Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminały. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 marca 2017

Heroina, dziewczyny i szary Manchester - Joseph Knox, "Syreny"



O Syrenach Josepha Knoxa dowiedziałam się, czytając o nowych twarzach w świecie powieści na the guardian i była jedną z wymienionych tam książek, które szczególnie zwróciły moją uwagę. Wielką radością było więc dla mnie, gdy okazało się, że polskie wydanie jest już tuż, tuż dzięki Wydawnictwu Otwartemu (Kraków 2017).

Syreny to czarna (a w zasadzie szara) opowieść o młodym policjancie Aidanie Waitsie, który już zdążył wystarczająco spieprzyć sobie i życie, i karierę. Żeby całkowicie nie sięgnąć dna i żeby uratować to, co jeszcze do uratowania zostało, jako tajniak ma rozpracować narkotykowego bossa i jego działalność. Dość łatwo udaje mu się wkręcić w świat dealerów, pięknych młodych syren w mrocznych klubach odbierających pieniądze za heroinę i inne ubarwiacze życia. Udaje mu się nawiązać kontakt z samym Zainem Carverem – szefem narkotykowego interesu, podejrzewanym o pozbycie się jego byłej kochanki, która wiele lat temu zaginęła bez śladu. Dodatkowo pewien wpływowy polityk chce, by Aidan odnalazł jego córkę, która uciekła z domu i ukrywa się wśród syren. Wszystko poszłoby pewnie nie najgorzej, ale Waits za bardzo wciąga się w swoje nowe nocne życie, działa na krawędzi, angażuje się w sprawy, w które nie powinien, i sam gubi się w tym, po której jest stronie. Nie pomaga mu też zapewne zamiłowanie do amfetaminy.

Wraz z Aidanem wciąga się i gubi sam czytelnik, gdyż Josephowi Knoxowi udało się szalenie sugestywnie i uwodząco pokazać mroczne życie Manchesteru. To świat, od którego należało by trzymać się z daleka, a który jednocześnie jest niesamowicie ponętny, i któremu naprawdę trudno nie ulec. Przepełnione knajpy, domy, w których bogate dzieciaki pod nieobecność rodziców urządzają sobie narkotykowe orgie, luksusowe wieżowce, drogi alkohol, życie bez granic, obskurne mieszkania i pełne zdziczałych narkomanów dzielnice, w których pierwsza umiera nadzieja, a znalazłszy się tam człowiek żałuje, że nie umarł razem z nią. To wszystko w kolorze biało-czarnej farby, w kolorze ptasiego gówna. Brzmi odrzucająco, obskurnie, ale nęci i przyciąga, bo choć farba jest czarno-biała, to nic innego takie nie jest. Dobro, o ile można tu w ogóle o jakimś mówić, miesza się ze złem. Nic nie jest jednoznaczne, czytelnik gubi się i błądzi w gęstej szarości brudu, zbrodni, upodlenia razem z Aidanem, szukając kogoś, komu choć na chwilę można zaufać. A o kogoś takiego naprawdę nie jest tu łatwo.

W tej całej szarości, w której zapach drogich perfum i luksusowych alkoholi miesza się ze smrodem moczu, wymiocin, brudnego seksu i strachu, kolorowe (niektóre momentami naprawdę dosłownie) są na szczęście postaci – skorumpowani policjanci, dealerzy, zagubione dziewczyny, ludzie uśmiechu, hetero- i homoseksualiści, sprzedawcy marzeń, własnych religii i śmierci. Niemal każdy skrywa jakąś tajemnicę albo wiedzie życie dalekie od przyjętych norm. Od jednych nas odrzuca, inni dziwnie pociągają i nawet nie próbujcie oceniać, kto jest lepszym charakterem. Mój instynkt samozachowawczy nie raz zaprowadziłby mnie na dno. Może to ja mam kiepską intuicję, ale przekonana jestem, że to jednak zasługa autora, który umiejętnie i oszczędnie odkrywa przed nami sekrety swoich niejednoznacznych bohaterów i robi to tak, że nawet najgorsze męty obudziły we mnie sympatię, a nawet coś więcej.

Dlatego nie dziwię się Aidanowi Waitsowi, że ulega temu światu, że kluczy wśród ludzi, których poznaje, i których zna od lat. Kolejne tragiczne wydarzenia przygniatają go, ale też dają mu mocnego kopa do rozwiązania wszystkich zagadek, w które się wplątuje. Tajemnic jest tu całkiem sporo; każda intrygująca, dobrze poprowadzona, gdy wydaje się, że znamy już odpowiedzi, to nawet jeśli niektórych ich fragmentów możemy się domyślić, to prawda i tak daje nam po mordzie.

Jeśli więc macie ochotę na zanurzenie się w otchłanie mroku i kroczenie nocnymi ulicami szarego miasta, wśród odpychających brutali, pięknych młodych kobiet, uwodzących przestępców, na chwilową ucieczkę od życia, to koniecznie po Syreny sięgnijcie.

Za możliwość wejścia w ten brudny, ale jakże pociągający świat serdecznie dziękuję panu Tomaszowi Balawejderowi i Wydawnictwu Otwartemu.

P.S. Motto do książki stanowi cytat z piosenki Joy Division, a każdy z jej rozdziałów nazwany jest jednym z tytułów piosenek zespołu. To zapewne dobry podkład muzyczny. Darzę Iana Curtisa uczuciem zdecydowanie dalekim od sympatii. Słuchałam Morrisseya. Z dedykacją. 

Zdjęcie autora ze strony the guardian, a okładka książki ze strony Wydawnictwa. 

wtorek, 20 stycznia 2015

Zygmunt "Zyga" Maciejewski wstępuje na ring

Choć cykl kryminałów Marcina Wrońskiego liczy już siedem tomów, moja znajomość z komisarzem Zygą Maciejewskim zaczęła się dopiero w tym roku. Od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem przeczytania Morderstwa pod cenzurą (W.A.B., Warszawa 2012), a że przypadkiem się na tę książkę ostatnio natknęłam, to stwierdziłam, że najwyższa pora. 

Akcja książki toczy się w Lublinie w 1930 roku. Fabuła, jak to w kryminale, dotyczy zbrodni – brutalnego morderstwa redaktora radykalnej prawicowej gazety  i to w przededniu 11 listopada, kiedy policja ma na głowie nadchodzące święto patriotyczne i dopilnowanie bezpieczeństwa. Nie będę się zagłębiać w fabułę, bo a nóż zdradzę za dużo, w kryminale każdy trop, ślad, każda postać może mieć znaczenie, a nie chcę psuć przyjemności w odkrywaniu tajemnicy innym czytelnikom (jeśli jeszcze są tacy, jak ja, którzy dopiero mają poznać książki Marcina Wrońskiego). Wolno mi jednak napisać, że pojawi się kolejny trup, zresztą nie jeden, co oczywiście niejako skomplikuje śledztwo, a tym samym uczyni historię ciekawszą. Zagadka kryminalna książki jest bowiem intrygująca, pojawiają się  różne wątki – walka socjalistów z radykalnymi prawicowcami, motywacje antysemickie, deprawacja młodych chłopców, a nawet rytualna zbrodnia satanistyczna.

Sprawa musi zostać jednak rozwiązana i tu pojawia się mój nowy znajomy, Zygmunt Maciejewski, który ma poprowadzić śledztwo. Oczywiście, jak chyba w większości kryminałów, komisarz, choć dopiero trzydziestoletni, jest człowiekiem po przejściach – udział w wojnie bolszewickiej, rozbite małżeństwo, sympatia do alkoholu musiały odcisnąć piętno na jego osobowości. Nie powinno więc dziwić, że Zyga Maciejewski niespecjalnie dba o swoją osobę, bardziej przypomina tych, których ściga, a złamany nos tylko dodaje mu roku,  i o swoje mieszkanie. I jak na razie nie wygląda, by miało się to zmienić, nawet dla kobiety, bo i taka postać, jakżeby inaczej, musi się pojawić w życiu bohatera kryminału. Komisarz nie jest jednak całkowicie obojętny wobec świata, ma swoją wielką pasję, a jest nią boks. I oczywiście, jak jest śledztwo do rozwikłania, to poświęca się mu, ryzykując nie tylko życie, ale i swoją pracę i reputację, bo mimo wszystko, nie jest z nią tak najgorzej.
Oczywiście Zyga Maciejewski nie jest jedyną ważną postacią powieści. Nie jest on bowiem superbohaterem i korzysta z pomocy swoich współpracowników. Co prawa, nie wszyscy spisują się jak należy, ale to jednak dobre chłopaki. Koniecznie trzeba tu wspomnieć o niejakim Zielnym, łudząco podobnym do Rudolfa Valentino, którego niewątpliwą cechą jest znajomość płci pięknej. Dogłębna, powiedziałabym. 

No i mamy wreszcie Lublin. I to nie byle jaki, a międzywojenny, co ma ogromne znaczenie, bo wielonarodowość miasta, kulturowy i polityczny tygiel zdecydowanie nadają kolorytu powieści. I choć z racji wykonywanej pracy miewam przesyt międzywojenną historią Polski, walkami i partiami politycznymi i nie wierzę, że jest jakaś książką na świecie, w której nie pojawia się Józef Piłsudski (zawodowy żart), a te motywy siłą rzeczy pojawiają się u Wrońskiego, to autor umiał sprawić, że stały się one naturalnym elementem rzeczywistości i o dziwo, nie męczyły mnie. Bo co prawda nie mamy tu do czynienia z książką historyczną, ale z dobrze skonstruowanym kryminałem, to umieszczenie akcji w historycznym mieście może być ryzykowne i nie zawsze jest receptą na udane dzieło. W tym jednak przypadku plan się powiódł. 

Na zakończenie powrócę do mojego nowego znajomego. Choć przyznaję, że nie stał się on (być może jeszcze) moim ulubionym bohaterem kryminałów, to miejsce jest wciąż zajęte przez dwóch angielskich dżentelmenów – Jury’ego i Planta, to jednak nawiązała się między nami nić sympatii. I to taka, że muszę przyznać, że cieszę się, iż tyle zwlekałam z sięgnięciem po książkę Marcina Wrońskiego. Dzięki temu to nie ja muszę z utęsknieniem czekać na kolejny tom, bo przynajmniej sześć czeka na mnie.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Krwawy Wielki Tydzień w Ayacucho - Santiago Roncagliolo, "Czerwony kwiecień"

Fèlix Chacaltana jest pomocnikiem prokuratora w miasteczku Ayacucho. Fajtłapowaty, w pracy całkowicie  podporządkowuje się regulaminom i prawu. Nie pozwala sobie na osobiste sądy, nie wyraża osobistych opinii na temat prowadzonych śledztw, ba, nawet nie dopuszcza myśli o tym, że poza regulaminem i sztywnymi wytycznymi może kierować się własnymi przeczuciami, intuicją i mniej urzędowo spoglądać na popełnianie przestępstwa. Jest fanatykiem idealnie spisywanych raportów, a gdy nie może wydać jednoznacznej opinii, wysyła kolejne pisma do przełożonych. Dlatego, gdy podczas hucznych obchodów Wielkiego Tygodnia, kiedy miasteczko przepełnione jest wiernymi i turystami, dochodzi do straszliwej zbrodni, pierwsze co robi Chacaltana, to naiwne szukanie pomocy u stojących wyżej. I tu, niestety dla niego, spotyka się z niezrozumieniem, próbą zatuszowania sprawy i przyjęciem błahego wyjaśnienia, które ma zamknąć dochodzenie. Gdyby poddał się mało subtelnym sugestiom zaprzestania śledztwa, byłoby lepiej dla niego. Jednak jego nawyki i wierność regulaminowi nie pozwala mu na to. Dochodzi do kolejnych brutalnych zbrodni, a on musi je rozwiązać. Tak, brzmi to jak początek powieści kryminalnej, a jednak Czerwony Kwiecień Santiago Roncagliolo (Znak, 2008), to zdecydowanie coś więcej niż zwykła intryga detektywistyczna. 

W powieści Roncagliolo brutalne mordy, mające znamiona zbrodni rytualnych, stają się pretekstem do ukazania peruwiańskiej rzeczywistości, w której świeże są jeszcze rany zadane przez terrorystów Świetlistego Szlaku. Ludzie nie zdążyli zapomnieć przerażających zabójstw, zapach trupów niemal cały czas unosi się w powietrzu, a strach przed powrotem przeszłości paraliżuje i nie pozwala krytycznie przyjrzeć się władzy. A władza na sumieniu ma nie jedno. Dlatego Chacaltana początkowo nie może liczyć na pomoc. Wtyka nos w nie swoje sprawy, próbuje wygrzebać skrywanie tajemnice, a to nie podoba się wielu osobom. Zwłaszcza w obliczy zbliżających się wyborów i trwających obchodów Wielkiego Tygodnia. W końcu jednak wojsko włącza się w dochodzenie, przed pomocnikiem prokuratora otwierają się drzwi mogące pomóc w rozwiązaniu zbrodni, a także, jak sądzi, w awansie. Pojawia się także szansa na miłość, gdy Chacaltana poznaje piękną Edith, której rodzice zginęli przez terroryzm. Jednak nic nie jest takie, jak się wydaje i wraz z trwaniem śledztwa sprawy zdecydowanie się komplikują. 

Chacaltana gubi tropy, zbrodnie dosięgają ludzi, z którymi rozmawia, przestaje radzić sobie ze swoimi uczuciami. Pewnego rodzaju ukojeniem są dla niego rozmowy ze zmarłą przed laty matką, którą traktuje jak żywą, do tego stopnia, że odtwarza jej pokój, przygotowuje jej ubranie, martwi się, żeby nie czuła się samotna. Za tym szaleństwem również kryje się straszliwa przeszłość, która odbiła się na życiu bohatera. Nic jednak, nawet miłość, nie jest wstanie odsunąć jego myśli od morderstw. Rozczłonkowane ciała stają się jego obsesją, otaczające go zło, z którego nie zdawał sobie sprawy, bo jak sądzę nie chciał, dopada go. Świat, jaki znał i jakim go rozumiał, przestaje istnieć, a on sam powoli zatraca się w tym, co słuszne i moralne. 

Bo jak odnaleźć się w rzeczywistości, kiedy odkrywa się przerażającą prawdę o tym, że ludzie, którzy powinni strzec porządku i bronić obywateli, stosują te same metody, co terroryści. Obrzydliwe tortury to nie tylko domena Świetlistego Szlaku, ale także wojska, które z przestępczością miało przecież walczyć. Jak w takiej sytuacji odróżnić dobro od zła, przyjaciela od wroga, gdzie leży granica, której nie można przekroczyć? Te pytania towarzyszą czytelnikowi i nie pozwalają na spokój. 

Próba rozwiązania zagadki, kim jest szalony morderca, próbujący z członków ofiar zbudować „zbawiciela”, przestaje być jedynie kryminalną zagwozdką. Wątek religijny nie jest tu zresztą przypadkowy. Wielki Tydzień w Ayacucho, a zwłaszcza dni upamiętniające męczeńską śmierć Chrystusa, to czas, gdy Boga nie ma, gdy nie patrzy on na swoich wyznawców. Da miejscowych to okres rozbuchanych orgii alkoholowych i seksualnych, okres grzeszenia do granic możliwości, bo przecież nie ma nikogo, kto mógłby to osądzić. Chrześcijaństwo miesza się tu z rdzennymi religiami, podaniami, w wszystko to w pewien sposób  łączy się ze zbrodniami i tylko zagęszcza duszną już i tak atmosferę. Szaleństwo w takim miejscu to tylko kwestia czasu.

Santiago Roncagliolo intrygą kryminalną przedstawił brutalną prawdę o peruwiańskim (ale czy tylko?) społeczeństwie, polityce, ludziach. Pokazał świat, o którym wszyscy chcemy zapomnieć, nie chcemy przyjąć, że taka jego wersja też jest rzeczywistością. Świat o zapachu palonych zwłok, o dołach pełnych bezimiennych trupów, o matkach chodzących od jednego miejsca kaźni do drugiego w poszukiwaniu ciał zaginionych dzieci. Świat, w którym przyzwolenie na to wszystko dają ludzie, którym się zaufało i którzy mieli przynieść wolność i pokój. To nie jest historia, która już przebrzmiała, ona ciągle trwa obok nas i nie wolno nam o tym zapomnieć.


niedziela, 24 marca 2013

Udana rozgrywka Kaspra Bajona

„To nie było zwykłe morderstwo – raczej precyzyjny komunikat, ostrzeżenie wysłane światuˮ. Morderstwo genialnego szachisty Jakuba Kluga, którego znaleziono nad Tamizą z pogruchotanymi kośćmi, spaloną twarzą i spoglądającymi w niebo, wydłubanymi oczami, ułożonymi obok zwłok, wydaje się być zapowiedzią wciągającego kryminału. A że na murze ktoś, zapewne morderca, wyrysował krwią ofiary symbol żuka, można mieć nadzieję, że jakaś wielka tajemnica za tym się kryje. Niech was nie zwiodą wszelkie znaki zachęcające do zagłębienia się w arcyciekawy kryminał, którego rozwiązanie będzie wam spędzało sen z powiek. Co to, to nie. Bo i wybitny szachista, i morderstwo, i tajemniczy żuk to jedynie elementy prześwietnej gry literackie stworzonej przez Kaspra Bajona w niewielkiej rozmiarami, ale jakże bogatej treściowo i formalnie, powieści (czy aby?) Klug (Wielka Litera, Warszawa 2012).

Ale o czym to jest? Trudne to pytanie ze względu na mnogość wątków i form. Tytułowa postać genialnego szachisty, w którego istnienie wielu wątpiło, jest oczywiście kluczowa dla całej książki. Bez niej bowiem młody aktor nie wszedłby na drogę biografa, nie porzucił codzienności i nie udałby się w podróż do przeszłości, szukając rozwiązania, kim tak naprawdę był Jakub Klug (Kulig, Gluck, Klugmann, Klag, Kalg, Gluchi, Kubaklug, Kugl, Luca Cube, Jack Jacob Click, Krugg, James Cluge). Co nieci, a nawet całkiem sporo udało się narratorowi o nim dowiedzieć. A chociażby to, że nie dość, że był wybitnym szachistą, ba, prawie że mistrzem świata, to również planował napisać doktorat o obrazie Odpoczynek przy szachach, który krył w sobie zapowiedź wyniku spisku przeciwko Medyceuszom, kobieciarzem był niesłychanym, zostawiającym po sobie zrozpaczone kochanki, a także, a może przede wszystkim w kontekście tajemniczego morderstwa, miał związek z tajnym Stowarzyszeniem Skarabeusz. Stowarzyszenie to sięgało do dawnej heretyckiej sekty aurumistów, którzy Ducha Świętego wyobrażali sobie pod postacią skarabeusza właśnie, a wierząc, że za wszelkie zło świata odpowiada złoto, aby uchronić swych wyznawców przed wiecznym potępieniem, obierali im cenne błyskotki i gromadzili bogactwa. To naprawdę temat na wciągający kryminał z intrygującymi postaciami, tajnym stowarzyszeniem, sztuką i romansem w tle. 

Ale Kasper Bajon postanowił zabawić się z czytelnikiem i uciec od narzucąjącej się konwencji. A ja kocham takie postmodernistyczne zabawy i gry. Dlatego z radością wielką czytałam o tajnym stowarzyszeniu, poznawałam rozgrywki szachowe, historię wspomnianego obrazu, by za chwilę natknąć się na część „Sześć filmów, które warto obejrzeć w nadchodzącym tygodniuˮ i cieszyć się opisem-pastiszem tych właśnie filmów, kpiącym z popkultury. Dzięki wprowadzeniu mnogości barwnych postaci autor miał możliwość (i skutecznie ją wykorzystał) zabawy konwencjami. Sam, tworząc biografię, kpi z biografii sentymentalnych, z autorów, którzy budują rzeczywistość swoich autentycznych bohaterów na plotkach, domysłach, sentymentach. Jednocześnie, by urzeczywistnić swą opowieść, wzbogaca książkę w przypisy odsyłające do literatury rzekomo dotyczącej bohatera, tajnego stowarzyszenia i innych opisywanych faktów. Pisze o podróżach Kluga, pokazując nam różne miasta XIX-wiecznej Europy i Ameryki Północnej, by zaraz podać przepisy kulinarne na panna cotta con lamponi i wieprzowe szaszłyczki! Gubi i wybitnego szachistę i narratora biografa, by przyjrzeć się postaci urodzonej w Tomaszowie Mazowieckim aktorce Cou-cou, robiącej karierę w Stanach. Morfinistce, nimfomance, której romanse kojarzą się z historiami miłosnymi Marylin Monroe. A potem ucieka w świat sztuki i szuka tajemniczego pigmentu Starna, założyciela Pracowni Form Małych. Mamy tez i fragment niedokończonej powieści kryminalnej, z którą chętnie bym się zapoznała. Jak widać dzieje się tu niesłychanie wiele. I choć może dawać to wrażenie chaosu, to autor sprawnie się tego ustrzegł. Wątki, mimo wszystko, łączą się sprawnie i absolutnie nie miałam wrażenia przekombinowania. 

Kuzyn niejakiego Carabus klugi, symbolu Stowarzyszenia Skarabeusz
Bajon w Klugu zabawił się z mnogością form dostępnych popkulturze. Stworzył pastisze i kolaże. Nie uciekł też od gry z samym sobą, a raczej ze swoim narratorem. Kpiąc z wyszukanych form, barokowych opisów i aliteracji sam tworzy zdania typu „Przysłonięta szarą woalką chmur karminowa źrenica słońca chowała się właśnie za budynkami Buckingam Palace. [...] Żółty, przedwcześnie zmarły liść odpadł od gałęzi i z determinacją godną samobójcy zmierzał w stronę ziemiˮ. Rozkoszne potworki. Dlatego, jak tylko kochacie takie gry literackie, wszelkie zabawy formami i konwencjami, Klug musi do was trafić. Skrywa w sobie bowiem dużo więcej, niż udało mi się tu przemycić.