Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 grudnia 2018

Pamiętajmy to, co trzeba - Ján Púček, "Przez ucho igielne (sploty)"




Z nastaniem listopada drzewo zaszumi, konary strząsną liście i jesień kończy się na dobre. Przynajmniej do tej pory tak bywało: ogród za oknem pogrąży się w smutku, grusza skłoni ramiona, jabłonie się skurczą. Nawet ten piec, który wlecze za sobą zwiędnięty ogon, zmarszczy czoło i zawarczy z niepokojem. A ludzie? Ludzie stracą rumieńce, spochmurnieją, przykurczą się i zaczną szybciej i płycej oddychać. Z dnia na dzień ubędzie słońca, a przybędzie wiatru i deszczy, chłód wpełźnie pod skórę.
Owszem, gdzieś w środku jesieni świat bywa piękny. Wszystkie te kolory (czerwony, żółty i brązowy), wszystkie te zapachy (wilgotna glina, tlen, wonny dym). Wciąż słyszy się o tym, jaką to miłością darzona jest jesień i że właśnie jesienią świat jest najpiękniejszy. Ale jak mam się tym cieszyć, kiedy wiem, że już w przyszłym roku przyjdzie czas na smutek (s. 11).

Nie wiem, jak zacząć ten wpis, nie chcę pisać o tym, jak wiele już dała nam literatura opowieści o losach jednostek na tle wielkiej historii, jak często poprzez ukazanie życia konkretnego człowieka  opisywano dzieje epok, wojen, dramatów całej ludzkości, o tym, jak ważna jest pamięć i czym grozi zapomnienie. Bo brzmi to banalnie i wtórnie. A książka Jána Púčeka Przez ucho igielne (sploty) (Wrocław: Książkowe Klimaty, 2017, tłum. Weronika Gogola), która tej tematyki dotyka, w której właśnie ci konkretni ludzie swoim życiem opowiadają o tragediach XX wieku, a przede wszystkim swoim życiem w konkretnym czasie opowiadają o sobie, nie jest ani banalna, ani wtórna. To piękna, nostalgiczna, łącząca w sobie radość i smutek opowieść, w której historia ustępuje miejsca rodzinie i domowi.
Ján Púček, fot. Erika Liváková


Ján Púček – autor, Ján Púček – narrator wplata losy swoich dziadków w krwawą historię dwudziestowiecznej Europy, a właściwie to odwrotnie – to właśnie tę historię wplata w ich życie, gdyż to Jan i Bożena stanowią sedno opowieści, są jej głównymi bohaterami, to dla nich i dzięki nim książka została napisana. Choć prawdopodobnie, gdyby nie ta wielka historia, losy Jana i Bożeny pozostałyby osobnymi losami. Jan pewnie żyłby szczęśliwie ze swoją rodziną, nie trafiłby na pięć lat do obozów koncentracyjnych za działalność w ruchu oporu, po skończonej wojnie nie zostałby chwilowym bohaterem, ale też nie musiałby układać na nowo roztrzaskanego życia, rozwalonej codzienności. Bożena, młoda, buntująca się dziewczyna, nie trafiłaby na spotkanie z Janem Hollym, człowiekiem, który ryzykował życie, pomagając w przerzucie czeskich lotników, a potem do jego szwalni. Nie narodziłaby się ich wielka miłość, wraz z którą Jan zyskał nowe, kolejne życie, a Bożena zaczęła budować swoje. 

I chociaż tak bardzo przeze mnie spłycona i skrócona historia spotkania się ludzi, którzy w innych okolicznościach mogliby się nie spotkać, może brzmieć romansowo, sentymentalnie, książka Jána Púčeka nie jest absolutnie żadną banalną love story. Nie jest to też opowieść o miłości romantycznej, to po prostu i aż opowieść o życiu – najpierw osobnym, później wspólnym, słodkim i gorzkim, pełnym smutków, ale i szczęścia. To opowieść o początku i końcu.

Przez ucho igielne (sploty) to opowieść rodzinna, o rodzinie, wzajemnym przywiązaniu. To bardzo widać w języku Púčeka – czułym, ciepłym, nostalgicznym. Ta czułość widoczna jest zwłaszcza w końcowych rozdzialikach książki, gdy wiele lat po śmierci Jana wnuczek, w ciemną, pozbawioną elektryczności noc, rozmawia z babcią o dziadku, o ich wspólnym i o jej życiu, które powoli znika wraz z jej pamięcią. To chyba moja ulubiona część całej opowieści, to tu autor pisze najpiękniej o uczuciach, wzruszająco, bez popadania w patetyczne i kiczowate tony, ale tak, że człowieka przeszywa do głębi. 

Pozostaję pod wrażeniem tego, w jaki sposób Ján Púček pisze. Chodzi mi właśnie o tę subtelność i o szacunek – do dziadków, do opowiadanych historii, do samego słowa. Siłę języka słowackiego pisarza widać bardzo dobrze przewrotnie w tym, czego nie pisze, a co słychać najgłośniej. Mam tu na myśli przede wszystkim część poświęconą pobytowi Jana w obozach koncentracyjnych, bardzo ironicznie, bardzo przewrotnie nazwaną Spielplatz – plac zabaw. Tylko że tu zabawa polega na robieniu na drutach swetrów dla niemieckich dzieci, patrzeniu i czekaniu na śmierć. I Púčekowi wystarczyło kilka obrazów, bez brutalizacji języka, by ukazać prawdziwy koszmar tej rzeczywistości. Podobnie jest zresztą też, gdy mowa o Zagładzie – nie potrzeba więcej niż opustoszałe domy po ludziach, którzy nagle musieli je opuścić, pozostawione przez nich, rozgrabiane rzeczy, samotna synagoga. Tak się pisze o końcu świata.

Pisanie o dziadkach i pisanie o historii nie jest dla samego pisania o nich. Ján Púček pisze, żeby utrwalić pamięć, żeby nie zapomnieć. O Janie i Bożenie, o ich wspólnym życiu, ale też o tym, o czym najchętniej wszyscy by zapomnieli, o tym, do czego gotów jest posunąć się człowiek.

Co z naszą pamięcią? Gdzie jest? W dziurawych kieszeniach? Może to naprawdę cud, że na tym świecie pomimo wszystko zostali jeszcze ludzie, że jeszcze wciąż nie zdążyliśmy się wszyscy wyciąć w pień (s. 310).


A zapomnieć nie wolno, choć pamięć bywa i błogosławieństwem i przekleństwem. W rozmowie z Michałem Sowińskim dla „Tygodnika  Powszechnego” (2017, nr 42) autor tak mówił na ten temat:


Historia nie istnieje bez pamięci – to oczywiste. Ale ja rozumiem to trochę inaczej. Pamięć jest czymś bardzo ludzkim, przez to nie zawsze dokładnym. Z kolei historia i historiografia to w zasadzie nauka, więc nie mówi ludzkim językiem. A my właśnie pilnie potrzebujemy nauczyć się rozmawiać o naszej przeszłości, aby móc zrozumieć, co właściwie mamy zapisane w naszym tożsamościowym DNA. Musimy przepracować nasze demony. Niekompletna pamięć jest jednym z powodów tego pełnego nienawiści szaleństwa, które dzisiaj w naszej wspólnej krainie przyjmuje tak niezrozumiałe rozmiary. Jednak pamięć to także źródło cierpienia. Wielu z tych, którzy przeżyli najgorsze traumy, cierpi właśnie z powodu pamięci. Oszalelibyśmy, gdybyśmy musieli pamiętać wszystko, ale absolutna amnezja to niebezpieczne ekstremum (https://www.tygodnikpowszechny.pl/nie-ma-zlotego-srodka-150373?language=pl; dostęp: 4.12.2018).

I dalej:


Demencja starcza, alzheimer i podobne choroby – to właśnie metafora naszej środkowoeuropejskiej świadomości historii. Boję się, że choroba będzie postępowała. A kiedy już zapomnimy o wszystkim, nie będziemy w stanie zadbać nawet o higienę osobistą, jedzenie i inne zwykłe, ale niezbędne rzeczy (tamże).


Przez ucho igielne (sploty) to, co już za pewne widać, książka wielowymiarowa, w której można wciąż znajdywać kolejne ślady, a ja zasygnalizowałam tylko kilka z nich. W całą opowieść wplecione są teksty zupełnie poetyckie, które Michał Sowiński nazwał „instrukcją obsługi rzeczywistości”, a ja za nim pozwalam sobie tę nazwę podać dalej. Fragmenty zatytułowane Jak się robi wino, Jak się robi nić, Jak wyrabia się żwir itd. to dla Jána Púčeka metafory kruchego życia, o którym stanowią niedostrzegalne zazwyczaj drobiazgi. Autor chce, żeby spojrzeć na nie z innej strony, zmienić perspektywę, żeby w ogryzku jabłka dostrzec ogromne drzewo (tamże). 

Powieść Púčeka pełna jest tytułowych splotów. Splotów mikro i makro, w wielu wymiarach. Są to sploty bardzo jednostkowe, jak spotkanie Jana i Bożeny, sploty konkretnych ludzi z wielką historią, uwikłanie w nią, są wreszcie sploty tejże historii z pamięcią. A my sobie możemy na te wszystkie sploty popatrzeć jedynie przez to ucho igielne, widzieć fragmenty i próbować je łączyć.

Przez ucho igielne (sploty) powinnam przeczytać już dawno i już dawno powinnam o niej napisać. Powody, dla których tego nie zrobiłam, zachowam dla siebie. Ale wspominam o tym, gdyż jestem przekonana, że dobrze jest też teraz o niej przypomnieć. A może, patrząc na to co się dzieje dookoła, nawet jeszcze bardziej teraz niż półtora roku temu warto ją czytać, coraz bardziej bowiem zapominamy i coraz bardziej należy przypominać i pamiętać, bo:


– Ten świat jest strasznie zły – dokończyła babcia, a ja w tej chwili nie jestem w stanie myśleć o zburzonej synagodze i pociągach towarowych, i o wszystkich tych ogolonych na łyso, którzy dzisiaj maszerują ulicami i rzucają kamieniami. Czasami myślę, co by powiedział dziadzio, gdyby dożył tych czasów, gdyby ich widział. Jad cisnąłby mu się na usta (s. 310).


Bardzo dziękuję pani Magdalenie Petrynie i wydawnictwu Książkowe Klimaty za egzemplarz książki.



Wiatr ucichł. Wygładzone niebo mieszało świeże niebieskie kolory; nowy dzień, nowe stroje, wróble na czereśni. Wschodzące słońce prześwietliło młodą trawę. Świat się żarzył. Przyszła wiosna. Wiosna, ach to ty! Wiosanna (s. 332).

sobota, 24 lutego 2018

Sjurealizm, Historia i miłość - Jarosław Kamiński, "Tylko Lola" (plus małe wyznanie)


Na początek kilka słów wyjaśnienia, bardziej dla siebie niż dla Was, ale chcę się tym podzielić. Niesamowicie mnie wkurza moje milczenie na blogu. Czytam sporo, głównie książki dobre, interesujące, którymi warto się dzielić i zachęcać do sięgnięcia po nie. Dlaczego więc zamiast po prostu coś o nich napisać, w myślach układam mądre zdania, miotam się ze sobą i nic z tego nie wychodzi? Wydaje mi się, że po prostu za bardzo chciałam. Żeby moje wpisy były ciekawe, nie były banalne, za krótkie, za długie, żeby były w nich ciekawe analizy, interpretacje. Założenia dobre, ale zamiast mnie motywować, tylko mnie blokowały. Mam ileś tam pozaczynanych wpisów i nic ukończonego. Zamiast się po prostu radośnie dzielić lekturami, spinam się, analizuję. Po co? Przecież blog miał być dla mnie miejscem dobrym, sprawiającym przyjemność, do dzielenia się jedną z moich największych pasji, jaką jest czytanie. Dlatego plan jest taki – będę pisać i będę publikować, mam nadzieję, jak najczęściej, bez spinki. Nie będę się zastanawiać, czy za krótko, czy ciekawie, czy oklepane frazesy. Nie z braku szacunku dla moich czytelników i siebie, ale dla poczucia, że robię coś, co daje mi radość i przyjemność. Bo o to chyba chodzi. Niech wyjdzie dobrze.

Zacznę więc od krótkiego wpisu na temat książki, którą często widywałam na Instagramie, a jednak stosunkowo mało o niej mogłam przeczytać, a szkoda, bo to kawał dobrej literatury jest. I niestety częściowo dotyka tematu, który znów nabiera aktualności. A chodzi mi o książkę Tylko Lola Jarosława Kamińskiego (Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2017).

Dwie opowieści, dwie perspektywy – Lidki, pacjentki szpitala psychiatrycznego, i Niny – emigrantki, żyjącej w nowym lepszym świecie, w Stanach Zjednoczonych. Każda ma do opowiedzenia swoją własną historię. Łączą się one na chwilę w jedną w drugiej połowie lat sześćdziesiątych XX wieku – w czasie, gdy na silne przybierają nastroje antysemickie i kraj szykuje się do wielkiej czystki. Kobiety połączy i rozdzieli wspólna praca w telewizji przy propagandowym programie dla młodzieży, a także tytułowa Lola. Tajemnicza postać, która w powieści istnieje tylko we wspomnieniach. Młoda dziewczyna z dobrej żydowskiej rodziny, przebojowa anarchistka pragnąca lepszego świata, równości, wolności braterstwa, bez kościołów, fabrykantów i ziemiaństwa. Kochanka Lidii, ciotka Niny, zniszczona przez Historię, a przez to wciąż będąca motorem, popychająca Lidię do działania, wciąż obecna w jej życiu. Bo gdyby nie Lola, wszystko pewnie potoczyłoby się inaczej.

Wydaje się, że w tej książce najważniejsza jest Historia i że to jest opowieść o niej właśnie. Wojna domowa w Hiszpanii, Marzec’ 68 – determinują losy bohaterów. Absurd tamtych wydarzeń, zwłaszcza antysemickiej nagonki, ukazany jest w całym swoim szaleństwie. Tak nie wiele potrzeba, by zniszczyć człowieka. Pisało o tym wielu, pisać trzeba nadal, bo zdaje się, że wciąż o tym zapominamy i popełniamy te same błędy. Cały czas trzeba sobie o tym przypominać.

Ale siłą napędową w powieści nie jest sama Historia. Najważniejsza okazuje się miłość i namiętność. To ona popycha Lidię do szalonych czynów, determinuje jej działania i we wczesnej młodości, gdy ucieka z Lolą do Hiszpanii na pomoc rewolucji, ale też wiele lat później, gdy musi podjąć najtrudniejszą decyzję, dotyczącą bliskich jej osób. Miłość szalona, niszczycielska, ale przecież liczy się Lola, tylko Lola.

Jarosław Kamiński oddał głos swoim dwóch bohaterkom, każdej na innych zasadach i to pomieszanie formy i stylów sprawdza się w powieści wyśmienicie. Autor bawi się językiem, sprawnie go wykorzystuje, co sprawia, że obie opowieści zyskują na swoich indywidualnościach. Jedynym minusem powieści jest epilog. Szkoda, że autor z niego nie zrezygnował, bo nieco psuje końcowy efekt. Ale czy z epilogiem, czy bez, Tylko Lola to świetna książka, którą koniecznie trzeba przeczytać.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Wzruszający, głośny szept Ormian - Varujan Vosganian, "Księga szeptów"

Zazwyczaj jestem w stanie czytać książkę w każdej sytuacji, niemal w każdym miejscu, w pośpiechu, chłonąc słowa i kolejne zdania jedno za drugim. Są książki, na które rzucam się łapczywie w autobusie, na ławce w parku, pomiędzy jedną rozmową a drugą, odrywam się i wracam od razu. Są jednak takie książki, które potrzebują czasu, powolności, wielkiego skupienia i rozważania zdania po zdaniu, bo niemal każde niesie ze sobą wielką mądrość. Taką książką jest piękna Księga szeptów rumuńskiego pisarza Varujana Vosganiana (Wrocław: Książkowe Klimaty, 2015).




Co takiego jest w tej powieści, że czytałam ją tak powolnie, że tak wiele ode mnie wymagała, ale też tak wiele mi od siebie dała? To opowieść o Vosganianie, jego rodzinie, Rumunii i co najważniejsze – o Ormianach, tych, którzy tak wiele wycierpieli, a którzy są niemal zapomniani. A pamięć im się należy ogromna. Autor, posługując się niemal realistyczno magicznym językiem, opisuje swoje pachnące kawą i kolonialnymi przyprawami dzieciństwo. To momenty, w których aż chciałoby się tam być, czuć, smakować razem z nim, siedzieć u stóp jego starego anioła. Widzieć, jak kobiety misternie  niemal tkają ciasto na baklawę, ssać ziarna kawy. Wreszcie poznać magów tamtych czasów – dziadków autora: Gabareta, który mądrze mówił, że „To wielka odpowiedzialność żyć na tej ziemi dłużej niż Jezus Chrystus. […] Musisz mieć solidne argumenty, by ośmielić się to zrobić” (s. 83), i Setraka, którego nieustanną towarzyszką i przyjaciółką była Śmierć, a także pozostałych mędrców, każdego z nich z jego osobistą historią. Chciałoby się udać na targ, odwiedzać kolonialne sklepy i spotkać Żydów handlujących najważniejszym towarem – czasem. 
Czytając te opisy, wsłuchując się w kolejne mądre słowa prawdziwie mądrych ludzi, odczuwałam ten specyficzny rodzaj nostalgii i smutku, który towarzyszy mi w momentach wielkiego piękna łączącego się z bólem. Gdyż bólu w Księdze szeptów  jest niemało.

Losy wszystkich bohaterów powieści, a każda z pojawiających się na jej kartach postaci zasługuje na uwagę, nie działy się w nieistniejącej krainie z dawnych pięknych lat. Za ich życiem stała bowiem groźna i straszna historia XX stulecia. Druga wojna światowa i okupacja, komunistyczny reżim i przede wszystkim to od czego zaczęły się rumuńskie losy rodziny autora – ludobójstwo Ormian, którego setną rocznicę obchodzono w tym roku. Każde z tych tragicznych wydarzeń w dziejach świata odbiło się równie tragicznie na losach jednostek. Vosganian dorastał i uczył się życia w czasach, gdy o wielu rzeczach, o prawdzie nie wolno było mówić głośno, obowiązywał szept. Autor gromadził ten szept, z którego potem powstała Księga.  A o czym szeptano? O Stalinie i zsyłkach na Sybir, o więzieniach, o brutalnych przesłuchaniach, o krwawych okupacjach, o zabójstwie prezydenta Kennedy’ego szeptano w krypcie. Szeptu jest tu co niemiara, za każdym razem coraz bardziej bolesnego, rozdzierającego serce. I zmuszającego do pytań i rozmyślań nad losem bliskich mi osób, zwłaszcza że historia Hartina Fringhiana jest bliska rumuńskim losom pewnej części mojej rodziny.

Napisałam wcześniej, że dla tej książki potrzebowałam czasu i wielkiego skupienia. Od jednego rozdziału nie mogłam się jednak oderwać, doczytując go już przy słabym świetle pociągowego wagonu. W tym miejscu muszę się przyznać, że od pewnego czasu staram się unikać książek dotykających czasów wojny, Holocaustu, komunistycznych zbrodni, gdyż wydaje mi się, że przyjęłam już tak wielką dawkę okropności tamtych czasów, że już więcej nie dam rady. Dlatego sama się sobie dziwiłam, że rozdział, który nie pozwolił mi na odłożenie książki, dotyczył ormiańskiego marszu śmierci. Marszu przesz siedem kręgów, w których jedyną pewną rzeczą była śmierć, w każdym kolejnym coraz straszniejsza. Był to marsz przez śmierć i ku śmierci, nie przewidywano bowiem dla prowadzonych Ormian innego losu. Czytanie o każdym kolejnym kręgu bolało coraz bardziej, coraz straszliwsze opisy masakry i odchodzenia sprawiały, że chciało mi się krzyczeć. Śmierć każdego człowieka niesie ból, niewinnych osób skazanych na śmierć najbardziej, ale nie ma chyba niczego tak przerażającego jak śmierć masowa, ludobójstwo, gdzie nie ma miejsca dla człowieka, pozostają tylko, jeśli już,  zbiorowe mogiły. I w tym miejscu mogę tylko za autorem powtórzyć: „Masowe groby są najbardziej zawinioną częścią historii” (s. 304).

Księga szeptów dotyka najboleśniejszych i najstraszliwszych momentów historii. Jest opowieścią o śmierci i zemście, której symbolem jest mały drewniany konik – zabawka autora. Ale nie ma w niej krzyku, nie ma języka nienawiści, nie ma epatowania brutalnością mimo opisów jakże niewyobrażalnych zbrodni. W tej książce – i w tym tkwi jej wielka siła – naprawdę dominuje szept. Autor szepcze tak, jak szeptali jego przodkowie. Szepcze o sprawach najważniejszych i o codzienności, za każdym razem robi to poruszająco. Nie ucieka się do wielkich słów, jego język jest niesamowicie subtelny, powolny, zmusza do uwagi i skupienia.

Napisać jeszcze trzeba o samym wydaniu książki. Nie dość, że tak pięknej, estetycznej i skromnej okładki już dawno nie widziałam (brawa dla Justyny Boguś), to jeszcze do tego świetne tłumaczenie Joanny Kornaś-Warwas i merytoryczne opracowanie Andrzeja Pisowicza. Tak przygotowanych książek życzę sobie i innym czytelnikom jak najwięcej. Brawa dla Książkowych Klimatów.

Księgę szeptów czytać trzeba! Tak, trzeba, ze względu na pamięć o straszliwym ludobójstwie, o którym w zasadzie mówi się tak niewiele, ze względu na pamięć o krwawych plamach historii, ale także ze względu na wielkie wzruszenie i wielkie piękno. Bo gdybym miała wybrać jedno słowo opisujące książkę Varujana Vosganiana to wybrałabym właśnie wzruszenie. A jak coś wzrusza tak jak ta powieść, to nie ma wyjścia, musi to być po prostu piękne.

Za książkę serdecznie dziękuję panu Krzysztofowi Cieślikowi i wydawnictwu Książkowe Klimaty.
Zdjęcie okładki ze strony wydawnictwa.

niedziela, 24 marca 2013

Udana rozgrywka Kaspra Bajona

„To nie było zwykłe morderstwo – raczej precyzyjny komunikat, ostrzeżenie wysłane światuˮ. Morderstwo genialnego szachisty Jakuba Kluga, którego znaleziono nad Tamizą z pogruchotanymi kośćmi, spaloną twarzą i spoglądającymi w niebo, wydłubanymi oczami, ułożonymi obok zwłok, wydaje się być zapowiedzią wciągającego kryminału. A że na murze ktoś, zapewne morderca, wyrysował krwią ofiary symbol żuka, można mieć nadzieję, że jakaś wielka tajemnica za tym się kryje. Niech was nie zwiodą wszelkie znaki zachęcające do zagłębienia się w arcyciekawy kryminał, którego rozwiązanie będzie wam spędzało sen z powiek. Co to, to nie. Bo i wybitny szachista, i morderstwo, i tajemniczy żuk to jedynie elementy prześwietnej gry literackie stworzonej przez Kaspra Bajona w niewielkiej rozmiarami, ale jakże bogatej treściowo i formalnie, powieści (czy aby?) Klug (Wielka Litera, Warszawa 2012).

Ale o czym to jest? Trudne to pytanie ze względu na mnogość wątków i form. Tytułowa postać genialnego szachisty, w którego istnienie wielu wątpiło, jest oczywiście kluczowa dla całej książki. Bez niej bowiem młody aktor nie wszedłby na drogę biografa, nie porzucił codzienności i nie udałby się w podróż do przeszłości, szukając rozwiązania, kim tak naprawdę był Jakub Klug (Kulig, Gluck, Klugmann, Klag, Kalg, Gluchi, Kubaklug, Kugl, Luca Cube, Jack Jacob Click, Krugg, James Cluge). Co nieci, a nawet całkiem sporo udało się narratorowi o nim dowiedzieć. A chociażby to, że nie dość, że był wybitnym szachistą, ba, prawie że mistrzem świata, to również planował napisać doktorat o obrazie Odpoczynek przy szachach, który krył w sobie zapowiedź wyniku spisku przeciwko Medyceuszom, kobieciarzem był niesłychanym, zostawiającym po sobie zrozpaczone kochanki, a także, a może przede wszystkim w kontekście tajemniczego morderstwa, miał związek z tajnym Stowarzyszeniem Skarabeusz. Stowarzyszenie to sięgało do dawnej heretyckiej sekty aurumistów, którzy Ducha Świętego wyobrażali sobie pod postacią skarabeusza właśnie, a wierząc, że za wszelkie zło świata odpowiada złoto, aby uchronić swych wyznawców przed wiecznym potępieniem, obierali im cenne błyskotki i gromadzili bogactwa. To naprawdę temat na wciągający kryminał z intrygującymi postaciami, tajnym stowarzyszeniem, sztuką i romansem w tle. 

Ale Kasper Bajon postanowił zabawić się z czytelnikiem i uciec od narzucąjącej się konwencji. A ja kocham takie postmodernistyczne zabawy i gry. Dlatego z radością wielką czytałam o tajnym stowarzyszeniu, poznawałam rozgrywki szachowe, historię wspomnianego obrazu, by za chwilę natknąć się na część „Sześć filmów, które warto obejrzeć w nadchodzącym tygodniuˮ i cieszyć się opisem-pastiszem tych właśnie filmów, kpiącym z popkultury. Dzięki wprowadzeniu mnogości barwnych postaci autor miał możliwość (i skutecznie ją wykorzystał) zabawy konwencjami. Sam, tworząc biografię, kpi z biografii sentymentalnych, z autorów, którzy budują rzeczywistość swoich autentycznych bohaterów na plotkach, domysłach, sentymentach. Jednocześnie, by urzeczywistnić swą opowieść, wzbogaca książkę w przypisy odsyłające do literatury rzekomo dotyczącej bohatera, tajnego stowarzyszenia i innych opisywanych faktów. Pisze o podróżach Kluga, pokazując nam różne miasta XIX-wiecznej Europy i Ameryki Północnej, by zaraz podać przepisy kulinarne na panna cotta con lamponi i wieprzowe szaszłyczki! Gubi i wybitnego szachistę i narratora biografa, by przyjrzeć się postaci urodzonej w Tomaszowie Mazowieckim aktorce Cou-cou, robiącej karierę w Stanach. Morfinistce, nimfomance, której romanse kojarzą się z historiami miłosnymi Marylin Monroe. A potem ucieka w świat sztuki i szuka tajemniczego pigmentu Starna, założyciela Pracowni Form Małych. Mamy tez i fragment niedokończonej powieści kryminalnej, z którą chętnie bym się zapoznała. Jak widać dzieje się tu niesłychanie wiele. I choć może dawać to wrażenie chaosu, to autor sprawnie się tego ustrzegł. Wątki, mimo wszystko, łączą się sprawnie i absolutnie nie miałam wrażenia przekombinowania. 

Kuzyn niejakiego Carabus klugi, symbolu Stowarzyszenia Skarabeusz
Bajon w Klugu zabawił się z mnogością form dostępnych popkulturze. Stworzył pastisze i kolaże. Nie uciekł też od gry z samym sobą, a raczej ze swoim narratorem. Kpiąc z wyszukanych form, barokowych opisów i aliteracji sam tworzy zdania typu „Przysłonięta szarą woalką chmur karminowa źrenica słońca chowała się właśnie za budynkami Buckingam Palace. [...] Żółty, przedwcześnie zmarły liść odpadł od gałęzi i z determinacją godną samobójcy zmierzał w stronę ziemiˮ. Rozkoszne potworki. Dlatego, jak tylko kochacie takie gry literackie, wszelkie zabawy formami i konwencjami, Klug musi do was trafić. Skrywa w sobie bowiem dużo więcej, niż udało mi się tu przemycić.