wtorek, 29 maja 2018

Eudora Welty i jej "Jezioro księżycowe"

Dzisiejszy wpis powstał dzięki mojemu niemal fanatycznemu uwielbieniu dla serialu Gilmore Girls. W jednym z odcinków drugiej serii Rory, tłumacząc matce, dlaczego zabiera do szkoły aż tyle niemieszczących się w plecaku książek, wspomniała między innymi o biografii Eudory Welty. Ponieważ postać ta była mi całkowicie nieznana, zaczęłam szukać o niej informacji i okazało się, że to bardzo popularna w Stanach pisarka. U nas niestety słabiej, dlatego pozwoliłam sobie w tym bardzo długim wpisie przybliżyć nieco jej postać i opisać mojej wrażenia z lektury jej dwóch opowiadań.

Eudora Welty, amerykańska pisarka poruszająca w swojej twórczości temat amerykańskiego Południa, urodziła się 13 kwietnia 1909 r. w Jackson jako córka Mary Chestiny i Christiana Webb Welty’ego pracującego w firmie ubezpieczeniowej. Miała dwóch młodszych braci. Wychowywała się w kochającej rodzinie, w zamiłowaniu do języka i snucia opowieści. Uczęszczała do college’u dla kobiet w Columbus, w stanie Missisipi, i studiowała literaturę angielską na uniwersytecie Wisconsin. Później, za namową ojca, studiowała na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku reklamę. Wkrótce, niedługo przed śmiercią Christiana Welty’ego, wróciła do Jackson, do rodzinnego domu, w którym spędziła resztę swojego życia.

Welty imała się różnych zajęć. Pracowała w lokalnej stacji radiowej, pisała o społeczności Jackson do „Commercial Appeal”. W 1933 r. rozpoczęła pracę dla Works Progress Administration jako specjalistka od reklamy. Dużo podróżowała po Missisipi, gdzie zbierała informacje, obserwowała i fotografowała życie codzienne mieszkańców stanu. Jej zdjęcia przedstawiające losy ludzi po Wielkim kryzysie opublikowano w 1971 r. w One Time, One Place: Mississippi In The Depression, A Snapshot Album. To doświadczenie i zdobyta wiedza zaowocowały później także w jej opowiadaniach. 

W 1936 r. skończyła pracę dla WPA i postanowiła poświęcić się pisarstwu. W tym samych roku opublikowano jej pierwsze opowiadanie Magic oraz Death of a Traveling Salesman. Wkrótce jej teksty zaczęły ukazywać się m.in. w „The New Yorker” i „The Sewanee Review”. Jej wczesne prace zwróciły uwagę agenta literackiego Diarmuida Russela. W 1941 r. ukazał się pierwszy tom jej opowiadań A Courtian of Green, który przyniósł jej uznanie krytyki. Od tej pory sporo pisała i publikowała. W 1942 r. wydano jej nowelę The Robbert Bridegroom, w 1946 r. ukazała się powieść Delta Wedding, a The Ponder Heart w 1954 r. W 1949 r. opublikowano zbiór opowiadań The Golden Appels. Teksty te umocniły jej pozycję w literackim świecie i przyniosły rozgłos.

W połowie lat czterdziestych pisała dla „The New York Times Book Review”, często pod pseudonimem Michael Ravenna, gdyż uznano, że kobieta z Południa, bez względu na jej talent literacki, nie może poważnie poruszać tematów związanych z wojną. 

Dzięki stypendium Guggenheima w latach 1949-1950 odbyła podróż do Europy i zaprzyjaźniła się z irlandzką pisarką Elizabeth Bowen, której później zadedykowała zbiór opowiadań The Bride of Innisfallen. Kolejny raz Welty przybyła na Stary Kontynent w 1955 r., gdzie dała wykład na Uniwersytecie w Cambridge. Jak sama twierdziła, była pierwszą kobietą, która przekroczyła progi Peterhouse (najstarszego z kolegiów Cambridge). 

Kolejna powieść Losing Battles pisarki ukazała się w 1970 r., dziesięć lat po śmierci jej matki, którą Eudora się opiekowała. Trzy lata później Welty została nagrodzona Pulitzerem za wydaną w 1972 r. powieść The Optimist’s Daughter, w której przedstawiła postać kobiety wychodzącej z żałoby po śmierci ojca.  

W kwietniu 1983 r. amerykańska pisarka wygłosiła trzy wykłady na Uniwersytecie Harvarda, co zaowocowało zbiorem autobiograficznych esejów One Writer’s Beginnings. Powróciła w nim do czasów dzieciństwa w Missisipi i związku z rodzicami, opisała nieunikniony wpływ, jaki ten czas i relacje rodzinne wywarły na jej twórczość.

Welty unikała mówienia o jej prywatnym życiu. Twierdziła, że nie byłoby ono ciekawe dla nikogo, ale tak czy inaczej by go strzegła i nie dzieliła się nim publicznie.

Pod koniec życia cierpiała na zapalenie stawów, co uniemożliwiło jej dalsze pisanie. Choć przestrzeń życiową ograniczyła w zasadzie tylko do parteru jej rodzinnego domu, to zachowała jasny umysł i chętnie przyjmowała gości. Zmarła w wieku 92 lat 23 lipca 2001 r.

W jej twórczości odnaleźć można wpływy takich autorów i autorek jak Antoni Czechow, Jane Austen, William Faulkner, Virginia Wolf i Katherine Mansfield. I właśnie pisarstwo tej ostatniej pisarki przyszło mi na myśl podczas lektury tomiku Jezioro Księżycowe (Warszawa: Książka i Wiedza, 1980). W jego skład wchodzą dwa krótkie teksty połączone osobą Locha Morrisona. W Koncercie czerwcowym chłopiec, uwieziony w pokoju z powodu choroby, podgląda wydarzenia rozgrywające się w starym domu naprzeciwko – młodych kochanków na piętrze, dziwnie zachowującą się starą kobietę, która nagle wtargnęła do budynku i zaczęła grać fragment melodii Beethovena. Dźwięki muzyki stają się wyjściem do wspomnień snutych przez siostrę Locha, dotyczących lekcji muzyki, które pobierała razem z uzdolnioną koleżanką – ulubienicą niemieckiej nauczycielki. W tej opowieści o utraconych marzeniach, zmarnowanym potencjale i niezrozumieniu Eudora Welty wykazała się wyjątkowym zmysłem obserwatorskim. Autorka sprawnie i z humorem opisała mieszkańców małego miasteczka, a także wyobcowanie osoby nienależącej do społeczności, wrzuconej w jej środek i tym samym zaburzającej jej spokój. 

Loch Morrison jest cichym obserwatorem również w tytułowym opowiadaniu. Tam, jako harcerz, ratownik wodny, obserwuje uczestniczki letniego obozu nad jeziorem, dziewczęta pochodzące z dobrych domów, jak i te osierocone. Tu uwagę zwraca głównie postać małej buntowniczki, sieroty Easter, która w koleżankach wzbudzała jednocześnie lęk, fascynację i niechęć. Uporządkowaną regułami letniego wypoczynku rzeczywistość burzy wydarzenie, które zmusza młode dziewczęta nad pochyleniem się nad życiem i śmiercią. Opowiadaniu towarzyszy senna, nieco surrealistyczna atmosfera, emocje, jakie towarzyszą bohaterkom, często stoją w sprzeczności z emocjami czytelnika, postaci zarówno młodych dziewcząt, jak i dorosłych osób idealnie wpasowują się w ten oderwany od rzeczywistości klimat absurdu.

W obu opowiadaniach czuć duszny klimat amerykańskiego południa, przytłaczająca, ciężka atmosfera sprawiała, że chciałam się z niej wyrwać i jednocześnie nie byłam w stanie. Czytelnik wpada w tę lepką rzeczywistość, podobnie jak większość postaci niezdolny do działania, staje się biernym obserwatorem. Postaci, nawet jeśli są bardzo pobocznymi bohaterami, niewiele wnoszącymi do samej akcji, pojawiającymi się niemal jako tło dla wydarzeń, zostały potraktowane przez autorkę z jednakowym szacunkiem, każda ma swój charakter i w chwili, gdy pojawia się w historii, wydaje się ważna.

Żałuję bardzo, że  w Polsce do tej pory ukazały się jedynie dwa małe tomiki opowiadań Eudory Welty i to już dawno. Jeśli się mylę i coś jeszcze u nas wydano, będę bardzo wdzięczna za informacje, bo bardzo chętnie bliżej zapoznam się z jej twórczością. Ostatnio dobry jest czas dla opowiadań na naszym rynku wydawniczym i sądzę, że ich wydanie spotkałoby się z zainteresowaniem. Z wielkim zainteresowaniem sprawdziłabym też, jak autorka sobie radzi w dłuższych formach. A na razie polecam wam gorąco zapoznanie się z dostępnymi tekstami.

Korzystałam m.in. z:  https://www.theguardian.com/news/2001/jul/24/guardianobituaries.books i https://www.theguardian.com/news/2001/jul/24/guardianobituaries.books.
Zdjęcie pisarki pochodzi ze strony: http://www.uno.edu/news/2013/ACloserLookUNOOgdenMuseumExploresPhotographyofEudoraWelty.aspx

sobota, 28 kwietnia 2018

Smak dorastania - Wioletta Grzegorzewska, "Guguły"

Krótki to będzie wpis, bo nie trzeba pisać dużo, za dużo o Gugułach Wioletty Grzegorzewskiej (Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2014), tę stuszesnastostronicową książeczkę trzeba po prostu czytać. I to nie ze względu na nominację do Nike, a nawet nie ze względu na nominację do międzynarodowego Bookera, żadne nominacje bowiem, żadne nagrody i tak nie miałyby wpływu na jej zawartość. A ta jest po prostu zachwycająca.

To wzruszające obrazki z dorastania dziewczyny na małej wsi w czasach PRL-u utkane przez pająki z Jerozolimy, które ochroniły Maryję i dzieciątko Jezus. Utkane delikatnie, subtelnie, bez nadmiaru słów, a mimo to sieć jest tak gęsta, że oblepia czytelnika, plącze się w głowie jak we włosach, nie pozwala się z niej wyzwolić. 

Świat widziany oczami małej dziewczynki, a potem nastolatki to odpustowe stragany, powrót ojca, zbieranie etykietek po zapałkach i niewybredne komentarze babek o przyjeździe ciotki z Ameryki (czy dziś jeszcze się tak mówi?) i barwne chusty. Adoracja obrazu Przenajświętszej Panienki miesza się tu z wypychaniem ptaków i smakiem pocałunków. To czas marzeń, pragnień i czas gorzkich rozczarowań. Czas poznawania życia i śmierci.

Te obrazki to także świadectwo przemijającego świata – opowieści babek przy darciu pierza, wiejskie przesądy i wierzenia, zapomniane już rytuały. Obok tego świat pełen PRL-owskich absurdów, wielka historia w tle.

Dorastanie u Grzegorzewskiej jest niezwykle sensualne, zmysłowe, lepkie. Zapach wąchanego kleju miesza się z zapachem koszonej trawy, pod butami chrzęszczą winniczki, a w ustach pozostaje posmak pędzonego alkoholu. Pierwsze doświadczenia cielesności swojej i innych, brukanie niewinnej intymności, nieodzowna część wchodzenia w życie. 

Choć moje dorastanie przypadło dekadę później niż Wiolki i w nieco innych okolicznościach, to jednak jest mi bardzo bliskie. Bo choć klej kojarzy mi się nie z jego ukradkowym wąchaniem, a z przedszkolnym kolegą, który się nim zajadał, to również kusiło napojami w woreczku, hukiem kapiszonów i naprawdę smakowało jak cierpkie guguły. Ale czyje takie nie było?


wtorek, 13 marca 2018

Co wspólnego ma Polska ze Stanami - J.D. Vance "Elegia dla bidoków"


Elegia dla bidoków J.D. Vance’a (Warszawa: Wydawnictwo Marginesy, 2018) to książka, o której ostatnio bardzo dużo się mówi i pisze. Reklamowana jako najważniejsza książka o Ameryce ostatnich lat, przez ponad 70 tygodni będąca bestsellerem „New York Timesa”, mająca zostać sfilmowana, a przede wszystkim jako książka, która ma wyjaśnić fenomen Donalda Trumpa i to, jak to się stało, że taki typek został prezydentem Stanów Zjednoczonych. Jeśli zamierzacie sięgnąć po tę publikację, proszę, zapomnijcie o powyższym. 

To, czym tak naprawdę jest ta książka, świetnie oddaje podtytuł: Wspomnienia o rodzinie i kulturze w stanie krytycznym. J.D. Vance po prostu opowiada w niej historię swojej rodziny i dorastania w Pasie Rdzy (na północno-wschodnich terenach Stanów Zjednoczonych, w południowym Ohio, a konkretnie w miasteczku, które jest tak nieznaczące, że jego nazwa wzięła się stąd, że leży między dwoma innymi – Middletown), a przez to białej klasy robotniczej - bidoków. Nie będę streszczać tu dokładnie życiorysu autora, o tym sami sobie przeczytacie, jeśli sięgniecie po książkę. Warto jednak wspomnieć, że dorastał z przyrodnią siostrą „wychowywany” przez matkę (mimo wszystko na swój pokręcony sposób okazującą miłość dzieciom – zawsze zachęcała J.D. do nauki i czytania) borykającą się z nałogami, wśród kolejnych tatuśków, porzucony przez ojca, którego poznał dopiero po latach. Nie było to szczęśliwe dzieciństwo, ale też nie różniło się zbytnio od dzieciństwa jego rówieśników, a także przodków czy też kolejnych pokoleń z tych terenów. J.D. miał jednak wielkie szczęście – miał swoich „bidoko-Terminatorów”, babcię i dziadka ze strony matki, Mamaw i Papaw, dzięki którym tak naprawdę wyszedł na ludzi i jako pierwszy w rodzinie zdobył dyplom uczelni wyższej. Trzeba powiedzieć jasno – Mamaw i Papaw nie byli idealni. Wręcz przeciwnie, sami zmagali się ze swoimi demonami, od śmierci dziecka i poronień począwszy, po nałogi. Papaw na pewien czas oddał się pijaństwu, co przyczyniło się do jego rozstania z żoną, Mamaw to kobieta, która w wieku 12 lat niemal zamordowała człowieka i która z pewnością mogłaby zabić, gdyby takie rozwiązanie sprawy uznała za słuszne. Mamaw należało się bać. Mimo to, właśnie dzięki Mamaw i Papaw J.D. wyszedł na ludzi. Papaw, przeświadczony o tym, że zawiódł swoją córkę, a matkę autora, mobilizował wnuka do nauki, wpajał mu, jak bardzo szkoła jest istotna, tak samo robiła Mamaw:  


 – […] jeśli chcesz mieć taką robotę, żeby móc spędzać weekendy z rodziną, musisz pójść na studia, inaczej nie wyjdziesz na ludzi. I to był geniusz Mamaw w pigułce. Nie ograniczała się tylko do kazań, wyzwisk i żądań. Pokazywała mi, co jest do osiągnięcia – leniwe niedzielne popołudnie z ukochanymi ludźmi – i wbijała mi w głowę, co muszę zrobić, żeby tego dopiąć (s. 185).  
  
Oboje z babcią przekonywali go, że może osiągnąć znacznie więcej niż oni i ich dzieci. A co najważniejsze, niewyobrażalnie go kochali i wspierali. A on kochał ich. Zresztą, jak można było nie kochać Mamaw z jej niewyparzoną gębą, jeśli na obawy wnuka, czy aby nie jest gejem i pójdzie do piekła (taki pomysł wpadł mu do głowy), odpowiedziała: 


– J.D., ciągnie cię do ssania pały? Wytrzeszczyłem oczy. Kto mógłby mieć ochotę na coś takiego? Babcia powtórzyła pytanie. – No pewnie, że  nie! – odparłem. – No to nie jesteś gejem. A nawet jakbyś miał ochotę komuś possać, to i tak nic złego. Bóg wciąż będzie cię kochał (s. 124).

 To chyba mój ulubiony cytat z całej książki, w dość nietypowy sposób pokazujący, jaką osobą była Mamaw i jak wiele znaczył dla niej wnuk. To w jej dom był jego prawdziwym domem i to właśnie tu uciekał przed szalejącą matką i jej kolejnymi facetami. 

O trudach życia J.D. i jego siostry mogłabym pisać dużo – było źle, momentami nawet tragicznie, ale jak już wspomniałam, nie różniło się od życia zdecydowanej większości mieszkańców Pasa Rdzy. J.D. Vance, przyglądając się osobistym doświadczeniom, tak naprawdę tworzy ogólny obraz całej białej klasy robotniczej – bidoków zmagających się z bezrobociem, biedą, rozbitymi rodzinami, uzależnieniami, a jednocześnie kierujących się swoistym kodeksem honorowym i dumą. I tu trzeba zaznaczyć, co zresztą sam podkreślił, że jego książka nie jest monografią akademicką. Autor odwołuje się do badań socjologicznych, przytacza ich interesujące wyniki, ale sam nie stworzył pracy naukowej. Jego wnioski i twierdzenia tak naprawdę nie są niczym nowym, odkrywczym. Bardzo podobne można wysnuć wobec biedoty na całym świecie. Czytając o bidokach i ich podejściu do życia, tak naprawdę miałam wrażenie, że czytam o mieszkańcach polskich bloków i domów socjalnych – grupie, o której co nieco wiem z obserwacji. Dlatego zupełnie nie dziwiły mnie opisy bidoków naciągających pomoc społeczną. Nie dziwiło to, jak o podejściu oszczędności tej grupy pisał Vance:  


 Tak właśnie wyglądał mój świat: świat naprawdę irracjonalnych posunięć. Wydatkami potrafimy wpędzić się w bankructwo. Fundujemy sobie wielkie telewizory i iPady. Nasze dzieci noszą fajne ciuchy dzięki kartom kredytowym i chwilówkom. Kupujemy za duże domy […] po czym ogłaszamy niewypłacalność i wynosimy się gdzieś indziej […]. Oszczędność jest sprzeczna z naszą naturą. Wydajemy pieniądze, bo chcemy udawać klasę wyższą. A kiedy już sprawa się rypnie – gdy trzeba ogłosić bankructwo albo ktoś z rodziny płaci za naszą głupotę – zostajemy z niczym (s. 181). 

Problem socjalnych gett obserwuję już od dawna nawet w bliskiej mi okolicy i nie raz mówiłam to samo, co J.D., że lepiej niż budować socjalne bloki i osiedli, byłoby udostępnić pojedyncze mieszkania w blokach zamieszkanych przez lepiej radzące sobie grupy społeczne. Wymaganie od państwa opieki i pomocy finansowej przy jednoczesnym odmawianiu pójścia do pracy, bo za takie pieniądze szkoda się męczyć, jak można nic nie robić na zasiłku – smutna norma. Mogłabym tak więcej, amerykańskich bidoków i naszą biedotę wiele łączy. Vance pokazuje, jak wygląda podejście do życia bidoków, stara się dać wskazówki, co można zrobić dla tej grupy społecznej, ale też pisze o tym, co oni sami powinni robić, żeby odmienić swoje życie. Nie daje prostych recept, bo takich oczywiście nie ma, ani w Stanach, ani w Polsce, czy gdzie indziej na świecie. Zwraca jednak uwagę na tę wciąż zapominaną i pomijaną grupę społeczną, można by bardziej górnolotnie stwierdzić, że przywraca ją światu, przypomina o tych, o których najchętniej byśmy wszyscy uprzywilejowani zapomnieli.

Czy w takim razie, biorąc pod uwagę wtórność części twierdzeń autora, mało dla mnie odkrywcze spostrzeżenia, niepogłębione analiza, książka mi się podobała? Tak i to nawet dość mocno. Właśnie dlatego, że czytałam ją jako książkę wspomnieniową, napisaną z miłości i z miłością do rodziny i całej grupy bidoków. J.D. Vance zdobył się na ogromną szczerość, wyciągnął najtrudniejsze i najbrudniejsze sprawy, ale czytając, nie ma się wrażenia, że robił to dla popularności i szokowania dla szokowania. On ludzi, o których napisał, naprawdę kocha ze wszystkimi ich zaletami i wadami, jednocześnie będąc bardzo świadomym tych ostatnich. Jest przy tym bardzo autentyczny i ja mu wierzę. Wydaje mi się, że to właśnie na tej uczciwości polega prawdziwa siła tej książki. A o tym, czy Elegia wyjaśnia, dlaczego w ostatnich wyborach Amerykanie zdecydowali, tak jak zdecydowali, radzę samemu się przekonać, bo choć J.D. o tym wprost nie mówi, podsuwa interesujące tropy.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję pani Joannie Białek i Wydawnictwu Marginesy.
Okładka ze strony Wydawnictwa.

piątek, 2 marca 2018

O obywatelu Johnie Brownie - James McBride, "Ptak dobrego Boga"

Książek o niewolnictwie i walce z nim, abolicjonistach jest w ostatnim czasie coraz więcej i bardzo dobrze. Ja zagłębianie się w tę tematykę zaczęłam dość przewrotnie od rewelacyjnej książki Jamesa McBride’a Ptak dobrego Boga (Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2016). Przewrotnie, bo w wielokrotnie nagradzanej powieści McBride (zdobyła m.in. National Book Award 2013) dramatyczną historię ruchu abolicjonistycznego, a w zasadzie bohatera tego ruchu Johna Browna, przedstawia z przymrużeniem oka, z perspektywy Cybulki – czarnoskórego chłopca, który wzięty za dziewczynkę, żeby ratować swój tyłek, musi poddać się swojej nowej roli na kilka ładnych lat. Przypadek sprawił, że chcąc nie chcąc, trafił do grupy Browna walczącej z niewolnictwem i… tu zaczyna się cała zabawa.

Choć tak naprawdę zabawa zaczyna się dla czytelnika. Biedny Cybulka, który wcale nie chciał, żeby ktoś siłą zmieniał jego życie, zostaje wciągnięty w krwawe walki między zwolennikami i przeciwnikami niewolnictwa. Jest świadkiem mniej i bardziej bezsensownych śmierci, głoduje, tuła się z grupą Browna, próby ucieczki jakoś nie odnoszą skutku. Bierze udział w spotkaniach agitacyjnych na rzecz abolicjonistów, na pewien czas ląduje w burdelu, zakochuje się, a jego czyny niejednokrotnie doprowadzają do tragedii. Co najgorsze, nie może zrezygnować ze swojej nowej tożsamości i zrzucić kiecki – musi pozostać Cybulką, co bardzo komplikuje mu życie.

Cybulka jest o tyle ważną postacią powieści, że jest jej narratorem, a przez to język, jakim książka została napisana, jest językiem właśnie Cybulki, do czego jeszcze wrócę. Głównym bohaterem powieści jest zaś John Brown – jedna z najważniejszych postaci ruchu abolicjonistycznego, zaciekły wróg niewolnictwa, którego egzekucja w pośredni sposób przyczyniła się do wybuchu wojny secesyjnej. Na wieść o skazaniu go na śmierć Cyprian Kamil Norwid napisał wiersz Do obywatela Johna Browna (1859 rok). Postać więc niezwykła, bohater dla wielu, a w książce? Niepiśmienny, zdewociały wariat, na każdym kroku sięgający po nieistniejące cytaty z Biblii (jakie to jest dobre!). Oddany sprawie do granic, a jednocześnie bardzo naiwny. Walczący o prawa niewolników, nawet tam, gdzie sami niewolnicy niekoniecznie sobie tego życzyli. Jest niezwykle honorowy, choć jego kodeks może budzić pewne wątpliwości. Traci członków rodziny i swojej grupy, czy to w wyniku śmierci, czy po prostu ich rezygnacji ze sprawy. Szczęście i szansę dla sprawy upatruje właśnie w Cybulce, której (któremu) ofiarowuje pióro ptaka dobrego Boga.

Ptak dobrego Boga to idealny materiał na sfilmowaną komedię slapstickową. Analfabeci udający, że umieją czytać i pisać, chłopiec przebrany za dziewczynkę, sceny w burdelu, niebezpieczne przygody, szaleni bohaterowie, brutalność i przemoc, abolicjonista Douglass (kolejna postać prawdziwa) z dwiema żonami – białą i czarną, a całość wspaniale przerysowana. To także romans awanturniczy, powieść łotrzykowska rozgrywająca się w stanie Kansas. Cybulka tak pięknie uosabia bohatera tego gatunku. Szelma, cwaniaczek, co chwila wpada w nowe tarapaty, i co chwila z nich wychodzi niemal bez szwanku. Przeżywa niezwykłe przygody, trafia w sam środek wielce istotnych wydarzeń. Zdaję sobie sprawę, że piszę o tym dość ogólnikowo, ale to naprawdę trzeba samemu przeczytać i doświadczyć.

Wspomniałam o języku. I to jest kolejna ogromna zaleta tej powieści. Książka napisana jest łamaną angielszczyzną Cybulki, który nie umie pisać, nie umie czytać, ale ma dobre ucho, w które wpadają różne ciekawe zwroty, określenia, związki frazeologiczne. Problem w tym, że nie bardzo umie je zastosować, co również przyczynia się do komizmu powieści. W tym miejscu szczególne gratulacje należą się tłumaczowi – Maciejowi Świerkockiemu – który idealnie poradził sobie z tym, jak mogę sobie wyobrazić, dość nieprzetłumaczalnym językiem. Odnalazł w polszczyźnie odpowiednie miejsce dla tej pokręconej angielszczyzny byłego niewolnika i zrobił to w sposób przezabawny. Jedna mała uwaga – przez kilka pierwszych stron język sprawiał mi kłopot ze względu na liczne błędy ortograficzne, co było ciężkie do przełknięcia dla pani redaktor ;). Poważnie obawiałam się, czy dam radę, ale powiem wam, że wpadłam i przepadłam całkowicie, jest rewelacyjnie.

Ptak dobrego Boga jest książką wręcz wyśmienitą. Sposób, w jaki James McBride portretuje jedną z najważniejszych postaci Stanów Zjednoczonych – Johna Browna – to wzór do naśladowania. Naprawdę. Bo choć jest to portret prześmiewczy, wskazujący liczne ułomności, wady, jednocześnie Browna uczłowiecza, przybliża zwykłym śmiertelnikom. Jeśli stawiać pomniki, to takie. Bardzo mi odpowiada traktowanie poważnych tematów z takim poczuciem humoru, bo nie jest to lekceważenie, umniejszanie ważności, nie jest to na pewno obrazoburcze, a nie ma bezmyślnego wynoszenia na piedestały i malowania laurek. Lekcja historii i świetna zabawa w jednym? Proszę taką o Polsce i jej bohaterach. A książkę oczywiście bardzo polecam jako kawał świetnej literatury, eksperymentu językowego i dla wielkiej przyjemności płynącej z czytania.