS, bagatelizując problem, oraz to, że Stany Zjednoczone pod względem leczenia i profilaktyki wirusa i choroby były daleko w tyle za Europą. Lata osiemdziesiąte XX wieku to straszliwy czas, gdy diagnoza oznaczała wyrok śmierci. (Niezwykłe za to jest to, jak medycyna się rozwija i obecnie, będąc zarażonym, można żyć normalnie, rodzić dzieci, nie zarażać, choć zdecydowanie z mało mówi się o postępie w tym temacie). Taki wyrok usłyszał również Steve. Najpierw zarażenie wirusem, a potem już pełnoobjawowe AIDS. Gdy był już tak chory, że potrzebował nieustannej opieki, Alysia musiała wrócić z Paryża do San Francisco, by zająć się ojcem. Był to trudny czas dla obojga. Młoda dziewczyna, która chciała cieszyć się życiem, przebywać z przyjaciółmi, musiała zmagać się z chorobą Steve’a, którego stan się pogarszał, a on stawał się coraz mniej samodzielny. W końcu jedynym wyjściem było umieszczenie w hospicjum. Opis ostatnich miesięcy życia Steve’a to oczywiście jedne z najbardziej przejmujących fragmentów w książce. Wciąż, po kilku tygodniach, odczuwam głęboki smutek i widzę siebie, czytającą o tych ostatnich momentach na przystanku autobusowym, ze wszystkich sił pilnującą się, żeby się nie rozryczeć. Moment odejścia Abbotta był tak wzruszający, że nie będę nawet próbować go tu przytaczać własnymi słowami. Trzeba zapoznać się ze słowami Alysi.

Alysia z tatą
Tęczowe San Francisco  to wspaniała opowieść o miłości ojca i córki. I fakt, że Steve nie był heteroseksualny tak naprawdę ma małe znaczenie w ich uczuciu. Oczywiście wpłynął bezpośrednio na życie obojga, związał Alysię ze środowiskiem LGBT, ale ich relacje jako rodzica i dziecka nie różniły się od takiej relacji w rodzinie heteroseksualnej. Dziewczyna nie stała się lesbijką, bo wychowywał ją ojciec sypiający z chłopakami. Mnie to zupełnie nie dziwi, ale piszę o tym, bo tego typu stereotypy wciąż są obecne i trzeba z nimi walczyć. Tym bardziej że przecież dopiero co w Orlando doszło do straszliwej strzelaniny. Nie można poddać się nietolerancji. Trzeba pamiętać, że każdy ma prawo do miłości.

To także opowieść o dorastaniu i szukaniu własnej tożsamości przez Alysię. Jesteśmy z nią od dnia jej narodzin. Poznajemy jej kolorowe dzieciństwo, przygody buntującej się nastolatki, wreszcie wchodzącej w dorosłe życie studentki. Te historie są równie ważne, jak życie jej ojca, bo pomagają w zrozumieniu tej niezwykłej relacji taty z córką. 

Naprawdę wiele jest powodów, dla których warto zapoznać się ze wspomnieniami Alysi, która będąc dzieckiem, wierzyła, że jej tato został gejem, bo po śmierci jej mamy nie był w stanie pokochać już żadnej innej kobiety.


Źródła zdjęć: [1] http://archive.constantcontact.com/fs195/1101960178690/archive/1113870397899.html [2] http://party.pl/viva/alysia-i-steve-abbott-historia-corki-i-jej-ojca-geja-97846-r1/

sobota, 24 stycznia 2015

Narkotyczna opowieść Karla Ove Knausgårda

Przeczytałam dziś Moją walkę. Powieść 1 Karla Ove Knausgårda (Wydawnictwo Literackie: Kraków, 2014) i nie mogę się od niej uwolnić. Tkwi we mnie głęboko, tkwi we mnie jak zadra. Czuję ją pod skórą, nie mogę jej wydostać, dotyk sprawia ból, a jednocześnie tę dziwną przyjemność nieodłącznie z bólem związaną. I czy chcę ją usunąć? Czy czekać aż tak jak kawałek drewienka wejdzie do
krwioobiegu i tą drogą trafi do serca? Chyba za późno, chyba w sercu już jest.

Książka, która cały czas przy mnie leży, od której nie mogę oderwać wzroku, to pierwszy tom autobiograficznego cyklu Karla Ove Knausgårda. Dotyczy przede wszystkim dwóch rzeczy: powrotu do lat dzieciństwa i młodości, oraz śmierci ojca pisarza. Cóż, dorastanie Karla Ovego, jego życie rodzinne, szkolne, przyjaźnie, miłości nie są niczym nowym. To, co jego spotkało, przeżywało i przeżywa naprawdę wiele osób, nie jest wyjątkowy przez swoje doświadczenia. Ale to sposób przedstawienia tego utraconego świata, bo przeszłości przecież nie da się odzyskać, czyni go wyjątkowym. 

Knausgård wychowywał się w domu, nad którym dominował on – ojciec. Ojciec, który zawsze o wszystkim wiedział, był wszędzie, w tajemniczy sposób przenikał myśli syna, naprawdę nie wiele dało się przed nim ukryć. Poniżał, upokarzał, należało się dostosować do jego nakazów, ukrywać swoje myśli i pragnienia (o ile było to możliwe). A pewnego dnia, nagle, postanowił całkowicie zmienić swoje życie. Odszedł od żony, zaczął pić. Dom to też matka, z którą można było się dzielić uczuciami, rozmawiać o wszystkim, razem z nią analizować innych ludzi. To ona robiła najlepsze kolacje, przy których nie trzeba było siedzieć cicho i się z nimi spieszyć. Nie była jednak na tyle obecna, by nie myśleć o ojcu. I wreszcie starszy brat, Yngwe. W dzieciństwie towarzysz codziennych zabaw i przygód, a także niedoli życia z takim ojcem, jakiego się miało. Później, jak to zazwyczaj starszy brat, wzór do naśladowania, którego akceptacji się pragnęło, którego opinia znaczyła najwięcej na świecie, z którym chciało się być niemal cały czas. 

Młodość to oczywiście także przyjaciele, dziewczyny, marzenia o lepszym życiu i bunt. Karl Ove był buntownikiem, a temu buntowi oprócz gniewnych myśli towarzyszył też oczywiście alkohol. Knausgård przyznaje, że picie to była wolność, ucieczka od codzienności. Chwila, gdy zaczynało szumieć w głowie, była początkiem czegoś dobrego. Nie szokuje mnie to, nie sprawia też, że myślę o nim źle. Jak mogłoby tak być, skoro nie jest mi to całkiem obce. Może nie chciałam uciekać, może nie chodziło o to, żeby się upijać, ale wolność to była na pewno. Młodość i alkohol, młodość i marzenia, młodość i bunt. Przecież to dotyczy tak wielu ludzi, którzy w późniejszych latach starają się o tym nie pamiętać. 

Karl Ove to ja? Nie, nie mogę tak napisać, tak wiele różni nas mniej i bardziej oczywistych rzeczy, nie porównuję naszych żyć, bo tego nie da się zrobić. Ale jest też tyle wspólnych elementów, które sprawiły, że nie tyle tę książkę czytałam, co ją przeżywałam całą sobą. Gdy autor wspomina swoje pierwsze prawdziwe zakochanie, to uczucia, o których pisze, są dokładnie moimi uczuciami z tego samego etapu w moim życiu. Pragnął tego, czego ja pragnęłam, czuł tak, jak ja czułam. Nawet nie wiem ile razy czytałam o pierwszych miłościach, ale dopiero ta relacja z nieszczęśliwego, niemożliwego do spełnienia zakochania, przywróciła moje wspomnienia i emocje, do tego zresztą stopnia, że wróciły zapachy, dźwięki i to walące jak szalone serce, gdy mogłam go zobaczyć…

Sposób, w jaki Knausgård wraca do przeszłości, jest mi bliski. Gdy sprząta zapuszczony dom, w którym zmarł jego ojciec, i przygląda się butelkom detergentów, wraca myślami do marek, których już nie ma, a które stanowiły element jego dzieciństwa. Miewam podobnie, gdy nagle jakaś nazwa proszku do prania, myśl o wafelku przywiezionym z Finlandii czy wygląd kubeczka po jogurcie przypomina mi o latach, które już minęły, których smaków nigdy nie odzyskam. Przy okazji sprzątania domu, Knausgård jest tu w opisie niezwykle drobiazgowy. Możemy zobaczyć, jak bierze wiadro, napełnia je wrzącą wodą, dodaje detergent, zanurza ścierkę, a potem kawałek po kawałku szoruje zafajdane płytki w łazience. A, że w pijackim domu było wiele do sprzątania, tak szczegółowych opisów jest tu bardzo dużo. Uwielbiam je. Naprawdę. Ta pieczołowitość, z jaką autor opisuje każdy ruch, działanie, przedmiot sprawiały mi ogromną przyjemność. Chłonęłam je tak, jakbym była w środku kryminalnej zagadki. Może jestem szalona, ale i tak uzewnętrzniam się bardzo w tym wpisie, a to było przeżycie nie tylko literackie. 

Spora część książki dotyczy młodości pisarza i walki ze wspomnieniami, druga natomiast to walka z życiem codziennym. Dorosłość jest przerażająca. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, gdy jako nastolatki marzymy o tym odległym, jak się wydaje etapie naszego życia. A przecież trzeba pogodzić tyle rzeczy, tyle ról odgrywać. Karl Ove jest pisarzem, ale jest też mężem i ojcem. Każdy z tych elementów wymaga od niego czegoś innego, każdy ma na niego inny wpływ. Jak każdemu się poświęcić? W jego rozważaniach nie ma empatii, choć pisze o uczuciach. Jest brutalny, a ta brutalność i odcięcie się sprawiają, że ja mu wierzę, choć też się tego boję, że takie jest życie.

Książka otoczona jest ramą, a tą ramą jest śmierć. Opis umierających, przestających pracować narządów, martwego ciała rozpoczynający powieść, to jeden z najbardziej przeszywających opisów śmierci, z jakimi miałam do czynienia. Tak, jakbym została walnięta obuchem w łeb.  Niech się schowają krwawe sceny rodem z filmów gore, niech znikną pełne patosu opisy towarzyszące odchodzeniu wielkich postaci. TO jest śmierć! Inaczej nie będzie  i dlatego jest to takie straszne. Zamykająca część książki też dotyczy śmierci. Ten, o którego śmierci się marzyło, wreszcie odszedł. Nie ma go, nie będzie. Ale śmierć ojca dla Karla Ove, a także dl Yngwego, była tak niezwykłym wydarzeniem, że aż trudno było im w nią uwierzyć. Jak silny musi być lęk przed ojcem, żeby się bać tego, że może jednak żyje? Że zaraz wejdzie do pokoju? A jednak Karl Ove niemal cały czas posługuje się tu słowem „tata”. Nie ojciec, tylko właśnie tata. Tata nie żyje, tata umarł. Chyba nie może to być bez znaczenia. 

Karl Ove
Moja walka to książką naprawdę wielka. Wyzwala (we mnie na pewno) emocje, o których chciałoby się zapomnieć, zmusza do konfrontacji z nimi, do walki. Wiele przeżyć Karla Ove to w sferze uczuć także moje przeżycia. Bycie poza, ból, który temu towarzyszył wraca i przeszywa równie mocno jak wtedy. Nie mogę się od niego uwolnić, nie mogę się uwolnić od Knausgårda. Zadie Smith stwierdziła, że potrzebuje kolejnych tomów Mojej walki jak cracku. I, cholera, miała rację. Knausgård jest moim dilerem, a bez jego towaru jest tylko pustka. 

Źródło fotografii:  http://politiken.dk/kultur/boger/ECE1450838/branchen-stiller-spoergsmaalstegn-ved-megastjernes-exit/