środa, 6 maja 2015

Szelburg nieodnaleziona


O Ewie (a właściwie Irenie Ewie) Szelburg-Zarembinie nie wiedziałam w zasadzie nic. Osobliwy zbiór szkiców Anny Marchewki Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg (Kraków: Dodo Editor, 2014) miał wypełnić tę lukę, ale czy mu się to udało? Niestety, muszę przyznać, że jedynie pobieżnie.

A przecież to, czego się dowiedziałam z lektury, daje wspaniałe pole do popisu. Te okruszki, które otrzymujemy, pokazują, że życie Ireny Szelburg to materiał na pasjonującą biografię. Dzięki rodzicom, którzy wbrew temu, czego oczekiwano po ich klasie społecznej, pomogli córce w zdobyciu wykształcenia, dziewczyna zyskała szansę na zupełnie inne, bogatsze życie. Studia, nieco skomplikowane życie osobiste, wojenne i powojenne losy, wreszcie ciężka starość i śmierć – to wszystko dawało szansę na zdecydowanie głębsze sportretowanie bohaterki. Ślady, które zostawia czytelnikowi Anna Marchewka, nie dość, że nie zaspokajają ciekawości, to szczerze mówiąc nie do końca ją pobudzają.

A czego się dowiedziałam? Głównie tego, że Ewa Szelburg-Zarembina próbowała usunąć ze swojego życia ślady po pierwszym małżeństwie z Jerzym Ostrowskim. Ale dlaczego? Co ją tak w pierwszym mężu uwierało? A może uwierała ją jej zdrada i odejście do Józefa Zaremby? Nie wiem i nie dostaję żadnych szans nawet na próbę poznania prawdy. Wiem za to, na jakie zajęcia i przez kogo prowadzone zapisała się, będąc studentką w Krakowie. I co mi to daje? Przy tak okrojonej biografii – niewiele. W innym wypadku, czytałabym pewnie zaciekawiona, ale dostając takie nieuporządkowane skrawki, czułam w zasadzie tylko irytację. Kilka listów osób, które wspominają Szelburg, czy też wyimki z dziennika Jarosława Iwaszkiewicza w jakiś sposób jej dotyczące nie w noszą do książki w zasadzie nic. 

http://www.naleczow.pl/spdrzewce/o-szkole/historia-szkoly/
Nie jest tak, że cała książka jest słaba. Rozdział „Ciemność między nami” dowodzi, że Anna Marchewka umie z tego, co odnalazła, stworzyć rzecz dobrą, dlatego wielka szkoda, że się na to nie zdecydowała. Kontakty Szelburg z Zofią Nałkowską, obserwacja procesu białoruskich chłopów i wynikający z tego reportaż „Myjcie owoce” – czytałam naprawdę zaciekawiona, bo miałam szansę zobaczyć w bohaterce osobę nie tylko wrażliwą na społeczną niesprawiedliwość, ale przede wszystkim pisarkę, która nie kojarzy się li tylko z twórczością dla dzieci. 

Mając tak ciekawą bohaterkę, Anna Marchewka próbowała, świadomie bądź nie, konkurować z nią na kratach swoich szkiców. I znów, w przypadku obszernej biografii odniesienia do własnej osoby na pewno by nie raziły, a nawet mogłyby zaciekawić, ale tutaj nudziły i denerwowały. Bo naprawdę nie obchodzi mnie piasek przesypujący się przez paski sandałów autorki, zwłaszcza wtedy, kiedy czekam na informacje o osobie, której książka powinna dotyczyć. Przypadkowe spotkanie z dawno niewidzianym kolegą – kolejna zbędna wstawka, której celu nie jestem w stanie się dopatrzyć. Mam za złe autorce jeszcze jedno. Tak często wspomina o fotografiach, a nie umieszcza ani jednej. Kwestia praw? Finansów? Nie wiem, ale książka sama się o nie usilnie prosi. 

Cały czas zastanawiam się, jaki cel przyświecał napisaniu tej książki. Jeśli autorce chodziło o przywrócenie Ewy Szelburg-Zarembiny do życia, to poniekąd się jej to udało. Być może (i mam taką szczerą nadzieję) te nieposkładane elementy staną się inspiracją do napisania biografii, na którą bohaterka niewątpliwie zasługuje. Na pewno plusem są też zamieszczone fragmenty utworów pisarki. Ale jeśli jedynym śladem po Irenie Szelburg ma być książka Anny Marchewki, która dość często robiła na mnie wrażenie okrojonego tekstu naukowego pozbawionego przypisów i solidnej informacji źródłowej, to jest to zdecydowanie za mało. A jeśli chodziło o to, żeby czytelnik sam, z tego co dostał, spróbował stworzyć portret bohaterki (ale to już moja daleko idąca interpretacja), to ja się poddaję, nie jestem w stanie. Ale może warto próbować…

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Dodo Editor.

środa, 25 marca 2015

Muflony, pan Spock i Heinrich Himmler

Ja, która nie należę do wylewnych osób i nie często dzielę się swoimi uczuciami, muszę coś wyznać: po raz pierwszy od lat się zakochałam. I to w dodatku zakochałam się radośnie, tak radośnie jak to tylko możliwe. Z obiektem moich westchnień mogłabym się nie rozstawać, cały czas mam go na oku, a chwilowe rozstanie wynagrodzę sobie (mam nadzieję) za jakiś czas, gdy tylko do mnie powróci w kolejnej postaci. Tym wspaniałym uczuciem obdarzyłam bowiem Ostatnią arystokratkę Evžena Bočka (Wołów: Stara Szkoła, 2015), a właściwie każdą z obecnych  na jej kartach postaci, z Marią
Kostką na czele. (No dobra, na czele to z kasztelanem Józefem).

Historia jak  marzenie – czesko-amerykańska rodzina Kostków: nauczyciel Frank, zapatrzona w lady Di Vivien i najrozsądniejsza z postaci pojawiających się w książce Mary, czyli Maria, której oczami oglądamy ten fascynujący świat, odzyskuje pięciokrotnie zawłaszczany (między innymi przez hitlerowców i komunistów) rodowy zamek – Kostkę. W związku z tym opuszczają Stany Zjednoczone i udają się za ocean po nowe (oj tak) życie. Już sama wyprawa do Czech, w wyniku, nazwijmy rzecz po imieniu, skąpstwa Franka, a w zasadzie już hrabiego Franciszka Antoniego Kostki z Kostki, nie wygląda tak jak to było w planach, gdyż próba przemycenia kocicy Carycy i prochów zmarłych przodków musi doprowadzić do komicznych sytuacji.

Ale wszystko dobrze się kończy i rodzina Kostków przybywa na swój zamek. I teraz dopiero zaczyna się zabawa. Na miejscu zastają służbę: kasztelana Józefa, który szczerą nienawiścią darzy muflony, to jest turystów, i wszelkie próby wprowadzenia na zamek nowoczesności, kucharkę panią Cichą pałająca miłością do orzechówki i z miłością wspominająca dzień, w którym Helenka Vondraczkowa brała na Kostce ślub, i pana Spocka, czyli hipochondrycznego ogrodnika z muzycznym talentem i lękiem przed utratą włosów. Taka mieszanka charakterów musi, po prostu musi prowadzić do niemieszczących się w głowie wydarzeń. A do tego trzeba dodać jeszcze dwa niesforne dogi – Olka i Leosia – oraz bandę wypchanych zwierząt, ze śmierdzącym Jarusiem na czele. Jest jeszcze jeden drobny problem – rodzinie Kostków w zastraszającym tempie kończą się pieniądze. Trzeba więc zrobić wszystko, by te pieniądze pozyskać, łącznie z wpuszczeniem turystów do własnych sypialni (wielka radość Józefa) i przygarnięciem zakolczykowanej Deniski (jeszcze większa radość Marii).
Pomysł z turystami nie jest zresztą bezpodstawny. Sama bardzo chętnie wybrałabym się na Kostkę, nie tylko po to by osobiście poznać mieszkające tam indywidua. Bo na zamku naprawdę jest co zwiedzać. Są katakumby, w których złożone są prochy przodków, i gdzie swoje groby mają dwie imienniczki głównej bohaterki, jest gabinet hmmm osobliwych gadżetów należących do sprośnego przodka i wreszcie, oj podziwiam Marię, że się odważyła spędzić tam noc, pokoje Himmlera! Kogoś jeszcze trzeba namawiać na wyprawę?

Evžen Boček
Absolutnie nie jest przesadą twierdzenie, że Ostatnia arystokratka jest jedną z najzabawniejszych książek, jakie zostały napisane. Bawi tu wszystko – postaci, absurdalne wydarzenia, wreszcie język. Słowa, które normalnie są beznamiętne, tu nabierają życia i w najmniej spodziewanym momencie powodują, że czytelnik po prostu musi się ze śmiechu popłakać. Co prawda nikt z moich sąsiadów nic nie mówił, ale na ich miejscu, słysząc cichą nocą nagłe napady histerycznego śmiechu, pomyślałabym, że łagodnie mówiąc, mieszkają obok wariatki. Ale jak mogłam się powstrzymywać, no jak? Ostatnia zdroworozsądkowa osoba na Kostce – Maria – tak barwnie przedstawia rzeczywistość, że nawet nocna wyprawa do toalety, czy też podejrzenia ojca o romans nabierają nowego charakteru. 

Dwie rzeczy jednak mi się nie spodobały. Po pierwsze – okładka. Zupełnie nie moja estetyka, zawalona czwarta strona, cóż, gdybym nic o książce nie wiedziała, a jedynie zobaczyła, chyba bym po nią nie sięgnęła. Tak, często oceniam książki po okładce, bo po prostu lubię je pięknie wydane. Po drugie, i być może się czepiam, każdy ma jakieś zboczenie, ja mam zawodowe, niesamowicie irytowało mnie stosowanie wyrażenia „odnośnie” zamiast, jak radzą słowniki poprawnościowe, „odnośnie do”. Niestety, mnie rzucało się to w oczy bardzo. Podobnie jak kilka niezręcznych przenoszeń i parę literówek, ale tych ostatnich nie da się w całości wyeliminować.

Poza tymi drobnymi mankamentami, które być może przeszkadzają tylko mnie i które absolutnie nie mają nic wspólnego z treścią książki, jestem Ostatnią arystokratką zachwycona. Potrzebowałam tak pozytywnej lektury, na taką liczyłam i absolutnie się nie zawiodłam. Bawiłam się tak świetnie jakbym oglądała skecze Monty Pythona. I żałuję, że tak szybko się to wszystko skończyło. Dlatego niezmiernie się cieszę, że wydawnictwo ma w planach na ten rok Arystokratkę w ukropie. A was, jeśli jeszcze nie czytaliście, zachęcam serdecznie, aby razem z Marią poddać się tej niezwykłej rzeczywistości i bez skrępowania wyrzucać z siebie salwy śmiechu.

Źródło zdjęcia autora:  http://www.nadahorakova.cz/fotogalerie/33.autorske-cteni-v-miloticich-14-dubna-2013/

piątek, 6 marca 2015

Tragikomiksowe wyznanie Alison Bechdel

Nie posunę się chyba za daleko, pisząc, że okres dorastania to naprawdę trudny, jeśli nawet nie okrutny czas. Wtedy wszystko przeżywa się intensywnie, każda radość jest wielkim szczęściem, każde zakochanie największą miłością życia, a każdy problem, upadek potrafi boleć tygodniami, miesiącami. Tak, dorastanie to czas trudny dla każdego, a tym bardziej dla dziewczyny, która nie dość, że dorasta w domu pogrzebowym, odkrywa, że jest lesbijką, to jeszcze dowiaduje się, że jej ojciec, który niedługo zginie w nie do końca oczywisty sposób, gustował w młodych mężczyznach. Nieźle, prawda? Z tym i jeszcze kilkoma innymi problemami musiała sobie poradzić autorka i bohaterka Fun Home. Tragikomiksu rodzinnego (Warszawa: Timof i cisi wspólnicy, 2010) Alison Bechdel. I od razu przyznam, że rozliczenia z tym okresem swojego życia dokonała w sposób fantastyczny. 


Dom lat dziecięcych i młodości Alison był swego rodzaju kreacją. Dorastała w nim w towarzystwie dwóch braci, matki – aktorki teatralnej i ojca – nauczyciela angielskiego, miłośnika literatury i piękna. To właśnie ojciec był kreatorem tegoż domu. I to w sposób dosłowny – nieustannie zajmował się jego upiększaniem i poprawianiem, wykonywał wszelkie remonty, dbał o ogród. Do pomocy wykorzystywał (to ważne słowo, gdyż o nią nie prosił, ale jej żądał, wymagał) swoje dzieci, które traktował jak maszyny. Obok tego zmagająca się ze stanami depresyjnymi matka, bardzo bliski kontakt ze śmiercią (ale nie wolno było bawić się trumnami), brak czułości i ciepła – rodzinka idealna. Ale w dedykacji dla matki i braci autorka napisała, że mimo wszystko dobrze się bawili. I choć może to się wydać co najmniej dziwne, biorąc pod uwagę otoczenie i ogólny stan panujący w rodzinie, to tę zabawę w komiksie widać. Na pewno nie można mówić o potoku łez i rzeki żalu wylewającej się z każdej strony. Oczywiście Bechdel konfrontuje się ze swoim rodzinnym domem, ujawnia bardzo osobiste rzeczy, które dotyczą nie tylko niej, a to zapewne nie było łatwe, ale nie jest to krzyk zniszczonego życiem histeryka, a raczej słodko-gorzkie (no bardziej chyba gorzkie, przynajmniej do czasu) wyznanie.


Najważniejszą postacią Fun Home jest oczywiście ojciec. Alison, przywołując jego postać, wracając do dzieciństwa, młodości, korzysta już jednak z własnych doświadczeń dorosłej kobiety. Porównuje jego życie i wybory ze swoimi, bo nie jedno ich dzieli, ale też nie tak mało jak mogłoby się wydawać ich łączy. Bruce Bechdel, mimo swojego homoseksualizmu, wybrał życie w ukryciu. Ożenił się, spłodził trójkę dzieci, tworzył pozory normalności. Alison zaś, odkrywszy swoją orientację, dość szybko zdecydowała się na jej ujawnienie. W zasadzie jej wyznanie przyczyniło się do tego, że poznała prawdę o ojcu. Co prawda wcześniej pojawiały się znaki, jego dziwne zachowanie, tajemnicze oskarżenie grożące więzieniem…, terapia. Ale będąc dzieckiem, nie mogła przecież wiedzieć. W zasadzie dopiero po latach, wyciągając z pamięci pewne wydarzenia, rozmowy, odnajdując ukryte zdjęcia i zestawiając je z własnym życiem, mogła chociaż spróbować zrozumieć ojca, jego decyzje dotyczące życia i śmierci. 


Alison z ojcem łączy nie tylko homoseksualizm, ale przede wszystkim miłość do literatury. Trzeba bowiem wiedzieć, że książki, literatura w ogóle są niezwykle istotnym elementem tej opowieści. Do swojej domowej biblioteki nauczyciel angielskiego sprowadzał ładnych młodych uczniów. Książki, cytaty stanowiły w rodzinie Bechdelów swojego rodzaju kod językowy. To poprzez nie, poprzez liczne odwołania się w niej porozumiewano. Alison trafiła na zajęcia z literatury prowadzone przez jej ojca i to one stanowiły dla obojga moment zbliżenia, pewnego porozumienia. Esej Camusa o samobójstwie i biografia Scotta Fitzgeralda to elementy, które potęgowały w autorce przekonanie, że śmierć ojca nie była wypadkiem. Literatura w tym komiksie jest wszędzie. Tytuły poszczególnych rozdziałów stanowią cytaty z wielkich dzieł literackich. Lista spisywanych przeze mnie w trakcie czytania tytułów naprawdę osiągnęła pokaźną liczbę, zanim zorientowałam się (o zdolności), że do komiksu dołączona jest bibliografia polskich wydań przywoływanych utworów (a nie mało jest też tych nieprzetłumaczonych). Marcel Proust, Henry James, Oscar Wilde, William Faulkner, Colette, wspomniani już Camus i Fitzgerald i oczywiście James Joyce to tylko część pisarzy, do których Bechdel nawiązywała i przez pryzmat których utworów pokazywała różne oblicza swojej rodziny. I to nie tylko słowem, ale także kreską. Szczególnie istotny tu jest Joyce i jego Ulisses. Rozmowa Stephena Dedalusa i Leopolda Blooma to rozmowa Alison i jej ojciec – to porównanie jest genialnie. Wreszcie to poprzez książki Bechdel odkryła swoją prawdziwą tożsamość i orientację seksualną.

Alison Bechdel
Oczywiście kwestie homoseksualizmu są tu, muszą być niezwykle istotne. Szczególnie interesująco prezentuje się rozwój świadomości homoseksualnej Alison, właśnie poprzez wspomniane książki. To dzięki nim upewniła się, że jest lesbijką. Jeszcze za nim wylądowała w łóżku swojej pierwszej kochanki, na którym zresztą piętrzyły się tomy. I tu znowu odwołanie literackie! Swoją pierwszą wyprawę do kobiecego ciała Bechdel porównała od podróży Odyseusza, a jej dziewczyna była dosłownie cyklopem, z którego jaskini nie chciała uciekać. 


W tym miejscu muszę złożyć wyrazy uznania tłumaczom Fun Home: Wojciechowi Szotowi i Sebastianowi Bule. Język polski, choć bogaty, to jednak w sferze seksualności, a homoseksualności tym bardziej, bardzo ubogi. Brakuje nam słów, które nie są jednoznacznie wulgarne, obraźliwe lub techniczne. Panowie musieli zmierzyć się z nie lada zadaniem (piszą o tym zresztą we wstępie), mając do dyspozycji tak mało odpowiedników anglojęzycznych słów określających lesbijki, lesby i formy kobiecej masturbacji.

Niejako uzupełnienie komiksu stanowi esej Izabeli Filipiak.


Mając taki bagaż doświadczeń, jak Bechdel, spokojnie można by napisać opasłą sagę rodzinną, wstrząsającą autobiografię, wielką powieść. I choć autorka posłużyła się komiksem, powieścią graficzną, to w zasadzie ma ona charakter powyższych, a jednocześnie ma w sobie pewną lekkość i dowcip związane z rysunkiem, kreską. Treść i obraz wspaniale się uzupełniają, zależą od siebie, tworzą całość. Myślę, że ta forma jest świetnym wyborem do podejmowania niełatwych tematów, nie przytłacza bowiem swą ciężkością, ale też nie umniejsza poruszanych problemów. Ja w każdym razie coraz bardziej przekonuję się, że powieści graficzne są zdecydowania dla mnie i na pewno sięgnę po kolejne dzieło Bechdel – Jesteś moją matką?.

Źródło fotografii autorki: http://www.theguardian.com/books/2008/dec/01/alison-bechdel-fun-home


środa, 11 lutego 2015

"Anioły na dworze odlatują ku zachodzącemu słońcu" - świadectwo wielkiej wiary w komunistycznych Chinach


Bardzo często zapominamy albo nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wielkie mamy szczęście, że żyjemy w kraju, gdzie naprawdę możemy wierzyć lub nie wierzyć w kogo i w co chcemy. A te wszystkie przejawy nietolerancji, które oczywiście nie powinny mieć miejsca,  zarówno ze strony osób wierzących, jak i niewierzących, to tak naprawdę drobnostki. I być może nam trochę za dobrze, bo nie potrafimy docenić tego, co mamy. Nie żyjemy w kraju rządzonym przez religijnych fanatyków, ani w takim, w którym króluje brutalny ateizm, gdzie przejaw wiary jest zbrodnią przeciwko władzy, a wytrwanie w niej wyrazem największej odwagi. Taki los spotkał niestety bohaterów reportażu o chrześcijaństwie w komunistycznych Chinach autorstwa Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach (Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2014).



Chrześcijaństwo dotarło do Chin dość wcześnie, bo już w VII wieku, jednak potrzeba było stuleci by mogło się tu mocniej zakorzenić. Prawdziwy rozkwit tej religii nastąpił pod koniec XIX stulecia, kiedy dzięki rozwinięciu transportu do kraju przybywali europejscy misjonarze. Ich rola polegała nie tylko na głoszeniu Dobrej Nowiny, ale także przyczynili się oni w dużej mierze do rozwoju higieny, uczyli jak chronić wodę przed zepsuciem i ratowali ludność podczas pandemii dżumy. Kształcili oni miejscowych działaczy chrześcijańskich, dzięki czemu chrześcijaństwo mogło się rozwijać do 1949 roku, kiedy to do władzy doszła partia komunistyczna. Nastąpił wtedy czas brutalnych prześladowań na tle religijnym, trwający do śmierci Mao Zedonga w 1976 roku. Później rząd zmniejszył kontrolę, jednak by nie dopuścić do nadmiernego rozwoju chrześcijaństwa nakazano by wszystkie Kościoły przyłączyły się do Chińskiego Chrześcijańskiego Patriotycznego Ruchu Trzech Samodzielności lub do Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich. Mimo to religia cały czas się rozwija i obecnie w Chinach żyje około siedemdziesięciu milionów praktykujących chrześcijan.

Liao Yiwu (działacz antykomunistyczny,  w 2011 roku uciekł z Chin z przyczyn politycznych, obecnie mieszka w Berlinie) urodził się w 1958 roku, czyli już za komunistycznych rządów. Uczony, że chrześcijaństwo to opium dla mas, sprowadzone do kraju przez zachodnich wrogów, a jedyną osobą którą należy czcić jest przewodniczący Mao, był dość sceptycznie nastawiony do religii w ogóle. Chrześcijaństwem zainteresował się dopiero, gdy u przyjaciela poznał lekarza będącego kaznodzieją w podziemnym Kościele chrześcijańskim. Po tym, jak lekarz został aresztowany i skazany na więzienie Yiwu postanowił bliżej przyjrzeć się wyznawcom tej obcej mu religii, czego owocem jest osiemnaście wywiadów, zebranych w opisywanym zbiorze. 

Liao Yiwu spotykał się z katolikami, protestantami, pastorami, księżmi, zakonnicami, świeckimi, z którymi rozmawiał o ich wierze. Należy pamiętać, że spotkania te były niesłychanie ryzykowne. Nie mówiąc już o samym praktykowaniu religii. Co przede wszystkim bije z tych wywiadów to przede wszystkim ogromna i prawdziwa wiara w Chrystusa. Wiara tak silna, że pokonująca wszelkie przeciwności. Przeciwności to zresztą za małe słowo. W opowieściach wyznawców pojawiają się pobicia, brutalne tortury, aresztowania, wieloletnie więzienie, pobyty w karcerze i wreszcie egzekucje. Rozmówcy Liao niejednokrotnie wspominali o tym, jak oni sami lub ich bliscy prowadzeni byli na wiece potępienia, na których byli opluwani, wyszydzani, bici, i to nierzadko przez sąsiadów, z którymi przed rewolucją kulturalną żyli w przyjaźni. Członkowie ich rodzin, którzy nie chcieli wyprzeć się wiary w Boga, byli skazywani na śmierć, a odzyskanie ich zwłok, by można je było pochować, było naprawdę bardzo trudne.  

Bohaterowie wywiadów wycierpieli i nadal cierpią wiele. Nie należało by się dziwić, gdyby byli pełni złości, nienawiści, rozgoryczeni, gdyby gotowała się w nich rządza zemsty. Byłoby to w pełni zrozumiałe.  A jednak, gdy opowiadają swoje historie są niesamowicie spokojni, co czyni ich wyznania jeszcze bardziej niezwykłymi, ale też bolesnymi. Miłość i nadzieja wygrywa tu z nienawiścią i rozpaczą. Wybaczanie, ale takie prawdziwe, szczere wybaczanie, to coś co mnie u tych ludzi uderza i rodzi mój podziw dla nich. Czy byłabym zdolna do wybaczenia tak okrutnych rzeczy? 
Ale ci ludzie nadal są ludźmi. Żyją w strachu przed prześladowaniami, nie mają siły na ukrywanie się, wieczne pilnowanie. Mają jednak wiarę, dzięki której przyjmują każdy nowy dzień.

Liao Yiwu rozmawia przeważnie z ludźmi starszymi, którzy przeżyli najgorszy okres dla wyznawców chrześcijaństwa, czyli panowanie Mao.  Reprezentują oni tych chrześcijan, którzy nie wierzą rządowi, odrzucają Ruch Trzech Samodzielności jako instytucję pracującą dla władzy. Praktykują potajemnie, nie chodzą do kościoła, bo jak mówi jeden z bohaterów, „wszystkie są kontrolowane przez rząd”. Gromadzą się więc w domach na wspólne modlitwy, a podczas prywatnego nabożeństwa nawet niewierzący Liao doświadczył cudu tego wydarzenia. 

Młode pokolenie ma już często inne podejście. Bohater ostatniego wywiadu, dwudziestoczteroletni Ho Lu odgranicza politykę od religii i modli się w pięknych rządowych kościołach, bo na znajdujących się w nich krzyżach mimo wszystko wisi jego Bóg. Zwraca też uwagę na interesującą kwestię – jego pokolenie lubi piękne rzeczy, wystrój świątyń ma wielkie znaczenie, a prywatne nabożeństwa nie mają już tego uroku. Wywiad z nim jest też ciekawy z zupełnie innych względów. Język, jakim się posługuje, zupełnie różni się od języka starszego pokolenia. Warto zwrócić na to uwagę.

Moją ulubioną bohaterką jest zaś pewna energiczna, mniszka, ponad stuletnia Zhang Yinxian. Jako zakonnica wraz z innymi siostrami zajmowała się porzuconymi dziećmi.  Wiele przeszła, spotkało ją niejedno upokorzenie, opiekowała się starszą ciotką, również głęboko wierzącą, a siła, jaka od niej bije, zupełnie temu przeczy. Nie ma zamiaru umierać, póki rząd nie odda Kościołowi zagrabionego dobra. Gdy Liao pyta ją, co chciałaby jeszcze robić, odpowiada: „Chciałabym nadal chwalić Pana. Chciałabym nadal żądać, by zwrócono ziemię naszemu kościołowi. Chciałabym nadal…” (s. 46).

Bóg jest czerwony to naprawdę wstrząsające rozmowy. Przypominają o tym, że na świecie wciąż są miejsca, gdzie swoboda wyznania to tylko puste hasło. Gdzie wiara wymaga siły, odwagi i poświęcenia. Z tym świadectwem powinni się zapoznać i ludzie wierzący, i niewierzący po to, by nauczyć się  pokory i przypomnieć sobie, jak wiele mamy i jak bardzo tego nie doceniamy.