niedziela, 26 września 2010

Z Miłoszem przez Europę (Wschodnią)

Źródło: http://elib.kkf.hu/poland/lengyel/history/PL.htm
Litwo, ojczyzno moja? To pytanie, które mogliby zadawać sobie wszyscy urodzeni, tak jak Czesław Miłosz, „kiedy tłumy Paryża i Londynu wiwatowały na cześć pierwszych lotników” (C. Miłosz, Rodzinna Europa, Kraków 2001, s. 13), między Rosją a zachodnią częścią Europy, niby w Polsce, ale jednak z dala od niej. Próbą odpowiedzi na nie jest Rodzinna Europa pisarza, będąca jednocześnie drogą do odkrycia własnej tożsamości i przynależności.

Książka składa się (wraz ze Wstępem) z 20 tekstów poświęconych etapom życia Miłosza, począwszy od jego korzeni, lat dzieciństwa, przez pełną rozterek moralno-filozoficznych młodość, czas wojen światowych, okupacji, aż do ostatecznego pożegnania się z Polską Ludową i ucieczki do Francji. Szczególnie interesujące były dla mnie rozdziały poświęcone wydarzeniom do wybuchy II wojny światowej. Młodzieńcze lata spędzone w Wilnie to, przynajmniej z mojej perspektywy jako czytelnika, czas niezwykle fascynujący w życiu Miłosza. Był świadkiem kulturalnego i urbanistycznego rozwoju obecnej litewskiej stolicy. Świetnie działające teatry, szybko tłumaczone i wydawane międzynarodowe nowości książkowe (choć wg Miłosza bardziej niż jakością kierowano się w tym przypadku snobizmem, ibidem, s. 72) -  kulturalna działalność miasta miała się dobrze. Kolorowe handlowe dzielnice żydowskie, pełne były barwnych szyldów zdobionych wizerunkami pończoch i biustonoszy, a wiosenną atrakcję stanowiły staroświeckie dorożki. Zimą ulice pełne były dzieci zjeżdżających na saneczkach oraz narciarzy. Czyż nie zachęcający i uroczy to obrazek?
Na tym tle szkoła, do której Miłosz uczęszczał i w której rodziły się jego pierwsze rozterki i bunty. W państwowym gimnazjum dla chłopców, gdzie obowiązywały szaro-stalowe mundurki z wyłogami młody Czesio szybko zetknął się z brutalnymi zasadami, w których rządziła silna pięść piętnastolatków. Na złość osiłków postanowił zostać prymusem i pupilem nauczycieli, a dopiero później przybrał pozę aroganta i awanturnika. Przeżył krótką fascynację nauczycielem od rysunków, który zniszczył uczniowskie uczucie gestem zakrawającym na molestowanie seksualne.
W tym samym gimnazjum zaczęły się religijne rozterki Miłosza. Jego głębokie uniesienia religijne i rozważania wielce kontrastowały z tym, co głosił Chomik – katecheta, oraz postawy obserwowane w kościele św. Jerzego. Po mszy tzw. dobre towarzystwo urządzało na deptaku prawdziwe parady i pokazy mody (nota bene obrazek nieobcy i w dzisiejszych czasach), co uderzało pisarza:
Udział w obrzędach razem z małpami poniżał mnie. Religia jest rzeczą świętą, jak może być, żeby ich Bóg był jednocześnie moim Bogiem? Jakie mają prawo przyznawać się do niego? [...] Wobec wyraźnie niższych należało raczej ogłosić się za ateistę, żeby wyłączyć się z kręgu niegodnych. Należało zburzyć religię jako konwenans społeczny i przymus. (Ibidem, s. 95).

Czas studiów to bliższe zetknięcie się Miłosza z marksizmem. Nie była to jednak fascynacja bezkrytyczna, nie brakowało tu długich rozmyślań i polemik Należał do Klubu Włóczęgów, który powstał po to by wyśmiać i okpić uniwersyteckie korporacji pełne snobów o nacjonalistycznych poglądach. Kwestia przynależności narodowej, stosunek do nacjonalnego socjalizmu, pogarda dla jego wyznawców. Temu tematowi, zwłaszcza stosunkowi do Żydów, poświęcił spory fragment.
Młodość Miłosza to także początek jego literackiej drogi, a także sportowych wyzwań i pełnych przygód wyprawa do Europy Zachodniej.

Sporo miejsca w Rodzinnej Europie poświęcił Miłosz ważnym dla niego postaciom. Szczególnie widoczna jest tu sylwetka innego Miłosza – Oskara, który w przeciwieństwie do kuzyna, po rozpadzie Unii opowiedział się za Litwą. Inną osobą, która wywarła spory wpływ na pisarza i jego decyzję był Tygrys – Tadeusz Juliusz Kroński, z którego poznał jeszcze przed wojną. Mnoga jest liczba postaci,  o których opowiada Miłosz, różnie oceniając, ale zawsze czyniąc to wielce interesująco.

II wojna światowa również zajmuje to sporo miejsca, ale (za co chwała Miłoszowi) pisarz wystrzega się martyrologii i rozdzierania ran. Pisze o swoich rozterkach, działalności konspiracyjnej, stosunku do powstania warszawskiego. Bez wielkich i niepotrzebnych słów stworzył szczerze brzmiący i przejmujący obraz okupowanej Warszawy.

Jak wspomniałam na początku, Rodzinna Europa kończy się, gdy Miłosz prosi o azyl we Francji, rezygnując ze służby dla ludowej demokracji. Dalsze jego losy to inna historia, tym krokiem zakończył swoją przygodę z Europą jego młodości, która nie mogła już powrócić.
Poruszając szereg ważnych zagadnień Miłosz nie traci nic ze swego poczucia humoru i uroku pisarskiego. Potrafił pięknie napisać o najbardziej prozaicznych czynnościach, jak choćby o wizycie u włoskiej prostytutki. A ja bym mogła jeszcze długo się rozpisywać, ale z szacunku dla potencjalnych czytających ten tekst zakończę z zaleceniem, żeby sięgnąć po Rodzinną Europę.

sobota, 4 września 2010

Pamuk i tożsamość

Z Orhanem Pamukiem, a właściwie z jego twórczością miałam mały problem. Zaczęłam całkiem banalnie od bardzo niebanalnej powieści jaką jest Śnieg i pomyślałam, że facet umie pisać. Niestety, jakiś czas później przeczytałam nieszczęsne Nowe życie. Nie będę się teraz rozwodzić nad słabością tej powieści, ale to jedna z najmniej odkrywczych, interesujących i wciągających rzeczy, jakie czytałam. Ratowały ją tylko odniesienia kulturowe. Dałam więc sobie z Pamukiem spokój na bardzo długi czas, aż w końcu pożyczony mi został Dom ciszy. O tej powieści też nie będę się rozpisywać, muszę jednak o niej wspomnieć z kilku powodów. Po pierwsze, jest to bardzo dobra książka z interesującą i absolutnie nie nużącą fabułą. Po drugie, prosty, pozbawiony zbędnych ozdobników język oraz pierwszoosobowa narracja tworzą wyjątkową atmosferę, podkreślając zawiłe losy bohaterów i milczenie Fatmy. Po trzecie wreszcie, jednym z bohaterów tej powieści był historyk Faruk Darvinoglu, którego postać pojawiła się również w Białym zamku, którego post dotyczy.

Mianowicie Faruk jest autorem wstępu do powieści, którą dedykuje swojej siostrze Nilgun.Opowiada historię pracy nad odkryciem rękopisu Białego zamku i pracy nad jego tekstem. Spodobało mi się to nawiązanie, tym bardziej że w zakończeniu głos należy już do samego Orhana Pamuka, który tłumaczy, dlaczego dokonał takiego zabiegu, a ja przyjmuję to wyjaśnienie, oraz mówi o swoich inspiracjach przy pisaniu tej powieści.
Akcja Białego zamku toczy się w XVII wieku na tle licznych wojen tureckich, w tym wojny Turcji z Polską, znaczącej dla powieści. Jest to historia niezwykłego związku weneckiego niewolnika, który gdy był młodym chłopcem został uprowadzony przez Turków, z jego panem Hodżą. Oby łączy zamiłowanie do wiedzy i nauki, wspólnie poszukują nowych rozwiązań i dzielą się swoimi umiejętnościami. Co więcej, są do siebie niemal łudząco podobni fizycznie. 
Nie jest to łatwy związek. Wspólna praca przy pisaniu książek naukowych dla padyszacha, obliczeniach nad końcem zarazy, a przede wszystkim przy wspaniałej machinie wojennej rozgrywa się na tle wahań i załamań emocjonalnych każdego z nich, kłótni, wzajemnych wyrzutów. Jednocześnie przez te wszystkie lata rodzi się między nimi niezwykła więź i miłość. Hodża fascynuje się światem z jakiego pochodzi jego niewolnik, pociąga go szczególnie wielki pęd do nauki i wiedzy tamtejszych ludzi. Z czasem ich poglądy i pomysły przenikają się, tożsamości ulegają zatarciu.
Gdy budowa maszyny wojennej została zakończona, wyruszyli wraz z wojskami tureckimi na Polskę. Podróż nie była łatwa. Jeszcze bardziej ujawniła ich słabości, w Hodży wyzwoliła skrywane emocje. W końcu nieudane oblężenie białego zamku i potęgująca się nienawiść wojsk tureckich do ich maszyny i niewiernego niewolnika zmusza parę bohaterów do niezwykłego kroku. Nocą, wśród mgieł jeden z nich ucieka. 
Tureckie wojska przegrywają, armia wraca, a sułtan zostaje obalony. Jeden z bohaterów również powraca do Turcji, gdzie zaczyna wieść normalne życie, aż w końcu, nie mogąc uciec od przeszłości, spisuje powyższą historię i to właśnie z jego perspektywy poznajemy wydarzenia. Jednak historia nie zostaje wyjaśniona do końca. Gdy już jest się pewnym co się wydarzyło, pojawia się coś co niszczy nasze przekonania i nie pozwala na pełne wyjaśnienia.

Biały zamek jest wielce interesującą opowieścią i to nie tylko w warstwie fabularnej. Szczególnie ciekawe był dla mnie fragmenty tyczące się nauki, ludzkiej głupoty i ograniczeń. Pomysł z zaburzeniem tożsamości i bliźniaczymi bohaterami nie jest nowy, co zresztą autor w zakończeniu wyjaśnia, ale rozwiązany został w ciekawy sposób, zwłaszcza jeśli chodzi o relację między panem a niewolnikiem. To także ciekawa powieść historyczna. Wreszcie wraca Pamuk do rozważań na temat różnorodności kultury Wschodu i Zachodu i choć Turcy zostali przedstawieni jako zabobonni głupcy to jednak nie można powiedzieć o wyższości kultury europejskiej. Poszukiwanie tożsamości kulturowej nie jest łatwe i chyba nie jest do końca wg Pamuka możliwie.

Biały zamek jest krótką powieścią, ale bogatą w treści. Cieszę się, że tym razem Pamuk nie zmarnował pomysłu, jak to było w przypadku Nowego życia i  na pewno sięgnę po jego kolejną książkę. I chyba będzie to Stambuł.

środa, 1 września 2010

Miortwyje duszi

Martwe Dusze Mikołaja Gogola to książka, którą chciałam przeczytać od dawna. Cóż z tego, skoro zawsze, gdy wołała do mnie z bibliotecznej półki, zbywałam ją szybkim spojrzeniem i usprawiedliwieniem w postaci stosiku innych pozycji. Czekała na mnie jednak cierpliwie i dzięki bodźcowi jakim stało się wyzwanie „Rosja w literaturze” powieść Gogola była pierwszą książką po jaką sięgnęłam podczas ostatniej wizyty w bibliotece. I wcale nie żałuję, że tyle zwlekałam – na przyjemności warto czekać. Zawsze.




Martwe Dusze to opowieść o nie za chudym, ale i nie za grubym, miłym w obejściu i pomysłowym Pawle Iwanowiczu Cziczikowie. Pewnego dnia pojawia się on nagle w gubernialnym miasteczku i z miejsca zyskuje sobie sympatię wyższych sfer. Odwiedza nowych znajomych oraz inne okoliczne dwory, gdzie mniej lub bardziej skutecznie dokonuje zakupu chłopskich dusz. Nic dziwnego w tamtych czasach, chłopów sprzedawano, kupowano, przesiedlano, ale pierwszy raz się zdarzyło, żeby ktoś chciał ich martwych. Bo właśnie o dusze nieboszczyków, lecz koniecznie widniejących jeszcze w rejestrze, ubiegał się Cziczikow. Budziło to wielkie zdumienie wśród jego kontrahentów, ale skoro mogli zaoszczędzić na podatku od chłopa to czemu się nie zgodzić na uwolnienie od kłopotów. I skupował tak Paweł Iwanowicz martwe dusze, oczywiście w wielkiej tajemnicy, a sympatia środowiska rosła i rosła, szczególnie wraz z plotkami o rzekomych milionach posiadanych przez bohatera. Z plotkami jednak bywa tak, że czasami pomagają, ale przeważnie szkodzą i los, a raczej nowi przyjaciele, szybko odwrócili się od Cziczikowa. Powodów było sporo, wspomnę tylko o rzekomym porwaniu córki gubernatora, fałszerstwach i szpiegostwie. Mieszkańcy miasteczka prześcigali się w domysłach dotyczących Pawła Iwanowicza i padło nawet podejrzenie, że jest on Napoleonem w przebraniu. W każdym razie bohater, zorientowawszy się, że szczęśliwy los się odwrócił, postanowił szybko opuścić miasteczko. 

Dalsze losy Cziczikowa autor obiecuje opowiedzieć w dalszych częściach Martwych dusz, jednak, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, napisawszy tom drugi Gogol zniszczył rękopis. Nie jestem w stanie mu tego wybaczyć bo Martwe Dusze to wspaniały portret rosyjskiej prowincji i rosyjskiej mentalności. Razem z Cziczikowem czytelnik poznaje niezwykłe postaci i nie sposób nie zachwycać się prezentacją nałogowego gracz i krętacza Nozdriewa, niedźwiedziowatego Sobakiewicza, postrachu chłopów skąpca Pluszkina czy też miejscowych dam, których pasją jest oczywiście życie innych. Obraz jaki wyłania się z powieści nie jest bynajmniej kolorowy. Rosjanie ukazani zostali jako krętacze, oszuści, pozerzy. Najlepiej zacytować Sobakiewicza, który w rozmowie z Cziczikowem stwierdza: 
 
Znam ja ich wszystkich: same łajdaki; całe miasto takie: łajdak na łajdaku jedzie i łajdakiem pogania. Wszyscy judasze. Jeden tam tylko jest porządny człowiek – prokuratur, ale i ten, prawdę mówiąc, świnia. (M. Gogol, Martwe dusze, Warszawa 1996, s. 106). Nikogo nie oszczędził.

Gogol doskonale znał środowisko, o którym pisał. Z wielkim humorem i urokiem wyśmiewał wady i przywary. Piękny jest fragment, w którym o Cziczikowie rozmowę toczyły dwie panie: dama miła pod każdym względem i dama tylko miła. Po wtrąceniu francuskiego zdanka autor tłumaczy:

Nie zawadzi spostrzec, że do rozmowy naszych dam było wplątanych bardzo dużo słów cudzoziemskich, a niekiedy nawet całe zdania francuskie. Ale jakkolwiek autor pełen jest czci dla tych zbawiennych korzyści, jakie daje Rosji język francuski, jakkolwiek pełen jest czci dla chwalebnego zwyczaju naszych wyższych sfer towarzyskich posługiwania się nim przez cały dzień – rozumie się, z głębokiego uczucia miłości do ojczyzny – ale mimo to wszystko, w żaden sposób nie może się zdecydować na wprowadzenie do swojego rosyjskiego poematu zdania w jakimkolwiek obcym języku (Ibidem, s. 199).

Gogol dzieli się również opiniami na temat pisarzy i czytelników i w tych momentach również nie szczędzi narodowi rosyjskiemu.
Martwe dusze to również wspaniały przykład powieści epoki realizmu. Uwielbiam te szczegółowe opisy budowli, ludzi, przedmiotów. Od razu przyszła mi na myśl moja ulubiona scena z Ojca Goriot Balzaca – opis pensjonatu pani Vauquer. Niektórym może wydawać się nudne, ale dla mnie te opisy stanowią o uroki powieści.
Na zakończenie mogę napisać, że kto nie czytał niech żałuje bo książka Gogola to napisana bardzo udanym językiem (choć właściwie powinnam napisać o świetnym tłumaczeniu Władysława Broniewskiego) gorzka, lecz wywołująca śmiech prezentacja ludzkich charakterów, niestety aktualna również i dziś.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Na plebanii w Haworth

Gdy siostry Brontë (Anna, Emilia i Charlotta) pod przybranym nazwiskiem (Bell) jako mężczyźni wydały swoje pierwsze, a w przypadku Emilii jedyną, powieści stały się popularne w środowisku literackim ówczesnej Anglii. Jane Eyre napisana przez najstarszą z żyjących sióstr okazała się sukcesem, a Wichrowe wzgórza prowokowały, budząc jednocześnie podziw i odrazę. Również powieść Anny – Agnes Grey – spotkała się z dobrym przyjęciem, a przez niektórych krytyków uważana była za arcydzieło. Kolejne publikacje, a także tragiczne losy sióstr oraz ich brata Branwella stały się interesującym materiałem do analizy dla wielu żyjących zarówno wówczas, jak i w latach późniejszych, biografów. Informacje czerpane z pamiętników, listów i historii opowiadanych przez znajomych i przyjaciół rodziny, często przeinaczane oraz wyrywane z kontekstu, przyczyniły się do publikacji wielu nie tyle rzetelnych co szokujących opisów życia sławnego rodzeństwa.

Wichrowe wzgórza Emilii Brontë oraz książki Charlotty zyskały ogromną popularność również w Polsce nic więc dziwnego, że i w naszym kraju rosło zainteresowanie tą sławną rodziną. O rzetelny i wiarygodny opis jej losów pokusiła się znana tłumaczka literatury anglojęzycznej Anna Przedpełska-Trzeciakowska. W książce Na plebanii w Haworth. Dzieje rodziny Brontë przedstawiła historię tej rodziny począwszy od losów pastora Patryka Brontë – ojca sławnego rodzeństwa -  a skończywszy na życiu najdłużej żyjącej Charlotty.

Do niewątpliwych zalet publikacji należy przede wszystkim dokładne przygotowanie materiału źródłowego. Autorka zbierała potrzebne materiały w Brytyjskiej Bibliotece w Londynie, korzystała z rękopisów, listów i artykułów znajdujących się w posiadaniu Towarzystwa Rodziny Brontë oraz ze zbiorów umieszczonych w Muzeum Rodziny Brontë w Haworth. Wiedza, którą w ten sposób zdobyła pozwoliła jej w sposób wierny i rzetelny przedstawić biografię sławnej rodziny.

Historia pastorskiej rodziny to z jednej strony opis prostego życia rodzeństwa oraz ich ojca (matka zmarła na raka w młodym wieku), a z drugiej pasjonujący świat wyobraźni jaka cechowała trzy żyjące siostry oraz Branwella. Rodzeństwo, które uwielbiało czytać książki i gazety szybko chłonęło każdą zasłyszaną informację. Jako dzieci, wychowywane w duchu tolerancji religijnej, żyły sprawą katolicką, a także pasjonowały się historią i polityką. Pisały własną gazetą i kreowały niezwykłe światy, w których nie było miejsca na banalnych bohaterów, a w których rządziły żądze, pasje i namiętności.  Nikt nie zabraniał rodzeństwu na fantazjowanie, które w przyszłości okazało się mieć różne skutki. Stało się drogą do literackiego sukcesu, ale też przyniosło wiele rozczarowań codziennych, dorosłym życiem i doprowadziło do upadku Branwella.
Doświadczenia z lat dzieciństwa oraz młodości posłużyły później siostrom w ich pisarskiej karierze, a niektóre fragmenty powieści stanowią niemal wierne odwzorowanie ich własnych przeżyć. Nie sposób tego nie zauważyć, czytając opis pensjonarskich losów Jane Eyre, czy belgijskiej przygody Lucy Snowe. Anna i Emilia również czerpały z własnych doświadczeń, choć w przypadku autorki Wichrowych wzgórz większe znaczenie niż jej realne życie maiły zasłyszane historie i jej wielka i nieopanowana wyobraźnia.
Przedstawiając historię rodziny Brontë autorka często cytuje fragmenty pamiętników, artykułów i listów. Dzięki temu opisywane wydarzenia zyskują na wiarygodności, a przedstawiane przez biografów w niezbyt wierny sposób niezwykłe informacje są weryfikowane i ukazywane zgodnie z prawdą.

Kolejną zaletą publikacji jest jej język. Niemal powieściowa narracja sprawia, że od książki trudno się oderwać, a nawet najbardziej błahe wiadomości czyta się z zainteresowaniem.  Autorka sprawnie przeplata opisy życia z analizą powieści sióstr Brontë, zwraca uwagę na istotne szczegóły i nie waha się wygłaszać opinii, które nie zawsze przynoszą chlubę rodzeństwu. Nie ujmuje zalet, ale również nie waha się pokazać rodzinę z ich wadami, jako ludzi z krwi i kości, którymi przecież byli. Jednocześnie nie pozwala sobie na koloryzowanie, a wszelkie wątpliwości stara się dokładnie wyjaśnić.

Jeśli chodzi o wady książki to mogę mieć zastrzeżenie do skromnego materiału ilustracyjnego. Autorka z pewnością mogła i powinna pokusić się o więcej. Zdaję sobie sprawę z tego, że wiązałoby się to z większymi kosztami wydania książki, ale dla czytelnika stanowiłoby to dużą wartość. Pisząc o tym powinnam zaznaczyć, że mój egzemplarz wydany był w 1998 r. i być może nowe wydanie zostało wzbogacone o większą ilość zdjęć.
W pierwszej chwili może również razić spolszczanie imion, zwłaszcza tych najbardziej znanych. Jednak nie jest to moim zdaniem wielką wadą, można się szybko przyzwyczaić. A poza tym dlaczego w Polsce nie mówić po polsku? ;)

Podsumowując, Na plebanii w Haworth to pozycja obowiązkowa dla wielbicieli twórczości sióstr Brontë i miłośników sprawnie napisanych biografii. Powinni po nią sięgnąć również Ci czytelnicy, dla których ważny jest klimat, gdyż ta mała plebania, a oknami skierowanymi na cmentarzyk, a położona w pobliżu rozległych wrzosowisk, jest nim przepełniona.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Sceny z życia Jane Bowles

Proste przyjemności to zbiór siedmiu opowiadań Jane Bowles – amerykańskiej pisarki, która mimo skromnego dorobku pisarskiego uznawana jest za jedną z najlepszych współczesnych pisarek. Przyznam, że o autorce usłyszałam całkiem niedawno, gdy otrzymałam omawiany zbiorek.

Jane Bowles jest z pewnością interesującą postacią. Jedynaczka, córka niepraktykujących Żydów od najmłodszych lat borykała się z problemami. Najważniejszym był brak akceptacji ze strony ojca. Do tego dochodziły kalectwo oraz liczne lęki, które spotęgowały się po śmierci rodziciela. Tragedią było dla Jane dokonanie jakiegokolwiek wybory, nawet przy decydowaniu o najbardziej błahych sprawach przeżywała ogromne rozterki moralne.
Dorosłe życie nie przyniosło jej spokoju. W wieku 21 lat wyszła za mąż za młodego kompozytora, jednak w wyniku homoseksualnych zainteresowań obojga związek małżeński szybko stracił na znaczeniu. Jane fascynowały seksualnie kobiety w średnim wieku, przeżyła kilka dłuższych romansów. Przez jakiś czas związana była z uchodzącą za wiedźmę marokańską wieśniaczką.
Bowles cierpiała na depresję, a po przebytym w wieku 40 lat wylewie utraciła częściowo wzrok i miała kłopoty z mową. Do końca życia borykała się z nasilającymi się lękami, z którymi nie mogła sobie poradzić. Nawet pisanie było dla niej pasmem udręk i wielkim wysiłkiem, choć czuła, że musi pisać.

Życie niewątpliwie odcisnęło piętno na jej twórczości. Bohaterkami opowiadań są kobiety w różnym wieku, od małej dziewczynki do dojrzałych pań, które przeżywają podobne rozterki, co autorka. Utwór Zielony cukierek porusza problem braku akceptacji ze strony ojca, a Majówka to obrazek lesbijskiego związku dwóch prostytutek. Obóz Katarakta i Kłótliwa para pokazuje trudne relacje międzyludzkie oraz wyobcowanie bohaterek i chęć ucieczki ze świata zewnętrznego. Wszystko jest przyjemne oraz Gwatemalska idylla to teksty mocno seksualne, choć tylko w tym drugim motyw seksu pojawia się jawnie.
Oprócz kobiecych bohaterek opowiadania łączą liczne niedopowiedzenia. Z pozoru proste, błahe historie ukrywają w sobie spory ładunek emocjonalny, choć momentami niestety jest on mało wyczuwalny i za bardzo ukryty. Chwyt z niedopowiedzeniami udał się Bowles szczególnie w dwóch opowiadaniach: Proste przyjemności i Obóz Katarakta, które, mimo że nie podają takie słowa jak gwałt, śmierć, samobójstwo, a tytułowe opowiadanie z pozoru wcale nie jest nacechowane emocjonalnie, to jednak mają swoją siłę i potrafią wstrząsnąć czytelnikiem. Szkoda, że autorce nie udało się osiągnąć podobnego efektu we wszystkich tekstach. Być może jest to wina zbyt dużej ilości niedopowiedzeń, które zaczynają wręcz nużyć.
Dużym plusem są tytuły opowiadań (wyłamują się tu Obóz Katarakta i Kłótliwa para), zapowiadające przyjemne doznania i doświadczenia, a które z przyjemnościami mają nie wiele wspólnego, przez co teksty mogą zaskoczyć nieświadomego czytelnika.

Proste przyjemności to dobre, ale tylko dobre teksty, których potencjał moim zdaniem nie został w pełni wykorzystany, a szkoda, gdyż poruszana tematyka i sposób opisywania rzeczywistości dawały autorce duże pole do popisu. Jednak, mimo niedociągnięć, dobrze jest sięgnąć po zbiorek Bowles, głównie ze względu na styl pisania i samą postać autorka, która w tych tekstach się ujawnia.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Kiedyś byłem małym chłopcem


Literackich obrazów dzieciństwa jest wiele. Często są to sielankowe obrazki pełne zabaw, dziecięcego śmiechu i małych trosk. Czasami zdarzają się historie bardziej przejmujące, pokazujące tragiczne losy młodych ludzi, którzy pozostawieni sami sobie muszą radzić sobie w nieprzyjaznym świecie i odpokutowywać za grzechy dorosłych. Zdarzają się jednak takie książki, które wyłamują się z tych schematów. Do takich z pewnością należy autobiograficzna Chłopięce lata. Sceny z prowincjonalnego życia J.M. Coetzeego, w której
autor powraca do czasów swojego dzieciństwa w latach pięćdziesiątych XX wieku. Nie znajdziemy tu idyllicznego obrazu beztroskiego dzieciństwa, ale też nie jest to opis tragicznego losu dziecka niekochanego, porzuconego. Jest to raczej portret dziesięciolatka, szukającego własnej tożsamości w świecie pełnym podziałów i segregacji rasowej, kulturowej i religijnej.

10-letni John nie był typowym dzieckiem. Wraz z młodszym bratem wychowywał się w domu, w którym rządy sprawowała matka – była nauczycielka, a ojciec właściwie nie liczył się w rodzinie, był jak sublokator. Gdy chłopiec był maleńki mężczyzna walczył na froncie wojennym, a po powrocie nie umiał wzbudzić w synu miłości. John zazwyczaj lekceważył ojca Afrykanera, nie szanował i gardził nim. Odrzucał wszelkie próby zbliżenia. Nie lepiej traktował matkę, którą jednak kochał i szanował. Wiedział, że kobieta oddałaby życie za niego i jego brata i bez skrupułów to wykorzystywał. Potrafił być arogancji i bezczelny, wiedział jak skutecznie zadać ból. Wiedział, że na nad matką władzę i często z tego korzystał.

W domu John był prawdziwym despotą, z kolei w szkole zmieniał się w potulną owieczkę, przez co ciążyło nad nim brzemię mistyfikacji. Był prymusem i choć często opuszczał lekcje to świetnie zdawał większość egzaminów. Jednak nie czuł się w szkole dobrze. Każdego dnia szedł na lekcje z lękiem, że może zostać wychłostany. Bał się nie tyle bólu, co wstydu. O to poczucie wstydu obwiniał matkę, która go nigdy nie biła i nie narzuciła im normalnego trybu życia.

Chłopiec borykał się z brakiem akceptacji wśród rówieśników. Dorastał w epoce apartheidu, gdzie najważniejsze były podziały rasowe i kulturowe. W tajemnicy przed rodziną, choć sam uważał się za ateistę, w szkole określił się jako rzymski katolik (prawdziwy rzymski katolik powinien być bohaterem jak Rzymianie). Przez swój wybór nie mógł uczestniczyć na apelach chrześcijan i czas ten spędzał z kolegami żydami (w szkole panował podział religijny na chrześcijan, rzymskich katolików i żydów). Spotkał się z odrzuceniem nie tylko ze strony dzieci chrześcijańskich, ale również katolickich, które nigdy nie widziały go w kościele i nie wierzyły w jego chrzest. Bał się, że któregoś dnia jego sekret o przybranej religii się wyda.

John, oprócz sprawy z religią, w sekrecie trzymał również swoje uwielbienie dla Rosjan. Przekonał się jednak, że wśród większości sympatyzującej Amerykanom nie może głośno wyrażać swoich poglądów.
Chłopiec cały czas poszukiwał swojej tożsamości. Podziwiał Anglików za odwagę i sam się za Anglika uważał. Lękał się, że przez wzgląd na pochodzenie ojca może zostać przeniesiony do afrykanerskiej klasy.

Rodzina matki i ojca uważały Johna za dziwaka. On sam traktował ich z góry i lekceważył ich sztywne normy i zachowania. Jednak do farmy, na której dorastał ojciec, odczuwał wielka miłość. Uwielbiał z nim tam jeździć, chodzić na polowania, brać udział w strzyżeniu owiec, przyglądać się oprawianiu zwierząt. Choć wiedział, że farma nigdy nie będzie jego to czuł, że do niej należy. Była jego drugą matką.

Młody John nie był sympatycznym chłopcem. Wręcz przeciwnie, był bezczelny, władczy, zły. Nie budził pozytywnych uczuć, prędzej przerażenie, że 10-letnie dziecko zdolne jest do takiego wyrachowania i okrucieństwa. Jednak w bohaterze Chłopięcych lat jest coś, co każe go w pewien sposób podziwiać. Jego dojrzałość, spostrzegawczość i inteligencja potrafią wpłynąć na czytelnika. John nie był typowym 10-latkiem i zdawał sobie sprawę ze swej wyjątkowości. Wiedział też, że dorasta w dziwnych czasach i, choć nie wszystko było dla niego zrozumiałe, a sam potrafił zachować się po prostu podle, to czuł, że nietolerancja i narzucone podziały nie są sprawiedliwe.

Autobiograficzna powieść Coetzeego jest niezwykle poruszającą książką. Czas swojej młodości przedstawił autor, stosując narrację nie, jak można by podejrzewać, 1-osobową, ale pisze w 3 osobie, w dodatku w czasie teraźniejszym. Nie jest to więc historia opowiedziana przez 10-latka, lecz przez dorosłego mężczyznę, który z perspektywy lat przygląda się. swojemu dzieciństwu, jednak go nie ocenia. Prosty, pozornie surowy, ale jednocześnie pełen emocji język powieści to język dojrzałego człowieka, o czym trzeba pamiętać, czytając książkę.

Chłopięce lata to, mimo poruszanych problemów, nie głos sprzeciwu wobec aparthiedu. To opis losów niezwykłego chłopca, próbującego odnaleźć się w dziwnym okresie dzieciństwa, które jest „czasem zaciskania zębów i znoszenia przeciwieństw losu” (J.M. Coetzee, Chłopięce lata, Kraków 2007, s. 18.).

Coetzee po mistrzowsku posługuje się słowami. W oszczędnej formie potrafi przedstawić rzeczywistość, która wstrząśnie czytelnikiem. Jego prozy nie da się czytać z lekceważeniem, ani dla czystej przyjemności. Tak jest w przypadku fikcji literackich, które tworzy i tak samo w przypadku autobiograficznej powieści.






środa, 21 lipca 2010

Podróż do przeszłości

Podróż do źródeł czasu Alejo Carpentiera jest opisem niezwykłej wyprawy głównego bohatera-narratora w głąb puszczy i jednocześnie w przeszłość.

Bezimienny bohater pracuje w branży reklamowej, mieszka z żoną Ruth, aktorką, z którą dzieli łoże jedynie w niedzielne poranki, by wypełnić małżeńską powinność. Dość nudne życie umila sobie alkoholem, pseudointelektualnymi dyskusjami i spotkaniami z kochanką – Mouche. Przypadkowo pierwszego dnia trzytygodniowego urlopu dostaje propozycję wyruszenia w podróż, która umożliwi mu udowodnienie jego teorii o pochodzeniu muzyki. Początkowo niechętnie nastawiony do pomysłu, pod wpływem nalegań Mouche decyduje się. Już na pierwszym etapie wyprawy bohater wpada w wir rewolucji, uciek
a na wieś, a stamtąd udaje się na poszukiwanie potrzebnych mu plemiennych instrumentów. W drodze poznaje Greka Yannesa, poszukiwacza diamentów, tajemniczego Adelantado oraz piękną Indiankę – Rosario, znajomość z którą pozwoli mu odkryć czym jest prawdziwa, czysta miłość. Zostawiwszy chorą na malarię Mouche pod opieką botanika, narrator wyrusza w głąb puszczy do ukrytego miasta Adelantado, gdzie ludzie żyją według pierwotnych zasad, a państwowość dopiero się kształtuje. Życie z dala od cywilizacji początkowo wydaje się bohaterowi idealne. Znalazł się daleko od znanego mu, zakłamanego świata, od nic niedających dyskusji jego zblazowanych znajomych, w miejscu, gdzie kobiety i mężczyźni oddawali się codziennej pracy na rzecz wspólnego dobra. Miłość do Rosario odegrała tu znaczącą rolę, pokazując mu, że istnieją jeszcze kobiety, dla których liczą się zasady moralne i prawda, a nie tylko erotyczne przyjemności i pełne pozorów gry.
Odkrywa w sobie dawne pasje i zaczyna komponować tren o Prometeuszu. Powoli jednak zaczyna zdawać sobie sprawę z niedoskonałości takiego życie, gdzie trudno o papier i tusz, nie wspominając o wygodach takich, jak herbata czy dobre wino. Przy nadarzającej się okazji podejmuje decyzję o chwilowym powrocie do domu, aby zakończyć tam swoje wszystkie sprawy, a potem na stałe wrócić do swojej Rosario i życia w zapo
mnieniu. Bohater nie przewidział jednak, że powrót do cywilizacji nie będzie łatwy. I gdy wreszcie uda mu się znów wyrwać z sideł rzeczywistości okaże się, że powrót do przeszłości nie jest w pełni możliwy, a raj, raz utracony, nigdy nie będzie już taki sam.

W tym miejscu urywają się losy bohatera, czytelnik nie dowie się, jak potoczyło się jego życie. Autor zostawia go z pytaniami o możliwość powrotu do tego, co minęło, a odpowiedź, która się nasuwa jest mało satysfakcjonująca.
W swej powieści Carpentier w sposób realistyczny przenosi czytelnika w czasie, pokazując mu południowoamerykańskich Indian, żyjących tak, jak w czasach pierwszych konkwistadorów. Językiem prostym, a jednocześnie niezwykle plastycznym unaocznia sekrety puszczy i jej fascynującą, nieokiełznaną przyrodę:
Rośliny wodne tworzyły gęstą tkaninę, niby puszysty dywan ukrywający płynącą pod nim wodę, i udawały roślinność mocno tkwiącą korzeniami w ziemi; obłupana kora natychmiast przybierała konsystencję bobkowego listka w marynacie, marynacie grzyby wyglądały jak nalot miedzi, jak rozsypana siarka, obok kameleona-oszusta, zbyt podobnego do uschłej gałęzi, barwy zbyt przypominającej lapis lazuli lub ołów w gorącożółte plamy udające teraz plamy słońca usiłującego przedrzeć się przez liście, które nigdy nie przepuszczały słońca w całości. Puszcza to świat kłamstwa, pułapek, oszustwa, i wszystko tu jest maską, podstępem, gra pozorów, metamorfozą (A. Carpentier, Podróż do źródeł czasu, Warszawa 1963).
http://www.flickr.com/photos/sonictk/336250439/

We fragmentach takich jak powyższy odnaleźć można echa lo real maravilloso (rzeczywistości cudownej), gdy natura, choć rzeczywista, wydaje się być nie z tego świata, całkowicie obca i zaskakuje tego, który całe swoje życie spędził wśród zdobyczy cywilizacji, ale z dala od cudów niezależnych od człowieka. W tym miejscu warto zaznaczyć, że prawdziwym popisem opisu rzeczywistości cudownej jest inna, wcześniejsza powieść Alejo Carpentiera – Królestwo z tego świata.

W Podróży do źródeł czasu ujawnia się muzykologiczne wykształcenie kubańskiego pisarza. Bohater prowadzi badania nad genezą muzyki, sam jest jej wielkim miłośnikiem, komponuje. W niezwykły sposób opisuje swoje fascynacje największymi dziełami oraz z zachwytem przygląda się prymitywnym instrumentom i, jak twierdzi, staje się świadkiem tego, jak rodzi się muzyka.

Język, sposób narracji (choć 1-osobowa to jednak pozwala sięgnąć dalej, poza zakres postrzegania narratora) i wyczuwalna pasja, z jaką książka została napisana podkreślają siłę opisywanej historii. Carpentier pozwala czytelnikowi dostać się do początku, do miejsca, gdzie rodzi się cywilizacja, ale jednocześnie pokazuje, że ten świat został nam odebrany i powrót do niego nie jest już możliwy, tak jak niemożliwa jest całkowita ucieczka od nowoczesnego świata.

Podróż do źródeł czasu, choć miejscami może nużyć mniej cierpliwych czytelników, stanowi prawdziwą, intrygującą literacką przygodę, w której warstwa fabularna uzupełniana jest przez plastyczność języka. To, co mogę zarzucić powieści jest niepełne wykorzystanie możliwości, jakie daje taki sposób opisywania świata, jaki wybrał Carpentier i, który w pełni wykorzystał we wspomnianym już Królestwie.