poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Uroki Katherine Mansfield


Do zapoznania się z twórczością Katherine Mansfield zachęciła mnie wpisem na blogu Naia. Zaczęłam od niesamowitego Dziennika ("Czytelnik", Warszawa 1963) pisarki, który urzekł mnie prostotą i w moim odczuciu szczerością, które nadały całości świeżości i prawdziwych emocji. I mimo tego że nie jest to łatwa lektura, gdyż w większości tyczy się problemów zdrowotnych pisarki i niemożności pisania, to jednak tchnie jakąś niezwykłą radością, wynikającą, tak sądzę, właśnie z autentyczności przeżyć (której nie ujmują mi nawet informacje, że Mansfield przeredagowywała swoje niektóre wpisy).  Ponieważ jednak nie czuję się na tyle pewnie by pisać o  Dzienniku, przejdę do kolejnej książki pisarki - tomiku Jej pierwszy bal ("Książka i Wiedza", Warszawa 1980).

Od razu przyznam się, że jakoś podświadomie (byś może spowodowała to uśmiechnięta piękna buzia na okładce) spodziewałam się opowiadań pełnych radości, szczęścia i beztroski. Już po pierwszym z nich (Państwo Gołębiowie) zrozumiałam, że czeka mnie coś zupełnie innego. Przede wszystkim dominującym uczuciem w opowiadaniach jest niepewność. Niemal każdy z bohaterów czegoś się lęka, czeka na coś jak na wyrok - Reggie z pierwszego opowiadania oświadczający się ukochanej, William powracający na sobotę i niedzielę do domu pełnego nowych przyjaciół  żony (Małżeństwo a la mode), oczekujący na żonę Hammond (Obcy) czy też Leila z tytułowego opowiadania, która pierwszy raz ma wziąć udział w prawdziwych balu, a piękna bohaterka Podlotka wręcz mówi o tym, jak bardzo lubi czekać.  Może to wynikać z pomieszania lęku przed przyszłością z nadzieją. To uczucie ekscytacji, gdy bardzo się na coś oczekuje, a jednocześnie odczuwa się strach przed rozczarowaniem. To dlatego bohaterowie opowiadań są głównie młodymi ludźmi - starzy w większości są już przygotowani na to, że nie należy pokładać wielkiej nadziei  w przyszłości.

Nie mogę jednak stwierdzić, że każdego z bohaterów opowiadań czeka gorzkie rozczarowanie. Bohaterkę Lekcji śpiewu (jedno z lepszych opowiadań w tomie), przez większość czasu miotaną przez rozpacz wynikającą z porzucenia, spotka radosna wiadomość, Leila też, mimo rozterek wywołanych przez starego partnera tanecznego, poczuje się prawdziwe szczęśliwa, a Reggie dostanie swoją szansę.

Co jeszcze łączy bohaterów wykreowanych przez Mansfield, to fakt, że bywają szalenie irytujący. Miałam wielką ochotę trzepną przez łeb napuszoną i kapryśną bohaterkę Podlotka, Izabellę, żonę Williama z Małżeństwa a la mode, która świadoma, że jej rodzina może się rozpaść, nie mogła podjąć decyzji, ulegając wpływom modnych, ale głupiutkich znajomych, a także nadskakującego i zaborczego Hammonda z Obcego. Fakt, że byli tak irytujący świadczy na korzyść pisarki, gdyż te cechy czynią je prawdziwie ludzkimi, może szkoda, że w tak negatywny sposób.
 
Katherine Mansfield w kilku opowiadaniach pokazała jak dobrą była obserwatorką i jak zna się na ludziach i ich psychice. Z równie dobrych skutkiem podglądała otaczającą ją rzeczywistość. Szczególnie w Pannie Brill widać jej zamiłowanie do szczegółów, dokładne opisy, dostrzeganie rzeczy, które większości ludzi wydają się błahe i nic nieznaczące. Co jeszcze ważne, to język Mansfield - prosty, lekki, bez zbędnych ozdobników i eksperymentów, w sam raz by oddać sedno tego, o czym pisze, a jednocześnie kunsztowny i przemyślany. 


Ta słabo znana u nas pisarka zasługuje na to, by o niej pisać, a przede wszystkim by ją czytać.

sobota, 13 sierpnia 2011

Szymborska czyta

Wisławy Szymborskiej nie trzeba przedstawiać. Jedna z najlepszych współczesnych poetek, noblistka, przez jednych ceniona i uwielbiana, przez innych potępiona na wieki przez błędy młodości. Szczęśliwie należę do tej pierwszej grupy. Bardzo sobie cenię jej poezję i samą poetkę, kobietę niezwykle mądrą, inteligentną, zachwyconą światem i szalenie dowcipną (przy okazji polecam film Katarzyny Kolnedy-Zaleskiej Czasami życie bywa znośne, w którym Szymborska zachwyca mnie na każdym kroku). Ale nie o poezji będzie niniejszy post. Odnosi się on do felietonów poetki, które ukazywały się na łamach "Życia literackiego", "Pisma", "Odry" i "Gazety Wyborczej", dotyczących książek rzadko recenzowanych w magazynach literackich, głównie poradników i pozycji popularnonaukowych, antologii, monografii, wydanych w zbiorze Lektury nadobowiązkowe (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1997). Jak wyjaśniła we wstępie, zainteresowała się nimi z tego względu, że to właśnie te pozycje, a nie książki tak często recenzowane i polecane, nie zalegały na księgarskich półkach i szybko się rozchodziły.

Felietony Szymborskiej dotyczą najróżniejszych książek - są w nich książki historyczne, przyrodnicze, biografie, są też przeróżne poradniki (m.in. dla pieszych turystów, majsterkowiczów, budujących własne altanki), lecz także baśnie Andersena, dzienniki i recenzje teatralne Antoniego Słonimskiego. Pełna różnorodność, która początkowo może kojarzyć się z chaosem i budzić zniechęcenie. No bo co ciekawego można napisać o książce dotyczącej tapetowania mieszkań? Kogo zainteresuje Kalendarz przeznaczeń na 1993 rok? I co mają Dzienniki Montaigne'a do Patków Polski? Całkowite pomieszanie z poplątaniem, książki o wszystkim i o niczym, mniej lub jeszcze mniej przydatne, czasami tylko pojawiają się prawdziwe perełki czytelnicze. A jednak to te pozycje dały Szymborskiej prawdziwe pole do popisu. W felietonach ujawnia się spostrzegawczość i dociekliwość ich autorki, a zarazem wielka inteligencja i poczucie humoru, którego niejeden może (i powinien) jej pozazdrościć. 


Każda z omawianych przez poetkę książek stanowi dla niej doskonały punkt wyjścia do rozważań nad człowiekiem, światem, życiem. Jednym poświęca większą uwagę, inne stanowią tylko tło, dla różnorodnych myśli i skojarzeń.  Dlatego po tych tekstach nie należy się spodziewać recenzji zachęcających lub nie do kupna danej książki. Nie taki zresztą przyświecał im cel. Celem, moim zdaniem, była czysta zabawa płynąca z lektury, lecz także kilka gorzkich wniosków na temat ludzi. 


Lektury nadobowiązkowe uczą nie tylko tego, że nadmierna dbałość o maniery i urodę może doprowadzić męża do tego, że odejdzie do innej, brzydszej, starszej, niewychowanej, ani że Hatha Joga nie jest dla wszystkich czy wreszcie na co komu Słownik artystów starożytnych (na chwałę jego autora oczywiście). Uczą przede wszystkim tego jak czytać, aby lektura była prawdziwą zabawą i przyjemnością, jednocześnie, aby była samodzielna i skłaniała do myślenia głębszego niż wyuczone w szkole analizy i interpretacje. Bo jak się okazuje, nawet Mała księga uścisków nas przed czymś ostrzega. Polecam i lecę szukać Nowych lektur nadobowiązkowych.

środa, 27 lipca 2011

Uwiedziona przez Hrabala

Wesela w domu to pierwsza z autobiograficznych książek Bohumila Hrabala. Pisarz oddał w niej głos swojej żonie Elišce, zwanej Pipsi, która w pierwszoosobowej narracji w uroczy sposób przedstawiła swoje perypetie.

Pipsi poznajemy jako 28-letnią zaniedbaną, zahukaną dziewczynę, która mieszkała pokątnie u swojej niedoszłej teściowej (zwanej czule drugą mamusią), po tym jak jej narzeczony wysłał do niej Pipsi, aby dziewczyna zajęła się przygotowaniem ich wesela, a sam zwiał do Wiednia, gdzie wziął ślub ze swoją kochanką. Bez stałego zameldowania Eliška nie mogła dostać stałego zatrudnienia w hotelu "Paryż", w którym pracowała jako kasjerka. Nic jednak nie wskazywało na to, aby dziewczyna próbowała zmienić swoją sytuację. Zraniona zdradą ukochanego, osamotniona, mieszkająca u bądź co bądź obcej kobiety nie miała odwagi, żeby coś ze sobą zrobić. Dopiero list od ciotki z Wiednia przypomniał jej kim tak naprawdę była - córką swojego bogatego papy, wychowaną w domu z jedenastoma pokojami, z dwiema służącymi i boną, a nie byle kim i radziła jej: 
jeśli będziesz pokazywać się ludziom jak pyza kartoflana, to będą odnosić się do Ciebie jak do pyzy, pamiętaj dziecko, staraj się przedstawiać siebie jak tort paryski, a ludzie będą Cię traktowali jak paryski tort z kremem... (B. Hrabal, Wesela w domu, Warszawa 1989, s. 18). 
Ten króciutki pozorny list odmienił życie Pipsi. Dziewczyna kupiła koralowe pantofelki na wysokich obcasach i modną sukienkę (przebrała się od razu w sklepie, a stare łachmany wyrzuciła), poszła do fryzjera i kazała sobie zrobić taką fryzurę, jaką noszą koszykarki i dziewczyny z poprawczaka, kupiła szminkę i cienie do oczu i przypadkiem lub nie skierowała swoje kroki (w czerwonych pantofelkach) do doktora praw (nieobecnego duchem, wyprawiającego z kolegami artystami suto zakrapiane wesela w domu, pisarza i wielkiego marzyciela), którego poznała przypadkiem, gdy odwiedziła znajomych i tak zaczęła się rozwijać ich wspólna historia. Następnie doktor przyszedł do niej do pracy z pękiem róż, a było to akurat  w dzień świniobicia i szef kuchni Bauman przepowiedział jej rychłe zamążpójście i koniec kłopotów. Nie będę tu opisywać wszystkich perypetii pary, aby nie odbierać wam przyjemności, ale romans i wspólne życie Pipsi i doktora zaczął się rozwijać szybko, intensywnie i nadzwyczaj uroczo.


Opis ich perypetii miłosnych to w wykonaniu Hrabala prawdziwe mistrzostwo. Pisarz nie silił się tu na jakieś językowe wzniosłości. Historia jest opowiedziana tak, jak opowiedziałaby ją młoda, zakochana dziewczyna: prosto, wzruszająco i pięknie. Jedną z piękniejszych dla mnie scen, była ta, w której doktor Pipsi, a następnie ona jemu, obmywał nogi, przygotowując ją do tego rytuału z taką czułością, jakby szykował ją na miłosną noc. Nie da się w tym miejscu uciec od biblijnych konotacji. Być może popełnię nadinterpretację, ale w tej scenie widoczne jest wielkie oddanie, wzajemne upokorzenie i wielka miłość tych dwojga.


Ale Wesela w domu to nie tylko historia romansu Pipsi i doktora. To książka o pamięci, przeszłości, czasie utraconym. Niemal każdy z bohaterów z utęsknieniem wspomina świat, który przeminął wraz z wojną i sowieckim reżimem. Pipsi nie tylko straciła wspaniały dom, ale też ze względu na pochodzenie została rozdzielona z rodzicami. Doktor często wspominał swoje radosne, beztroskie młode lata wolności, a wuj Pipin, którego dziewczynki wypożyczały, aby udzielił im prelekcji na temat higieny narządów płciowych, żył nieustannym wspomnieniem austriackiej potęgi, czym chcąc nie chcąc mógł narazić rodzinę na wielkie niebezpieczeństwo. Tęsknota za tym, co nieodwracalnie przeminęło wyziera tu niemal z każdej strony, nie jest jednak nachalna, lecz bardzo moim zdaniem subtelna.

Kiedyś czeska proza to był dla mnie przede wszystkim Milan Kundera, którego książki czytałam zawsze z wielkim przejęciem i było to czytanie pełnie przeżycia i bólu. Hrabal był gdzieś z boku, mimo że Postrzyżyny i Obsługiwałem angielskiego króla czytałam z wielką przyjemnością. Wesela w domu z pewnością wpłyną na to, że po jego prozę będę sięgać często i dużo. Byłam tu zachwycona każdym niemal zdaniem, każdym wydarzeniem, nawet najbardziej zwyczajnym. Bohaterowie stworzeni przez Hrabala to prawdziwie fascynujący ludzie, których chciałoby się poznać osobiście, z którymi chciałoby się żyć. Czy to niezwykle zachwycająca i odważna Pipsi, doktor-marzyciel, kochająca czystość pani w łososiowym staniku i takich samych majtkach, wujek Pipin, czy wreszcie pojawiająca się epizodycznie pani Slavickova i jej wielkie majtasy. Mogłabym wymieniać i wymieniać postaci, które mnie zauroczyły. 


Cieszę się ogromnie, że w bibliotece sięgnęłam po tę cieniutką książeczkę, o tak fatalnie małym kroju pisma, że w pierwszej chwili chciałam rezygnować. Cieszę się, bo odkrywam, że czeskie pisarstwo to nie tylko kunderowski ból i zagubienie, ale również hrabalowska subtelność i dostrzeganie rzeczy pięknych w codzienności.



sobota, 2 lipca 2011

Opowiem wam o mieście

Gdy był małym chłopcem, zastanawiał się, czy gdzieś w tym samym mieście, w podobnej kamienicy, z podobnymi meblami, przedmiotami żyje drugi on, drugi Orhan. Tak mniej więcej zaczyna się autobiograficzna opowieść tureckiego noblisty - Stambuł. Wspomnienia i Miasto (Wydawnictwo Literackieˮ, Kraków 2008). Pamuk rozpoczyna ją od opisu kamienicy, w której przez jakiś czas (zanim nieudane interesy i roztrwonienie spadku zmusiły jego ojca do przeprowadzki) mieszkała jego rodzina. W niej mały Orhan bawił się na wzorzystym dywanie w mieszkaniu babki, toczył bitwy z bratem, słuchał kłótni rodziców i odkrywał w sobie wielkie pokłady wyobraźni. Opis tego mikroświatu jest wstępem do niezwykłej opowieści o melancholijnym mieście i jego mieszkańcu.


Stambuł to miasto o niezwykle burzliwej historii, wiele wycierpiało, miotając się na granicy kultur, tracąc własną tożsamość -  w wyniku reform Ataturka pismo arabskie zostało zastąpione alfabetem łacińskim, wprowadzono kalendarz gregoriański, usuwano arabskie naleciałości. Upadek Imperium osmańskiego, koniec pewnej znaczącej epoki w dziejach miasta oznaczało dla jego mieszkańców konieczność poszukania nowej drogi rozwoju. Tęsknota za tym, co utracone mieszała się z wszędzie obecna europeizacją. Wpływała na miasto i ludzi, rozbudziła w nim i w nich wszędzie obecną melancholię. Pamuk poświęcił wiele miejsca na opis tego zjawiska, co nie powinno dziwić, gdyż stambulska melancholia miała niemały wpływ również i na pisarza. 


Opisując swoje ukochane miasto, Orhan Pamuk jednocześnie odkrywał siebie. Mimo chęci zdystansowania się do przedstawianego miejsca i historii sądzę, że nie do końca mu się to udało, dzięki czemu uważny czytelnik może odkryć coś więcej o autorze ponad to, co sam o sobie napisał. A napisał niemało, ale też nie zdominował książki swoją osobą. Sprawnie prowadzona, niemal powieściowa narracja pokazuje dzieciństwo i młodość Pamuka. 

  Autor dorastał w rodzinie, którą chciał uważać za szczęśliwą mimo licznych kłótni rodziców, wywołanych licznymi zdradami jego ojca oraz bolesnych bijatyk z bratem. Jednak dzieciństwo pisarza nie było pozbawione radości. Chwile, gdy rysował milczących rodziców, gdy budziła sie jego wyobraźnia zaowocowały w przyszłości. Niezwykły jest rozdział, w którym autor opisuje oglądanie statków na Bosforze, gdy wczesnym rankiem szedł do zimnego pustego pokoju i przyglądając się przepływającym łodziom, uczył się na pamięć zadanych w szkole wierszy. Pamuk nie omija swoich pierwszych chłopięcych erotycznych odkryć, poświęca rozdział swojej pierwszej miłości, która również wywarła wpływ na losy pisarza. 


Historie z życia pisarza nie są w żadnym wypadku zbędne. Łączą się ze Stambułem, wynikają z niego, jego losów i sposobu w jaki miasto oddziaływało na jego mieszkańców. Bo Stambuł. Wspomnienia i Miasto nie jest przewodnikiem. To, moim zdaniem, opowieść o tym jak miejsce, w którym żyjemy kształtuje nasze losy i jak  nasze życie kreuje sposób postrzegania tego miejsca. Pamuk i Stambuł łączą się ze sobą, przenikają, miasto w pewien sposób determinuje losy Orhana. Gdyby nie ono, młody Pamuk w czasie jednej z kłótni z matką nie stwierdziłby w jednej chwili będę pisarzem”.

niedziela, 29 maja 2011

Kryminał i psychologia - Caleb Carr, "Alienista"

Lubię raz na jakiś czas przeczytać dobry kryminał. Dobry, czyli dla mnie taki, w którym najważniejszą rolę odgrywa zagadka, morderca (złodziej, porywacz etc.) oraz prowadząca śledztwo osoba. Mało mnie za to obchodzą miłosne problemy bohaterów, pokątne romanse, chore związki, które nie tylko odsuwają uwagę od tego, co w kryminale jest najważniejsze, ale też sprawiają, że mam ochotę rzucać książką. Dlatego nie czytałam i nie zamierzam czytać książek Stiega Larssona, a np. Marklund rzuciłam w połowie drugiego tomu. Lubię za to poczytać Camillę Lackberg, u której wątki obyczajowe nie są zbyt nachalne i nie wpływają na moje nerwy. Jestem też beznadziejnie zakochana w Richardzie Jurym i Melrosie Plancie (w obu od pierwszego "wejrzenia"), a książki Marthy Grimes cenię za niezwykły klimat i dowcip.  To wszystko sprawia, że mimo obecności tylu pozycji kryminalnych na rynku wydawniczym, mam problem ze znalezieniem czegoś dla siebie. Ostatnio jednak mi się poszczęściło i trafiłam na niezwykle interesującą i wciągającą książkę Caleba Carra - Alienistę (Rebis, Poznań 2010).

Akcja powieści rozgrywa się w Nowym Jorku w 1896 r. Zaczyna się od znalezienia brutalnie okaleczonych zwłok 13-letniego chłopca-prostytutkę, przebierającego się za dziewczynę. Pewnie zdarzenie to szybko by wyciszono, jak wiele podobnych, gdyby do akcji nie wmieszał się nie kto innych jak sam Theodore Roosvelt, walczący z korupcją w policji, oraz jego przyjaciele - Laszlo Kreizler, wybitny psychopatolog i mózg całej grupy, oraz John Moore, który po wielu latach opowiada tę historię. Odnalezienie ciała chłopca to oczywiście dopiero początek, okazuje się bowiem, że dochodziło już do bardzo podobnych morderstw, a kolejne miały dopiero nastąpić. A że policja i władze Nowego Jorku (również te duchowe) były bardziej zainteresowane zatuszowaniem wszystkiego niż odszukaniem mordercy, rozwiązaniem zagadki zajęła się wspomniana już tajna grupa. Oprócz Kreizlera i Moora, należeli do niej Sara, która jako pierwsza kobieta chciała wstąpić do policji, dwaj bracia, śledczy Isaacsonowie, a także łobuziak i podopieczny Kreizlera Stevie Tagger i czarnoskóry Cyrus, który także Kreizlerowi zawdzięcza życie. Grupa na własną rękę, opierając się na poszlakach, ale przede wszystkim na dokładnej analizie wszelkich śladów oraz nakreślonym przez nich psychologicznym portrecie mordercy, zagłębia się w mroczne dzielnice Nowego Jorku, gdzie oczywiście czyha na nich wiele niebezpieczeństw.

Fabuła, jak to w kryminale, co więc wyróżnia tę książką na tle innych, podobnych? Kreacja postaci, sposób prowadzenia śledztwa i obraz społeczeństwa amerykańskiego końca XIX w.  Każdemu z tych elementów można by poświęcić wiele stron opisu, dlatego przedstawię je w skrócie, starając się, żeby za wiele nie zdradzić.
Jak już wspomniałam mózgiem grupy jest Laszlo Kreizler, alienista, psychopatolog, zafascynowany tajnikami ludzkiego umysłu. Przez swoje nowatorskie teorie jest niezbyt popularny i wzgardzany przez środowisko, które uważa jego pracę za stratę czasu i szkodę dla społeczeństwa. Bo gdy większość chciałaby zamknąć przestępców w zakładach psychiatrycznych, Laszlo próbuje poznać motywy postępowania oskarżonych, których najczęściej dopatruje się w ich dzieciństwie. To właśnie wydarzenia z najmłodszych lat zadaniem Kreizlera determinują późniejsze zachowania, wpływają na ludzkie czyny i wyjaśniają to, co większość chce zrzucić na obłęd. Taki sposób podejścia do sprawy szokował środowisko, ale też wywierał wpływ na czytelnika. Łapałam się na tym, że czasami współczułam "pacjentom" Laszla, wiedząc jak okropnych zbrodni się dopuścili. Warto jednak zaznaczyć, że alienista nie wykorzystywał swoich badań do usprawiedliwienia przemocy, szukał jedynie jej źródeł. W ten właśnie sposób, próbując poznać charakter i sposób myślenia mordercy chłopięcych prostytutek, grupa poszukiwała przestępcy. Oczywiście stosowano też inne, popularne metody, takie jak przesłuchiwania, śledztwa, a i kontaktów ze światem przestępczym nie dało się uniknąć. Jednocześnie korzystano z nowatorskich, nieuznawanych jeszcze sposobów jak zbieranie i identyfikowanie osób na podstawie linii papilarnych i fantastyczny pomysł, zakładający, że ludzkie oko rejestruje ostatnią rzecz, którą widziało tuż przed śmiercią.

Jak pisałam, kontakty ze światem przestępczym były nie do uniknięcia. Domy publiczne, w których usługi świadczyły dzieci, zwłaszcza chłopcy, nie były w Nowym Jorku niczym niezwykłym. Takie przybytki nie należały do rzadkości, nikogo też specjalnie nie raziło seksualne wykorzystywanie nieletnich. Tym bardziej, że większość prostytutek stanowiły dzieci imigrantów. Tak, wywoływało to we mnie oburzenie i sprzeciw, ale jeszcze większe oburzenie wywierała na mnie hipokryzja Kościołów i władz miasta. Społeczeństwo amerykańskie miało dość własnych problemów, nie dbano o ginące dzieci imigrantów, tym bardziej takie, które decydowały się na sprzedawanie własnego ciała. Oczywiście potępiano brutalne mordy, ale na tym się kończyło. Całą sprawę już bardziej wykorzystywali właściciele domów publicznych, którzy dla własnych interesów podburzali tłumy. Oni jednak nie kryli się ze swymi zamiarami i opowiadali kłamstw o tym, jak to chcą pomóc biednym obywatelom.

Kilka słów jeszcze o sposobie narracji. Jak już wspomniałam całą historię opowiada John Moore. Z jego punktu widzenia poznajemy wszystkie postaci i zdarzenia. A że mężczyzna cechuje dobry zmysł obserwacyjny to wszystkie opisy są interesujące i nierzadko dowcipne. Oczywiście pierwszoosobowemu narratorowi nie udaje się zachować obiektywnej relacji. Niejednokrotnie do głosu dochodziły prywatne odczucia Johna, jego wątpliwości, rozterki, zazdrości. Nie ukrywał jednak swoich drobnych wad i błędów, nie wybielał swojej postaci, dzięki czemu jego relacja zachowuje autentyczność. Czasami Moore wybiega nieco w przyszłość i podsuwa czytelnikowi pewne tropy, jednak absolutnie nie psuje to przyjemności płynącej z lektury.

Alienista to pozycja obowiązkowa dla miłośników kryminałów. Szczególnie dla tych, którzy nad sensacyjne romanse cenią sobie dobrze skonstruowaną fabułę, żywe postaci i nie nudzą się psychologicznymi rozważaniami, które są obecne w książce (ale nie nadmiernie i ukazane w interesujący sposób). Wszystko to sprawiło, że ja mam wielką ochotę na sięgnięcie po kolejną pozycję Carra - Anioła śmierci.

sobota, 14 maja 2011

Llosa, dziecię i seks

Nie jest łatwo być macochą. Nawet wtedy, kiedy jest się uwielbianą i pożądaną przez męża. Zawsze bowiem pozostaje jego dziecko, które, jak to zwykle w baśniach (i w życiu pewnie też) bywa, nie pała miłością do nowej mamusi. Donia Lukrecja, bohaterka Pochwały macochy Maria Vargasa Llosy (Znak, Kraków 2010) nie miała tego problemu. Miała poważniejszy - jej młodziutki pasierb Fonsito, ten uroczy chłopczyk o twarzy aniołka, który nie tak dawno przystępował do Pierwszej Komunii Świętej, zapałał do macochy uczuciem bynajmniej nie synowskim. Zaczęło się niewinnie od listu napisanego na 40. urodziny Lukrecji, w którym zauroczony kobietą chłopiec, obiecał jej w prezencie zostanie prymusem. Do tego doszły drobne pieszczoty, przytulanki, pocałunki Fonsia, które stawały się coraz mniej dziecięce, a coraz bardziej zmysłowe. Macosze zachowanie chłopca się nie spodobało, a mimo wszystko rozbudziło w niej dziwne namiętności, którym dała upust podczas upojnej nocy przeżytej z mężem don Rigobertem. Jeśli jednak Lukrecja miała nadzieję, że chłopczyk przestanie okazywać jej uczucia w tak wylewny sposób, to grubo się myliła. Fonsito nie tylko nie przestał adorować swojej macochy, ale zaczął podglądać ją w kąpieli, a pokojówce wyznał, że się w niej zakochał. Zagniewana tym Lukrecja chciała ukarać chłopca i odsunąć go do siebie, ale jego groźba, że się zabije doprowadziły do tego, że między tą dziwną parą - 40-latką i małoletnim chłopcem (dzieckiem jeszcze!!!) wybucha dziwny, namiętny romans. Romans, któremu kobieta uległa nadzwyczaj szybko, który rozbudził w niej dodatkowe pokłady żądzy i w wyniku którego jej miłosne doznania z mężem nabrałby nowego, silniejszego wymiaru, co z radością odczuł, nie zdający sobie oczywiście z niczego sprawy don Rigoberto. Oczywiście związek macochy i pasierba nie mógł skończyć się zbyt dobrze, do czego zresztą przyczynił się sam chłopiec.


Tak w skrócie przedstawia się fabuła Pochwały macochy. Gorsząca, rozpustna, odpychająca (nawet dokładnie opisy zabiegów higienicznych i defekacji don Rigoberta nie budziły we mnie takiego odczucia), lecz także dziwnie przyciągająca czytelnika. Ale co może przyciągać i pociągać w powieści, której treścią jest pedofilska relacja między macochą a pasierbem??? Język, jakim posługuje się Vargas Llosa. Język, który jest niezwykle zmysłowy, erotyczny, pociągający. Język, któremu szybko się ulega, który uwodzi, ale również zwodzi. Bo przedstawionych faktów, mimo słów, wyznań, westchnień, nie łatwo jest określić, co jest prawdą, a co nie, kto w tym dziwnym trójkącie erotycznym rządzi. Moim typem jest aniołeczek Fonsito, który dla mnie stanowi ucieleśnienie diabelstwa, z tymi jego loczkami, niewinnym spojrzeniem i dziecięcym śmiechem. Ale oczywiście mogę się mylić. To zresztą przestaje być ważne, gdyż tą książką rządzi nie romans, ale jak już pisałam - język. 


Sam romans zresztą nie jest jedynym motywem powieści. Jest on poprzetykany fragmentami dotyczącymi wspomnianych już zabiegów higienicznych zdradzanego męża oraz historiami postaci z obrazów, dopełniających akcję romansową. Historie też są mocno erotyczne i zmysłowo opisywane. Znajdziemy tu opowieść Kandaulesa, króla Lidii, opiewającego swą żoną, a przede wszystkim jej wspaniały i potężny zad, z którego powodu poleciała nawet głowa. Jest wyznanie Diany, bogini łowów, o jej igraszkach z kochanką, którym przygląda się małoletni pastuszek. Jest relacja Amora, pobudzającego odgrywającą rolę Wenus małżonkę, czekającą na mającego ją posiąść męża. Ale wśród opowiadających swoje historie jest także zdeformowana, odpychająca i lubieżna postać z obrazu Bacona, jest abstrakcyjny przerażający obraz, w którym Fonsito widzi swoją macochę-kochankę. Obrazy stanowią uzupełnienie, podkreślenie relacji zachodzących między don Rigobertem, donią Lukrecją i Fonsitem. Wszystkie opisy są mocno seksualne, zmysłowe i muszę przyznać, że dziwnie się je czyta w pełnym ludzi autobusie (podobne, ale zdecydowanie mocniejsze uczucie miałam tylko, gdy w Empiku przeczytałam fragment Zwrotnika raka opisujący seks oralny - wyszłam szybko czerwona jak burak;)). Wyróżnia się jedynie ostatni z opisywanych obrazów, przedstawiający zwiastowanie. Nie jest to jednak typowy opis tego niezwykłego wydarzenia. Vargas Llosa przedstawił je z perspektywy młodziutkiej, zagubionej Maryi, która była zupełnie nieświadoma tego, że ma zostać matką Boga, dla której anioł Gabriel był tylko niezwykle pięknym młodzieńcem i którą pozostawił z licznymi pytaniami, a bez odpowiedzi.
 

W tym miejscu muszę pochwalić wydanie książki. Trafiła mi się edycja z ilustracjami, co wzbogaciło odbiór opisywanych obrazów. Książka wydana jest na bardzo dobrym papierze, a zmysłowa okładka oddaje treść książki (okładki to zresztą duży plus znakowskich wydań Llosy).


Na zakończenie muszę przyznać, że Vargas Llosa jako pisarz wciąż stanowi dla mnie zagadkę. Mocne i brutalne Święto kozła mnie zachwyciło, Ciotka Julia i skryba dała przyjemność, ale bez szału (najciekawsze w niej były dla mnie urywane opowieści radiowe, a nie historia romansu), z kolei Pochwała macochy uwiodła językiem, jednak nie całkowicie. Wiem, że to tylko malutka próbka możliwości peruwiańskiego pisarza i muszę przyznać, że cieszy mnie to, iż tyle jeszcze przede mną.

poniedziałek, 2 maja 2011

Półeczki

Naia zaprosiła mnie do upublicznienia swojej biblioteczki, co właśnie czynię. Zdjęcia nie są najlepszej jakości, gdyż robiłam je w trakcie przedświątecznych porządków i przyznam szczerze, że nie chciało mi się z nimi bawić. Większa część książek jest "odziedziczona", przejęta od taty (za jego zgodą i bez niej;)), część dostałam, a trochę kupiłam. Nie pokazuję całego regału, tylko większość półek.












Aha, nie wskazuję konkretnej osoby, gdyż zapewne większość z was ma to już za sobą. Kto zechce ten pokaże swoje zbiory, a każde będą z chęcią oglądane