piątek, 2 marca 2018

O obywatelu Johnie Brownie - James McBride, "Ptak dobrego Boga"

Książek o niewolnictwie i walce z nim, abolicjonistach jest w ostatnim czasie coraz więcej i bardzo dobrze. Ja zagłębianie się w tę tematykę zaczęłam dość przewrotnie od rewelacyjnej książki Jamesa McBride’a Ptak dobrego Boga (Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2016). Przewrotnie, bo w wielokrotnie nagradzanej powieści McBride (zdobyła m.in. National Book Award 2013) dramatyczną historię ruchu abolicjonistycznego, a w zasadzie bohatera tego ruchu Johna Browna, przedstawia z przymrużeniem oka, z perspektywy Cybulki – czarnoskórego chłopca, który wzięty za dziewczynkę, żeby ratować swój tyłek, musi poddać się swojej nowej roli na kilka ładnych lat. Przypadek sprawił, że chcąc nie chcąc, trafił do grupy Browna walczącej z niewolnictwem i… tu zaczyna się cała zabawa.

Choć tak naprawdę zabawa zaczyna się dla czytelnika. Biedny Cybulka, który wcale nie chciał, żeby ktoś siłą zmieniał jego życie, zostaje wciągnięty w krwawe walki między zwolennikami i przeciwnikami niewolnictwa. Jest świadkiem mniej i bardziej bezsensownych śmierci, głoduje, tuła się z grupą Browna, próby ucieczki jakoś nie odnoszą skutku. Bierze udział w spotkaniach agitacyjnych na rzecz abolicjonistów, na pewien czas ląduje w burdelu, zakochuje się, a jego czyny niejednokrotnie doprowadzają do tragedii. Co najgorsze, nie może zrezygnować ze swojej nowej tożsamości i zrzucić kiecki – musi pozostać Cybulką, co bardzo komplikuje mu życie.

Cybulka jest o tyle ważną postacią powieści, że jest jej narratorem, a przez to język, jakim książka została napisana, jest językiem właśnie Cybulki, do czego jeszcze wrócę. Głównym bohaterem powieści jest zaś John Brown – jedna z najważniejszych postaci ruchu abolicjonistycznego, zaciekły wróg niewolnictwa, którego egzekucja w pośredni sposób przyczyniła się do wybuchu wojny secesyjnej. Na wieść o skazaniu go na śmierć Cyprian Kamil Norwid napisał wiersz Do obywatela Johna Browna (1859 rok). Postać więc niezwykła, bohater dla wielu, a w książce? Niepiśmienny, zdewociały wariat, na każdym kroku sięgający po nieistniejące cytaty z Biblii (jakie to jest dobre!). Oddany sprawie do granic, a jednocześnie bardzo naiwny. Walczący o prawa niewolników, nawet tam, gdzie sami niewolnicy niekoniecznie sobie tego życzyli. Jest niezwykle honorowy, choć jego kodeks może budzić pewne wątpliwości. Traci członków rodziny i swojej grupy, czy to w wyniku śmierci, czy po prostu ich rezygnacji ze sprawy. Szczęście i szansę dla sprawy upatruje właśnie w Cybulce, której (któremu) ofiarowuje pióro ptaka dobrego Boga.

Ptak dobrego Boga to idealny materiał na sfilmowaną komedię slapstickową. Analfabeci udający, że umieją czytać i pisać, chłopiec przebrany za dziewczynkę, sceny w burdelu, niebezpieczne przygody, szaleni bohaterowie, brutalność i przemoc, abolicjonista Douglass (kolejna postać prawdziwa) z dwiema żonami – białą i czarną, a całość wspaniale przerysowana. To także romans awanturniczy, powieść łotrzykowska rozgrywająca się w stanie Kansas. Cybulka tak pięknie uosabia bohatera tego gatunku. Szelma, cwaniaczek, co chwila wpada w nowe tarapaty, i co chwila z nich wychodzi niemal bez szwanku. Przeżywa niezwykłe przygody, trafia w sam środek wielce istotnych wydarzeń. Zdaję sobie sprawę, że piszę o tym dość ogólnikowo, ale to naprawdę trzeba samemu przeczytać i doświadczyć.

Wspomniałam o języku. I to jest kolejna ogromna zaleta tej powieści. Książka napisana jest łamaną angielszczyzną Cybulki, który nie umie pisać, nie umie czytać, ale ma dobre ucho, w które wpadają różne ciekawe zwroty, określenia, związki frazeologiczne. Problem w tym, że nie bardzo umie je zastosować, co również przyczynia się do komizmu powieści. W tym miejscu szczególne gratulacje należą się tłumaczowi – Maciejowi Świerkockiemu – który idealnie poradził sobie z tym, jak mogę sobie wyobrazić, dość nieprzetłumaczalnym językiem. Odnalazł w polszczyźnie odpowiednie miejsce dla tej pokręconej angielszczyzny byłego niewolnika i zrobił to w sposób przezabawny. Jedna mała uwaga – przez kilka pierwszych stron język sprawiał mi kłopot ze względu na liczne błędy ortograficzne, co było ciężkie do przełknięcia dla pani redaktor ;). Poważnie obawiałam się, czy dam radę, ale powiem wam, że wpadłam i przepadłam całkowicie, jest rewelacyjnie.

Ptak dobrego Boga jest książką wręcz wyśmienitą. Sposób, w jaki James McBride portretuje jedną z najważniejszych postaci Stanów Zjednoczonych – Johna Browna – to wzór do naśladowania. Naprawdę. Bo choć jest to portret prześmiewczy, wskazujący liczne ułomności, wady, jednocześnie Browna uczłowiecza, przybliża zwykłym śmiertelnikom. Jeśli stawiać pomniki, to takie. Bardzo mi odpowiada traktowanie poważnych tematów z takim poczuciem humoru, bo nie jest to lekceważenie, umniejszanie ważności, nie jest to na pewno obrazoburcze, a nie ma bezmyślnego wynoszenia na piedestały i malowania laurek. Lekcja historii i świetna zabawa w jednym? Proszę taką o Polsce i jej bohaterach. A książkę oczywiście bardzo polecam jako kawał świetnej literatury, eksperymentu językowego i dla wielkiej przyjemności płynącej z czytania.

sobota, 24 lutego 2018

Sjurealizm, Historia i miłość - Jarosław Kamiński, "Tylko Lola" (plus małe wyznanie)


Na początek kilka słów wyjaśnienia, bardziej dla siebie niż dla Was, ale chcę się tym podzielić. Niesamowicie mnie wkurza moje milczenie na blogu. Czytam sporo, głównie książki dobre, interesujące, którymi warto się dzielić i zachęcać do sięgnięcia po nie. Dlaczego więc zamiast po prostu coś o nich napisać, w myślach układam mądre zdania, miotam się ze sobą i nic z tego nie wychodzi? Wydaje mi się, że po prostu za bardzo chciałam. Żeby moje wpisy były ciekawe, nie były banalne, za krótkie, za długie, żeby były w nich ciekawe analizy, interpretacje. Założenia dobre, ale zamiast mnie motywować, tylko mnie blokowały. Mam ileś tam pozaczynanych wpisów i nic ukończonego. Zamiast się po prostu radośnie dzielić lekturami, spinam się, analizuję. Po co? Przecież blog miał być dla mnie miejscem dobrym, sprawiającym przyjemność, do dzielenia się jedną z moich największych pasji, jaką jest czytanie. Dlatego plan jest taki – będę pisać i będę publikować, mam nadzieję, jak najczęściej, bez spinki. Nie będę się zastanawiać, czy za krótko, czy ciekawie, czy oklepane frazesy. Nie z braku szacunku dla moich czytelników i siebie, ale dla poczucia, że robię coś, co daje mi radość i przyjemność. Bo o to chyba chodzi. Niech wyjdzie dobrze.

Zacznę więc od krótkiego wpisu na temat książki, którą często widywałam na Instagramie, a jednak stosunkowo mało o niej mogłam przeczytać, a szkoda, bo to kawał dobrej literatury jest. I niestety częściowo dotyka tematu, który znów nabiera aktualności. A chodzi mi o książkę Tylko Lola Jarosława Kamińskiego (Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2017).

Dwie opowieści, dwie perspektywy – Lidki, pacjentki szpitala psychiatrycznego, i Niny – emigrantki, żyjącej w nowym lepszym świecie, w Stanach Zjednoczonych. Każda ma do opowiedzenia swoją własną historię. Łączą się one na chwilę w jedną w drugiej połowie lat sześćdziesiątych XX wieku – w czasie, gdy na silne przybierają nastroje antysemickie i kraj szykuje się do wielkiej czystki. Kobiety połączy i rozdzieli wspólna praca w telewizji przy propagandowym programie dla młodzieży, a także tytułowa Lola. Tajemnicza postać, która w powieści istnieje tylko we wspomnieniach. Młoda dziewczyna z dobrej żydowskiej rodziny, przebojowa anarchistka pragnąca lepszego świata, równości, wolności braterstwa, bez kościołów, fabrykantów i ziemiaństwa. Kochanka Lidii, ciotka Niny, zniszczona przez Historię, a przez to wciąż będąca motorem, popychająca Lidię do działania, wciąż obecna w jej życiu. Bo gdyby nie Lola, wszystko pewnie potoczyłoby się inaczej.

Wydaje się, że w tej książce najważniejsza jest Historia i że to jest opowieść o niej właśnie. Wojna domowa w Hiszpanii, Marzec’ 68 – determinują losy bohaterów. Absurd tamtych wydarzeń, zwłaszcza antysemickiej nagonki, ukazany jest w całym swoim szaleństwie. Tak nie wiele potrzeba, by zniszczyć człowieka. Pisało o tym wielu, pisać trzeba nadal, bo zdaje się, że wciąż o tym zapominamy i popełniamy te same błędy. Cały czas trzeba sobie o tym przypominać.

Ale siłą napędową w powieści nie jest sama Historia. Najważniejsza okazuje się miłość i namiętność. To ona popycha Lidię do szalonych czynów, determinuje jej działania i we wczesnej młodości, gdy ucieka z Lolą do Hiszpanii na pomoc rewolucji, ale też wiele lat później, gdy musi podjąć najtrudniejszą decyzję, dotyczącą bliskich jej osób. Miłość szalona, niszczycielska, ale przecież liczy się Lola, tylko Lola.

Jarosław Kamiński oddał głos swoim dwóch bohaterkom, każdej na innych zasadach i to pomieszanie formy i stylów sprawdza się w powieści wyśmienicie. Autor bawi się językiem, sprawnie go wykorzystuje, co sprawia, że obie opowieści zyskują na swoich indywidualnościach. Jedynym minusem powieści jest epilog. Szkoda, że autor z niego nie zrezygnował, bo nieco psuje końcowy efekt. Ale czy z epilogiem, czy bez, Tylko Lola to świetna książka, którą koniecznie trzeba przeczytać.

sobota, 3 lutego 2018

Literatura o mnie (3)

Myślę, że trafiłam na polonistykę z innego powodu. Nie wiedziałam, co chcę robić w życiu.

Jarosław Kamiński, Tylko Lola, Warszawa: W.A.B., 2017, s. 35.

piątek, 29 września 2017

O ojcu - Raimond Gaita, "Mój ojciec Romulus"

„Amerykańska”, „Reportaż”, „Biografie” czy „Sulina” to świetne, znane większości czytelników serie Wydawnictwa Czarnego. Zresztą jedne z wielu, bo w każdej swojej serii wydawnictwo publikuje dobre i bardzo dobre tytułu. Jednak w tych najpopularniejszych nikną gdzieś serie mniej znane i promowane, a wielka szkoda, bo można w nich znaleźć prawdziwe perełki. Jedną z takich serii jest seria „Z domem”, z której książki powoli zaczynam czytać ciemno. Zaczęło się od fenomenalnej Alexandry Fuller, a całkiem niedawno miałam wielką przyjemność przeczytać opowieść Raimonda Gaity Mój ojciec Romulus (2013) i sama się sobie dziwię, że właściwie do czasu, gdy znalazłam ją na półce bibliotecznej, nic o tej książce nie słyszałam. A powinnam, bo jest to historia co najmniej wyśmienita.



To pozornie opowieść jakich wiele. Młody Rumun Romulus Gaita wraz z niemiecką żoną Christine i kilkuletnim synem Raimondem w poszukiwaniu szczęścia i normalności przenosi się po wojnie do Australii. Tam próbuje stworzyć swojej rodzinie dom i odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Czyli kolejna książka o szukaniu swojego miejsca w świecie, pokonywaniu przeciwności losu i odnalezieniu szczęścia? Co to, to nie. Co prawda wszystkie te elementy się tu pojawiają (choć z tym szczęściem to wcale nie łatwo, kolorowo i na zawsze – czyli jak w życiu, i dobrze), ale tej opowieści daleko od nierzadko towarzyszącemu takim historiom banału i oczywistości. Tym bardziej że w rodzinie Gaitów mało jest oczywistości i normalności, a mnóstwo szaleństwa, z którym trzeba żyć i sobie radzić. Do tego miłość, nienawiść, zdrada, wielka przyjaźń, tragizm, komizm – całe spektrum uczuć i emocji, które napędzają życie.

Narratorem opowieści jest Raimond Gaita, syn, który swoją książką składa ojcu jeden z najpiękniejszych hołdów, z jakimi miałam do czynienia. Ponieważ życie ich rodziny tak się poukładało, a raczej porozpadało, że wychowaniem chłopca zajmował się głównie Romulus i jego przyjaciel, nie może dziwić fakt, że to właśnie ojciec stał się trzonem domu Gaitów. Człowiek niespotykanej dobroci, uczciwości i mądrości, człowiek wielkiego charakteru i niezłomności zasad. Brzmi jak ideał? Cóż, Romulus Gaita z pewnością ideałem nie był, takich nie ma, ale swoją postawą, podejściem do drugiego człowieka, wielką w niego wiarą zasłużył sobie na te, często rzucane zbyt łatwo i przez to tracące na sile, określenia. Musiał znaleźć sobie miejsce w nowym świecie, do którego wcale nie chciał trafić, tworzyć rodzinę z osobą, która tworzyć rodziny nie potrafiła i szybko z niej zrezygnowała. Gdy nawiązywał przyjaźnie, były to przyjaźnie na zawsze, nawet w najtragiczniejszych sytuacjach. Wierzył w ludzi i ludziom, pomagał im, jak mógł, przez co często padał ofiarą oszustwa, był wykorzystywany i choć do końca nie mógł pojąć, dlaczego ludzie nie zachowują się przyzwoicie, nie zmienił swoich zasad. Zapłacił za to wysoką cenę, musiał zmierzyć się z szaleństwem, ale większość powinna przyjrzeć się życiu, jakie wiódł, i ze wstydem spojrzeć na swoje. Mnie zawstydzał wielokrotnie. Niczym nie brzydził się tak bardzo, jak kłamstwem.

Interesujące jest również spojrzenie samego Raimonda na dorastanie w tej niezwykłej, obarczonej ciężkim brzemieniem rodzinie. Jako dziecko i nastolatek  nie zawsze rozumiał ojca, momentami się go bał, musiał odnaleźć swoje miejsce między mieszkaniem z ojcem a pobytami u matki i jej partnera, zmierzyć się ze śmiercią, cierpieniem i szaleństwem. Ale jego młodzieńcze życie nie pozbawione było zabawy i przygody. Nie brakowało mu tego, co dla nas jest tak naturalne, że tego nie doceniamy, a wtedy było czymś trudno dostępnym, czyli choćby możliwości zajadania się owocami, dowożonymi przez ojca przez wiele mil. Poznał też czym jest wielka przyjaźń, ale też czym jest strach i jak sobie z nim radzić. Czyli w „nie do końca” normalnych warunkach” doświadczał normalnego dzieciństwa. 

Bohaterem książki jest wreszcie Australia lat pięćdziesiątych i kolejnych XX wieku i jej społeczeństwo. Jak można się spodziewać, nie jest to kolorowy obrazek, nie brak tu uprzedzeń, nietolerancji, wykorzystywania obcego. Ale nie brak również uporu i woli do przetrwania.

Mój ojciec Romulus jest książką piękną (nie boję się tego słowa), bo odwołuje się do najsilniejszych ludzkich emocji, nie banalizując ich. Gaita, ukazując postać swojego ojca, a postaci tej w żaden sposób nie wybiela, przypomina, czym jest życie według zasad, godność i człowieczeństwo. To lekcja życia bez odstraszającego moralizowania i pouczania. Życie Romulusa Gaity nie było łatwe, lekkie i przyjemne, ale było mądre i uczciwe. Dlatego ta książka jest tak ważna i dlatego należy po nią sięgać. I życzyć sobie jak najwięcej takich książek. 

A przed chwilą znalazłam też informację, że na podstawie książki powstał film Mój ojciec i ja (Romulus, my father), 2007, i jeśli choć trochę, oddaje wartość i siłę opowieści, to koniecznie muszę go zobaczyć.

czwartek, 6 lipca 2017

"Ze światem znamy się z widzenia" - Michał Cichy, "Pozwól rzece płynąć"

Wybierzmy się na spacer po najbliższej okolicy. Przyglądajmy się mijanym budynkom, otaczającej nas przyrodzie, napotykanym ludziom. Zawierajmy z nimi znajomości, prowadźmy mniej lub bardziej poważne rozmowy. Obserwujmy zmiany pogody i następstwa kolejnych pór roku. Doceniajmy i szanujmy miejsca, w których żyjemy, cieszmy się każdym dniem i traktujmy go jak wielką przygodę. Nie, nie są to wnioski wyciągnięte z jakiegoś podręcznika treningu uważności. To odpowiedź na sześciomiesięczną podróż Michała Cichego po warszawskiej Ochocie, jaką opisał w objętościowo może i małej, ale za to jak bogatej w treści książce Pozwól rzece płynąć (Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2017).

„Opisuję Ochotę, bo ją kocham. Kocham Ochotę nie dlatego, że jest najpiękniejsza, tylko dlatego, że jest moja. Gdziekolwiek bym mieszkał, znalazłbym tam coś dla siebie” (s. 18). Urzekła mnie ta miłość Cichego nie za coś, tylko dlatego, że coś jest. Akceptacja tego, co nam dane, i ciągłe dostrzeganie w tym piękna. Ciągle wadzę się z moim losem, szukam siebie w świecie i pewnie też dlatego tak bardzo przemówił do mnie człowiek, który w pełni przyjmuje swoje życie i z każdym krokiem dostrzega jego wartość.

Michał Cichy zaczyna swój spacer w Trzech Króli, kończy na Świętego Jana. W tym czasie obserwuje zmieniającą się pogodę, rozwijającą się na nowo przyrodę, a przede wszystkim codzienność i życie. A może raczej życie w codzienności. Jest w nim miejsce na pobudkę przed czwartą rano, by obejrzeć wschód Słońca (w mieście, nie nad morzem, kto tak robi?). Jest czas na pogaduszki ze sklepowymi, miejscowymi żulikami i bezdomnymi. Na spacer z Myszką. Prawdziwą przyjemnością jest przemierzanie wraz z Cichym Ochoty, obserwowanie jego zachwytu nad puszczającymi pąki drzewami, udział w Triduum Paschalnym czy przyglądanie się przygotowywaniu ołtarzy na Boże Ciało. Autor w każdym elemencie przestrzeni dostrzega coś, co go zaciekawia, zachwyca. Być może powtórzę banał o docenianiu tu i teraz, codzienności, carpe diem i inne modne teraz hasła, ale to właśnie jest w tej książce – podziw dla świata, który nas otacza, świata, który znamy z widzenia. Bez ciągłego poszukiwania lepszego miejsca, lepszego momentu, lepszych ludzi. 

A Ochota nie jest przecież rajem na Ziemi. To w gruncie rzeczy dzielnica jak inne, ze swoim pięknem, ale i ze swoimi brudami. Można pogawędzić z ludźmi spacerującymi ze swoimi psami, ale można też usłyszeć „spierdalaj”.  Są zieleniące się trawniki i torebki foliowe latające w powietrzu. Są rudowłose dziewczęta i tragicznie zmarły młody motocyklista. Jest pani z papugą na ramieniu i kochany Poldek-Boczuś tęskniący z miłości do Scyzora. Jest też pan Jurek Damentka. A ja za autorem utrwalam to nazwisko, wzruszona gestem Cichego. Są też pieski, dużo piesków.

Michał Cichy nie dość, że jest uważnym obserwatorem, to przede wszystkim świetnie pisze. Jego proza bywa jak poezja, poruszająca, przykuwająca uwagę, ale spokojna i cicha.


Poziome światło wieczoru. Pod słońce białe pyłki owadów kręcą w powietrzu chmarną geometrię linii łamanych i krzywych. Balsamiczno-miodowy zapach (s. 86).
Stoję pośrodku świata tak jak każdy. / Nie stawiam siebie przed światem, tylko wpuszczam świat do samego środka siebie. / I w takiej chwili nie ma już różnicy pomiędzy mną a światem (s. 113).

W tej skromnej książeczce jest miejsce na obserwacje i miejsce na refleksję. To także opowieść o czasie, jego upływie, ale i o tym, że jesteśmy dziećmi szczęścia, znalazłszy się na tym świecie. 

Przyznaję, że nie jest łatwo pisać o Pozwól rzece płynąć, bo nie jest to książka, o której należy czytać, ale którą trzeba czytać. I którą warto mieć na własność, by w odpowiednim momencie otworzyć ją na dowolnej stronie i chłonąć prawdy, które być może w innym wypadku byłby zwykłymi banałami. Dlatego, choć mój egzemplarz mam z biblioteki, z pewnością kupię go też na własność. Razem z poprzednią książką Michała Cichego.

„30 kwietnia otwarły się czerwone tulipany w ogródku za żywopłotem przed kamienicą przy mojej ulicy” (s. 76). A Ty pamiętasz, kiedy zakwitły u Ciebie?

niedziela, 30 kwietnia 2017

O życiu - Robert Seethaler, "Całe życie"

Jak wiele potrzeba słów, żeby opisać całe, długie życia człowieka, w dodatku na tle burzliwych dziejów XX wieku? Może być ich tyle, żeby wypełnić opasłe tomy, a i tak będzie ich za mało. A czasem wystarczy tyle, by powstała niespełna 170-stronicowa opowieść, i to będzie wystarczająco. Taką skromną objętościowo książką jest powieść austriackiego pisarza Roberta Seethalera Całe życie (Wydawnictwo Otwarte: 2017).


To historia Andreasa Eggera, kulawego samotnika, przez otoczenie uważanego za dziwaka odcinającego się od ludzi. Mężczyzna, który dotarł do alpejskiej doliny jako osierocony kilkulatek z woreczkiem z pieniędzmi na szyi, spędził w niej niemal całe swoje życie. Czy szczęśliwie? Bity przez wuja, co doprowadziło do jego kalectwa, wyrzucony z domu, musiał sobie radzić sam, podejmując się każdej pracy, jaka mu się przytrafiła. Nie było miejsca na wybrzydzanie i Eggerowi nawet nie przyszłoby to do głowy. Nie było też miejsca na spokojny sen, ale noclegi na sianie, na strychu, pod gołym niebem, również nie stanowiły dla niego problemu, z którym nie mógłby sobie poradzić. Ciężka praca zaowocowała, mężczyźnie udało się kupić ziemię, zbudować dom, wreszcie – zakochać się z wzajemnością. Miłość, która nierzadko potrzebuje wielkich słów i dramatycznych wyznań, przyszła do niego spokojnie i choć na chwilę wyrwała go z rąk samotności. 

„Noce Eggera nie były już dłużej samotne. W łóżku koło niego leżała jego żona, cicho oddychając , a on czasem przyglądał się jej ciału, które rysowało się pod przykryciem i które mimo że w kolejnych tygodniach coraz lepiej je poznawał, ciągle wydawało mu się niepojętym cudem (s. 53)”.

A to wszystko na tle przemian przemysłowych zachodzących w dolinie oraz złowrogich gór, w których mieszkała Zimna Pani, co jakiś czas przychodząca po swoje ofiary. Nie burzyło to pokoju  Eggera. Ze spokojem przyjmował każdy dzień, który przynosił nowe obowiązki i zadania. Nic jednak nie trwa wiecznie, a los lubi grać z nami w kości i rzucać liczne wyzwania, poddając nas hiobowym próbom. Tak również było z Eggerem. Góry odebrały mu miłość, światowa polityka rzuciła w wir straszliwej wojny – wystarczająco, by znienawidzić życie. Andreas jednak nie się nie poddał. Nie był obojętny na ból i cierpienie, które były jego udziałem, ale przyjmował je ze spokojem, godząc się z życiem i szukając dla siebie nowych rozwiązań. Tak też postępował do końca swoich dni – nie mogąc dłużej pracować przy budowie kolei liniowych, zaczął oprowadzać turystów po górach. Gdy i to było już ponad jego siły, zaszył się w swojej chacie i wiódł jeszcze bardziej samotne, ale szczęśliwe życie aż do końca.

„Nie miał nikogo, lecz miał wszystko, czego potrzebował, i to wystarczało (s. 154)”. To zdanie jest jednym z wielu, które pokazują jak niewiele potrzeba słów, by oddać sedno. Robert Seethaler właśnie prostotą, skromnością słów oddał całe życie Eggera. Czy to pisząc o smutnym dzieciństwie, czy o utraconej miłości, czy wreszcie o przerażających doświadczeniach radzieckich łagrów, czynił to bez wyolbrzymiania, bez zbędnych epitetów. Wystarczy kilka subtelnych zdań, napomknięcie, by oddać całą grozę, ale też całą radość i miłość wypełniające życie człowieka. Nie ma tu roztkliwiania się nad uczuciami, przymiotników mających nam uzmysłowić stan ducha Eggera, to naprawdę jest zbędne. Andreas to człowiek, który się nad sobą nie użalał, który przyjmował życie z całym dobrodziejstwem inwentarza, i choć cierpiał, bo kto w życiu nie cierpi, to się z nim godził. 

„Jak wszyscy ludzie także i on nosił w sobie przez całe życie wizje i marzenia. Niektóre z nich sam realizował, niektóre zostały mu dane. Wiele pozostało nieosiągalnych lub też, gdy po nie sięgnął, wydarto mu je z rąk. A kiedy po pierwszych roztopach wychodził porankiem na mokrą od rosy łąkę przed chatą i kładł się na jednym z rozsianych tam płaskich głazów, czując pod plecami zimny kamień, a na twarzy pierwsze ciepłe promienie słońca, wtedy miał uczucie, że wiele rzeczy wcale nie poszło tak źle (s. 157)”.

Całe życie to w zasadzie lekcja życia. Modny teraz nurt slow life może czerpać z tej książki garściami, by pokazywać i uczyć, jak wygląda prostota życia i jak odnaleźć siebie w świecie. Wielu życie Eggera może wydać się dołujące, osamotnione i przygnębiające, ale to znaczyłoby, że trudno im dostrzec, co było dla niego najważniejsze i jak zwykłe codzienne chwile stawały się dla niego niezwykłe, wręcz magiczne, jak np. pierwsze odbiorniki radiowe czy spacer ludzi po Księżycu. Nie twierdzę, że każdy z nas powinien mieszkać w oborze i pozbawiać się kontaktu z innymi. Ale każdy z nas powinien wyciągnąć lekcję z tej lektury, by nasze życie było życiem spełnionym, tak jak życie Eggera. 

„Przeżył dzieciństwo, wojnę i lawinę. […] Jego życie bezustannie dyndało na włosku między niebem a ziemią, a w ciągu ostatnich lat jako przewodnik dowiedział się o ludziach więcej, niż był w stanie pojąć. […] Kochał. I zaznał przedsmaku tego, dokąd miłość mogła zaprowadzić. […] Nie potrafił sobie przypomnieć, skąd pochodzi, a koniec końców nie wiedział też, dokąd zmierza. Jednak mógł bez żalu spoglądać na czas między tymi punktami, na swoje życie, z raptownym śmiechem i wielkim zdumieniem (s. 162-163)”.

Całe życie bywa nazywane wielką ucztą literacką. Nie jest to jednak wielkie obżarstwo pełne wspaniałych, ale przesadzonych dań, a raczej subtelnym cieszeniem podniebienia prostymi smakami.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.