Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura afrykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura afrykańska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 października 2016

Szkocka krew, afrykańska dusza - Alexandra Fuller, "Rozmowy pod drzewem zapomnienia"




Zanim okładka książki Rozmowy pod drzewem zapomnienia (Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2014) przykuła moją uwagę na bibliotecznej półce, nie miałam pojęcia kim jest Alexandra Fuller. No może nie była mi obca całkowicie, bo przeglądając katalog wydawnictwa (a robię to nagminnie), przyglądałam się też serii „Z domem”. A jednak to osobiste spotkanie zdecydowało o tym, że praktycznie w ciemno, szybko rzuciwszy okiem na opis na okładce, stwierdziłam, że biorę. I wzięłam. Nie wiem, czy to jakiegoś rodzaju intuicja, czy fakt, że ciężko znaleźć złą książkę wydaną przez Czarne, w każdym razie w moje ręce trafiła naprawdę świetna i wartościowa pozycja.

Rozmowy pod drzewem zapomnienia  to przede wszystkim historia rodziny Fuller, choć głównymi bohaterami niewątpliwie są jej niesamowici rodzice – Nicola i Timothy. W zasadzie na pierwszy plan, jeśli chodzi o postaci, zdecydowanie wysuwa się Nicola Fuller z Afryki Środkowej (jak lubi się przedstawiać), znana też jako Tub. Szkotka z krwi i kości (angielska krew ojca zdecydowanie przegrywa z krwią matki z klanu Macdonaldów z Clanranald) prawie całe swoje życie spędziła w Afryce, którą ukochała. Gdy ją poznajemy, wydaje się być totalnie postrzeloną, śpiewającą szlagiery Franka Sinatry, beztroską kobietą, próbą latania doprowadzającą nauczyciela niemal do zawału i przebierającą kilkuletnią córkę za Nigdy Nie Obiecywałem Ci Różanego Ogrodu na bożonarodzeniowy bal (Halloween się zbliża, może ktoś skorzysta z pomysłu?;) Albo za Pozdrowienia z Rosji). Timothy zaś porzucił rodzinną Anglię i poznawszy na lotnisku w Nairobi Nicolę, która właśnie wracała do Afryki, wbrew rodzinie ożenił się z nią i osiadł na Czarnym Lądzie na stałe. Afryka stała się dla obojga domem, największą, niemal obłąkańczą miłością i jednocześnie piekłem.

Historie obojga relacjonuje Alexandra. Część z nich już znała, części oczywiście sama doświadczyła, a część poznaje podczas odwiedzin u rodziców w Zambii, gdy siedząc pod drzewem zapomnienia, toczy z matką rozmowy. Dostajemy niezwykle barwną, przepełnioną humorem, miłością, zabawą, ale też jednocześnie bólem, cierpieniem, strachem i wojną opowieść o ludziach, którzy tak ukochali afrykańską ziemię, że poświęcili dla niej najdroższe co mieli. Historie o polowaniach, szalonych imprezach, na których trzeba było zamykać na noc drzwi na klucz, żeby nie paść ofiarą chuci gospodarza, mieszają się z krwawą wojną partyzancką w Rodezji. Radość z narodzin kolejnych dzieci przeplata się z największą stratą, jaką mogą ponieść rodzice. Ciągłe przeprowadzki, poszukiwanie miejsca na tej tragicznej ziemi, przenoszenie z jednego domu do kolejnego garnków Le Creuset. Miłość, która wraz z wielkim szczęściem i radością niesie ze sobą ból i stratę. To wszystko znajdziemy w tej opowieści.
Do tego fascynujące tło polityczne, bo przecież niepodległa Rodezja, w której przez jakiś czas (ten najtrudniejszy i dla kraju i dla nich) żyła rodzina Fullerów, przez odrzucenie polecenia oddania  władzy czarnej większości, nie była uznawana przez niemal wszystkie kraje. Odcięty od reszty Afryki i świata kraj, który biali kolonizatorzy uznawali za swój, zaczął się pogrążać w chaosie i mroku wojny. To wszystko widziane oczami białej Nicoli, dla której niepodległość Rodezji była czymś całkowicie zrozumiałym i naturalnym, a walka czarnych o równe prawa, szalonym pomysłem, nabiera nieco innej perspektywy. Dodatkowo, biorąc pod uwagę krwawe dzieje szkockiego klanu Nicoli Fuller, wydaje się, że jej życie od pokoleń naznaczone jest mordem i zemstą. I w zasadzie każde życie takie jest, bo jak w jednym z najbardziej bolesnych i przejmujących momentów tej książki, gdy niemal łykałam łzy, napisała Alexandra: 
Dopóki nie zaczniemy czcić nawzajem swoich grobów, dopóki nie przyznamy się do morderstw i nie wybaczymy sobie nawzajem tego, co zrobiliśmy, nie będzie pokoju, szacunku ani zawieszenia broni (s. 158).

Ale przy tych wszystkich tragediach, chwilach, gdy czytelnik może się zastanawiać, jakimi trzeba być wariatami, żeby trwać przy tej ziemi, która tak mało daje, a tak wiele zabiera, nie jest to książka smutna. Bo mimo łez, śmierci, bólu, mimo tych wszystkich strasznych wydarzeń, które dla Nicoli Fuller zakończyły się mocną depresją, jest w tym wszystkim nadzieja i przede wszystkim jest miłość oraz pamięć. Pamięć, która na pewno wszystkiego nie wyjaśnia, która nie rozwiewa licznych wątpliwości, nie usprawiedliwia, ale pozwala choć w jakimś stopniu zrozumieć.

Dodatkowo Alexandra Fuller ma dar opowiadania. Posługuje się sugestywnym językiem, idealnie buduje napięcie i ma fantastyczne poczucie humoru, które tak bardzo sobie cenię. Dlatego na pewno sięgnę po wspominaną w tej opowieści (najczęściej przez Nicolę) „Okropną książkę” (Dziś wieczorem nie schodzimy na psy, Wydawnictwo Czarne: Wołowiec,  2013) i po Wyjedź, zanim nadejdą deszcze (Wydawnictwo Czarne: Wołowiec, 2016). I wam również to radzę, jeśli tak, jak ja lubicie wciągające i nieoczywiste opowieści.


piątek, 5 kwietnia 2013

Aleksandria, rewolucja, opowieść

Literatura afrykańska nie jest moją mocną stroną. Nie są to tereny, w które się zapuszczałam, a jeśli już to sięgałam przede wszystkim po pisarzy południowoafrykańskich, takich jak J. M. Coetzee, którego mocno cenię (i którego prawidłową wymowę nazwiska poznałam w zeszłotygodniowym "Tygodniku Kulturalnym";)). Zapewne dlatego, że choć to oczywiście i tak obca rzeczywistość, to jednak zdecydowanie bliższa europejskiej. Ale ponieważ nie odcinam się od żadnej literatury (jeśli chodzi o jej pochodzenie), to chętnie sięgnęłam po Pensjonat Miramar Nadżiba Mahfuza (Smak Słowa, Sopot 2012), którego akcja rozgrywa się w Aleksandrii. 


W tytułowym pensjonacie prowadzonym przez Greczynkę, która po rewolucji Naserowskiej nie opuściła wraz ze swoimi rodakami Aleksandrii, ale czując się mocno zakorzenioną w Egipcie postanowiła tu zostać. Nie można się zresztą dziwić, że czuła się związana także z samym pensjonatem, prowadziłam go bowiem jeszcze przed II wojną światową. Gościła w nim wtedy klientów najwyższej klasy, równie bogatych, co utytułowanych. Z czasem miejsce traciło na wartości i w chwili rozgrywania się akcji powieści mieszkali w nim głównie studenci, turyści i znajomi Miramar. Sama kobieta początkowo  budzi sympatię, ale jej poglądy i zachowanie burzą ten wizerunek. Nie da się ukryć, że to postaci zamieszkujące pensjonat stanowią jądro opowieści Mahfuza. Zresztą wydarzenia opisane zostały z perspektywy czterech z nich. Pierwszym i ostatnim narratorem jest Amir Wadżi, emerytowany dziennikarz, dawny przyjaciel Miramar (ale nigdy kochanek!). To człowiek, który wiele doświadczył, wiele widział i to on jest przedstawicielem pokoleniowej mądrości oraz życzliwości na świata. Ma za sobą lata buntu i teraz może ze spokojem przypatrywać się rzeczywistości. Kolejną osobą, z której punktu widzenia poznajemy wydarzenia jest młody arystokrata Husni Allam, którego głównym celem jest korzystanie z życia i wszelkich przyjemności, jakie ono oferuje. Do codzienności należy seks z przypadkowo poznanymi kobietami, wizyty w burdelach i alkohol. Nie brzmi zachęcająco, ale przynajmniej jest szczery, jeśli Mansur Bahi, młody komunista, który dzięki niechcianej pomocy brata ubeka uniknął aresztowania i musi zmagać się z oskarżeniami o zdradę, rzucaną mu przez dawnych przyjaciół. To także jedna z najsmutniejszych postaci. I wreszcie Sirhan al-Buhajri, typowy karierowicz, który chce skorzystać na rewolucji, wbrew pozorom dbający tylko o siebie i budzący we mnie silna odrazę. W pensjonacie pojawił się także Tulba Marzuk (były kochanek!), który stracił majątek w wyniku rewolucji i zostawał pod policyjnym nadzorem. Motorem całej akcji jest, jakżeby inaczej, młoda dziewczyna, Zuhra, która pojawiła się w pensjonacie, uciekając ze wsi, po tym, jak dziadek chciał ją wydać za starca. Nie trudno się domyślić, że jej obecność wywoła niemałe zamieszanie, wiążące się z historią miłosną. Nie jest to jednak uległe i trzpiotowate dziewczę. Swoją siłę Zuhra udowodniła, nie tylko nie godząc się na wymuszone małżeństwo. To młoda kobieta mająca marzenia i świadomie dążąca do ich realizacji. 


Nadżib Mahfuz
Wydarzenia opisane w książce to historia Egiptu z lat pięćdziesiątych XX w., dotycząca przede wszystkim rozterek i sytuacji politycznej po rewolucji Naserowskiej. Co najważniejsze, nie jest to obraz jednowymiarowy. Dzięki zgromadzeniu w jednym miejscu – pensjonacie, przedstawicieli różnych grup społecznych, Mahfuz zdołał pokazać odczucia i poglądy całego egipskiego społeczeństwa.  A jest to oczywiście kolorowa mieszanka. Od tych, który przeżyli niejedno, doświadczonych przez różne przewroty, po tych żyjących nadzieją na zmiany. A wśród nich oczywiście Ci, którzy żyją dniem dzisiejszym, mniej lub bardziej dbając o innych. Pensjonat Miramar to także spojrzenie na sytuację polityczną tamtych czasów. Przybliżenie problemów, z jakimi borykało się (i niejednokrotnie nadal boryka) egipskie społeczeństwo. Co najważniejsze, mimo że opisywane wydarzenia się raczej obce dla czytelnika niezaznajomionego z tematem, to całość daje wrażenie klarowności. Mahfuz konstruuje zdania z prostotą, nie zamęcza faktami, a jednocześnie tworzy barwną całość. Choć nie da się nie odgadnąć, których swoich bohaterów ceni, a których odrzuca, to nie na szczęście nie uderza w ton moralizatorski, pozwalając tej wielogłosowości mówić za siebie. Pojawiająca się w utworze kryminalna intryga nie dominuje nad całością, tocząc się spokojnie i pozwalając na ujawnienie w odpowiednim momencie. Spokój to zresztą, mimo wydarzeń, które do spokojnych z pewnością nie należą, odpowiednie słowo na określenie sposobu, w jaki autor opowiedział swoją historię. 


Książka jest godna polecenia z co najmniej kilku powodów. Przedstawienie porewolucyjnej Aleksandrii i przybliżenie czytelnikowi tamtejszych wydarzeń, prezentacja ciekawych i różnorodnych charakterów, społeczeństwa, a przede wszystkim przyjemność czytania to tylko niektóre z nich.