Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 kwietnia 2013

Jadam wątróbkę, książki czytam namiętnie - o felietonach Jacka Dehnela słów kilka


Mimo jak najbardziej pozytywnych i ciepłych uczuć, jakie żywię do Jacka Dehnela i jego twórczości, nie byłam czytelniczką jego felietonów zamieszczanych na stronie wirtualnej polski. Głównym powodem był fakt, że nie przepadam za czytaniem tak długich tekstów z ekranu komputera. Dlatego też ucieszyłam się bardzo, gdy nakładem wydawnictwa wab ukazał się ich wybór (Jacek Dehnel, Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu, Warszawa 2013).  

Felietony zostały podzielone ze względu na tematykę w osiem ksiąg: pisania, podopiecznych kopniętej muzy [piękny tytuł], szpargałów, starych mistrzów, języków, czytania, dzieci i młodzieży, rzeczy. Ich motywem przewodnim są oczywiście książki, ich twórcy i czytelnicy (a także ci, którzy się ich boją jak ognia). Znaleźć tu można teksty najróżniejszej wagi – traktowane mniej lub bardziej serio, powodujące głośne wybuchy śmiechu, skłaniające do refleksji nad stanem czytelnictwa i nad samym człowiekiem, a także bardzo poważne, będące ważnym głosem w sprawach między innymi Holocaustu i wykorzystywania tego motywu w tekstach literackich. Dehnel świetnie wskazuje tu na to, co jest widoczne w większości małowartościowych utworów dotykających tego dramatycznego wydarzenia – na schematyzm, poprawność i idealizację, a to prowadzi do tego, że kolejne teksty są po prostu wtóre, nie wnoszą nic nowego i powielają obraz daleki od tamtejszej rzeczywistości. 

Ale felietony Dehnela to nie tylko teksty ciężkiego kalibru, o czym wspomniałam. Rozkoszne są zwłaszcza te, w których autor dotyka tematu grafomanii i twórców (a raczej "twórców") mających ogromne mniemanie o swoim talencie, a jednocześnie brutalnie odrzucających wszelką krytykę i piętnujących tych, którzy zyskali zasłużenie powszechne uznanie. Koniecznie trzeba zapoznać się z tekstami o "potajemnie słynnej rodzinie literatów Grzeszczyków",  w której rodzice i syn to największe wcielenia talentów literackich, niestety, niedocenionych; o niejakim Tomaszu Sobieraju, samozwańczym geniuszu, który grafomanię zarzuca tak mało uznanym pisarzom jak: Szekspir, Słowacki, Mickiewicz, Witkacy, polskim współczesnym: Masłowskiej, Pilchowi, Tokarczuk, Gretkowskiej, wymieniać można chyba w nieskończoność i w dodatku biedak tłamszony jest niemal przez wszystkich; o postsmoleńskiej literaturze i dramacie  wtrzech aktach Wiesny Mond-Kozłowskiej Władysław II Jagiełło. Celność spostrzeżeń Dehnela, poczucie humoru i cięty, ale nie agresywny język gwarantują świetną zabawę intelektualną, ale także skłaniają do niekoniecznie wesołych refleksji.  Posłanka Pawłowicz o poezji Wisławy Szymborskiej to zarazem śmieszny i straszny obraz tego, co mogłoby się stać z polską kulturą. 

O czym jeszcze w felietonach? A choćby o spotkaniach autorskich, na których dzieje się różnie, zwłaszcza jak się trafi na jeden z trzech rodzajów pytających. Ale także o Stanisławie Bojarczuku, chłopie, który skończył dwie klasy zimowej szkółki i napisał tysiąc sonetów, bynajmniej nie grafomańskich. Jest świetny tekst o zadomowionych w polszczyźnie frazach: francuskiej, czeskiej, rosyjskiej itd., i ich wpływie na przekłady literatury powszechnej. Nie zastanawiałam się nad tym do tej pory, ale Dehnel skutecznie mnie przekonał o ich istnieniu i roli. Są teksty o książkach dla dzieci i młodzieży – o tych co pobudzają wyobraźnię i kształtują młodego czytelnika, ale i o tych co zabijają całą radość czytania infantylnością, ułagodzeniem, uciekaniem od trudnych tematów, które dzieciom wcale nie są obce. 
Jacek Dehnel, fot. Cezary Rucki (źródło: materiał prasowy)

Dehnel pisze też o sobie. Bo przecież pisząc o tym, czego mu trzeba by pisać, o wszystkich "durnostojkach" zdobiących jego półki z książkami , o nieograniczonej miłości do nawet najmniej wartościowej książki, o przygodach z komputerem, odsłania część siebie. Udowadnia, że bez wątpienia jest książkowym freakiem (chwała mu za to), dzięki czemu naprawdę czuję się lepiej, gdy nie mając nic innego pod ręką do czytania, sięgam po opakowanie płatków śniadaniowych, szampon, starą ulotkę o depilacji laserowej i czytam. 

Ale za jeden tekst jestem autorowi szczególnie wdzięczna. W setną rocznicę to felieton poświęcony mistrzowi Czesławowi Miłoszowi. I choć nie mało tekstów o nim już czytałam to ten szczerze mnie wzruszył i wprawił w zadumę. A Jacek Dehnel  napisał w zasadzie tylko (aż!) o odpowiedzialności pisarza i powinności bycia szczodrym. Duży kopniak i powód do myślenia. 

Oczywiście, nie wszystkie teksty są równe. Niektóre mogą nieco nużyć, powodują, że chce się książkę na trochę odłożyć. Co przecież nie jest problemem, bo każdy z tych tekstów można śmiało czytać osobno, jak to felietony. Ale musze koniecznie zaznaczyć, że nie jest to zwyczajny zbiór. Całość wciąga jak najlepsza powieść z wartką akcją i barwnymi postaciami. Bo i dramat i komedia, romanse, rozstania, dylematy moralne, wszystko to zawiera ta książka o książkach i dla książkowych szaleńców napisana.

sobota, 29 października 2011

W zachwycie - o "Tezach" Jerzego Pilcha

Twórczość Jerzego Pilcha wzbudza mój nieustanny zachwyt od pierwszego przeczytanego zdania jego książki. Choć nie zawsze jest to zachwyt na tym samym poziomie (Spisowi cudzołożnic muszę dać jeszcze jedną szansę, bo przy pierwszym podejściu wypadł średnio, a to określenie nijak mi do pisarza z Wisły nie pasuje), to jest to zachwyt szczery i radujący me spragnione słów czytelnicze serce. Nie ważne, czy jest to powieść, opowiadanie, dramat, czy też esej i felieton -  w każdym  gatunku Pilch się sprawdza i to sprawdza się wyśmienicie. Tym razem powodem do zachwytu był dla mnie zbiór tekstów z lat 1994-1997 zebrany w tomie Tezy o głupocie, piciu i umieraniu (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003).

Te krótkie teksty doskonale ukazują talent Jerzego Pilcha nie tylko do obserwacji rzeczywistości i dostrzegania jej najmniejszych szczegółów, ale także do jej szczególnego, diablo inteligentnego i trafnego opisywania. Co więcej, teksty, które ukazały się (głównie) na łamach "Tygodnika Powszechnego" kilkanaście lat temu, do dziś zachowują świeżość i nie tracą na aktualności. Weźmy chociażby Dawnych fałszywych proroków:
Dawni fałszywi prorocy to byli - trzeba powiedzieć - święci ludzie. Obiecywali koniec świata, i tyle. Krzywdy specjalnej nikomu nie robili; kto chciał, wierzył, kto chciał, nie wierzył. Po dobrym poczęstunku barwnie opisywali nadejście Królestwa Sprawiedliwych, ale ich bajania nie miały wiele wspólnego z tzw. praniem mózgów. Ich gawędy nie miały też na celu poddania słuchaczy profesjonalnej obróbce psychologicznej. [...]. Nie szło im o władzę, nie szło im o zniewolenie, nie szło im o panowanie nad tłumem, nie szło i zaspokojenie niejasnych instynktów (ibidem, s. 11, 12).

Ten sam tekst mógłby zostać napisany teraz i byłby jak najbardziej na miejscu. Nie będę się tu bawić w prawienie kazań i moralizowanie, ale stanowi on świetne wyjście do analizy zachowania naszych najróżniejszego rodzaju współczesnych fałszywych proroków.

W swoich felietonach Pilch odsłania mniejsze i większe ludzkie przywary. A że pisze o ludziach znanych z tym większym (bądźmy szczerzy) zainteresowaniem się je czyta. Brak dystansu do słowa pisanego i do samego siebie Daniela Passenta (przyznam, że byłam troszkę zaskoczona) i Ludwika Stommy  ujawniły dwa świetnie napisane teksty z "Tygodnika Powszechnego" . W pierwszym z nich - Pępek felietonisty, Jerzy Pilch ośmieliła się wyrazić swoją opinię na temat nowej szaty graficznej "Polityki", a polegającej między innymi na likwidacji ostatniej strony, na której dotąd ukazywały się teksty wyżej wspomnianych felietonistów i przeniesieniu ich "gdzieś pod koniec (ale nie na końcu) składu [...] - myślałem sobie - nie będzie już zaczynających się od ostatniej strony "Polityki", a prowadzących nie wiadomo dokąd sporów" (ibidem, s. 48). Przy okazji oberwało się Passentowi za jeden tekst, w którym: "zagubiony felietonista funduje skonfundowanym kolegom i czytelnikom jakiś napisany nowomową, zupełnie nieśmieszny raport, który ma rzekomo udowodnić, że nowomowa nie istnieje" (ibidem, s. 49). I Stomma i Passent wzięli sobie bardzo do serca uwagi Pilcha, gdyż obaj na Pępek felietonisty zareagowali w sposób, który dał podstawę do tekstu Babina z Peerelu. I tu znowu najbardziej oberwał Passent, zresztą sam sobie winien. Szczerze oburzony tym, co Pilch ośmielił się napisać, felietonista "Polityki" odpowiedział bardzo poważnie i w sposób, który ujawnia całkowity brak dystansu do swojej osoby. Pomijając przytoczenia badań ankietowych na temat czytelnictwa jego felietonów, Passent zarzuca pisarzowi z Wisły, że nie liczy się z demokratycznymi regułami gry, reaguje tak, jakby Pilch postulował o jego wyrzucenie z "Polityki".  I tu pada całkowicie zachwycająca i rozbrajająca mnie odpowiedź: 
Powiem szczerze i z ręką na sercu: ja nie chcę Passenta z "Polityki", ja sobie robie z Passenta zwyczajne  jaja. Ja sobie robię z Passenta jaja, na co on reaguje przytaczaniem danych o sobie opracowanych przez Uniwersytet Jagielloński i ośrodek Gallupa! Naprawdę: mój tekst nie był notatką redaktora sporządzaną na użytek wydziału prasy Komitetu Centralnego. Wstyd powiedzieć: mój tekst był konstrukcją literacką (ibidem, s. 52).
Na zarzut Passenta, że Pilch bierze się za redagowanie "Polityki", ten odpowiada: 
Otóż ja nie redaguję "Polityki". Ja piszę o "Polityce". A kto mi dał prawo pisania o "Polityce"? Otóż wolność i demokracja dały mi takie prawo. Wy, redaktorze Passent, po staremu sądzicie, że ja was zwalczam, a ja nie walczę, ja gram i  stosuję w dodatku demokratyczne reguły gry (ibidem, s. 54).
Mogłabym tak cytować i cytować Pilcha, bo każdy fragment, każde zdanie jest celną i inteligentną ripostą. Nie mogę się jednak powstrzymać. Pod koniec felietonu Pilch daje spokój biednemu Passentowi i odpowiada Stommie, który domaga się od niego jako katolika miłosierdzia: 
Otóż ja jestem luter, i to spod Cieszyna, i pastwię się nad Stommą z lutersko-cieszyńską zajadłością. "Brzydką jest rzeczą, redaktorze Pilch, opluwać słabszych, głupszych i niedorozwiniętych" - powiada Stomma. Tak jest. Godzę się z tym, boleję nad tym, próbowałem nawet daremnie walczyć z tą przypadłością, ale to jest silniejsze ode mnie. Ja po prostu muszę od czasu do czasu boleśnie walnąć słabszego (ibidem, s. 55).

Nie mam umiaru, gdy myślę i jak widać, gdy piszę o Pilchu. Niestety, forma posta mnie stanowczo ogranicza. A tym bardziej fakt, że mam nadzieję, że zostanie on przeczytany i jego długość nie odstraszy (a jak głoszą badania w dzisiejszych czasach trudno sie skupić nad dłuższym tekstem). Dlatego z bólem duszy zrezygnuję z pochylania się nad każdym tekstem zamieszczonym w Tezach i wielkim skrócie podam, co jeszcze można w nich znaleźć. Na pewno świetny teksy Pochwała kłamstwa, w którym Pilch genialnie i prosto tłumaczy, dlaczego Pan Bóg nie zamieścił w dekalogu przykazania "Nie kłam".  Fajne i dowcipne felietony o pierwszej striptizerce, sukni Claudii Schiffer, która mogła sie przyczynić do zagłady świata, istotach nie z tej ziemi - modelkach. 

W Arcy-Romansie zachwyca się Pilch nad Miłością w czasach zarazy Marqueza. A raczej nie tyle nad samą powieścią, ile nad technikami narracyjnymi stosowanymi przez Kolumbijczyka. Prześmiewczo analizuje wynurzenia Tomasza Jastruna na temat jego życia erotycznego. Fascynuje się kunsztem Josifa Brodskiego.

W Tezach pojawiają się także mocniejsze i poważniejsze. Trzy krótkie teksty poświęcone osobie Mao Zedonga mogłyby posłużyć przy analizie wpływu totalitaryzmu na ludzkie życie. Gorzkie są teksty o alkoholu, ale nie ma w nich moralizatorstwa. Jednym z najbardziej przejmujących dla mnie był Półtrup Wieniedikta Jerofiejewa, w którym Pilch krytykuje film ukazujący rosyjskiego pisarza kilka tygodni przed śmiercią, a także teksy o śmierci Pyjasa i Pietraszki. Znalazły się tu również czułe teksty-pożegnania poświęcone Czyczowi i Pszonowi.

Żeby jednak nie kończyć posta przygnębiającą tematyką, chciałam odwołać się do teksu Jej pierwszy chłopak (o pierwszej poważnej miłości Jolanty Kwaśniewskiej) i zamieścić ogłoszenie w rodzaju matrymonialnych. Otóż, panie Pilchu, ja się uważam wciąż za młode pokolenie i ja mówię, że jak się pojawi chłopię, który zechce Mannowy srebrny ołówek wyjąć i zacznie podawać, tak żebym brała, nie odbierając, to ja szczerze i w zachwycie go wezmę, nie odbierając.

sobota, 13 sierpnia 2011

Szymborska czyta

Wisławy Szymborskiej nie trzeba przedstawiać. Jedna z najlepszych współczesnych poetek, noblistka, przez jednych ceniona i uwielbiana, przez innych potępiona na wieki przez błędy młodości. Szczęśliwie należę do tej pierwszej grupy. Bardzo sobie cenię jej poezję i samą poetkę, kobietę niezwykle mądrą, inteligentną, zachwyconą światem i szalenie dowcipną (przy okazji polecam film Katarzyny Kolnedy-Zaleskiej Czasami życie bywa znośne, w którym Szymborska zachwyca mnie na każdym kroku). Ale nie o poezji będzie niniejszy post. Odnosi się on do felietonów poetki, które ukazywały się na łamach "Życia literackiego", "Pisma", "Odry" i "Gazety Wyborczej", dotyczących książek rzadko recenzowanych w magazynach literackich, głównie poradników i pozycji popularnonaukowych, antologii, monografii, wydanych w zbiorze Lektury nadobowiązkowe (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1997). Jak wyjaśniła we wstępie, zainteresowała się nimi z tego względu, że to właśnie te pozycje, a nie książki tak często recenzowane i polecane, nie zalegały na księgarskich półkach i szybko się rozchodziły.

Felietony Szymborskiej dotyczą najróżniejszych książek - są w nich książki historyczne, przyrodnicze, biografie, są też przeróżne poradniki (m.in. dla pieszych turystów, majsterkowiczów, budujących własne altanki), lecz także baśnie Andersena, dzienniki i recenzje teatralne Antoniego Słonimskiego. Pełna różnorodność, która początkowo może kojarzyć się z chaosem i budzić zniechęcenie. No bo co ciekawego można napisać o książce dotyczącej tapetowania mieszkań? Kogo zainteresuje Kalendarz przeznaczeń na 1993 rok? I co mają Dzienniki Montaigne'a do Patków Polski? Całkowite pomieszanie z poplątaniem, książki o wszystkim i o niczym, mniej lub jeszcze mniej przydatne, czasami tylko pojawiają się prawdziwe perełki czytelnicze. A jednak to te pozycje dały Szymborskiej prawdziwe pole do popisu. W felietonach ujawnia się spostrzegawczość i dociekliwość ich autorki, a zarazem wielka inteligencja i poczucie humoru, którego niejeden może (i powinien) jej pozazdrościć. 


Każda z omawianych przez poetkę książek stanowi dla niej doskonały punkt wyjścia do rozważań nad człowiekiem, światem, życiem. Jednym poświęca większą uwagę, inne stanowią tylko tło, dla różnorodnych myśli i skojarzeń.  Dlatego po tych tekstach nie należy się spodziewać recenzji zachęcających lub nie do kupna danej książki. Nie taki zresztą przyświecał im cel. Celem, moim zdaniem, była czysta zabawa płynąca z lektury, lecz także kilka gorzkich wniosków na temat ludzi. 


Lektury nadobowiązkowe uczą nie tylko tego, że nadmierna dbałość o maniery i urodę może doprowadzić męża do tego, że odejdzie do innej, brzydszej, starszej, niewychowanej, ani że Hatha Joga nie jest dla wszystkich czy wreszcie na co komu Słownik artystów starożytnych (na chwałę jego autora oczywiście). Uczą przede wszystkim tego jak czytać, aby lektura była prawdziwą zabawą i przyjemnością, jednocześnie, aby była samodzielna i skłaniała do myślenia głębszego niż wyuczone w szkole analizy i interpretacje. Bo jak się okazuje, nawet Mała księga uścisków nas przed czymś ostrzega. Polecam i lecę szukać Nowych lektur nadobowiązkowych.

sobota, 13 listopada 2010

Nobody's home...


Bycie pisarzem ma także pewną zaletę: można marudzić publicznie, co więcej, czasem jakaś gazeta zaproponuje pisarzowi trochę miejsca i skromne honorarium za marudzenie. To miejsce nazywa się kolumną felietonów” (D. Ugrešić, Nikogo nie ma w domu, Wydawnictwo Znak, Kraków 2008, s. 414).

Takie publiczne marudzenie uprawia Dubravka Ugrešić w cytowanym zbiorze swoich tekstów. Nikogo nie ma w domu składa się z 5 części, w których znalazły się krótsze i dłuższe refleksje autorki dotyczące codziennego życia, literatury, problemów społecznych i politycznych, a wszystkie łączą rozważania na temat tożsamości, własnego miejsca w świecie  oraz była Jugosławia i inne kraje postkomunistyczne. Ugrešić z przyczyn politycznych musiała opuścić Chorwację (a właściwie Jugosławię, gdyż pisarka przez wiele lat żyła w tym państwie komunistycznym i dopiero po jego rozpadzie wcisnęli jej, jak pisze, chorwacki paszport) i od 1993 r. mieszkała w Holandii i Stanach Zjednoczonych. Podróżniczy tryb życia, liczne przeprowadzki, ludzie stały się podstawą krótkich felietonów zamieszczonych w Części I. Ugrešić pisze w nich o swoim życiu na walizkach, licznych spostrzeżeniach, o tym, dlaczego nie ma ogrodu i kiedy kupić domek dla ptaków. Oprócz luźniejszych tematycznie tekstów znajdują się jednak te tyczące się tożsamości, stereotypów, starości lub też przemocy wśród młodzieży. Trzeba jednak zaznaczyć, że pisarka nie moralizuje, nie poucza, tylko przedstawia swój punkt widzenia w sposób inteligentny, dowcipny, ale i złośliwy.

Część II składa się z trzech dłuższych tekstów: Europa, Europa, Amsterdam i USA nails. Pierwszy powstał podczas podróży Literaturexpressem Europa 2000, w której wzięli udział pisarze z 43 krajów, odwiedzając 18 europejskich miast. Zawiera spostrzeżenia pisarki z samej podróży pociągiem, obserwacje tyczące się jej współtowarzyszy oraz niezwykle ciekawe refleksje na temat odwiedzanych miast. Szczególne miejsce zajmuje tu Malbork, a właściwie hotel, w którym pisarze nocowali. To w tym miejscu, wśród popielniczki z kutego żelaza, fikusów, stoliczka z lnianym obrusem i spłuczki na metalowym łańcuszku Ugrešić poczuła się jak w domu z jugosłowiańskiego dzieciństwa. To, czego zabrakło w jej rodzinnym kraju, znalazła w nowym tysiącleciu w historycznym mieście Polski, które, jeszcze wtedy, nie poddało się zachodniej okupacji europejskiej.
Amsterdam to zbiór obrazków z życia w stolicy Holandii, miłości Holendrów do wszelkich miniatur, barwnego targu, karnawału, ale także opis holenderskiej mentalności i sposobu życia.
Tekst o Stanach Zjednoczonych to wizja tego kraju po 11 września, ale zamiast rozważań nad terroryzmem i o tym, jak żyć po zamachu autorka skupia się na nowej obsesji Amerykanów – na pielęgnacji paznokci. Jednak z ten pozornie błahy temat, Ugrešić  zdołała przekształcić w spostrzeżenia o mniejszościach narodowych żyjących w USA.

Najciekawsza pod względem tematycznym okazała się dla mnie Część III książki, dotycząca głównie literatury europejskiej. Ugrešić rozpoczyna od dość odważnego porównania europejskiego życia literackiego do konkursu Eurowizji. Podobnym, jej zdaniem, show jest transmisja z przyznania Nagrody Bookera.  Co może być wspólnego dla tych pozornie całkiem różnych imprez? Jak się okazuje, całkiem wiele elementów. Autorka wspomina m.in. o spektakularności wykonania, polityce, skandalach, ale przede wszystkim o otoczce medialnej, a podziękowania pisarzy porównuje do tychże wypowiadanych przez popowych piosenkarzy (ibidem, s. 187-188). Dalej robi się poważniej i Ugrešić przechodzi do zagadnienia związanego z przynależnością narodową pisarzy. Zamiłowanie ludzi do doklejania etykietek jest widoczne w każdej dziedzinie, również w literaturze. Często nie ma z tym większego problemu, mamy do czynienia z literaturą polską, niemiecką, turecką, japońską itd. Jednak, co zrobić z literaturą powstałą w kraju, którego już nie ma? Po rozpadzie Jugosławii doszło do taki paradoksów, że Ivo Andrić „wedle narodowości stał się pisarzem chorwackim, wedle miejsca zamieszkania – serbskim, i wedle poruszanej tematyki – bośniackim” (ibidem, przypis na s. 192). W przypadku wielu pisarzy ważniejsze od tego jak piszą staje się to skąd pochodzą. Bez względu na to, co Ugrešić napisze zawsze będzie rozpoznawana jako pisarka chorwacka, nie ważne, że od lat żyje w innym kraju. O swojej wrażliwości na punkcie etykietek pisze tak:

Czemu [jest przewrażliwiona – dopisek mój]? Bo w codziennej recepcji okazuje się, że identyfikacja bagażu obciąża tekst literacki. Bo okazuje się też, że identyfikacja wpisana w etykietkę zmienia istotę tekstu literackiego i jego sens. Bo identyfikacyjna etykietka jest skróconą interpretacją tekstu, co z reguły ukrywa. Bo identyfikacyjna etykietka otwiera przestrzeń pozwalającą odczytać coś, czego w tekście nie ma. I wreszcie dlatego, że jest dyskryminująca – dyskryminująca bezpośrednio dla samego tekstu. Zgoda na identyfikację oznacza poparcie dla idei, że również literatura stanowi domenę geopolityczną, co pewnie bliższe jest rzeczywistości, ale nie do mnie należy wspieranie każdej „rzeczywistości” tylko dlatego, że to „rzeczywistość” (ibidem, s. 193).
Wszystko to prowadzi do nacjonalizacji literatury, czego symbolem może być popularne w Chorwacji hasło „Czytajmy to, co chorwackie”. Stanowi również ograniczenia dla pisarzy, którzy piszą w języku ojczystym, żyjąc w odrębnej kulturze, dla tych, którzy piszą w języku kraju, w którym się znaleźli, dla tych, którzy mieszają języki i wreszcie dla tych, którzy nie piszą o kulturze, z której się wywodzą (a zdaniem wielu powinni).

Części IV i V dotyczą przede wszystkim emigrantów z Europy Wschodniej, ich życia na Zachodzie. Autorka, ze szczególną czułością, pisze tu o fenomenie polskiego hydraulika, który stał się pierwszą ofiarą zjednoczonej Europy.
W tych częściach pojawiają się poważne teksty dotyczące chorwackiej (i nie tylko) polityki, przeinaczania historii, wymazywania okresu komunizmu, przez co wojennych działaczy antyfaszystowskich zrównywało się razem ze zbrodniarzami. Znajdziemy tu również teksty poruszające problematykę dyskryminacji, handlu kobietami i komunistycznych więzień.

Teksty zawarte w Nikogo nie ma w domu powstawały w okresie 10 lat, dla różnych gazet (w tym dla „Gazety Wyborczej”) i na różnych etapach życia Ugrešić. Nie może więc dziwić ich różnorodność i nierówności. Za każdym razem jednak stanowią dużą rozrywkę, gdyż  autorka o sprawach zarówno błahych, jak i poważnych, pisze bezkompromisowo, zachowując jednocześnie poczucie humoru. Rzeczywiście, jak sama napisała, Ugrešić marudzi. Ale marudzi w tak ujmujący sposób, że nawet niezgadzając się z nią, w niektórych sprawach miałam wielką przyjemność z tej lektury.