czwartek, 31 marca 2011

Mała książeczka o typografii

Co sprawia, że, abstrahując od zawartości, jedne książki czyta się z przyjemnością, "lekko", nie męcząc oczu, a inne, choćby nie wiadomo jak dobre, męczą nas strasznie i każda kolejna strona, ba, każdy akapit to wielka udręka? Oczywiście sposób wydania książki, dobór odpowiedniego kroju pisma, wielkości, odstepów międzywyrazowych, interlinii, światła. Nawet najładniej prezentująca się na pierwszy rzut oka książka, z ciekawą okładką i wydana na keskluzywnym papierze może zostać "zepsuta" przez zaniedbanie odpowiedniego dopracowania tekstu. Powstało wiele świetnych publikacji na temat typografii (wspomnieć trzeba koniecznie Elementarz stylu w typografii Roberta Bringhursta, wydany przez d2d.pl, a zwany "biblią typografii"), ja chciałam zaprezentować niewielką książeczkę Josta Hochuli Detal w typografii (d2d.pl. Kraków 2009).

W swojej pracy Hochuli, szwajcarski typograf, projektant, autor książek poświęconych projektowaniu, skupił się na detalu, czyli na tym, co sprawia, że czytanie książek staje się prawdziwa ucztą nie tylko intelektualną, ale i (przede wszystkim?) dla oka. Książkę rozpoczynają cielawe uwagi dotyczące procesu czytania i tego jaki wpływ na ów proces ma struktura tekstu. Następnie autor zajął się "literką", tym jak przez wieki rozwijał się kształt dziś znanych ma liter. Proporcje współczesnych wersalików (wielkich liter) mają swój pierwowzór w rzymskiej formie inskrypcyjnej z okresu wczesnego Cesarstwa - capitalis monumentalis - i nie powinny od niego zbytnio odbiegać. Natomiast wzorem dla proporcji minuskuły jest minuskuła humanistyczna (scriptura humanistica), którą posługiwano się głównie we Włoszech w XV-XVI wieku. Kształt liter oraz ich odpowiednio dobrana wielkość i stosunek liter wielkich do małych wpływa na ich odczytanie. Hochuli w sposób przystepny i ciekawy omawia te zagadnienia, sugerując kiedy jakie pismo, kiedy można zaszaleć z krojami, a kiedy warto troche przystopować, bo wiadomo, że co za dużo to nie zdrowo. Również w typografii. Ciekawym odkryciem był dla mnie fakt, że tak właściwie w wiekszości przypadków wystarczy górna połowa liter, żeby móc z łatwością odczytać tekst. Załączone przykłady pokazują, że tak jest rzeczywiście, dlatego te elementy liter powinny być najbardziej charakterystyczne. W tym rozdzialiku dowiecie sie także jak należy "bawić się" literami, żeby optycznie wszystko grało.

Nastepnie autor zajął się wyrazem, wiadomo bowiem, że nie czytamy litera po literze, ale rejestrujemy wieksze partie. W tym miejscu dowiecie się, kiedy składac tekst wersalikami, a kiedy małymi literami, na co to w ogóle ma wpływ i jak ważne jest odpowiednio dobrane światło wewnątrzliteraowe i międzywyrazowe (światło bardzo dobra rzecz, nie wolno tylko z nim przesadzić). Nie będę się rozpisywać, bo wyjdzie mi post dłuższy niż książeczka, dlatego zaznaczę tylko, że Hochuli nie pominął krótkiego przedstawienia historycznego wszelkich zmian, oraz technicznych opisów w różnego rodzaju składach. Oczywiście, ze względu na zamierzenia publikacji i jej rozmiar, nie są to informacjie szczegółowe, ale nadal ciekawe.

Były literki, były wyrazy to teraz pora na wiersze. Bynajmniej nie o poezję tu chodzi. W tym miejscu również znajdziecie szereg przydatnych informacji na temat tak ważnego detalu. Może się wydawać, że takie "bzdurki" jak wielkośc odstepów między wyrazami, między znakami interpunkcyjnymi nie maja wielkiego znaczenia. A taka myśl to bluźnierstwo. Odstępy w książkach to rzecz święta i nieprosta. Wszystko zależy bowiem od rodzaju publikacji. Inaczej bedzie to wygladać w powieści, w poezji, inaczej w publikacji naukowej, a jeszcze inaczej w słownikach, encyklopediach i prasie. Inaczej również w przypadku wielkich i malych liter. Wpływ na to ma, i tu przechodzimy do nastepnego poruszanego w książce temtu, łam i interlinia. Bo wszystko musi do siebie pasować. Szerokośc kolumny wpływa na odstępy międzywyrazowe i międzywierszowe. Ważny jest dobór kroju pisma - jedno jaśniejsze delikatnie, drugie mocne, toporne, wyboru co nie miara, a wpływ na kształt całości ogromny. Ważne jest kiedy stosować i jaką interlinię, jak tworzyć dobre akapity i jak unikać "korytarzy" psujących odbiór tekstu.

Detal w typografii zawiera również ciekawe spostrzeżenia na temat walorów różnych krojów pisma. Niby treść taka sama, ale zmiana kroju wpływa na odbiór tekstu. Co ciekawe, rózne kroje pisma wywołuja u czytelnika różne uczucia - np. bezszeryfowe uczucia nieprzyjemne, z czym sie zgadzam. Pismo może mieć wpływ na interpretację tekstu, dlatego doświadczony typograf może pewnie w jakiś sposób manipulować czytelnikiem. Dlatego bądźcie czujni i zwracajcie uwagę nie tylko na to co czytacie, ale jakim krojem pisma jest wydrukowane;>!
Hochuli nie zapomniał oczywiście o zaprezentowniu różnego rodzaju wyróżnień, każde opisując z uwzglednieniem zalet i wad.

Detal w typografii to, jak wspomniałam na wstępie niewielka książeczka. Na pierwszy rzut oka może zniechęcić was cena - 28 zł za niecałe 70 stron wydaje się być dość wysoką ceną. Trzeba jednak zwrócić uwagę na pewne kwestie. Przede wszystkim na formę i opracowanie graficzne książki. Liczne przykłady, ułatwiające przyswojenie informacji, wymagały wysiłku nie tylko w faie frojektowania, ale również wpływały na druk. W przypadku takich publikacji wybór tańszych rozwiązań kosztem jakości nie miałby najmniejszego sensu. Dzięki szczegółówemu opracowaniu i dopracowaniu książeczka prezentuje się zgrabnie, jest bardzo czytelna i interesująca zarówno w treści, jak i w formie. Kolorowa wyklejka zapewne także wpłynęła na cenę, ale w tym wypadku jakość przede wszystkim. Edytorsko książka jest dopracowana w najmniejszych szczegółach i nawet tak znienawidzone przeze mnie umieszczanie przypisów na końcu tekstu, w tym przypadku jest wpełni uzasadnione i ma moje poparcie. Trzeba również pamiętać, że nie jest to publikacja do jednorazowego przeczytania. Jest to rzecz, do której będzie sie sięgać wielkrotnie, czy to podczas pracy nad tekstem, czy to dla czystej przyjemności. Jest to bowiem lektura, naprawdę dająca dużo przyjemności i jesli wydaje wam się, że nie można o literach, kursywach, interliniach w sposób ciekawy to się grubo mylicie, o czym polecam się przekonać osobiście.

I jeszcze mała uwaga ode mnie do was: proszę o wybaczenie wszelkich niedoróbek tekstu, gdyż pisany był pokątnie i prawie nielegalnie, a już na pewno nie w czasie do tego przeznaczonym ;)

sobota, 19 lutego 2011

Na stos!

Pierwszy oficjalny stos na blogu. Skromniutki i jego uzbieranie zabrało mi trochę czasu, ale uwzględnia tylko książki, które są moje i tylko moje (pożyczone i biblioteczne muszą przeżyć bez uwieczniania).
Ponieważ wszystko ładnie widać to napiszę jedynie, że "Ostatnia noc w Twisted River" to prezent od brata i mój pierwszy Irving, książkę Andrzeja Franaszka wygrałam w konkursie "Tygodnika Powszechnego" z czego cieszę się do tej pory niezmiernie, a pozostałe trzy kupiłam podczas przymusowej wizyty w Krakowie. Wszystkie czekają na przeczytanie i niech będą cierpliwe, bo to trochę potrwa :)

czwartek, 17 lutego 2011

Jak Kutz mnie uwiódł Śląskiem


Nigdy nie pałałam miłością do Śląska. Kojarzył mi się zawsze z kopalniami, węglem, zanieczyszczonym powietrzem i przede wszystkim z szarością. O tym, że Śląsk jednak nie jest szary miałam okazję przekonać się w minione wakacje, podczas krótkiej wizyty, gdy nieustannie świeciło słońce, a trawa była niezwykle zielona, mimo tych wszystkich zrujnowanych wojną i czasem budynków. A teraz skończyłam czytać książkę, która udowadnia, że Śląsk to również miejsce pełne niesamowitych rodzinnych opowieści, radości i smutków, wyobcowane, zdominowane przez historię. Kazimierz Kutz miał rację, tytułując swoją powieść Piąta strona świata (Znak 2010).

Typowy mieszkaniec Bytomia
Bohater, a jednocześnie narrator książki, przeżywszy wypadek w pracy, postanawia rozprawić się ze swoim życiem, życiem swoich bliskich i przyjaciół, a przede wszystkim z życiem pokoleń Ślązaków uwikłanych w historię. Głównym powodem, dla którego podejmuje się pisarskiej próby, jest chęć wyjaśnienia samobójczych  śmierci dwóch niezwykłych ludzi, wiernych przyjaciół, Lucjana i Alojza. Aby tego dokonać postanawia jeszcze raz prześledzić ich życie od wczesnego dzieciństwa, aż do później dorosłości. Jednak by wiarygodnie i rzetelnie przedstawić losy przyjaciół nie może pominąć innych ludzi, którzy mieli wpływ na nich i na bohatera. W ten sposób przez książkę przewijają się liczne postaci, niezwykłe osobowości, a Piąta strona świata staje się fascynującą śląską sagą.

Nie sposób nie zachwycić się historią dziadka Wawrzka, skrywającego  niemal do śmierci mroczną tajemnicę i opowieściami jego żony o Utoplecu. Niewątpliwie barwnymi postaciami byli Jorg i Udo, w których żyłach płynęła argentyńska krew, a którzy to słynęli z miłosnych podbojów i zakładów, któremu  uda się uwieść pannę w kościele. Nie można nie wspomnieć również wujka Waltera, poety, który uczył młodziutkiego Juliana czytać i pisać po polsku i niemiecku jednocześnie, wpoił mu zamiłowanie do wiedzy i nauki i w pewien sposób przesądził o jego losie, a który był jednocześnie „zawodowym leniem. Lubił wylegiwać się w łóżku i czytać” (K. Kutz., Piąta strona świata, Kraków 2010, s. 190). To dzięki rozbudzonej od najmłodszych lat pasji Julian, jednocześnie nauczony przez kochaną matkę Mariannę, że innym należy dawać więcej niż chciałoby się od nich dostawać, został lekarzem. To dzięki matce również zdobył miłość swojego życia, a opisy matczynych podchodów i nieśmiałe kroki Juliana są pełne humoru i urocze.
Z kolei najlepszy przyjaciel Juliana, Alojzy, po przeżyciach wojennych oddał się rozmyślaniu i poszukiwał prawdy. Do końca swoich dni przyjaciele dyskutowali i wymieniali poglądy, najpierw podczas spotkań, potem, gdy rozdzielił ich los, korespondencyjnie.

Wydział Lekarski w Rokitnicy (uczęszczał tu powieściowy Julian)
Również narrator miał życie pełne przygód, począwszy od dziecięcego romansu z siostrą Lucjana, który polegał na wspólnym korzystaniu z podwójnej wygódki. Kilkakrotnie uniknąwszy śmierci, stracił dwóch braci, w tym jednego podczas wojny. Jego ojciec był dobrym człowiekiem, powstańcem, przywiązanym do ziemi miłością niezwykłą. Lubił czasem wypić, ale nigdy nie podniósł ręki na żadne swoje dziecko. Wręcz przeciwnie, był tym łagodniejszym rodzicem, a gdy raz przymuszony przez żonę do sięgnięcia po pas, po pierwszych uderzeniach zalał się łzami i przepraszał, zrzucając winę na „Starą Demokrację”, jak w przypływach żalu zwał małżonkę (później przezwisko to nabierze nowego, lepszego sensu).

Jednak najważniejszą postacią książki Kutza jest historia. To ona determinowała losy całych pokoleń, przydzielając ich raz do strony niemieckiej, raz polskiej, wrzucając w wir powstań i wojen. Wybory jednostek decydowały o późniejszych losach całych rodzin. Często jednak pozbawiano Ślązaków możliwości wyboru. Tak było na przykład, gdy siłą wcielano młodych chłopców do Wehrmachtu, czy zmuszano do przesiedleń. Wojna była oczywiście strasznym okresem, wielu z bohaterów książki straciło w niej najbliższych, ale jednocześnie był to czas ich młodości. Przyjaciele nie poddali się strasznemu losowi, spotykali się w dawnej budce sklepowej Marianny, gdzie oddawali się dyskusjom, lekturze, nauce, ale również uciechom cielesnym. 

O wszystkich postaciach i wydarzeniach narrator wypowiada się z humorem, pasją i z miłością. Jego relacja pełna jest silnych uczuć, które potęgują się wraz ze zbliżającym się rozwiązaniem tajemnicy śmierci przyjaciół. W tym miejscu warto napisać parę słów o języku powieści. Z nim wiązała się moja główna obawa, gdyż nie mogę się przekonać do śląskiej gwary, a pierwsze strony były nią przesycone. Nie dajcie się jednak zwieść, później uzupełnia ona jedynie relację w literackiej polszczyźnie, doskonale się z nią komponuje i nie wadzi. Wyrażenia, których bez znajomości gwary nie da się zrozumiem, wytłumaczone zostały w postaci marginaliów, co znacznie ułatwia lekturę niż, gdyby wyjaśnienia były w postaci dolnych przypisów lub, co gorsza, z tyłu książki. 

Nie jestem w stanie oddać uroku i przyjemności jaka płynie z czytania powieści Kutza. Muszę przyznać, że mimo moich oporów, pozwoliłam się całkowicie uwieść narracji i do samego końca czytałam książkę z prawdziwą przyjemnością. Nie tylko dla rozwikłania mrocznej zagadki, ale głównie dla tych wszystkich barwnych opowieści i wspaniałych postaci. A na koniec cytat, jeden z wielu, jakie zanotowałam, jeden z najpiękniejszych:
Ludzie nieprzeciętni mają taką moc po śmierci: to magnetyzm duchowy jednostek osobliwie przetrawionych kulturą i cierpieniem. Ich energia na podobieństwo kulistego pioruna krąży wokół ziemi po coraz większych elipsach, od czasu do czasu ociera się o najbardziej kochanych, by odpłynąć w kosmos na zawsze. Choć są pustką, jałowym bytem, trudno im wyzbyć się ziemskiej miłości. Cierpią t a m – jak my t u t a j (ibidem, s. 193).
 * Zdjęcia mojego autorstwa.

niedziela, 16 stycznia 2011

Coetzee o literaturze


J. M. Coetzee do tej pory znany był mi jako bardzo dobry pisarz, którego książki wywołują we mnie duże emocje i przed każdą lekturą kolejnego dzieła muszę się zastanowić czy jestem na to gotowa. Tym razem miałam okazję poznać go jako inteligentnego filologa, wykładowcę i twórcę pasjonujących esejów na temat literatury światowej, które znalazły się w zbiorze zatytułowanym Dziwniejsze brzegi. Eseje literackie 1986-1999 (wyd. Znak, Kraków 2008).

Zbiór rozpoczyna tekst, w którym Coetzee podjął próbę zdefiniowania dzieła klasycznego. Wychodząc od analizy prelekcji Thomasa Stearnsa Eliota zatytułowanej Kto to jest klasyk? (wygłoszonej w październiku 1944 r. podczas sesji londyńskiego Towarzystwa Wergiliańskiego – J. M. Coetzee, Dziwniejsze brzegi. Eseje literackie 1986-1999, s. 7) pisarz rozpatruje zagadnienie tożsamości Eliota, który „zostając” Anglikiem, doszedł do tego, że rościł sobie prawo do tożsamości rzymskiej – tożsamości swojego mistrza Wergiliusza ( a prędzej nawet bliższego mu Eneasza, którego historia stała się dla Eliota alegorią jego życia). Coetzee prezentuje Eliotowski sposób odczytania Eneidy, by dojść do ukazania postawy życiowej poety. Kontynuując rozważania nad dziełem klasycznym pisarz zapoznaje czytelnika ze swoją fascynacją Bachem, a także w ciekawy sposób analizuje, jak ten niedoceniany i krytykowany kompozytor zyskał sławę i miano klasyka.
W rozważaniach Coetzeego nad dziełem klasycznym pojawia się akcent polski. Autor odwołał się do Zbigniewa Herberta, według którego: 
przeciwieństwem tego, co klasyczne, nie jest postawa romantyczna, lecz barbarzyńska; ponadto relacja pomiędzy klasycznością i barbarzyństwem polega nie na sprzeczności, ile na konfrontacji. […] Zdaniem Herberta dzieło klasyczne wychodzi cało spod barbarzyńskiej opresji nie ze względu na jakąś swoją zasadniczą cechę: to, co nie poddaje się najgorszym przejawom barbarzyństwa, ponieważ kolejne pokolenia, nie mogąc sobie pozwolić na taką utratę, podejmują zaciętą obronę – to właśnie jest dzieło klasyczne (ibidem, s. 31).
Swoje rozważania Coetzee podsumował następująco: 
dzieło wykazuje swoja klasyczność, kiedy jest zdolne przetrwać. A zatem dociekliwa analiza dzieła klasycznego, choćby najbardziej nieprzyjazna, stanowi część historii tego dzieła, nieuniknioną, a nawet pozytywną. Dzieło klasyczne bowiem, dopóki wymaga ochrony przed atakiem, nie może dowieść swojej klasyczności. […] krytyka to działalność, której zadaniem jest dociekliwa analiza dzieł klasycznych (ibidem, s. 31-32).

Tak rozbudowana analiza pierwszego tekstu z tego zbioru esejów wynika przede wszystkim z jego (tak to odczuwam) odmienności. Autor, co prawda, odwołał się do konkretnych twórców, ale wnioski, które z tego wypłynęły mają wymiar ogólniejszy, wpływają na sposób odczytywania poszczególnych tekstów literackich, a przynajmniej zachęcają do rozważań nad klasycznością dzieła.
Kolejne teksty zawarte w Dziwniejszych brzegach odnoszą się już konkretnie do poszczególnych autorów, utworów i zagadnień. Właściwie wszystkie z nich czytało mi się z dużym zainteresowaniem (mimo iż czasami niektóre nazwiska były dla mnie zupełnie nowe lub znane w stopniu najmniejszym), jednak na szczególną uwagę zasługują te eseje, które odwołują się do kwestii przekładu. Nie zajmuję się tłumaczeniami, ale kwestie języka, analiza słowa są mi bliskie, a Coetzee podejmuje je w sposób przystępny, ale nie uproszczony. Problematykę przekładu rozpoczyna tekst dotyczący Rilkego i tłumaczącego go Williama Gassa. Chyba jednym z najlepszych jest kolejny esej zatytułowany Tłumacząc Kafkę. Autor analizuje w nim sposób przekładu utworów Kafki na angielski dokonany przez Edwina i Willę Muirów. Wielki wpływ na ich tłumaczenie miało religijne odczytanie utworów Kafki. Coetzze pokazał, jak ich interpretacja, przede wszystkim Procesu i Zamku, oddziaływała na przekład i, co za tym idzie, na sposób odbioru tych utworów przez angielskich czytelników. Sposób, który jednocześnie budzi niepokój badaczy twórczości Kafki. Autor wskazuje na szereg błędów w tłumaczeniach Muirów, które mogły wpłynąć na odczytanie tekstów. Głównym zarzutem jest chyba to, że rezygnują oni z wierności wobec oryginału na rzecz ich własnej wizji utworów Kafki. Na przykładzie Zamku Coetzze dokonuje porównania tłumaczenia Muirów z tłumaczeniem Harmana, co wypada niezwykle interesująco.
Inne tematy podejmowane przez Coetze’ego  to (nie sposób teraz wymienić wszystkich, choć zdaję sobie sprawę z dysproporcji w poście) m.in. analiza Dzienników Roberta Musila, twórczości Josefa Škvoreckiego, autobiografii Doriss Lessing czy esejów Josifa Brodskiego. Autor esejów dokonuje krytycznej analizy tekstów takich pisarzy jak: Salman Rushdie, Borges, A. S. Byatt, Harrego Mulischa, Ceesa Nootebooma. Chwali konkretne osiągnięcia, ale nie boi się również krytyki. Jego uwagi są celne i dobrze uzasadnione.
Inne nazwiska, które powinny was zachęcić do sięgnięcia po ten zbiór to chociażby Amos Oz i Dostojewski.
Kilka ostatnich tekstów podejmuje tematykę autorów kolonialnych, afrykanerów, ich spojrzenia na rzeczywistość apartheidu, w której przyszło im żyć i tworzyć. Te eseje, bliskie Coetzeemu, choć ciekawe mnie wydały się nie tak dobre, jak te dotyczące pisarzy europejskich (zapewne ze względu na zainteresowania).
Coetzee pisze w sposób sugestywny i ciekawy. Lekturze Dziwniejszych brzegów nieustannie towarzyszyły mi rozważania nad poszczególnymi uwagami autora oraz lista tytułów, po które mam ochotę sięgnąć, oraz takich, o których wiem, że  nie warto (przede wszystkim Byatt i Rooke), a także tych, które chciałabym przeczytać, ale jeszcze nie teraz (m.in. Odkrycie nieba Mulischa).
Abstrahując od treści zbiorów, sporą zaletę stanowi też opracowanie naukowe, spora ilość przypisów (większość odautorskich, ale również tłumaczka Anna Skucińska ma w tym swój udział). Mylić może za to nota z czwartej strony okładki – Herbertowi nie został poświęcony osobny tekst, Coetzee nie podjął się próby analizy jego twórczości, a jedynie powoływał na poetę w dwóch lub trzech przypadkach.
Podsumowując, Dziwniejsze brzegi to niezwykle ciekawy zbiór esejów literackich, bogaty w analizy i trafne uwagi. Nie trzeba być miłośnikiem prozy Coetzeego, by po niego sięgnąć, gdyż autor występuje tu w zupełnie innej roli – uważnego czytelnika i krytyka. Aby zachwycić się tym dziełem należy być tylko (aż) miłośnikiem literatury.

czwartek, 6 stycznia 2011

Klasyka sposób na bestseller



Zaczęło się tak niewinnie. Pewien młody angielski pisarz, szukający stabilizacji finansowej, dostał propozycję pisania tekstów mających zespajać obrazki autorstwa Roberta Seymoura, przedstawiające przygody amatorskiego klubu sportowego. Pisarz nie tylko podjął się tego zadania, ale również ośmielił się zasugerować by to obrazki stanowiły tło do jego tekstów. Propozycję zaakceptowano i w ten sposób powstała jedna z najbardziej poczytnych powieści europejskich – Klub Pickwicka, a Charles Dickens zapewnił sobie niesłabnącą popularność.

Co takiego mogła mieć ta powieść w odcinkach, że czytelnicy wyróżnili ją z pośród innych i wyczekiwali na kolejne jej części, tak jak w naszych czasach czekano na nowego Harry'ego Pottera? Jej głównym atutem jest niewątpliwie postać tytułowego bohatera, Samuela Pickwicka, który to wraz z trzema młodymi przyjaciółmi wyruszył w podróż dyliżansem po południowych hrabstwach Anglii.  Ten starszy pan o gołębim sercu  do dziś zachwyca swoją fascynacją światem i zdolnościami obserwacyjnymi. Wszystko co nowe i nieznane budzi w nim ogromny entuzjazm, cieszy się tym niemal jak dziecko. Zresztą, jego charakter to charakter młodzieńca, a nie dojrzałego mężczyzny, o czym świadczy jego naiwne, ale i urocze podejście do życia. 

Również pozostali bohaterowie powieści (a przez karty powieści przewinęło się ich niemal 300) to niezwykłe indywidualności. Nie sposób tu wymienić nawet ich ćwierci, ale nie da się zapomnieć trzech przyjaciół Pickwicka: Snodgrassa, który marzył o poetyckiej sławie, Winkle’a, który pragnął uchodzić za utalentowanego sportowca i myśliwego oraz Tupmana, pragnącego zostać łowcą niewieścich serc. Każdy z nich był przeciwieństwem swych pragnień, do czego jednak nie zamierzali się przyznawać, a to stawało się przyczyną wielu niezwykłych i komicznych sytuacji. Jednak chyba najbardziej uwielbianą postacią powieści, której pojawienie się zwiększyło nakład serii odcinkowej z 500 do 40 000, był służący Pickwicka – Sam Weller. Cóż to za niezwykłe stworzenie. Zdecydowanie bardziej rozgarnięty od swojego pana, ale szczerze mu oddany i gotów wypełniać jego wszelkie polecenia. Znany ze swych prześmiesznych powiedzonek, robił wszystko, żeby zadbać o dobro pana Pickwicka. Sam również nie unikał niezwykłych przygód i czerpał z życia to co najlepsze. Charakter i usposobienie dziedziczył po ojcu, spotkania z którym były jednymi z najbarwniejszych i najdowcipniejszych opisów w książce. Wymieniane przez nich opinie i spostrzeżenia wywoływały u mnie nie kontrolowane wybuchy śmiechu. Pozostałe postacie, pojawiające się w książce, to również fascynujące charaktery i o każdej z nich można by snuć opowieści.

Prezentując angielskie środowisko Dickens wykazał się świetnym zmysłem obserwacyjnym oraz zdolnościami pisarskimi, ale również malarskimi. Odmalowany przez niego portret społeczeństwa niepozbawiony jest przenikliwości, ale i poczucia humoru. Swymi zdolnościami pisarz uwiódł angielskich czytelników, dając im wspaniałą rozrywkę na wysokim poziome. Bo w Klubie Pickwicka dla każdego znajdzie się coś dobrego. Są to obrazki z dnia codziennego, opisy zabaw i świąt, ale także niesamowite opowieści o duchach i niezwykłych wydarzeniach oraz perypetie miłosne ukazane w niezwykle sympatyczny sposób. 

Dickens to również mistrz opisów. Każda sceneria, najmniejsze pomieszczenie zostało dokładnie opisane. Także każdy posiłek (których nie mało w powieści) to smakowita uczta i zgadzam się z jedną z bohaterek Ani na uniwersytecie, że czytając tę książkę człowiek robi się natychmiast głodny. 

Popularność Klubu Pickwicka była tak wielka, że czytelnicy wzorowali się na modzie prezentowanej na kartach książki. Noszono płaszcze i kapelusze, takie jakie posiadał pan Pickwick, szukano sklepów i miejsc, w których przebywał bohater. Zapanowała prawdziwa pickwickomania. Również dziś można znaleźć wiele pamiątek po tym przesympatycznym bohaterze. 

Sukces powieści Dickensa jest niewątpliwy. Nie tylko podbiła ona serca angielskiej (ale również szkockiej, kanadyjskiej, australijskiej…) społeczności, ale również zdobyła uznanie krytyków. Najważniejsze zaś jest moim zdaniem to, że również dziś ta beztroska opowieść o przyjaźni nie traci ona nic ze swojej świeżości. Jeśli ktoś szuka książki, która zapewni niebanalną rozrywkę na wysokim poziomie to nie należy się bać prawie 800 stron powieści, tylko cieszyć się, że tyle przyjemności przed czytelnikiem.


piątek, 24 grudnia 2010

Wesołych Świąt

Gerard David, Holy Night, Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu

niedziela, 5 grudnia 2010

Litwo, ojczyzno moja?


Poprzedni post dotyczący książki Miłosza zaczęłam pytaniem, które powtórzyłam w tytule obecnego. Powtórzenie jest w pełni zamierzone, gdyż Szukanie ojczyzny w pełni dotyczy Litwy, a autor dokonuje próby przedstawienia losów ziemi, z której się wywodzi nie uciekając od niewygodnych dla wielu zagadnień dotyczących stosunków polsko-litewskich.

Książkę rozpoczyna tekst zatytułowany Rodziewiczówna. Miłosz, który w latach młodości czytał Lato leśnych ludzi i może jeszcze kilka innych pozycji, zainteresowany zażenowaniem intelektualistów oraz niesłabnącą popularnością powieści pisarki postanowił przeczytać jej książki, aby przekonać się co świadczy o jej sukcesie. Od razu się przyznam, że trochę się bałam tego tekstu, pamiętając jak bardzo się męczyłam, żeby skończyć Między ustami a brzegiem pucharu i po tej lekturze stwierdziłam, że nigdy więcej Rodziewiczówny. Zdania wciąż nie zmieniłam, ale tekst Miłosza okazał się niezwykle interesujący. Nie dokonał on bowiem ani krytyki (choć też nie unikał wymieniania wad tej twórczości) ani nie chwalił. Czytanie książek Marii Rodziewiczówny, jak autor zauważył, było podobne do czytania pamiętników, gdyż znaleźć w nich można wiele informacji dotyczących realiów oraz stosunków społecznych panujących na opisywanych terenach w drugiej połowie XIX w. Przede wszystkim za ideał Rodziewiczówna uważała i tak przedstawiała szlacheckie zaścianki, czyli gospodarstwa rolne uprawiane przez rodzinę, nietożsame z gospodarstwami chłopskimi. Praca w zgodzie z przyrodą łączyła się z czystym sumieniem, a zaścianki stanowiły miejsca silnego oporu przeciw rusyfikacji. Polak i Litwin były określeniami niemal jednoznacznymi, posługiwano się zaś językiem polskim, a litewski pojawiał się najczęściej w postaci wtrętów, gdyż uważany był za język prostaków. Dopiero później doszło do popularyzacji języka litewskiego oraz prób odzyskania narodowej tożsamości przez Litwinów.
Wieś u Rodziewiczówny symbolizowała dobro, natomiast wszelkie zło pochodziło z miasta, przede wszystkim z Warszawy. Była ona pełna nieprawości, duchowej pustki i nierówności społecznych. Pozytywni bohaterowie najczęściej wywodzili się z warstw ubogich i służyli pomocą bardziej potrzebującym. I, oczywiście, byli to mieszkańcy Polesia czy Żmudzi.
Wszystko co obce posiada u Rodziewiczówny negatywne cechy. Dla szlachty największą wartość stanowiła ziemia, to ona była kapitałem. Natomiast dla Niemców i przede wszystkim Żydów była ona jedynie źródłem do zdobycia majątku. Pozytywny bohater nigdy nie dopuściłby się sprzedania rodzinnego majątku, wyrębu lasów, z kolei Żydzi nie mieli z tym problemów. Rodziewiczówna ukazuje Żydów zdecydowanie negatywnie, a jednak Miłosz pisze, że określenie „antysemityzm” nie znalazłoby zrozumienia w opisywanych przez autorkę środowiskach: „Po prostu taki jest porządek świata, że odraza do Żydów jest równoznaczna z odrazą do zła i że czyhają oni na obrzeżach społeczeństwa, szukając, kogo by wplątać w swoje brudne (zawsze brudne) transakcje” (C. Miłosz, Szukając ojczyzny, Wydawnictwo Znak, Kraków 2001, s. 32). Trudno jednak dziś zrozumieć taki sposób rozumowania ówczesnych środowisk.
Prozę i samą Rodziewiczównę Miłosz podsumowuje w taki sposób: 
Zalecana jako chrześcijańska lektura dla rodzin, jako że nie ma w niej wybujałej erotyki, czyli, jak to ona nazywa, „szałów”, pochwalana za swoje zdrowe poglądy przez Stronnictwo Narodowe i jego dalsze wcielenia, jest właściwie pisarką nieszczęśliwego społeczeństwa szlacheckiego, które nie tylko zastygło w swoich obyczajach, ale jeszcze cofnęło się w porównaniu z szybko postępującym gdzie indziej dziewiętnastym wiekiem. […] Opierając się mrokom i dzikości, Polska dworu i zaścianka uległa zapeklowaniu żywcem. Założenia książek Rodziewiczówny nie muszą być głośno powtarzane, zresztą być nie mogły, z powodu cenzury, ale ich obecność przemawia do czytelników na zasadzie dobrze wytartego uczuciowego toru. Że dzieje się tak w końcu dwudziestego wieku, dowodzi jedynie,  że nie wszystko mogą zmienić wojny i polityczne przewroty (ibidem, s. 56-57).

źródło: http://www.regturas.lt/index.php?id=548
Kolejne teksty: Nad Niewiażą, wiek dziewiętnasty, W Wielkim Księstwie Sillicianii oraz Opowieści pana Guze to różne oblicza Litwy. Pierwszy z nich dotyczy pamiętników Jakuba Gieysztora, jego spojrzenia na kwestię chłopską oraz polsko-litewską. Podjął się on zadania uwłaszczenia, ale również rozwoju społecznego chłopów, a choć wszystkich uważał za Polaków rozumiał potrzebę odrębności narodowej i uznawał, że ten, kto kocha własną narodowość uszanuje i inną. Dlatego sam miał szkółkę, w której uczono przede wszystkim po litewsku. Jednocześnie posiadał pewne cechy i głosił hasła, które dziś uznalibyśmy zapewne za nacjonalistyczne. Przeciwny separatyzmowi, bał się zerwania związku Litwy z Koroną, który był dla niego istotą polskości. Był zwolennikiem jednej Polski zamiast Rzeczypospolitej. A jednak Miłosz napisał: 
Może nawet niesprawiedliwe jest umieszczanie go wśród nacjonalistów, skoro wykazywał taką wrażliwość na potrzeby mówiącej innym językiem wsi w jego stronach. Obcując z nim, odkrywamy ogólne prawo takich spotkań w czasie: tamci ludzie żyli wśród sprzeczności, które tylko dla nas są sprzecznościami (ibidem, s. 90).
W Wielkim Księstwie Sillicianii Miłosz zajął się kwestią litewskości, polskości oraz żydowskości Mickiewicza, przedstawiając różne fakty przemawiające za każdą z tych możliwości, natomiast Opowieści pana Guze zostały napisane na podstawie materiałów przesłanych Miłoszowi przez owego pana Guze, który był właścicielem majątku, graniczącego z majątkiem Miłoszów na Białorusi. Tu znajdziemy niezwykle interesujące historie dotyczące rodziny poety, mniej lub bardziej chwalebne, oraz mniej lub bardziej obiektywne, gdyż zależne od opinii pana Guze.
Jak z tą Litwą było to bardzo ciekawy i bogaty w zajmujące informacje szkic dotyczący Oskara Miłosza. Jego kuzyn podjął się próby przedstawienia motywów kierujących Oskarem, który opowiedział się za Litwą, a nie za Polską. Czyni to w sposób rzetelny i dokładny, przedstawia stanowisko Oskara, któremu po zapoznaniu się z wieloma faktami trudno się dziwić. W tym tekście znalazły się również uwagi na temat twórczości „litewskiego” Miłosza oraz jego przeobrażeń religijnych. Poruszona została również kwestia mesjanizmu, tak jak ją Oskar rozumiał.
O wygnaniu i Miejsce utracone to teksty podejmujące pierwszy zagadnienie wyobcowania i próby odnalezienia się poza granicami ojczystego kraju oraz niemożności pełnej od niego ucieczki, drugi natomiast dotyczy tragicznych losów Wilna podczas II wojny światowej, okupacji stalinowskiej i hitlerowskiej, masowych mordów. Ukochane miasto Piłsudskiego stało się miejscem zagłady dziesiątek tysięcy Żydów i w tym miejscu Miłosz przypomina, że było to miasto, w którym żyły obok siebie, ale nie we wspólnocie społeczności Żydów i Polaków.
Ostatni tekst Pamięć i historia, który został przez autora dołączony do trzeciego wydania opisywanej książki to przemówienie wygłoszone przez  Miłosza w Wilnie 2 października 2000 r. na sympozjum, w którym udział wzięli również Wisława Szymborska, Günter Grass oraz Tomas Venclova. Jest to tekst mocno prowokujący i poruszający. Czesław Miłosz odniósł się do kwestionowanej przez niektórych (a dziś ta opinia jak się okazuje u niektórych wciąż jest aktualna) polskości autora. Urodził się on w samym środku Litwy i miałby pełne prawo uznać się za Litwina, ale jego rodzina od XVI w. mówiła po polsku, a on chodził do polskich szkół. W dowodzie osobistym wpisano mu Polak i on nigdy się polskości nie wyrzekł. A, że głosił niechętne opinie wobec polskiego nacjonalizmu (zaznaczył przy tym, że nacjonalizm litewski nie jest niczym lepszym) uważam za zrozumiałe.
źródło: http://www.interklasa.pl/portal/dokumenty/ue142/galeria.html
Kolejną ważną kwestią, którą Miłosz podjął na tym odczycie była kwestia żydowskiego Wilna i zagłada. Z problemem tym jednak Litwini muszą zmierzyć się sami. Na końcu zaś wyraził negatywną opinię o decyzji zamknięcia Uniwersytetu Stefana Batorego w grudniu 1939 r.
Szukanie ojczyzny to bardzo zajmująca pozycja, bogata w treści, które nierzadko są niewygodne dla opisywanych środowisk, ale równocześnie, które pozwalają zrozumieć podejmowane decyzje oraz niechęć Litwinów do Polaków. Uważam, że jest to książka, którą należy czytać i powinna, choć we fragmentach znaleźć się w kanonie lektur szkolnych, gdyż podejmuje kwestie, o których nie powinno się zapominać.