niedziela, 24 marca 2013

Udana rozgrywka Kaspra Bajona

„To nie było zwykłe morderstwo – raczej precyzyjny komunikat, ostrzeżenie wysłane światuˮ. Morderstwo genialnego szachisty Jakuba Kluga, którego znaleziono nad Tamizą z pogruchotanymi kośćmi, spaloną twarzą i spoglądającymi w niebo, wydłubanymi oczami, ułożonymi obok zwłok, wydaje się być zapowiedzią wciągającego kryminału. A że na murze ktoś, zapewne morderca, wyrysował krwią ofiary symbol żuka, można mieć nadzieję, że jakaś wielka tajemnica za tym się kryje. Niech was nie zwiodą wszelkie znaki zachęcające do zagłębienia się w arcyciekawy kryminał, którego rozwiązanie będzie wam spędzało sen z powiek. Co to, to nie. Bo i wybitny szachista, i morderstwo, i tajemniczy żuk to jedynie elementy prześwietnej gry literackie stworzonej przez Kaspra Bajona w niewielkiej rozmiarami, ale jakże bogatej treściowo i formalnie, powieści (czy aby?) Klug (Wielka Litera, Warszawa 2012).

Ale o czym to jest? Trudne to pytanie ze względu na mnogość wątków i form. Tytułowa postać genialnego szachisty, w którego istnienie wielu wątpiło, jest oczywiście kluczowa dla całej książki. Bez niej bowiem młody aktor nie wszedłby na drogę biografa, nie porzucił codzienności i nie udałby się w podróż do przeszłości, szukając rozwiązania, kim tak naprawdę był Jakub Klug (Kulig, Gluck, Klugmann, Klag, Kalg, Gluchi, Kubaklug, Kugl, Luca Cube, Jack Jacob Click, Krugg, James Cluge). Co nieci, a nawet całkiem sporo udało się narratorowi o nim dowiedzieć. A chociażby to, że nie dość, że był wybitnym szachistą, ba, prawie że mistrzem świata, to również planował napisać doktorat o obrazie Odpoczynek przy szachach, który krył w sobie zapowiedź wyniku spisku przeciwko Medyceuszom, kobieciarzem był niesłychanym, zostawiającym po sobie zrozpaczone kochanki, a także, a może przede wszystkim w kontekście tajemniczego morderstwa, miał związek z tajnym Stowarzyszeniem Skarabeusz. Stowarzyszenie to sięgało do dawnej heretyckiej sekty aurumistów, którzy Ducha Świętego wyobrażali sobie pod postacią skarabeusza właśnie, a wierząc, że za wszelkie zło świata odpowiada złoto, aby uchronić swych wyznawców przed wiecznym potępieniem, obierali im cenne błyskotki i gromadzili bogactwa. To naprawdę temat na wciągający kryminał z intrygującymi postaciami, tajnym stowarzyszeniem, sztuką i romansem w tle. 

Ale Kasper Bajon postanowił zabawić się z czytelnikiem i uciec od narzucąjącej się konwencji. A ja kocham takie postmodernistyczne zabawy i gry. Dlatego z radością wielką czytałam o tajnym stowarzyszeniu, poznawałam rozgrywki szachowe, historię wspomnianego obrazu, by za chwilę natknąć się na część „Sześć filmów, które warto obejrzeć w nadchodzącym tygodniuˮ i cieszyć się opisem-pastiszem tych właśnie filmów, kpiącym z popkultury. Dzięki wprowadzeniu mnogości barwnych postaci autor miał możliwość (i skutecznie ją wykorzystał) zabawy konwencjami. Sam, tworząc biografię, kpi z biografii sentymentalnych, z autorów, którzy budują rzeczywistość swoich autentycznych bohaterów na plotkach, domysłach, sentymentach. Jednocześnie, by urzeczywistnić swą opowieść, wzbogaca książkę w przypisy odsyłające do literatury rzekomo dotyczącej bohatera, tajnego stowarzyszenia i innych opisywanych faktów. Pisze o podróżach Kluga, pokazując nam różne miasta XIX-wiecznej Europy i Ameryki Północnej, by zaraz podać przepisy kulinarne na panna cotta con lamponi i wieprzowe szaszłyczki! Gubi i wybitnego szachistę i narratora biografa, by przyjrzeć się postaci urodzonej w Tomaszowie Mazowieckim aktorce Cou-cou, robiącej karierę w Stanach. Morfinistce, nimfomance, której romanse kojarzą się z historiami miłosnymi Marylin Monroe. A potem ucieka w świat sztuki i szuka tajemniczego pigmentu Starna, założyciela Pracowni Form Małych. Mamy tez i fragment niedokończonej powieści kryminalnej, z którą chętnie bym się zapoznała. Jak widać dzieje się tu niesłychanie wiele. I choć może dawać to wrażenie chaosu, to autor sprawnie się tego ustrzegł. Wątki, mimo wszystko, łączą się sprawnie i absolutnie nie miałam wrażenia przekombinowania. 

Kuzyn niejakiego Carabus klugi, symbolu Stowarzyszenia Skarabeusz
Bajon w Klugu zabawił się z mnogością form dostępnych popkulturze. Stworzył pastisze i kolaże. Nie uciekł też od gry z samym sobą, a raczej ze swoim narratorem. Kpiąc z wyszukanych form, barokowych opisów i aliteracji sam tworzy zdania typu „Przysłonięta szarą woalką chmur karminowa źrenica słońca chowała się właśnie za budynkami Buckingam Palace. [...] Żółty, przedwcześnie zmarły liść odpadł od gałęzi i z determinacją godną samobójcy zmierzał w stronę ziemiˮ. Rozkoszne potworki. Dlatego, jak tylko kochacie takie gry literackie, wszelkie zabawy formami i konwencjami, Klug musi do was trafić. Skrywa w sobie bowiem dużo więcej, niż udało mi się tu przemycić.

wtorek, 12 lutego 2013

Lekcje czytania powieści

Czytanie powieści to zapewne nieobca każdemu pasjonatowi książek fascynująca podróż w literackie światy wypełnione niebanalnymi postaciami. A czy równie pasjonującą przygodą może być czytanie o czytaniu i pisaniu powieści? Orhan Pamuk w książce Pisarz naiwny i sentymentalny (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012) udowodnił, że jak najbardziej.

Ta krótka, bo zaledwie ok. 170-stronicowa praca to zapis wystąpień tureckiego pisarza na Uniwersytecie Harvarda w 2009 roku w trakcie Wykładów Nortonowskich. Swoje rozważania dotyczące sposobu czytania (a także z racji zawodu pisania) powieści podzielił na kilka części tematycznych. Rozpoczął od analizy tego, co dzieje się w umyśle człowieka podczas czytania powieści (tu warto zaznaczyć, że Pamuk mówił o wielkich powieściach XIX i XX wieku takich autorów jak np. Lew Tołstoj, Fiodor Dostojewski, Honoriusz Balzack, Stehndal, Flaubert, Marcel Proust, Virginia Woolf, James Joyce) oraz nad różnicą między czytelnikiem (i pisarzem) naiwnym a sentymentalnym, określeniami zaczerpniętymi z eseju Fryderyka Schillera. Pozwolę sobie na krótkie zacytowanie Pamuka: 
Naiwny powieściopisarz i naiwny czytelnik są jak podróżni, którzy szczerze wierzą, że  rozumieją kraj i ludzi widzianych przez szybę jadącego auta. [...] wierzą w realność oglądanych widoków, dlatego mogą bez oporów opowiadać o ludziach za oknem. [Pisarz sentymentalno-refleksyjny] stwierdzi, że widok z okna samochodu jest ograniczony, a przednia szyba zabrudzona, po czym pogrąży się w beckettowskim milczeniu albo – jak ja i wielu innych współczesnych pisarzy – przestawi kierownicę [...] aby czytelnik nie zapominał, że punkt widzenia przyjęty w powieści zawsze determinuje to, co widzimy (s. 22–23).

Następnie turecki pisarz w 9 punktach wymienił operacje zachodzące w naszym umyśle w trakcie czytania powieści. Nie będę ich tu wymieniać, gdyż naprawdę lepiej sięgnąć po oryginalny tekst, ale są one niezwykle trafne. I choć zachodzą one samoczynnie, to ich znajomość z pewnością wpłynie na jakość czytania, zwłaszcza wielkich powieści. 

W kolejnych wykładach Pamuk skupił się na fascynującym dla większości czytelników zagadnieniu, a mianowicie na tym, czy autor przeżył wszystko, o czym pisze i na czym polega prawda w słynnym stwierdzeniu Gustawa Flauberta „Madame Bovary to jaˮ. Pisarz poruszył też rolę bohatera, czasu i powieści w przestrzeni, zasady ich konstruowania, a także sposobu odbierania tych elementów przez czytelnika. Dużo uwagi poświęcił pozornie mało istotnym dla samej fabuły, dla niektórych wręcz zbędnych (to uwaga dla wszystkich „miłośnikówˮ opisów przyrody w Nad Niemnem Orzeszkowej) opisów, obrazów oraz przedmiotów. Szczególnie spodobała mi się opowieść Pamuka o tym, jak sam przygotowywał się do napisania Muzeum niewinności, szukając i gromadząc przedmioty, którymi mieliby się otaczać i z nich korzystać bohaterowie powieści, a które to zresztą posłużyły następnie pisarzowi jako eksponaty w otwartym przez niego muzeum (a porównaniem muzeów i powieści poświęcił przed ostatni rozdział Pisarza). Sposób, w jaki pisarz, opowiadał o gromadzonych elementach o ich wyszukiwaniu, ich wpływie na kreacje postaci sprawił, że choć akurat ta jego książka jakoś mnie tematycznie wcześniej nie pociągała, to teraz mam na nią sporą ochotę. Myślę też, że ten wykład pozwoli mi na lepsze czytanie w ogóle, właśnie poprzez zwrócenie uwagi na te nawet najdrobniejsze elementy, które często traktuje się jako niekoniecznie tło.

Na końcu wreszcie Pamuk poświęcił na najważniejszą rzecz w powieści, na jej centrum, czyli światopogląd, przewodnią ideę, prawdziwą lub wyimaginowaną, a przede wszystkim na odkrywanie tego elementu. I tu ciekawostka – o ile jasne jest, że dla czytelnika poszukiwanie tego centralnego punktu jest czymś fascynującym i intrygujących, a droga do jego odkrycia prawdziwą przygodą, o tyle przynajmniej dla mnie nie było to końca oczywiste, że również pisarze, tworząc, dążą do tego samego odkrycia, a gdy owo centrum pisarze odnajdą, nie rzadko przebudowują powieść, zmieniając je. Najważniejsze nie jest jego odnalezienie, ale samo poszukiwanie. Co więcej, lepiej świadczy o powieści, jeśli tego jądra nie da się do końca odkryć. Określenie tematu powieści zależy bowiem od światopoglądu każdego czytelnika.

Pisarz naiwny i sentymentalny jest wspaniałą lekcją czytania powieści. Od lektury takiej pozycji powinno się właściwie zaczynać przygodę z wielkimi literackimi dziełami, a ten skromny tomik mieć na stałe w prywatnych biblioteczkach. Jest to bowiem lekcja fascynująca. Tematykę wykładów wzbogaca język Pamuka, prosty, nieskomplikowany, ale też niebanalizujący tematu. A wszystko to w towarzystwie Anny Kareniny, wracającej nocnym pociągiem do Petersburga po spotkaniu w Moskwie Wrońskiego...

niedziela, 30 grudnia 2012

Wspomnienia szpiega



Typowe powieści szpiegowskie to zdecydowanie nie moja bajka. Nigdy mnie nie pociągały. Sięgnęłam jednak po jedną powieść o szpiegu zaintrygowana jego historią. I choć postać Victora Maskella, bohatera powieści Johna Banville'a, wzorowana była na Anthonym Bluncie, "bohaterze" jednej z największych afer szpiegowskich, to pierwowzór nie był i nie jest dla mnie w zasadzie istotny. To sam Maskell stał się powodem, dla którego tak mocno weszłam w Niedotykalnego ("Znak",  Kraków 2010).

Victora poznajemy jako siedemdziesięciodwuletniego schorowanego (zdiagnozowano u niego raka) i publicznie potępionego - ujawniono jego szpiegowską działalność na rzecz Związku Radzieckiego, odebrano tytuły i funkcje. Pojawia się u niego Serena Vandeleur, dziennikarka, pragnąca napisać o nim książkę i to jej właśnie Maskell opowiada historię swojego życia. I to z jego bezpośredniej relacji dowiadujemy się, co spowodowało, że został podwójnym szpiegiem i kim właściwie był. Ten sposób narracji ma jednak znaczącą wadę (nie dla powieści, dla poznania). Bohater odkrywa się przed czytelnikiem tylko na tyle, na ile tego chce.

Victor Maskell, choć potępiony jako szpieg, przede wszystkim był wielbicielem, koneserem sztuki, autorem monografii Nicolasa Poussina, zafascynowanym jego Śmiercią Seneki, obrazem w rzeczywistości nieistniejącym, który to jednak odegra w powieści niemałą rolę. Wybitny intelektualista studiował na Cambridge, gdzie zetknął się ze środowiskiem młodej lewicy. Szybko zyskał w kręgu szacunek i uznanie, razem z Nickiem Brevoortem, przyjacielem, bratem jego przyszłej żony i chyba największą miłością, a przynajmniej najbardziej fascynującym i pociągającym go człowiekiem, odbył podróż do ogarniętej wojną domową Hiszpanii i porewolucyjnej Rosji. Ciesząc się zaufaniem, został włączony w działalność szpiegowską na rzecz Rosji radzieckiej, co po wybuchu II wojny światowej, nie przeszkodziło mu funkcjonować w wywiadzie brytyjskim, co bardzo przydało się jego radzieckim „przyjaciołom”. Ten okres jego życia był do granic przepełniony ważnymi i mniej istotnymi wydarzeniami. Ożenił się z nieco mroczną Vivienne, spłodził dwójkę dzieci. Jednak życie rodzinne nie pociągało go tak bardzo, jak działalność szpiegowska. Nie rezygnował również z życia towarzyskiego, przepełnionego oparami alkoholu i tytoniowego dymu. Dzięki tym opisom możemy poznać środowisko, w którym się obracał, a w którym nie brakowało niezwykłych charakterów – jedni byli odpychający, drudzy fascynujący, jeszcze inni tworzyli niezwykle barwne tło. Podczas jednego z nalotów na Londyn poznał też smak homoseksualnej miłości, odkrywając w sobie nową namiętność. Od tej pory działalność na rzecz wywiadów łączył z, jak to sam określał, łowami na mężczyzn. Trzeba zaznaczyć, że homoseksualizm w Wielkiej Brytanii do 1967 roku był karany więzieniem. Dlatego poszukiwanie seksualnych przygód było dla Victora tak samo niebezpieczne, jak szpiegowanie. Zresztą w tych niepewnych, ryzykownych, ukradkowych spotkaniach w miejskich szaletach, brudnych zaułkach, parkach krył się wielki urok możliwości bycia przyłapanym. We wspomnieniach dotyczących jego życia seksualnego jest raczej powściągliwy, nie ze wstydu, lecz z niechęci dla naturalistycznych scen, nie unika jednak wspominania przygód i kochanka Patryka. Po wojnie Victor postanawia zrezygnować z działalności szpiegowskiej i dla Brytyjczyków, i dla ZSRR i całkowicie poświęcić się jego największej namiętności, czyli sztuce. Jednak od przeszłości nie udało mu się odciąć, powracała do niego wielokrotnie, w końcu doprowadzając go do wspomnianego na początku upadku.

Victor Maskell to postać, z którą mam wielki problem. Zdrajca ojczyzny i ideałów, choć sam mówił, że nie można zdradzić tego, w co się nie wierzy, musi budzić negatywne uczucia. Do tego zakochany w brzmieniu własnego głosu bufon – taki jawi się jako opowiadający swoje losy starzec. Jednocześnie jego młodzieńcze losy, dylematy i wybory budziły we mnie pewien rodzaj współczucia i fascynacji. Może po prostu dałam się uwieść tej diabelskiej postaci… Ale zamknięcie jego historii, o którym tu ani słowa, każe mi sądzić, że to postać niezwykle tragiczna. Nie wybiela to jego negatywnych działań, ale też budzi pewien rodzaj wzburzenia. Cóż, uwielbiam takie nieokreślone postaci, choć momenty, w których czułam się wkurzona jego zachowaniem i uwielbieniem dla siebie, nie były rzadkie. Tym bardziej że odpowiedź na to, dlaczego zdradził jest wciąż… trzeba samemu przeczytać, żeby zawyrokować.

Spotkałam się z opiniami, że Niedotykalny to wyjątkowo nudna pozycja, a opowiedziana w niej historia, mimo że ciekawa, to została niepotrzebnie rozwleczona. Nie zgadzam się z tym w ogóle. Dla mnie każda postać, każdy opis, historia stanowi o uroku tej powieści. Bohater Banville’a to typ intelektualisty, erudyty, który konstruuje piękne zdania. Pod względem językowym jestem powieścią zachwycona, niemal czyste, niepozbawione poczucia humoru, piękno muszę przyznać. Nie jestem w stanie ocenić, jak książką wygląda jako powieść szpiegowska, ale jako powieść psychologiczna, poruszająca zagadnienia moralności, etyki, estetyki, wyborów sprawdza się znakomicie, nie zanudzając mnie ani przez moment. Naprawdę warto zawrzeć bliższą znajomość z Victorem Mankellem.

piątek, 14 grudnia 2012

Wezwana do odpowiedzi

Kochana Naia wyróżniła mojego skromnego bloga i zaprosiła mnie do nieco ekshibicjonistycznej  zabawy Liebster (zasady również u Nai). Ponieważ rzadziej tu bywam niż mnie nie ma, a moje ulubione blogi zostały już wyróżnione, nie ośmielę się wywoływać nikogo do odpowiedzi. Sama jednak z przyjemnością odpowiadałam na bardzo ciekawe pytania, jakie zadała mi jedna z moich ulubionych blogerek:

1. Gdybyś miał możliwość, niczym bohater O północy w Paryżu Woody'ego Allena, wsiąść do magicznego samochodu uwożącego Cię do innej epoki, którą byś wybrał? Która artystyczna bohema pociąga Cię najbardziej?
 Nad tym pytaniem nie musiałam się wcale zastanawiać. Od razu cofnęłabym się do lat dwudziestych XX wieku, żeby sobie pogawędzić ze Skamandrytami, a w szczególności z diabolicznym Julianem Tuwimem i nieśmiałym Antonim Słonimskim. A Emilowi Zegadłowiczowi podziękowałabym bym mocno za rozkosz czytania Zmór. Chętnie zajrzałabym też do młodopolskiego Krakowa i wypiła to i owo z Przybyszewskim i jego ekipą, pod bacznym okiem Boy'a Żeleńskiego.
A gdybym mogła sobie wybrać nie epokę, a świat to z miejsca przeniosłabym się do brudnego, ale zamieszkanego przez niezwykłe postaci Ankh-Morpork w Świecie Dysku.

2. Wszyscy wiemy, jak wiele dobrego wynika z czytania. Ale wszyscy pamiętamy też nieszczęsną Emmę Bovary, która zrujnowała sobie życie, gdy przestało pasować do wyczytanego przez nią w romansach schematu. Czy myślisz, że w dzisiejszych czasach książki mogą również w pewnych przypadkach okazać się zatruwającym umysł narkotykiem?
Sądzę, że bez względu na poziom czytelnictwa książki zawsze mogą stanowić ten rodzaj zagrożenia. Zwłaszcza dla ludzi o słabej psychice, którzy nie potrafią oddzielić fikcji od rzeczywistości  i które tak bardzo nie radzą sobie  z życiem, że uciekają w inne światy. Dlatego sama nie mówię, że czytanie jest moim nałogiem, bo dobrych nałogów nie ma (moim zdaniem). Jest dla pasją i namiętnością.

 3. Czy zdarzyło się kiedyś, że książka tak mocno wpłynęła na Ciebie swoim klimatem, że postanowiłeś odwiedzić miejsce, które opisywała, i dopiąłeś swego? Jakie miałeś wrażenia?
Niestety, to dopiero przede mną. Napiszę, jak mi się uda osiągnąć cel.

4. W poszukiwaniu straconego czasu czy Ulisses?
Jeszcze nie jestem w stanie wybrać. W poszukiwaniu straconego czasu czeka na odpowiedni czas na półce, a Ulisses, choć już zanalizowany i omówiony, to przeczytany wybiórczo, bo wydanie mnie mocno zniechęciło. Ale, że jest w zapowiedziach Znaku na 2013  rok, więc jest szansa na powtórne podejście. Jeśli zaś chodzi o sam tytuł to zdecydowanie  W poszukiwaniu...

5. Czy widzisz samego siebie w roli pisarza? Jeśli tak, co najbardziej wyzwala w Tobie pragnienie pisania? Czy zdarza Ci się spojrzeć na kogoś, kogo znasz lub dopiero poznałeś, i pomyśleć: „To byłby świetny bohater do mojej książki”?
Nigdy nie ciągnęło mnie do pisania fabularnego. Zdecydowanie bardziej wolę się zachwycać pięknymi zdaniami, niż sama je próbować tworzyć. Jeśli pisanie, to tylko coś historycznoliterackiego, o czytanych tekstach itp. Za to bardzo lubię redagować, może kiedyś trafi mi się jakaś proza, bo na razie tylko nad tekstami naukowymi się znęcam.

6. Jak myślisz, jak mocno na twórczość pisarza wpływa jego narodowość? Czy dostrzegasz cechy wspólne dla pisarzy pochodzących z jednego kraju? Czy któraś literatura narodowa odpowiada Ci szczególnie?

Jakby się pisarze nie zapierali, wypierali i przeczyli jakimkolwiek wpływom ich narodowości na to, co tworzą, to takie wpływy niewątpliwie są. Raz mniejsze, raz większe i zależy to też od typu publikacji, są. Chyba najbardziej to widać wśród pisarzy iberoamerykański – bez względu na to, czy ich twórczość można zaliczyć np. do realizmu magicznego, czy nie, to sposób pisania, traktowania języka, budowa zdań, a także postrzeganie rzeczywistości jest zawsze w jakiś sposób podobne i uwarunkowane narodowością.
Jestem literacką patriotką, kocham polskich pisarzy i ich dzieła. Wspomniana literatura iberoamerykańska też jest mi bardzo bliska. Ale w zasadzie czytam to, na co mam ochotę bez względu na pochodzenie autora.

7. Panuje powszechne przekonanie, że prawdziwy pisarz musi mieć barwne życie, by mieć o czym pisać. Jest jednak wiele przykładów wybitnych artystów, przykutych przez całe życie do łóżka lub po prostu żyjących na odludziu, w mniej lub bardziej dobrowolnej izolacji towarzyskiej. Co o tym myślisz, czy Twoim zdaniem rzeczywiście dobry pisarz musi być trochę poszukiwaczem przygód?
Myślę, że pisarzy można by podzielić na dwie grupy (mocno uogólniając). Po pierwsze na doskonałych obserwatorów rzeczywistości i ludzi, łowców przygód i tematów na dobrą książkę oraz czerpiących z własnych doświadczeń. Po drugie na obdarzonych wyjątkową wyobraźnią i wrażliwością, dzięki którym są wstanie stworzyć niezapomniane dzieła, odcinając się od rzeczywistości.

8. Twoje marzenie o szczęściu.
Jak zdradzę to może się jeszcze nie spełni i co wtedy? Ale na pewno jest tam miejsce na brodacza, bogatą biblioteczkę i święty spokój ;)

9. Kim lub czym chciałbyś być, gdybyś nie był tym, kim jesteś?
Modelką Gustava Klimta. I wyczekiwanym listem.

10. Dar natury, który chciałbyś posiadać.
Możliwość zatrzymywania czasu.

11. Jak chciałbyś umrzeć?
Wcale nie chcę. 


niedziela, 2 grudnia 2012

Samotność radiowca (w skrócie)


Radiowa Trójka to stacja ośmielam się stwierdzić kultowa. A już na miano kultowej zasługuje zapewne Lista Przebojów Programu Trzeciego. Wprawdzie nie mam nałogu słuchania jej każdego tygodnia, śledzenia spadków i skoków, ale nadal jest to dla mnie źródło dobrej muzyki. A także sentymentu, bo przed dobą Internetu spisywało się wykonawców i tytułu, nagrywało najlepsze utwory. Jednak nie jestem osobą, która bez radia i Listy żyć nie może. Taką jest za to Marek Niedźwiecki, dla którego radio jest całym życiem, o czym pisze w książce Nie wierzę w życie pozaradiowe (Wyd. Agora, Warszawa 2011).

Książka Marka Niedźwieckiego to oczywiście opowieść o jego wielkiej miłości do radia, o początkach tej  nieustającej do dziś fascynacji. Wspomina pierwsze zauroczenie radiem, listy przebojów, które słuchał i oczywiście dokładnie zapisywał, nie opuszczając żadnego notowania (oprócz tego, które wypadło w dzień jego studniówki, ale tu znalazł godnych siebie zastępców). Ale nie tylko. To też swego rodzaju forma autobiografii. Piszę swego rodzaju, bo Niedźwiecki nie jest osobą, która lubi o sobie mówić, zdradzać największe tajemnice, ujawniać życie prywatne. Oczywiście w książce jest mowa o jego dzieciństwie, młodości, czasach studenckich. O najbliższych członkach rodziny autora, ale to wszystko przedstawione jest w sposób bardzo subtelny, skromny, a jednocześnie niepozbawiony poczucia humoru. 

Fascynacja radiem i muzyką mogła doprowadzić młodego Niedźwieckiego do tylko jednego wniosku - że chce pracować w radiu i z nim związać swoją przyszłość. Do tego stopnia, że studia na łódzkiej Politechnice wybrał ze względu na aktywnie działające Studenckie Radio Żak. Nie będę tu zdradzać jego drogi do jednego z najbardziej znanych głosów radiowej Trójki, bo o tym sam świetnie pisze w książce. Chcę jedynie zaznaczyć, jak istotny był to i nadal jest element jego życia. Istotny, chyba raczej najważniejszy.

Niedźwiecki nie tylko spotykał się z niesamowitymi osobami, przeprowadzał wywiady ze świetnymi muzykami, dzielił się ze słuchaczami swoimi odkryciami i fascynacjami. Pozazdrościć mu mogę (i czynię to bezwstydnie) jego niesamowitych podróży. Stany Zjednoczone, Indie, Kanada, Francja, wreszcie Australia i wiele innych niezwykłych miejsc. Okruchy wspomnień z tych wypraw również znalazły się w jego książce. Dodatkowo zdobią je rankingi najlepszych miejsc do zobaczenia w danym kraju i zdjęcia. Zresztą zdjęcia stanowią ozdobę całej publikacji, jak również fragmenty z pisanego przez Marka Niedźwieckiego od lat pamiętnika.

Nie wierzę w życie pozaradiowe pochłania się błyskawicznie. To naprawdę fascynująca relacja z życia niesamowitego człowieka. Ma jednak jedną wadę, dość sporą - jest stanowczo za krótka. Tym bardziej, że dla mnie, oprócz opowieści z życia radiowca, jest to przede wszystkim piękna opowieść o samotności jako sposobie na życie. O wyborze takiej drogi, która przynosi spokój, ucieczkę od bólu i rozczarowań. I która daje szczęście. Zawsze bowiem jest muzyka, która uszczęśliwia ludzi. 

A na zakończenie pierwsza 10 Listy Przebojów Programu Trzeciego notowania nr 1609:
1. T. Love Lucy Phere
2. Lao Che Zombie
3. Hey Do rycerzy, do szlachty do mieszczan
4. Adele Skyfall
5. Metallica When a blind man cries
6. Luxtorpeda Gimli
7. Maria Peszek Ludzie psy
8. Kim Nowak Mokry pies
9. Dead Can Dance Opium
10. Skubas Linoskoczek



wtorek, 21 sierpnia 2012

Dunstan Ramsay o diable

"Może więc diabeł to to samo co grzech? Nie, chociaż grzech jest dla niego bardzo użytecznym narzędziem. We wszystkim, co można rozsądnie nazwać grzechem, zawarty jest moment osobistego wyboru. To pochlebne dla człowieka, że wolno mu dokonać tak ważnego wyboru. Diabeł bardzo lubi okres wahania się przed podjęciem decyzji."

"Ostatnio wiele myślałem o diable i zastanawiałem się, czy humor nie należy do najgenialniejszych jego wynalazków [...].
[Humor] Pomniejsza dawne okropności, przesłania obecne, wskutek czego nie daje nam widzieć jasno, a może i uczyć się z tego, co znać powinniśmy. Kto czerpie z tego korzyść? Na pewno nie ludzkość. Tylko diabeł mógł wpaść na coś równie subtelnego i wmówić ludziom, że powinni to cenić".
Robertson Davies, Świat czarów, Warszawa, PIW: 1989.