czwartek, 12 kwietnia 2012

Julii Hartwig dziennik intymny

Po Dziennik Julii Hartwig (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011)  sięgnęłam z powodu mojego zamiłowania do czytania tego rodzaju zapisków, a nie w wyniku bycia miłośniczką jej poezji (przyznać muszę, że słabo ją znam, ale zamierzam nadrobić).  Był to wybór o tyle nie przypadkowy, że wszelkie dzienniki i pamiętniki ludzi związanych z literaturą szalenie mnie pociągają, więc mając taką możliwość, od razu z niej skorzystałam. Nie miałam pojęcia czego się spodziewać, ale już od pierwszej strony gratulowałam sobie wyboru. 

Dziennik rozpoczyna wstęp od autorki, w którym Julia Hartwig wspomina swoje pierwsze pobyty w Paryżu, emigrację wraz z mężem Arturem Międzyrzeckim  i córeczką do Stanów, a wreszcie powrót do Polski aż po upadek PRL. Już z samego wstępu wyłania się obraz postaci niezwykle interesującej, inteligentnej, wrażliwej na otoczenie. Poetka wspomina tu prace we Francji nad książkami o Apollinairze i de Nervalu, kontakty z niezwykłymi ludźmi, a  także proste czynności jak wizyty w kawiarenkach czy spacery. Po krótkim, ale treściwym i pomagającym czytelnikowi, który nie jest zaznajomiony z losami Hartwig, poznać bohaterkę wprowadzeniu następuje część właściwa, czyli notatki z lat 2008–2010. I tu zaczyna się prawdziwa uczta i to bogata w najrozmaitsze dania. Poetka bowiem porusza najróżniejsze tematy, które dotyczą jej, ludzi, których zna i znała, a także bieżących sytuacji politycznych i społecznych. Dlatego niech nie dziwią odwołania do rządów PiS-u i opinie Hartwig na temat braci Kaczyńskich (jakże zbieżne z moimi, na szczęście), poczynań prezydenta, rządu, ale również dotyczące tragedii w Smoleńsku i walki o krzyż. Lecz jeśli ktoś chce tu znaleźć jakieś krzykliwe hasła i wulgarne obrazy srodze się zawiedzie. Cechą autorki dziennika jest bowiem wielka subtelność, rozwaga i szacunek, które nic nie ujmują ze szczerości wypowiedzi.

Sytuacje polityczne zajmują najmniej miejsca w Dzienniku. Większość to opis wydarzeń, w których uczestniczyła w opisywanym czasie Julia Hartwig, jej podróży, spotkań autorskich oraz spotkać z przyjaciółmi tak wielkiego kalibru jak Marek Edelman czy Leszek Kołakowski. Dużo miejsca zajmują również portrety bliskich jej ludzi, którzy już odeszli, a także rozważania dotyczące aktualnie czytanych książek, wizyt w teatrach czy na koncertach. Króciutkie notatki mieszają się z wielostronicowymi wspomnieniami i obrazami i nigdy nie jest nieciekawie. Julia Hartwig ma wielki dar do opisywania rzeczywistości i ludzi, bez względu na to, czy wspomina o złamanej nodze i rehabilitacji czy opisuje spotkanie Allenem Ginsbergiem. Każde jej wspomnienie zawiera ogromny szacunek do osób, które miała okazję poznać, a mnie przepełniała szczera, ale nie zawistna zazdrość o jej kontakty z Miłoszem, Słonimskim, Iwaszkiewiczem, Szczepańskim i wieloma innymi wielkimi ludźmi.

Najmniej Julia Hartwig pisze właściwie o sobie samej i swojej rodzinie. Choć oczywiście wspomina miejscami Artura Międzyrzeckiego, to czyni to zazwyczaj w związku z przywołaniem ich wspólnych przyjaciół lub wspominając prace nad jego korespondencją. Jej córka Daniela, mieszkająca na stałe w Stanach Zjednoczonych, również pojawia się na kartach Dziennika, lecz także z rzadka, przy wyjątkowych okolicznościach, również wspomnieniowych lub dotyczących jej pobytu w Polsce. Swoją osobą poetka zajmuje się jakby przy okazji. Wspomina o dolegliwościach zdrowotnych, owszem, ale nie ma tu nic z użalania się nad sobą, wręcz przeciwnie, można odnieść wrażenie, że traktuje je jakby mimochodem. Z pokorą i skromnością, w moim odbiorze szczerą, a nie udawaną, pisze o sobie przy okazji uroczystości jej dedykowanych, tak jakby była gdzieś obok tych wydarzeń. Dziennik nie był by dziennikiem, a już na pewno nie byłby dziennikiem intymnym, gdyby nie zawierał refleksji i przeżyć jego autorki i chyba w tej formie Julia Hartwig najlepiej wyraża siebie  - przez opis odczuć, ale zazwyczaj przez pryzmat innych ludzi lub też czytanych książek i słuchanej muzyki. Również historia jej życia ujawnia się jako towarzysz i dodatek do prezentowanych losów innych.

Trudno mi opisać lepiej tę książkę. Nie można przecież streścić Dziennika, tym bardziej dziennika tak przepełnionego nazwiskami, wydarzeniami, tytułami. Ale choć indeks nazwisk zajmuje 16 stron, niech się nikt nie boi natłoku postaci będących bohaterami tej książki. Wielką przyjemność bowiem sprawia czytanie o tak interesujących postaciach, do których śmiało mogę zaliczyć poetkę.  A sam Dziennik to jedna z najlepszych czytanych przeze mnie ostatnio pozycji, zachwycająca, prowokująca do głębszych refleksji, a dla mnie osobiście niezwykle inspirująca do działania. Pozostaje mi więc  tylko sięgnąć po poprzednie dzienniki Julii Hartwig i poddać się inspiracji.
https://picasaweb.google.com/lh/view?q=Julia+Hartwig&uname=116676126153996086045&psc=G&filter=1#5452839945040963058

niedziela, 25 marca 2012

Zamordowany mnich, Anna Karenina i listy, listy, listy, czyli Umberto Eco wyznaje

Umberto Eco większości czytelników znany jest jako powieściopisarz, autor Imienia róży. A przecież do tej pory napisał zaledwie sześć powieści. Słowa zaledwie używam tu w sensie ilościowym, bo na pewno nie jakościowym, biorąc pod uwagę pracę włożoną w napisanie każdej z powieści oraz efekt końcowy. A, że pierwszą i najpopularniejszą książkę fabularną Eco opublikował 32 lata temu, dlatego uważa się za "bardzo młodego i obiecującego pisarza, który jak dotąd wydał tylko pięć powieści [sześć - ostatnia to Cmentarz w Pradze] i który w następnych pięćdziesięciu latach z pewnością wyda wiele następnych" i dlatego refleksje o swoim pisaniu zatytułował właśnie Wyznania młodego pisarza (Warszawa 2011: Świat Książki, cytat s. 5).

Książka składa się z czterech części.  W pierwszej zatytułowanej "Pisanie od lewej do prawej" Umberto Eco opowiada o początkach kariery jako  pisarza i z wielką skromnością wyznaje, ze w tej dziedzinie jest amatorem [!]. Przywołuje inspiracje, jakie towarzyszyły jego powieściom, minimalizując rolę natchnienia. Bo choć Imię róży napisał, bo chciał otruć mnicha czytającego książkę, to jednak gdyby nie ogromna wiedza na temat średniowiecza. To dlatego napisanie tej powieści zajęło mu tylko dwa lata.  Przy okazji Eco przywołuje fantastyczne domysły krytyków na temat natchnienia i powodów do napisania pierwszej powieści, a także ich zaskakujące wnioski, że książka odniosła sukces dzięki programowi komputerowemu, w którym została napisania. Autor z właściwym sobie poczuciem humoru odpowiada na te pomysły.

Eco deprecjonuje rolę natchnienia w powstawaniu powieści. Każda z jego książek wymagała od niego ogromu pracy i wysiłku w zbieraniu potrzebnych informacji:
Co robię w latach mojej literackiej ciąży? Gromadzę dokumenty; odwiedzam miejsca i sporządzam mapy; szkicuję plany budynków, a czasami okrętu, jak w Wyspie dnia poprzedniego; rysuję także twarze moich bohaterów. Pracując nad Imieniem róży, wykonałem portrety wszystkich mnichów, o których pisałem (s. 16).
Planując Wahadło Foucalta, spędzałem każdy wieczór aż do zamknięcia obiektu, przechadzając się korytarzami Conservatoire Arts et Métiers, gdzie rozgrywa się wiele ważnych wydarzeń tej powieści. [...]. Kiedy przygotowywałem się do napisania Wyspy dnia poprzedniego, wyjechałem oczywiście na morza południowe, dokładnie tam, gdzie umieściłem akcję książki, by na własne oczy zobaczyć barwę wody i nieba o różnych porach dnia, a także kolory ryb i korali. Poza tym spędziłem parę lat na studiowaniu rysunków i modeli okrętów z tamtej epoki [...] (s. 17).
Jak widać, wkład pracy Umberto Eco włożony w napisanie powieści jest ogromny i nie do przecenienia. W Wyznaniach wiele jest przykładów potwierdzających, że musi on wiedzieć, o czym pisze. Czytając o jego zabiegach i trudach włożonych w pracę, byłam pod wielkim prażeniem, jednocześnie wstydząc się swojego lenistwa... 

W tej części Wyznań Eco pisze też o ograniczeniach, jakie musiał wprowadzać w swoich powieściach, oraz o podwójnym kodowaniu, czyli o grze toczonej z wyrobionym czytelnikiem, dla którego pozostawia w tekście ukryte ślady, nawiązania. A czyni to, jak pisze, z szacunku dla inteligencji czytelnika.

"Autor, teksy i interpretatorzy" to część odnosząca się do interpretacji dzieła literackiego. Eco omawia w niej sposoby interpretacji i jej znaczenie. Co prawda czytelnik ma prawo do swoich wniosków z lektury, to jednak zdaniem autora muszą one mieć podstawę w powieści. Nie można czegoś interpretować w jakiś sposób, bo tak nam się podoba, tekst musi dawać podstawy i skłaniać do określonej interpretacji. 

Eco przywołuje to nadinterpretacje dotyczące jego powieści. I tak na przykład Jelena Kostiukowicz, tłumaczka Imienia róży na język rosyjski, doszukiwała się wpływów książki Émile'a Henriota La rose de Bratislava, której pisarz nie znał, a także próbowała połączyć postać Hugona z Newcastle z Casanovą. Eco w interesujący i dokładny sposób wyjaśnia, dlaczego interpretacje Kostiukowicz nie są efektywne.

Szczególnie ciekaw jest część "Kilka uwag na temat postaci fikcyjnych".  Skupiając się głównie na tym, dlaczego czytelnik, dowiadując się, że Anna Karenina popełnia samobójstwo, się wzrusza, Eco  analizuje wpływ postaci literackich na rzeczywistość. Przywołuje "efekt Wertera", kiedy to po przeczytaniu powieści Goethego wielu młodych ludzi popełniało samobójstwa. A przecież mało kto targnie się na własne życie, dowiadując się, że jego przyjaciel został porzucony przez ukochaną. Dlaczego więc losy postaci fikcyjnych oddziałują na ludzi bardziej niż historie autentyczne? Dlaczego wielomilionowe śmierci nie powodują tego wzruszenia jak śmierć Anny Kareniny? Eco odpowiada na te pytania w sposób przejrzysty i przystępny, nie unikając naukowej terminologii.

Niezwykłe może wydać się stwierdzenie Eco, ze losy Anny Kareniny są pewniejsze od losów Adolfa Hitlera. A jednak, śmierć bohaterki powieści Tołstoja jest niepodważalna, a samobójstwo zbrodniarza nie może być bezwzględnie potwierdzone. 

Ostatnia część "Moje listy" to wyraz pasji Eco do katalogowania i wszelkich list. Autor pisze tu o listach, jakie sam sporządzał i sporządza oraz cytuje listy występujące między innymi w Ulissesie Jamesa Joyce'a czy Gargantui i Pantagruelu Rabelais'go, a także wiele innych. Jako swoisty rodzaj list Eco podaje litanie i inne modlitwy polegające na powtarzaniu określonych elementów.  Na koniec autor podaje przykłady list w mass mediach oraz najważniejszych z punktu widzenia wielu czytelników zbiory list, jakimi są katalogi książek - tu choćby o Sherlocku Holmesie. 

Wyznania młodego pisarza to pasjonująca opowieści o twórcy i tworzeniu. Nie jest to jednak poradnik podający łatwe sposoby i recepty na napisanie bestsellera. To raczej zbiór myśli i rozważań nad elementami procesu twórczego oraz jego efektów. To wreszcie napisana w niepozbawiony inteligentnego poczucia humoru zajmujący sposób praca popularnonaukowa. A na koniec wskazówka dla wszystkich piszących prace naukowe:
Każda książka naukowa musi być czymś w rodzaju kryminału - opowieści o poszukiwaniu tego czy innego świętego Graala (s. 11).
Moim osobistym marzeniem jest, żeby wzięli oni sobie tę radę do serca.

niedziela, 26 lutego 2012

Korespondencja z zabójcą, gra z czytelnikiem


Wyobraźcie sobie taką sytuację - pewnego dnia znajdujecie list, w którym całkowicie tajemnicza osoba pisze, że was zabije. Jak zareagujecie? Większość pewnie potraktuje to jako głupi żart, który zignoruje. Część być może zgłosi ten fakt na policję, część popadnie w paranoję i na każdym kroku będzie wypatrywać mordercy. Natomiast pisarka i tłumaczka, Carmen del Mar Poveda, która przybyła do nadmorskiego miasteczka, by w spokoju zająć się tłumaczeniem Faulknera, postanawia na taki list odpowiedzieć. W ten sposób rozpoczęła intrygująca grę z zupełnie obcym mężczyzną grożącym jej śmiercią. Już ten koncept jest na tyle ciekawy, by sięgnąć po Listy od zabójcy bez znaczenia Jose Carlosa Somozy (Muza SA, Warszawa 2005).

Żeby jednak nie było za prosto, po jakimś czasie okazuje się, że domniemanym mordercą była sama Carmen, która czy to z poczucia samotności, czy też z próby rozbudzenia w sobie nowych emocji zaczęła pisać do siebie listy w imieniu mordercy i odpowiadać na nie. Taką grę z samą sobą prowadziła przez kilka miesięcy, obserwując otoczenie, próbując jak najlepiej zbudować postać swojego zabójcy, bawiąc się i odczuwając autentyczne emocje. W końcu postanowiła zakończyć tę dziwną zabawę i na murku przy domu zostawiła ostatni list do zabójcy. Jakże wielkie było jej zdziwienie, gdy później znalazła tam białą kopertę, a w niej list od mordercy, ale pisany już przez kogoś innego...

W tym miejscu zaczyna się prawdziwa gra. Carmen próbuje ustalić tożsamość korespondenta. Podejrzewa, że to ktoś z mieszkańców miasteczka czytał po kryjomu jej listy i teraz postanowił wejść w rolę wyimaginowanego zabójcy. Kobieta kontynuuje tę dziwną rozgrywkę. Obserwuje znajomych, szuka w nich śladu, znaku, czegoś, co pozwoli jej odgadnąć tożsamość tajemniczego nadawcy. W ten sposób czytelnik poznaje otoczenie, ludzi zamieszkujących małe, nadmorskie miasteczko, ich dziwactwa, zachowania, tradycje i święta.
Zabójca w każdym z listów podkreśla swoją prawdziwość, stara się przekonać Carmen, że jest prawdziwy i, że jej śmierć z jego ręki jest nie uchronna. Stara się też nakierować ją na jego ślad i w ten sposób sugeruje jej zapoznanie się z historiami trzech kobiet. Kobiet, których historie, jak się później okazuje, były niezwykłe, szokujące i wiązały się z  jego osobą. 

W końcu, gdy morderca konkretnie ustala datę śmierci Carmen, kobieta postanawia przyjąć wyzwanie, by ostatecznie sprawdzić, kto za tym wszystkim stoi. Dlatego starannie szykuje się na ostateczne spotkanie - na nagie ciało zakłada sukienkę, buty na obcasie i przede wszystkim zawiązuje na szyi białą chustę  mającą  być znakiem dla tego ostatecznego kochanka, którym jest śmierć, i tak przygotowana kroczy ulicami miasteczka, kusząc los. W tym miejscu należy zakończyć opis fabuły, gdyż odkrycie prawdziwej tożsamości domniemanego zabójcy należy do czytelnika.

Listy od zabójcy bez znaczenia są bez wątpienia intrygującą opowieścią i wielką zabawą autora z czytelnikiem. Nie dość, że wciąga sam koncept, to dodatkowo intrygują rozwiązania formalne. I nie mam na myśli tylko korespondencji z mordercą i gry ze śmiercią. Każdy z tych listów bowiem zawiera osobną historię. A w każdej z tych historii skrywa się z kolei osobna opowieść. Nie dość, że mamy do czynienia z powieścią epistolarną, to jeszcze mieszczącą w sobie narrację szkatułkową wciągającą czytelnia w labirynt opowieści oraz licznych aluzji i odniesień literackich i kulturowych.

Żeby jednak nie było idealnie, to muszę przyznać, że choć pomysł jest zachwycający i do językowej strony książki też nie mogę mieć zastrzeżeń, to jednak po lekturze pozostało mi uczucie niedosytu. Nie wynika ono bynajmniej z rozwiązań fabularnych, ale z rozmiarów Listów. Książeczka liczy sobie bowiem nieco ponad 120 stron, co moim zdaniem nie pozwoliło autorowi na pełne wykorzystanie intrygi i mnie jako czytelnikowi nie dało uczucia spełnienia. Ale ponieważ to moja pierwsza książka Somozy, to na pewno dam mu jeszcze szansę, bo chcę się przekonać, jak radzi sobie w większych formach.


sobota, 11 lutego 2012

Bolesna proza Pera Pettersona

Z Perem Pettersonem zetknęłam się przypadkiem kilka lat temu, sięgając po jego powieść Kradnąc konie (W.A.B., Warszawa 2008). Swym pozornie obojętnym, chłodnym sposobem ukazywania rzeczywistości i surowością języka przykuł moją uwagę i na długo nie pozwolił zapomnieć o przeczytanej historii. Podobnie jest z wydaną u nas niedawno, a chronologicznie wcześniejszą powieścią Pettersona – Na Syberię (W.A.B., Warszawa 2011).

Narratorką powieści, a jednocześnie bohaterką jest bezimienna, sześćdziesięcioletnia kobieta, która wspomina, opowiada historię swojego dzieciństwa i młodości. Jej losy były i są nierozerwalnie związane ze starszym od niej bratem Jasperem, który był jej największą miłością, do którego była bezgranicznie przywiązana i oddana. Z wzajemnością – rodzeństwo łączyło niezwykle silne uczucie, dające im ciepło, którego brakowało nie tylko w mroźnym duńskim klimacie, ale i w ich rodzinnym domu. Matka – religijna fanatyczka, zajmowała się głównie pisaniem i śpiewaniem psalmów, a ojciec wyrzucony z miejsca, w którym czuł się najlepiej zamknął się w sobie i dla otoczenia pozostał pozornie chłodny i obojętny. Mimo wszystko moim zdaniem był człowiekiem wyjątkowo wrażliwym, nieradzącym sobie jednak z kłębiącymi się w nim uczuciami i okazywaniem ich, dlatego nie mógł stanowić wsparcia dla swoich dzieci.

Jasper, młody komunista, marzył o upadku podziału klas i wyprawie do Maroka. Jego ciągle marznącą siostrę pociągała wyprawa koleją transsyberyjską na Syberię, kojarzącą się jej z wolnością. Rodzeństwo łączył nie tylko wspólny pokój i zabawy, lecz także właśnie marzenia o nowym, lepszym świecie. Jego namiastką były nocne wypady, jazda na Lucyferze i ich prywatny kąt – szałas ozdobiony makatką z napisem „Jezus żyje”, zdjęcie obojga i Lenina. To tam uciekał Jasper, gdy musiał się z różnych powodów ukrywać, a siostra wiedziała, że tam go odnajdzie.

W świat młodzieńczych marzeń wraz z Niemcami wkroczyła II wojna światowa. Ona musiała zrezygnować z liceum i zająć się sprzedażą mleka, on wstąpił do ruchu oporu i musiał się ukrywać, a wreszcie opuścić Danię. Ich drogi się rozeszły, a choć Jasper szczęśliwie uciekł do Szwecji, a po wojnie wrócił do ojczyzny, już nigdy nie spotkał się z siostrą. Ich wspólny los przerwała siła silniejsza od wojny.

Na Syberię jest opowieścią o Miłości. Celowo z wielkiej litery, bo uczucie łączące tych dwoje było tak silne i piękne,  że aż pełne bólu. Można w błahych słowach, bo nie znajduję w tej chwili innych, głębszych, napisać, że stanowili jedność. Ona i on byli dla siebie wszystkim, najważniejszymi istotami na świecie, żyjącymi dla siebie. Dlatego brak Jaspera w życiu bohaterki stanie się faktycznym końcem jej życia. Bo choć od zakończenia opowiadanej przez nią historii minęło niemal czterdzieści lat, to tak naprawdę przestała żyć, gdy miała dwadzieścia trzy lata.

Per Petterson pisze tak, że każde użyte przez niego słowo przenika na wskroś. Można stwierdzić, że  jest to proza chłodna, pozbawiona emocji, ale nie będzie to w żadnym wypadku prawdą. Norweski pisarz nie nadużywa słowa i treści, nie stosuje zbędnych ozdobników, ma świadomość tego, ile wystarczy, aby opowiadaną historię uczynić prawdziwą, a nie kiczowatą. Skromność słowa i wyważenie sprawiają, że jego proza staje się bardzo liryczna i z wielką mocą oddziałuje na czytelnika. To proza, obok której nie można przejść obojętnie, proza, która cholernie boli.

środa, 18 stycznia 2012

Moc wyobraźni według Wiesława Myśliwskiego

Wbrew dość powszechnym opiniom o wyższości literatury zagranicznej nad polską, zawsze uważałam, że oprócz marnych pisarzyn, jakich nie brakuje w żadnym kraju, Polska może się poszczycić naprawdę wybitnymi nazwiskami. A w prozie XX-wiecznej zdecydowanie wybija się mistrz słowa i człowiek kojarzony od lat  z nurtem chłopskim - Wiesław Myśliwski. Jego sylwetki nie trzeba prezentować, gdyż każdy choć trochę zorientowany literacko musiał spotkać się z tym nazwiskiem. Jego utwory budzą onieśmielenie, pewnie niejednego mogą przerazić objętością, ale każda z przeczytanych przeze mnie powieści Myśliwskiego to dzieło zasługujące na duże uznanie. Nie inaczej jest z Pałacem (Znak, Kraków 2010) - książką, która niestety kończy moja przygodę (na razie!) z prozą pisarza. Choć objętościowo znacznie krótsza od kolejnych -  Kamienia na kamieniu, Widnokręgu i Traktatu o łuskaniu fasoli, to językowo i znaczeniowo  rozbuchana, intensywna.

Pałac to niezwykła historia chłopa Jakuba, który w czasie wojny, trafia do opuszczonego przez państwa dworu. Początkowo nie ufnie i z lękiem przekracza jego próg i pokoje, by z każdą kolejną chwilą, z każdym krokiem coraz głębiej wkroczyć w nowy, znany mu jedynie z młodzieńczych, krótkich pobytów w nim świat. Zaglądając do pokojów, dotykając niezwykłych przedmiotów, pijąc pański alkohol i zasiadając w  jego fotelu, bohater ze zwykłego chłopa staje się hrabią. Sam tworzy swój świat, poszczególne sceny, przybierające kształt monologów, to kolejne wytwory jego wyobraźni.  Na próżno szukać w nich powiązania przyczynowo-skutkowanego, jakiejś jednej nadrzędnej historii. To po prostu skrawki, wyimki, wizje  z życia prowadzonego przez hrabiego. Dlatego mamy tu wspaniałe uczty przy suto zastawionym stole, bale i polowania, podczas których opowiadającemu towarzyszy wiele barwnych, aczkolwiek niemych postaci. Spotykamy go podczas rozmowy z sąsiadem, dyskusji na temat życia, Boga i moralności z biskupem. Jesteśmy świadkami jego oziębłych nocy z małżonką, namiętnych chwil spędzanych z chłopkami. Wyobraźnia Jakuba nie ma granic, a wykreowana przez niego postać zmienia się z każdą chwilą. Raz hrabia jest spokojny, łagodny, by w chwilę później zmienić się we wściekłego pana, każącego za najmniejsze przewinienie. Z czułego kochanka, w najdelikatniejszy sposób uwodzącego kobiety zmienia się w kierującego się seksualną żądzą, dla którego nie liczy się późniejszy los jego ofiar. W tej jednej postaci skrywa się cały zestaw charakterów, cały świat przemijającej arystokracji.

Wszystko to Myśliwski stworzył, rezygnując z tradycyjnej narracji i to właśnie historia-monolog decyduje o wielkości jego dzieła. Pozwalając działać pozbawionej barier fantazji chłopskiego bohatera, pisarz zdjął wszelkie ograniczenia z języka, który jak zawsze u niego jest po prostu piękny. Co prawda najlepiej się o tym przekonać, sięgając po prostu po Pałac, ale nie mogę sobie odmówić zacytowania jednego z najlepszych moim zdaniem, najbardziej zmysłowych fragmentów (zmysłowych i treściowo i językowo):
Ciało kobiety nie potrzebuje się bronić wobec ciebie, ono cię zniewala, ono z samej natury ma nad tobą przewagę. Z samego tego, że go musisz pożądać, boś skazany na pożądanie, bierze się jego wyniosłość wobec ciebie. Natomiast nagość jest bezbronna, jest nie od siebie, lecz od ciebie zależna. Jest ufnością wobec ciebie, niepewną zlęknioną ufnością. Jest stawaniem się kobiety w tobie, w twoich oczach, w twoim pożądaniu, bo nagość nie istnieje sama w sobie, istnieje tylko wobec ciebie. Ty dopiero obnażasz tę nagość w kobiecie. Jest ona jakby objawieniem się jakiegoś bólu, jakiejś tajemnicy jedynej, niepowtarzalnej, która się tobie z ufnością powierza, jest zdaniem się na twoją łaskę, na twoją wyrozumiałość, na twoje wzruszenie, na twoja z nią jedność. Czujesz się jej dopełnieniem. I to jest właśnie piękne, to jest ta prawdziwa rozkosz, jaką kobieta może cię obdarzyć. Lecz nie przypuszczacie, jak łatwo tę nagość w niej zranić. [...] W pięknej kobiecie jest coś, co mnie zawsze pokorą napawa, bez mała poczuciem winy wobec niej. Jest coś tak nieludzkiego, że kiedy patrzę, jak się rozbiera przede mną, żałuję, że jej przyjść kazałem. Chciałbym uciec od niej, chciałbym jej nie widzieć, nie znać. Zamiast drżeć od niej coraz goręcej, czuję, jak gasnę, jak się staję niepotrzebny wobec niej, dla niej, nie rozumiem wprost, czego ona ode mnie jeszcze chce, ta piękność, ta doskonałość, która jest samej sobie tylko godna, sama dla siebie stworzona, sama przed sobą przecież się rozbiera i dla siebie samej (ibidem, s. 154.).
To jest język, który kradnie serca i ciała, takim językiem się uwodzi...

Pałac podejmuje zawsze aktualny problem poszukiwania tożsamości, przekraczania granic, chęci osiągnięcia niemożliwego. A forma, jaką przybrała druga z powieści Wiesława Myśliwskiego (pierwsze wydanie - 1970 r.), świadczy o wielkości pisarza. Pozostaje mi więc zapoznanie się z dorobkiem dramatycznym i oczekiwanie na kolejne dzieło mistrza słowa.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Virginia Woolf i Katherine Mansfield

Wyjątkowo ciężko idzie mi pisanie notki na temat biografii Virginii Woolf autorstwa Quentina Bella (Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2004; za dużo bym chciała napisać), dwa cytaty dotyczące dziwnej przyjaźni autorki Fal i Katherine Mansfield.

Zdaniem Virginii Katherine  "Była interesująca, bezbronna, utalentowana i czarująca. Ale zarazem ubierała się jak ladacznica i zachowywała jak suka" (s. 301).

Katherine Mansfield w liście do Middletona Murry'ego o książce Night and Day: "Mówiąc o snobizmie intelektualnym - jej książka nim cuchnie... Nigdy byś jej nie przeczytał. Jest taka długa i nudna".

wtorek, 13 grudnia 2011

"Modlitwa dziękczynna z wymówką"

Nie uczyniłeś mnie ślepym
Dzięki Ci za to Panie 


Nie uczyniłeś mnie garbatym
Dzięki Ci za to Panie 


Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika
Dzięki Ci za to Panie 


Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem
Dzięki Ci za to Panie 


Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem
hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory
Dzięki Ci za to Panie 



Ale dlaczego uczyniłeś mnie polakiem?

Andrzej Bursa