środa, 11 lutego 2015

"Anioły na dworze odlatują ku zachodzącemu słońcu" - świadectwo wielkiej wiary w komunistycznych Chinach


Bardzo często zapominamy albo nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wielkie mamy szczęście, że żyjemy w kraju, gdzie naprawdę możemy wierzyć lub nie wierzyć w kogo i w co chcemy. A te wszystkie przejawy nietolerancji, które oczywiście nie powinny mieć miejsca,  zarówno ze strony osób wierzących, jak i niewierzących, to tak naprawdę drobnostki. I być może nam trochę za dobrze, bo nie potrafimy docenić tego, co mamy. Nie żyjemy w kraju rządzonym przez religijnych fanatyków, ani w takim, w którym króluje brutalny ateizm, gdzie przejaw wiary jest zbrodnią przeciwko władzy, a wytrwanie w niej wyrazem największej odwagi. Taki los spotkał niestety bohaterów reportażu o chrześcijaństwie w komunistycznych Chinach autorstwa Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach (Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2014).



Chrześcijaństwo dotarło do Chin dość wcześnie, bo już w VII wieku, jednak potrzeba było stuleci by mogło się tu mocniej zakorzenić. Prawdziwy rozkwit tej religii nastąpił pod koniec XIX stulecia, kiedy dzięki rozwinięciu transportu do kraju przybywali europejscy misjonarze. Ich rola polegała nie tylko na głoszeniu Dobrej Nowiny, ale także przyczynili się oni w dużej mierze do rozwoju higieny, uczyli jak chronić wodę przed zepsuciem i ratowali ludność podczas pandemii dżumy. Kształcili oni miejscowych działaczy chrześcijańskich, dzięki czemu chrześcijaństwo mogło się rozwijać do 1949 roku, kiedy to do władzy doszła partia komunistyczna. Nastąpił wtedy czas brutalnych prześladowań na tle religijnym, trwający do śmierci Mao Zedonga w 1976 roku. Później rząd zmniejszył kontrolę, jednak by nie dopuścić do nadmiernego rozwoju chrześcijaństwa nakazano by wszystkie Kościoły przyłączyły się do Chińskiego Chrześcijańskiego Patriotycznego Ruchu Trzech Samodzielności lub do Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich. Mimo to religia cały czas się rozwija i obecnie w Chinach żyje około siedemdziesięciu milionów praktykujących chrześcijan.

Liao Yiwu (działacz antykomunistyczny,  w 2011 roku uciekł z Chin z przyczyn politycznych, obecnie mieszka w Berlinie) urodził się w 1958 roku, czyli już za komunistycznych rządów. Uczony, że chrześcijaństwo to opium dla mas, sprowadzone do kraju przez zachodnich wrogów, a jedyną osobą którą należy czcić jest przewodniczący Mao, był dość sceptycznie nastawiony do religii w ogóle. Chrześcijaństwem zainteresował się dopiero, gdy u przyjaciela poznał lekarza będącego kaznodzieją w podziemnym Kościele chrześcijańskim. Po tym, jak lekarz został aresztowany i skazany na więzienie Yiwu postanowił bliżej przyjrzeć się wyznawcom tej obcej mu religii, czego owocem jest osiemnaście wywiadów, zebranych w opisywanym zbiorze. 

Liao Yiwu spotykał się z katolikami, protestantami, pastorami, księżmi, zakonnicami, świeckimi, z którymi rozmawiał o ich wierze. Należy pamiętać, że spotkania te były niesłychanie ryzykowne. Nie mówiąc już o samym praktykowaniu religii. Co przede wszystkim bije z tych wywiadów to przede wszystkim ogromna i prawdziwa wiara w Chrystusa. Wiara tak silna, że pokonująca wszelkie przeciwności. Przeciwności to zresztą za małe słowo. W opowieściach wyznawców pojawiają się pobicia, brutalne tortury, aresztowania, wieloletnie więzienie, pobyty w karcerze i wreszcie egzekucje. Rozmówcy Liao niejednokrotnie wspominali o tym, jak oni sami lub ich bliscy prowadzeni byli na wiece potępienia, na których byli opluwani, wyszydzani, bici, i to nierzadko przez sąsiadów, z którymi przed rewolucją kulturalną żyli w przyjaźni. Członkowie ich rodzin, którzy nie chcieli wyprzeć się wiary w Boga, byli skazywani na śmierć, a odzyskanie ich zwłok, by można je było pochować, było naprawdę bardzo trudne.  

Bohaterowie wywiadów wycierpieli i nadal cierpią wiele. Nie należało by się dziwić, gdyby byli pełni złości, nienawiści, rozgoryczeni, gdyby gotowała się w nich rządza zemsty. Byłoby to w pełni zrozumiałe.  A jednak, gdy opowiadają swoje historie są niesamowicie spokojni, co czyni ich wyznania jeszcze bardziej niezwykłymi, ale też bolesnymi. Miłość i nadzieja wygrywa tu z nienawiścią i rozpaczą. Wybaczanie, ale takie prawdziwe, szczere wybaczanie, to coś co mnie u tych ludzi uderza i rodzi mój podziw dla nich. Czy byłabym zdolna do wybaczenia tak okrutnych rzeczy? 
Ale ci ludzie nadal są ludźmi. Żyją w strachu przed prześladowaniami, nie mają siły na ukrywanie się, wieczne pilnowanie. Mają jednak wiarę, dzięki której przyjmują każdy nowy dzień.

Liao Yiwu rozmawia przeważnie z ludźmi starszymi, którzy przeżyli najgorszy okres dla wyznawców chrześcijaństwa, czyli panowanie Mao.  Reprezentują oni tych chrześcijan, którzy nie wierzą rządowi, odrzucają Ruch Trzech Samodzielności jako instytucję pracującą dla władzy. Praktykują potajemnie, nie chodzą do kościoła, bo jak mówi jeden z bohaterów, „wszystkie są kontrolowane przez rząd”. Gromadzą się więc w domach na wspólne modlitwy, a podczas prywatnego nabożeństwa nawet niewierzący Liao doświadczył cudu tego wydarzenia. 

Młode pokolenie ma już często inne podejście. Bohater ostatniego wywiadu, dwudziestoczteroletni Ho Lu odgranicza politykę od religii i modli się w pięknych rządowych kościołach, bo na znajdujących się w nich krzyżach mimo wszystko wisi jego Bóg. Zwraca też uwagę na interesującą kwestię – jego pokolenie lubi piękne rzeczy, wystrój świątyń ma wielkie znaczenie, a prywatne nabożeństwa nie mają już tego uroku. Wywiad z nim jest też ciekawy z zupełnie innych względów. Język, jakim się posługuje, zupełnie różni się od języka starszego pokolenia. Warto zwrócić na to uwagę.

Moją ulubioną bohaterką jest zaś pewna energiczna, mniszka, ponad stuletnia Zhang Yinxian. Jako zakonnica wraz z innymi siostrami zajmowała się porzuconymi dziećmi.  Wiele przeszła, spotkało ją niejedno upokorzenie, opiekowała się starszą ciotką, również głęboko wierzącą, a siła, jaka od niej bije, zupełnie temu przeczy. Nie ma zamiaru umierać, póki rząd nie odda Kościołowi zagrabionego dobra. Gdy Liao pyta ją, co chciałaby jeszcze robić, odpowiada: „Chciałabym nadal chwalić Pana. Chciałabym nadal żądać, by zwrócono ziemię naszemu kościołowi. Chciałabym nadal…” (s. 46).

Bóg jest czerwony to naprawdę wstrząsające rozmowy. Przypominają o tym, że na świecie wciąż są miejsca, gdzie swoboda wyznania to tylko puste hasło. Gdzie wiara wymaga siły, odwagi i poświęcenia. Z tym świadectwem powinni się zapoznać i ludzie wierzący, i niewierzący po to, by nauczyć się  pokory i przypomnieć sobie, jak wiele mamy i jak bardzo tego nie doceniamy.

sobota, 24 stycznia 2015

Narkotyczna opowieść Karla Ove Knausgårda

Przeczytałam dziś Moją walkę. Powieść 1 Karla Ove Knausgårda (Wydawnictwo Literackie: Kraków, 2014) i nie mogę się od niej uwolnić. Tkwi we mnie głęboko, tkwi we mnie jak zadra. Czuję ją pod skórą, nie mogę jej wydostać, dotyk sprawia ból, a jednocześnie tę dziwną przyjemność nieodłącznie z bólem związaną. I czy chcę ją usunąć? Czy czekać aż tak jak kawałek drewienka wejdzie do
krwioobiegu i tą drogą trafi do serca? Chyba za późno, chyba w sercu już jest.

Książka, która cały czas przy mnie leży, od której nie mogę oderwać wzroku, to pierwszy tom autobiograficznego cyklu Karla Ove Knausgårda. Dotyczy przede wszystkim dwóch rzeczy: powrotu do lat dzieciństwa i młodości, oraz śmierci ojca pisarza. Cóż, dorastanie Karla Ovego, jego życie rodzinne, szkolne, przyjaźnie, miłości nie są niczym nowym. To, co jego spotkało, przeżywało i przeżywa naprawdę wiele osób, nie jest wyjątkowy przez swoje doświadczenia. Ale to sposób przedstawienia tego utraconego świata, bo przeszłości przecież nie da się odzyskać, czyni go wyjątkowym. 

Knausgård wychowywał się w domu, nad którym dominował on – ojciec. Ojciec, który zawsze o wszystkim wiedział, był wszędzie, w tajemniczy sposób przenikał myśli syna, naprawdę nie wiele dało się przed nim ukryć. Poniżał, upokarzał, należało się dostosować do jego nakazów, ukrywać swoje myśli i pragnienia (o ile było to możliwe). A pewnego dnia, nagle, postanowił całkowicie zmienić swoje życie. Odszedł od żony, zaczął pić. Dom to też matka, z którą można było się dzielić uczuciami, rozmawiać o wszystkim, razem z nią analizować innych ludzi. To ona robiła najlepsze kolacje, przy których nie trzeba było siedzieć cicho i się z nimi spieszyć. Nie była jednak na tyle obecna, by nie myśleć o ojcu. I wreszcie starszy brat, Yngwe. W dzieciństwie towarzysz codziennych zabaw i przygód, a także niedoli życia z takim ojcem, jakiego się miało. Później, jak to zazwyczaj starszy brat, wzór do naśladowania, którego akceptacji się pragnęło, którego opinia znaczyła najwięcej na świecie, z którym chciało się być niemal cały czas. 

Młodość to oczywiście także przyjaciele, dziewczyny, marzenia o lepszym życiu i bunt. Karl Ove był buntownikiem, a temu buntowi oprócz gniewnych myśli towarzyszył też oczywiście alkohol. Knausgård przyznaje, że picie to była wolność, ucieczka od codzienności. Chwila, gdy zaczynało szumieć w głowie, była początkiem czegoś dobrego. Nie szokuje mnie to, nie sprawia też, że myślę o nim źle. Jak mogłoby tak być, skoro nie jest mi to całkiem obce. Może nie chciałam uciekać, może nie chodziło o to, żeby się upijać, ale wolność to była na pewno. Młodość i alkohol, młodość i marzenia, młodość i bunt. Przecież to dotyczy tak wielu ludzi, którzy w późniejszych latach starają się o tym nie pamiętać. 

Karl Ove to ja? Nie, nie mogę tak napisać, tak wiele różni nas mniej i bardziej oczywistych rzeczy, nie porównuję naszych żyć, bo tego nie da się zrobić. Ale jest też tyle wspólnych elementów, które sprawiły, że nie tyle tę książkę czytałam, co ją przeżywałam całą sobą. Gdy autor wspomina swoje pierwsze prawdziwe zakochanie, to uczucia, o których pisze, są dokładnie moimi uczuciami z tego samego etapu w moim życiu. Pragnął tego, czego ja pragnęłam, czuł tak, jak ja czułam. Nawet nie wiem ile razy czytałam o pierwszych miłościach, ale dopiero ta relacja z nieszczęśliwego, niemożliwego do spełnienia zakochania, przywróciła moje wspomnienia i emocje, do tego zresztą stopnia, że wróciły zapachy, dźwięki i to walące jak szalone serce, gdy mogłam go zobaczyć…

Sposób, w jaki Knausgård wraca do przeszłości, jest mi bliski. Gdy sprząta zapuszczony dom, w którym zmarł jego ojciec, i przygląda się butelkom detergentów, wraca myślami do marek, których już nie ma, a które stanowiły element jego dzieciństwa. Miewam podobnie, gdy nagle jakaś nazwa proszku do prania, myśl o wafelku przywiezionym z Finlandii czy wygląd kubeczka po jogurcie przypomina mi o latach, które już minęły, których smaków nigdy nie odzyskam. Przy okazji sprzątania domu, Knausgård jest tu w opisie niezwykle drobiazgowy. Możemy zobaczyć, jak bierze wiadro, napełnia je wrzącą wodą, dodaje detergent, zanurza ścierkę, a potem kawałek po kawałku szoruje zafajdane płytki w łazience. A, że w pijackim domu było wiele do sprzątania, tak szczegółowych opisów jest tu bardzo dużo. Uwielbiam je. Naprawdę. Ta pieczołowitość, z jaką autor opisuje każdy ruch, działanie, przedmiot sprawiały mi ogromną przyjemność. Chłonęłam je tak, jakbym była w środku kryminalnej zagadki. Może jestem szalona, ale i tak uzewnętrzniam się bardzo w tym wpisie, a to było przeżycie nie tylko literackie. 

Spora część książki dotyczy młodości pisarza i walki ze wspomnieniami, druga natomiast to walka z życiem codziennym. Dorosłość jest przerażająca. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, gdy jako nastolatki marzymy o tym odległym, jak się wydaje etapie naszego życia. A przecież trzeba pogodzić tyle rzeczy, tyle ról odgrywać. Karl Ove jest pisarzem, ale jest też mężem i ojcem. Każdy z tych elementów wymaga od niego czegoś innego, każdy ma na niego inny wpływ. Jak każdemu się poświęcić? W jego rozważaniach nie ma empatii, choć pisze o uczuciach. Jest brutalny, a ta brutalność i odcięcie się sprawiają, że ja mu wierzę, choć też się tego boję, że takie jest życie.

Książka otoczona jest ramą, a tą ramą jest śmierć. Opis umierających, przestających pracować narządów, martwego ciała rozpoczynający powieść, to jeden z najbardziej przeszywających opisów śmierci, z jakimi miałam do czynienia. Tak, jakbym została walnięta obuchem w łeb.  Niech się schowają krwawe sceny rodem z filmów gore, niech znikną pełne patosu opisy towarzyszące odchodzeniu wielkich postaci. TO jest śmierć! Inaczej nie będzie  i dlatego jest to takie straszne. Zamykająca część książki też dotyczy śmierci. Ten, o którego śmierci się marzyło, wreszcie odszedł. Nie ma go, nie będzie. Ale śmierć ojca dla Karla Ove, a także dl Yngwego, była tak niezwykłym wydarzeniem, że aż trudno było im w nią uwierzyć. Jak silny musi być lęk przed ojcem, żeby się bać tego, że może jednak żyje? Że zaraz wejdzie do pokoju? A jednak Karl Ove niemal cały czas posługuje się tu słowem „tata”. Nie ojciec, tylko właśnie tata. Tata nie żyje, tata umarł. Chyba nie może to być bez znaczenia. 

Karl Ove
Moja walka to książką naprawdę wielka. Wyzwala (we mnie na pewno) emocje, o których chciałoby się zapomnieć, zmusza do konfrontacji z nimi, do walki. Wiele przeżyć Karla Ove to w sferze uczuć także moje przeżycia. Bycie poza, ból, który temu towarzyszył wraca i przeszywa równie mocno jak wtedy. Nie mogę się od niego uwolnić, nie mogę się uwolnić od Knausgårda. Zadie Smith stwierdziła, że potrzebuje kolejnych tomów Mojej walki jak cracku. I, cholera, miała rację. Knausgård jest moim dilerem, a bez jego towaru jest tylko pustka. 

Źródło fotografii:  http://politiken.dk/kultur/boger/ECE1450838/branchen-stiller-spoergsmaalstegn-ved-megastjernes-exit/

wtorek, 20 stycznia 2015

Zygmunt "Zyga" Maciejewski wstępuje na ring

Choć cykl kryminałów Marcina Wrońskiego liczy już siedem tomów, moja znajomość z komisarzem Zygą Maciejewskim zaczęła się dopiero w tym roku. Od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem przeczytania Morderstwa pod cenzurą (W.A.B., Warszawa 2012), a że przypadkiem się na tę książkę ostatnio natknęłam, to stwierdziłam, że najwyższa pora. 

Akcja książki toczy się w Lublinie w 1930 roku. Fabuła, jak to w kryminale, dotyczy zbrodni – brutalnego morderstwa redaktora radykalnej prawicowej gazety  i to w przededniu 11 listopada, kiedy policja ma na głowie nadchodzące święto patriotyczne i dopilnowanie bezpieczeństwa. Nie będę się zagłębiać w fabułę, bo a nóż zdradzę za dużo, w kryminale każdy trop, ślad, każda postać może mieć znaczenie, a nie chcę psuć przyjemności w odkrywaniu tajemnicy innym czytelnikom (jeśli jeszcze są tacy, jak ja, którzy dopiero mają poznać książki Marcina Wrońskiego). Wolno mi jednak napisać, że pojawi się kolejny trup, zresztą nie jeden, co oczywiście niejako skomplikuje śledztwo, a tym samym uczyni historię ciekawszą. Zagadka kryminalna książki jest bowiem intrygująca, pojawiają się  różne wątki – walka socjalistów z radykalnymi prawicowcami, motywacje antysemickie, deprawacja młodych chłopców, a nawet rytualna zbrodnia satanistyczna.

Sprawa musi zostać jednak rozwiązana i tu pojawia się mój nowy znajomy, Zygmunt Maciejewski, który ma poprowadzić śledztwo. Oczywiście, jak chyba w większości kryminałów, komisarz, choć dopiero trzydziestoletni, jest człowiekiem po przejściach – udział w wojnie bolszewickiej, rozbite małżeństwo, sympatia do alkoholu musiały odcisnąć piętno na jego osobowości. Nie powinno więc dziwić, że Zyga Maciejewski niespecjalnie dba o swoją osobę, bardziej przypomina tych, których ściga, a złamany nos tylko dodaje mu roku,  i o swoje mieszkanie. I jak na razie nie wygląda, by miało się to zmienić, nawet dla kobiety, bo i taka postać, jakżeby inaczej, musi się pojawić w życiu bohatera kryminału. Komisarz nie jest jednak całkowicie obojętny wobec świata, ma swoją wielką pasję, a jest nią boks. I oczywiście, jak jest śledztwo do rozwikłania, to poświęca się mu, ryzykując nie tylko życie, ale i swoją pracę i reputację, bo mimo wszystko, nie jest z nią tak najgorzej.
Oczywiście Zyga Maciejewski nie jest jedyną ważną postacią powieści. Nie jest on bowiem superbohaterem i korzysta z pomocy swoich współpracowników. Co prawa, nie wszyscy spisują się jak należy, ale to jednak dobre chłopaki. Koniecznie trzeba tu wspomnieć o niejakim Zielnym, łudząco podobnym do Rudolfa Valentino, którego niewątpliwą cechą jest znajomość płci pięknej. Dogłębna, powiedziałabym. 

No i mamy wreszcie Lublin. I to nie byle jaki, a międzywojenny, co ma ogromne znaczenie, bo wielonarodowość miasta, kulturowy i polityczny tygiel zdecydowanie nadają kolorytu powieści. I choć z racji wykonywanej pracy miewam przesyt międzywojenną historią Polski, walkami i partiami politycznymi i nie wierzę, że jest jakaś książką na świecie, w której nie pojawia się Józef Piłsudski (zawodowy żart), a te motywy siłą rzeczy pojawiają się u Wrońskiego, to autor umiał sprawić, że stały się one naturalnym elementem rzeczywistości i o dziwo, nie męczyły mnie. Bo co prawda nie mamy tu do czynienia z książką historyczną, ale z dobrze skonstruowanym kryminałem, to umieszczenie akcji w historycznym mieście może być ryzykowne i nie zawsze jest receptą na udane dzieło. W tym jednak przypadku plan się powiódł. 

Na zakończenie powrócę do mojego nowego znajomego. Choć przyznaję, że nie stał się on (być może jeszcze) moim ulubionym bohaterem kryminałów, to miejsce jest wciąż zajęte przez dwóch angielskich dżentelmenów – Jury’ego i Planta, to jednak nawiązała się między nami nić sympatii. I to taka, że muszę przyznać, że cieszę się, iż tyle zwlekałam z sięgnięciem po książkę Marcina Wrońskiego. Dzięki temu to nie ja muszę z utęsknieniem czekać na kolejny tom, bo przynajmniej sześć czeka na mnie.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Po Wigilii o Wigilii Małgorzaty

Co prawda Wigilia i Boże Narodzenie już za nami, ale po pięknie wydaną przez Wydawnictwo Dwie Siostry Wigilię Małgorzaty Indii Desjardins warto sięgnąć nie koniecznie przed świętami, ale przed Nowym Rokiem na pewno. Główna bohaterka, tytułowa Małgorzata, ma ponad osiemdziesiąt lat, mieszka sama i bardzo, ale to bardzo nie lubi wychodzić ze swojego domu. A w zasadzie całkowicie z tego zrezygnowała. Zakupy dostarcza jej firma cateringowa, włosy myje fryzjerka, chodnik odśnieża młody sąsiad. Nawet na zalecenia lekarza o częste spacery Małgorzata znalazła świetny sposób – przechadza się od salon u do kuchni i sprawa załatwiona. Co do świąt Bożego Narodzenia, to owszem , lubi je, pewnego razu nawet powiesiła stroik, jednak był to dla niej tak wielki wysiłek, że jak wisiał, tak wisi cały rok. 

Wbrew temu, co można by sądzić, Małgorzata nie jest biedną staruszką zaniedbywaną przez rodzinę. Wręcz przeciwnie, jej bliscy bardzo by chcieli ją u siebie gościć na co dzień i od święta, ale cóż, z upartą starszą panią się nie wygra. Odkąd zmarł jej mąż, największa miłość od sześćdziesięciu lat (Boże, czy coś tak pięknego, spotka kiedyś człowieka?), a potem najbliższa przyjaciółka, sąsiadki, Małgorzata zaczęła bać się o siebie. Na zewnątrz bowiem czyha wiele niebezpieczeństw, może ją potrącić szalony kierowca, rabuś okraść, a nawet zadźgać nożem. W domu też trzeba uważać, żeby się nie poślizgnąć, bo nie wiadomo po jakim czasie ktoś by ją odnalazł, na pewno zmarła by  z głodu, bo sama nie dałaby rady się podnieść, dlatego zdecydowała się na okropnie szurające buty antypoślizgowe. 

A sposób Małgorzaty na święta? Jedzenie oczywiście z cateringu, fotel, z którym się prawie zespoliła (co świetnie oddaje jedna z ilustracji), telewizor i zakreślone wcześniej w programie telewizyjnym filmy. I ta Wigilia, i Boże Narodzenie miały tak wyglądać. Starsza pani naszykowała posiłek, umościła się w swym fotelu, włączyła telewizor i… nagle usłyszała dzwonek do drzwi. Któż to mógł być o tej porze? W jej wieku to już zapewne tylko Śmierć, przed którą tak bardzo chciała uciec. Poszła jednak sprawdzić i okazało się, że pod drzwiami stoi mężczyzna. Oczywiście Małgorzata wahała się, czy otworzyć, bo za pewne to bandyta lub morderca, uchyliła jednak drzwi i okazało się, że chciał tylko zadzwonić po pomoc drogową, bo zepsuł mu się samochód. Kobieta podała mu słuchawkę przez drzwi, a po skończonej rozmowie udała się z powrotem na swój fotel. Usłyszawszy jednak śmiechy, zaciekawiona wyjrzała przez okno i zobaczyła, jak rodzina w zepsutym samochodzie wymienia się prezentami i raduje świątecznym czasem. Po jakimś czasie znów usłyszała dzwonek do drzwi; tym razem stały pod nimi matka z córeczką, dziewczynka musiała skorzystać z toalety. Wyobraziwszy sobie, że to podstęp, że to na pewno rodzinna szajka, oczami wyobraźni widząc już nagłówki dotyczące napadu i jej śmierci, przemogła się i wpuściła je do środka. Oczywiście nic złego się nie stało, mama dziewczynki pochwaliła dom Małgorzaty, a po wszystkim razem z córką wróciła do samochodu. Małgorzata wróciła przed telewizor, ale nie mogła skupić się na filmie. Nie mogła przestać myśleć o rodzinie spędzającej Wigilię w samochodzie. W końcu postanowiła coś dla nich zrobić, ubrała się i wyszła przed dom [!] z poczęstunkiem. Samochodu już jednak nie było. I to już prawie koniec historii, czyli nic wielkiego, o co tyle hałasu, cóż takiego jest w tej książeczce? Starsza pani ubrała się i wyszła przed dom. Tylko tyle. A jednak aż tyle. To pozornie bowiem nic nie znaczące wyjście z domu, tak naprawdę okazało się wyjściem Małgorzaty do życia. Kobieta, która tak bardzo starała się uciec śmierci, jednocześnie zamknęła się na życie. I dopiero te kilka małych kroków uświadomiło jej, co traciła, że na zewnątrz nie czyha na nią więcej niebezpieczeństw niż na innych, że nie wolno zamykać się na innych i uciekać przed światem, bo życie w zamknięciu, to nie życie, to wegetacja. I dlatego uważam, że to wspaniała książka przed Nowym Rokiem, bo w bardzo prosty sposób motywuje do zrobienia pierwszego kroku, do otwarcia drzwi na życie. Mnie zmotywowała. 

Muszę jeszcze koniecznie wspomnieć o graficznej stronie książki, bo to w zasadzie bardzo wymowne i piękne ilustracje Pascala Blancheta (nagrodzone BolognaRagazzi 2014, jednym z najbardziej prestiżowych wyróżnień w dziedzinie ilustracji) w niej „opowiadają”. Krótkich zdań pojawia się tu tak naprawdę nie wiele. Stanowią one jedynie dopowiedzenie do tego, co tak subtelnie, a jednocześnie z dużym poczuciem humoru pokazane zostało w formie graficznej. 

Wigilia Małgorzaty jest niby książką dla dzieci. Piszę niby, bo sądzę, że choć tym troszkę starszym dzieciom opowieść z pewnością się spodoba, to jednak dopiero dorośli są w stanie odkryć urok tkwiący przede wszystkim właśnie w ilustracjach. I to przede wszystkim dorośli mają tendencję do uciekania przed życiem, a dzięki tej opowieści może znajdą do niego powrotną drogę.

Na zachętę dla fetyszystów – książka pachnie nieziemsko.