niedziela, 20 marca 2016

Juliana Barnesa sposób na biografię - "Papuga Flauberta"



Biografie wielkich pisarzy to bardzo często opasłe tomy pełne bardziej lub mniej rzetelnych (w zależności od źródeł, uczciwości autora, ale też od podejścia do tematu), nierzadko szczegółowych informacji. Czyta się je z zachwytem i zapałem bądź też omija co nudniejsze fragmenty, wyszukując co ciekawszych smaczków – wszystko zależy i od autora, i od czytelnika. Bo biografia, zwłaszcza człowieka wybitnego, zasłużonego dla świata, kultury itd., o bogatym życiu osobistym, przecież powinna być grubą księgą odsłaniającą wszelkie, najlepiej te najbardziej pikantne tajemnice. Dlatego Papuga Flauberta Juliana Barnesa (Warszawa: Czytelnik, 1992) jest biografią wyjątkową. Przede wszystkim, choć dotyczy niewątpliwie zasłużonej dla literatury postaci (mowa przecież o jednym z najważniejszych pisarzy!), której życie bogate było w różnego rodzaju doświadczenia, nie jest ona opasłym tomem. Wręcz przeciwnie – moje wydanie z zasłużonej serii „Nike” ma 292 strony. Biorąc pod uwagę format, jest to kruszynka. Nie jest też dokładnym opisem życia pisarza od narodzin do śmierci. I w zasadzie nazywanie tej książki biografią, jest jednak pewnym nadużyciem. Mamy wszak do czynienia z dziełem wielogatunkowym – powieść, esej, słownik, wątki biograficzne i autobiograficzne, jeśli weźmiemy pod uwagę postać narratora. Prawdziwa mieszanka. Ale z pewnością czyta się ją z zachwytem i zapałem i chce się odkryć jej wszystkie tajemnice, które nie dotyczą jedynie Gustawa Flauberta.

Z biografią Flauberta mamy tu do czynienia w tym sensie, że narrator powieści doktor Geoffrey Braithwaite, wielki miłośnik pisarza, takąż właśnie próbuje napisać. W tym celu skrupulatnie zbiera materiały, jeździ do Francji, szuka źródeł, do których nikt jeszcze nie dotarł. Na kłopoty natyka się, gdy w dwóch różnych muzeach w Rouen pokazują mu wypchaną papugę, która stała na biurku Flauberta, gdy ten pisał Prostotę serca. Oczywiście każde muzeum zaświadcza o jej autentyczności. Braithwaite postanawia więc przekonać się, jak to z tą papugą Flauberta jest, szuka, szpera, docieka, jednak im wydaje się być bliżej prawdy, tym bardziej się ona od niego oddala. Poszukiwanie prawdziwego ptaka jest owszem interesujące, ale najbardziej fascynujące w książce jest to, jak Barnes przybliża (próbuje przybliżyć) nam postać autora Szkoły uczuć. Ucieka się do tak różnych metod i sposobów, że na każdy kolejny czekałam z prawdziwym napięciem. Bo co my tu mamy? Mamy świetne bestiarium Faluberta, w którym francuski pisarz i bliskie mu osoby przedstawione są jako zwierzęta i papuga też tu się znajdzie. Mamy dwie wersje chronologii wydarzeń z jego życia – jedna bardziej, druga mnie optymistyczna. Są tak niesamowite rozdziały jak „Przewodnik do Flauberta dla kolekcjonerów lokomotyw” i „Arkusz egzaminacyjny”. Jest wreszcie rozprawa sądowa, gdzie narrator podejmuje się obrony Gustawa Flauberta, któremu można było zarzucić nie jedno. Gdy Braithwaite decyduje się na opis związku pisarza z poetą Luizą Colet, nie jest to jedynie Flaubertowska wersja wydarzeń, łagodnie mówiąc niekoniecznie korzystna dla kobiety. W tym miejscu Barnes pokusił się o oddanie głosu Colet, przedstawienie burzliwego romansu z jej punktu widzenia. Dostajemy też pikantniejsze elementy z życia pisarza – prostytutki, syfilis i kairskich chłopców, ale tak naprawdę nie są one tak ciekawe, jak mogłyby się wydawać. Interesujący jest jednie sposób, w jaki w wersji Colet ona sama została zestawiona z Kuchuk Hanem – „kurwą znad Nilu”. 

Losy chyba najbardziej znanej Falubertowskiej bohaterki Emmy Bovary, jej zdrady i samobójstwo, stają się pretekstem dla Geoffreya Braithwaite’a do bardziej osobistych rozważań. Rozmyślając nad motywami postępowania powieściowej bohaterki, tak naprawdę próbuje odkryć prawdę o własnej żonie, która również zdradzała i odebrała sobie życie. Zastanawia się nad charakterem cudzołóstwa i samobójczej śmierci. I jak gorzka mantra powtarza się tu najbardziej gorzkie twierdzenie książki: „Kochałem ją; byliśmy szczęśliwi; brak mi jej. Nie kochała mnie; byliśmy nieszczęśliwi; brak mi jej”.

Papuga Flauberta, choć niewielka objętościowo, stanowi prawdziwe bogactwo – bogactwo treści, bogactwo gatunków. Szczerze podziwiam Barnesa za napisanie, czegoś tak imponującego. Trzeba mieć ogromny talent, żeby nie przechwalając się, umieć się pochwalić wiedzą, umiejętnościami, idealną dawką poczucia humoru i ironii – krytycy literaccy miejcie na uwadze kolor oczu Emmy Bovary… A poczucia humoru Barnesowi na pewno nie brakuje, nie sądziłam, że akurat przy tej lekturze będę śmiać się w głos. A jednak. A na zakończenie pozwolę sobie zacytować hasło z wzorowanego na Flaubertowskim „Słownika Braithwaite’a obiegowych wyobrażeń”:



Dziwki – Niezbędne w dziewiętnastym wieku dla zarażenia się syfilisem, bez którego nikt nie mógł rościć sobie pretensji do miana geniusza. Wśród posiadaczy szkarłatnej wstęgi za odwagę znaleźli się Flaubert, Daudet, Maupassant, Jules de Goncourt, Baudelaire i In. Czy jakiegoś pisarza to ominęło? Jeśli tak, był prawdopodobnie homoseksualistą (s. 235).

środa, 23 września 2015

Wielki powrót powieści historycznej - Maciej Hen, "Solfatara"

 
Choć od mojego wakacyjnego urlopu minęło już kilka tygodni, wciąż zdarza mi się wracać myślami do tego pełnego lenistwa i relaksu czasu. Pierwsze miejsce w tych wspomnieniach zajmuje oczywiście wypad nad Bałtyk (było wspaniale, a plaga parawanów zupełnie nie dotknęła plaży, na której się wylegiwałam), ale zaraz za nim są wspomnienia lekturowe. A w zasadzie wspomnienie jednej lektury, ale za to niesamowicie soczystej i nie tylko objętościowo bogatej Solfatary Macieja Hena (Warszawa: W.A.B., 2015).

Od razu przyznaję, że Solfatara zachwyciła mnie od pierwszych stron, od momentu, w którym zorientowałam się, iż mam do czynienia z prawdziwą powieścią historyczną i przygodową, odwołującą się do najlepszych tradycji tego gatunku. Do tego w niedługim czasie okazało się, że to opowieść skrywająca w sobie kolejne historie, czyli coś, czego czytanie zawsze sprawiało mi przyjemność – powieść szkatułkowa pełna barwnych postaci i ich przygód. 

Ale może po kolei. Głównym bohaterem powieści i zarazem jej narratorem jest sympatyczny dziennikarz „Wiadomości Neapolitańskich”, pięćdziesięciokilkuletni Fortunato Petrelli. Mieszka w Neapolu, para się wydawaniem swojej gazety, obserwowaniem codzienności i wizytami u kurtyzan. I właśnie w drodze to ulubionego przybytku rozkoszy staje się świadkiem wydarzeń dramatycznych i krwawych – mianowicie wybuchu rewolucji, na której czele stanął szalony rybak Masaniello. Jak się bardzo szybko okaże, rewolta będzie niesłychanie brutalna, pełna ofiar, a pisanie o morzu krwi i stosach rozkładających się zwłok to stanowczo za mało. Każdej nocy trwającego zrywu Petrelli będzie rzetelnie spisywał wydarzenia, których był świadkiem mijającego dnia, a także swoje własne przygody, których będzie miał co nie miara. Wspomnę tylko, że znajdzie się wśród nich poszukiwanie uwielbianej kurtyzany, ratowanie pewnej księżniczki, pościgi, ucieczki i spotkania z niezwykłymi ludźmi z jego przeszłości. 

Ale to nie wszystko. Oprócz relacji z bieżących wydarzeń, Fortunato będzie stopniowo odkrywał przed czytelnikiem swoje własne losy od lat dziecięcych. I tu się dopiero zaczyna zabawa, bo te wspomnienia stanowią najlepsze momenty powieści. Petrelli w niesamowicie  interesujący sposób, po kawałku, będzie ujawniał historie ze swojego życia, prawdę dotyczącą jego prawdziwych rodziców, blaski i cienie okresu dorastania, pierwsze miłości i doświadczenia rozkoszy cielesnych. Oczywiście do tego pojawia się cała masa barwnych, niesamowicie interesujących postaci, każda ze swoją historią, pasją i namiętnościami. Bo namiętności tu rządzą ludźmi i rządzą powieścią. Nie ma mowy o nudzie. Każda opowieść pełna jest soczystych kawałków. Czego tu nie ma – miłości, zdrady, walki, niewyjaśnione śmierci, liczne tajemnice czekające na wyjaśnienie. Och, dzieję się, dzieje. I naprawdę było mi żal, że książka ma tylko 917 stron…

Poznając losy Petrellego, jednocześnie mamy przyjemność poznać środowisko i ludzi, wśród których żył. Najlepiej zobrazowani zostali tu różnej maści artyści – muzycy, aktorzy, malarze, czyli najbliżsi przyjaciele bohatera. A że środowisko artystyczne, to i ich przygody niebanalne, a portale plotkarskie, gdyby wtedy istniały, miałby o czym pisać przez bardzo długi czas. I nie musiałyby wcale ubarwiać rzeczywistości. Z tyloma intrygami, miłostkami, romansami już dawno się nie spotkałam.

Do tego wszystkiego dołączyć trzeba przerażający obraz wspomnianej rewolucji i tego, jak łatwo dać się uwieść fałszywym prorokom, ale mimo to, nie robiłabym z Solfatary powieści z przesłaniem. To tylko zepsułoby jej urok. 

Ale o uroku powieści Macieja Hena stanowią nie tylko sympatyczny Fortunato, paleta barwnych postaci i zaskakujące wydarzenia. Ogromnym atutem, dla mnie bodaj najważniejszym jest przepiękna, szlachetna polszczyzna. Książki pisane takim językiem to prawdziwa rozkosz, mogłabym czytać nieustannie. Dlatego jeśli do sięgnięcia po powieść nie zachęciły was skrywane w niej historie, obraz krwawej rewolucji, paleta postaci, proszę, zróbcie to właśnie dla piękna języka polskiego. Oraz dlatego, że Solfatara to ogromna dawka przygody, czytelniczych przyjemności i naprawdę dobrej zabawy. I błagam, niech wam nie przyjdzie do głowy bać się objętości – każda kolejna strona to kolejne cenne chwile spędzone nad lekturą.



Za egzemplarz serdecznie dziękuję panu Grzegorzowi Lindenbergowi i wydawnictwu W.A.B.
Zdjęcie Solfatary: http://www.incampania.com/en/turismo.cfm?Menu_ID=175&Sub_ID=176&Info_ID=3863


czwartek, 20 sierpnia 2015

Wzruszający, głośny szept Ormian - Varujan Vosganian, "Księga szeptów"

Zazwyczaj jestem w stanie czytać książkę w każdej sytuacji, niemal w każdym miejscu, w pośpiechu, chłonąc słowa i kolejne zdania jedno za drugim. Są książki, na które rzucam się łapczywie w autobusie, na ławce w parku, pomiędzy jedną rozmową a drugą, odrywam się i wracam od razu. Są jednak takie książki, które potrzebują czasu, powolności, wielkiego skupienia i rozważania zdania po zdaniu, bo niemal każde niesie ze sobą wielką mądrość. Taką książką jest piękna Księga szeptów rumuńskiego pisarza Varujana Vosganiana (Wrocław: Książkowe Klimaty, 2015).




Co takiego jest w tej powieści, że czytałam ją tak powolnie, że tak wiele ode mnie wymagała, ale też tak wiele mi od siebie dała? To opowieść o Vosganianie, jego rodzinie, Rumunii i co najważniejsze – o Ormianach, tych, którzy tak wiele wycierpieli, a którzy są niemal zapomniani. A pamięć im się należy ogromna. Autor, posługując się niemal realistyczno magicznym językiem, opisuje swoje pachnące kawą i kolonialnymi przyprawami dzieciństwo. To momenty, w których aż chciałoby się tam być, czuć, smakować razem z nim, siedzieć u stóp jego starego anioła. Widzieć, jak kobiety misternie  niemal tkają ciasto na baklawę, ssać ziarna kawy. Wreszcie poznać magów tamtych czasów – dziadków autora: Gabareta, który mądrze mówił, że „To wielka odpowiedzialność żyć na tej ziemi dłużej niż Jezus Chrystus. […] Musisz mieć solidne argumenty, by ośmielić się to zrobić” (s. 83), i Setraka, którego nieustanną towarzyszką i przyjaciółką była Śmierć, a także pozostałych mędrców, każdego z nich z jego osobistą historią. Chciałoby się udać na targ, odwiedzać kolonialne sklepy i spotkać Żydów handlujących najważniejszym towarem – czasem. 
Czytając te opisy, wsłuchując się w kolejne mądre słowa prawdziwie mądrych ludzi, odczuwałam ten specyficzny rodzaj nostalgii i smutku, który towarzyszy mi w momentach wielkiego piękna łączącego się z bólem. Gdyż bólu w Księdze szeptów  jest niemało.

Losy wszystkich bohaterów powieści, a każda z pojawiających się na jej kartach postaci zasługuje na uwagę, nie działy się w nieistniejącej krainie z dawnych pięknych lat. Za ich życiem stała bowiem groźna i straszna historia XX stulecia. Druga wojna światowa i okupacja, komunistyczny reżim i przede wszystkim to od czego zaczęły się rumuńskie losy rodziny autora – ludobójstwo Ormian, którego setną rocznicę obchodzono w tym roku. Każde z tych tragicznych wydarzeń w dziejach świata odbiło się równie tragicznie na losach jednostek. Vosganian dorastał i uczył się życia w czasach, gdy o wielu rzeczach, o prawdzie nie wolno było mówić głośno, obowiązywał szept. Autor gromadził ten szept, z którego potem powstała Księga.  A o czym szeptano? O Stalinie i zsyłkach na Sybir, o więzieniach, o brutalnych przesłuchaniach, o krwawych okupacjach, o zabójstwie prezydenta Kennedy’ego szeptano w krypcie. Szeptu jest tu co niemiara, za każdym razem coraz bardziej bolesnego, rozdzierającego serce. I zmuszającego do pytań i rozmyślań nad losem bliskich mi osób, zwłaszcza że historia Hartina Fringhiana jest bliska rumuńskim losom pewnej części mojej rodziny.

Napisałam wcześniej, że dla tej książki potrzebowałam czasu i wielkiego skupienia. Od jednego rozdziału nie mogłam się jednak oderwać, doczytując go już przy słabym świetle pociągowego wagonu. W tym miejscu muszę się przyznać, że od pewnego czasu staram się unikać książek dotykających czasów wojny, Holocaustu, komunistycznych zbrodni, gdyż wydaje mi się, że przyjęłam już tak wielką dawkę okropności tamtych czasów, że już więcej nie dam rady. Dlatego sama się sobie dziwiłam, że rozdział, który nie pozwolił mi na odłożenie książki, dotyczył ormiańskiego marszu śmierci. Marszu przesz siedem kręgów, w których jedyną pewną rzeczą była śmierć, w każdym kolejnym coraz straszniejsza. Był to marsz przez śmierć i ku śmierci, nie przewidywano bowiem dla prowadzonych Ormian innego losu. Czytanie o każdym kolejnym kręgu bolało coraz bardziej, coraz straszliwsze opisy masakry i odchodzenia sprawiały, że chciało mi się krzyczeć. Śmierć każdego człowieka niesie ból, niewinnych osób skazanych na śmierć najbardziej, ale nie ma chyba niczego tak przerażającego jak śmierć masowa, ludobójstwo, gdzie nie ma miejsca dla człowieka, pozostają tylko, jeśli już,  zbiorowe mogiły. I w tym miejscu mogę tylko za autorem powtórzyć: „Masowe groby są najbardziej zawinioną częścią historii” (s. 304).

Księga szeptów dotyka najboleśniejszych i najstraszliwszych momentów historii. Jest opowieścią o śmierci i zemście, której symbolem jest mały drewniany konik – zabawka autora. Ale nie ma w niej krzyku, nie ma języka nienawiści, nie ma epatowania brutalnością mimo opisów jakże niewyobrażalnych zbrodni. W tej książce – i w tym tkwi jej wielka siła – naprawdę dominuje szept. Autor szepcze tak, jak szeptali jego przodkowie. Szepcze o sprawach najważniejszych i o codzienności, za każdym razem robi to poruszająco. Nie ucieka się do wielkich słów, jego język jest niesamowicie subtelny, powolny, zmusza do uwagi i skupienia.

Napisać jeszcze trzeba o samym wydaniu książki. Nie dość, że tak pięknej, estetycznej i skromnej okładki już dawno nie widziałam (brawa dla Justyny Boguś), to jeszcze do tego świetne tłumaczenie Joanny Kornaś-Warwas i merytoryczne opracowanie Andrzeja Pisowicza. Tak przygotowanych książek życzę sobie i innym czytelnikom jak najwięcej. Brawa dla Książkowych Klimatów.

Księgę szeptów czytać trzeba! Tak, trzeba, ze względu na pamięć o straszliwym ludobójstwie, o którym w zasadzie mówi się tak niewiele, ze względu na pamięć o krwawych plamach historii, ale także ze względu na wielkie wzruszenie i wielkie piękno. Bo gdybym miała wybrać jedno słowo opisujące książkę Varujana Vosganiana to wybrałabym właśnie wzruszenie. A jak coś wzrusza tak jak ta powieść, to nie ma wyjścia, musi to być po prostu piękne.

Za książkę serdecznie dziękuję panu Krzysztofowi Cieślikowi i wydawnictwu Książkowe Klimaty.
Zdjęcie okładki ze strony wydawnictwa.

środa, 15 lipca 2015

Silikon, seks i bułka z szynką

 Nai

Zakochany w dziwce facet po sześćdziesiątce – chyba nie wiele rzeczy jest bardziej banalnych. Zakochany w dziwce facet po sześćdziesiątce planujący z nią małżeństwo i wspólne życie – no błagam. Zakochany w dziwce facet po sześćdziesiątce w ujęciu Jerzego Pilcha – i cały banał zmienia się w zachwyt. Zachwyt mój nad tym, co autor zrobił z tematem, zachwyt mój nad Pilchowskim językiem, w którym jestem z kolei zakochana (banał tym razem w moim wykonaniu), zachwyt wreszcie nad tym, że takie rzeczy, a mnie nie bolało. Ba, nie tylko nie bolało, ale jeszcze mi sił dawało i wiary, że z moje problemy czytelnicze są jednak do wyleczenia. No chyba, że tylko z Pilchem tak mam, jeśli tylko z nim, niech i tak zostanie. Ale koniec ze mną, przejdźmy do rzeczy, a raczej do rzeczonej dziwki.  

Najpewniej miała na imię Zuza, choć imion miała wiele, dla każdego klienta zapewne inne. Dla naszego bohatera najpierw była Sonią, potem Bellą – prawdziwą pięknością z piersiami wypełnionymi silikonem i hialuronowymi, ponętnymi ustami. Cóż że sztucznie dopiększana, najważniejsze, że urodą doprowadzała do obłędu i do takich uniesień cielesnych, że można o niej mówić niemal tylko językiem Biblii. „A była Zuzanna delikatna i pięknego wejrzenia. A ci przewrotni kazali ją odsłonić (bo byłą zakryta), żeby się przynajmniej tak nasycić pięknością jej”. Przywołuje zakochany proroka Daniela, przywołuje przewrotnie, bo nasza Zuza owszem pięknością nasycała, ale idealnie skrojone ręką chirurga ciało odsłaniała sama. Sama i chętnie, więc o niewiele z niej zostało z cnotliwej Zuzanny. Naszej Zuzy o cudzołóstwo nie trzeba było oskarżać, nasza Zuza grzechem i z grzechu żyła. Choć sama mówiła o sobie, że umie „być wierna... nawet gdy moje ciało jest gdzie indziej”, to bez wierności ciała z wierności ducha nie wiele pozostaje. A może ja się mylę? Może jest rzeczywiście tak, że „Zdrada, kiedyś rujnująca życie, zmieniająca ludzi w cienie i wiodąca do samobójstwa – dziś stała się zaledwie wstydliwym występkiem”. 

Historia cnotliwej Zuzanny, żony Joakima, nie została uznana przez protestantyzm. To może właśnie dlatego bohater kreuje własną historię własnej Zuzanny… Brnie w ten szaleńczy związek. Nie chce, żeby Zuza porzuciła rzemiosło, wręcz przeciwnie – fakt, że mają ją inni i to za pieniądze, kręci go niesamowicie. Ma na nią szatańską jazdę,  jazdę tak wielką, że tylko o szaleństwie może być mowa. Szaleństwie tak wielkim, że zatopiony w boskim ciele dziwki myli miłość z pożądaniem. Tęskni do utraty tchu, do obłędu rozpamiętuje Zuzę i ciało Zuzy. Seksualnie uniesienia przesłaniają mu potrzebę uczucia i to uczucia odwzajemnionego. Nawet jeśli był zakochany, to w ciele, w powłoce, w otoczce. Bo z Zuzą poza łóżkiem nie łączyło go nic. On sześćdziesięcioparoletni, oczytany, zmagający się z Parkinsonem i myślami o samobójstwie. Ona dwudziestoletnia zaledwie kurwa,  posiadaczka psa Tetmajera i to cały jej związek z literaturą. Nic tu się nie mogło udać, happy endu nie będzie.

Ale rękopis znaleziony w bucie to nie tylko opowieść o uczuciu, którego nie było. To także świat pełen literackich odniesień. Motyw kurwy w literaturze – podejmowali się go wielcy. Dostojewski, moi ukochani Mann i Marquez, nawet Llosa, z którym bohater (i autor) się spiera. A Zuza, kolejna literacka dziwka, dość blado wypada przy swoich poprzedniczkach. Czy nie ma już wielkich dziwek na tym świecie? A może już dziwkom się nie współczuje? Wszak Sonia-Bella-Zuza zawód wybrała sobie taki, nie dla tego, że musiała, ale że lubiła to robić. Płatny seks był jej pasją.

A może Zuza nie była tylko kaprysem ciała? Może była lekiem dla chorej duszy w starzejącym się ciele? Ucieczką od tego, co nieuniknione, odskocznią od codziennych zmagań z chorobą, z życiem. Nawet jeśli tak, to była to ucieczka krótkotrwała i mało skuteczna. Chwilowa podnieta, pożądanie przegrywają. Silniejsze okazują się literatura, myśli o warszawskich wieżowcach, z których można by skoczyć i przeszłość. Wspomnienia bohatera są tu szczególnie istotne. I niekoniecznie te, w których pojawiają się byłe żony i kochanki, erotyczne uniesienia, zdrady, kolejne łóżka. Przeszłość okazuje się tak silna, że historia Zuzy traci na znaczeniu, urywa się w zasadzie niedopowiedziana. Z boską Zuzą wygrywa siedząca w kawiarni przy basenie pięćdziesiąt lat wcześniej czarnula pijąca piwo i jedząca bułkę z szynką. A okruchy spadające na jej skórę stają się istotą rzeczy…

Nie mogę oczywiście nie napisać o tym, jak cudownie Jerzy Pilch gra i igra z czytelnikiem. Tyle tropów, tyle nawiązań do osoby własnej. Nieświadomy, łatwowierny czytelnik może się zagubić w fikcji, pomieszać ją z prawdą. Luter, Parkinson, Wisła, matka bohatera (a scena, w której i Zuza i matka razem boska), mieszkanie na Hożej. Rozmyślania o chorobie, samobójstwie i Cioranie prawie jak wyjęte z Drugiego dziennika. Motywy pojawiające się co i rusz w innych książkach Pilcha. Przypadek? Zdecydowanie nie. Co najważniejsze – te powtórzenia nie nudzą. Zyskują za to nowe znaczenie, stają się mroczniejsze, więcej w nich żalu i smutku. 

Dobrze wiem, że bohater to nie autor. Ale jakże ja lubię zbierać te okruchy, łączyć, znajdować różnice i nieścisłości, mieszać je z podobieństwami. To jest na pewno jeden z powodów, dla których tak Jerzego Pilcha bezwstydnie wielbię. Wielbię go też za zdania, którymi doprowadza mnie do obłędu. A że niekoniecznie chcę się moim uwielbieniem dzielić, to na zakończenie jeden mały cytat, ale jakże wymowny: „Można zakochać się w kobiecie, która nie lubi książek? Można, ale po co?”.
 

Zuza albo czas oddalenia, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2015
Źródło zdjęcia: http://www.gala.pl/wywiady-i-sylwetki/jerzy-pilch-granice-ekshibicjonizmu-8550/zdjecie/jerzy-pilch-29258#gallery