niedziela, 4 sierpnia 2013

Hiszpańskie opowieści rodzinne - Marina Mayoral, "Jedyna wolność"



Literatura iberoamerykańska i hiszpańska swego czasu wywarła na mnie duży wpływ i w pewien sposób odcisnęła się na sposobie postrzegania rzeczywistości. W ostatnich latach nie miałam z nią jednak za wiele styczności. Jakoś tak wyszło, że moje literackie poszukiwania brnęły w inne rejony. Ale ostatnio dokonałam pewnego powrotu do przeszłości za sprawą zapomnianej i zagubionej wśród innych moich książek powieści Mariny Mayoral Jedyna wolność (Warszawa: Muza, 2005).
Autorka (źródło: http://www.marinamayoral.es/)


Fabuła prezentuje się dosyć prosto. Młoda, chora na gruźlicę Etel, uciekając od lęków, próbując choć częściowo powrócić do zdrowia, przybywa do swoich ciotecznych babek, by na ich prośbę spisać historię dworu La Braña. Od nich, innych członków rodziny i okolicznych mieszkańców zbiera informacje potrzebne do mającej powstać książki. Jednocześnie obok odległej historii rodu poznajemy dzieje najbliżej rodziny Etel, jej niezwykłych, silnych ciotecznych babek o twardych charakterach, jej opiekuna, wuja Alberta, a wreszcie jej samej od najmłodszych lat, by razem z nią odkryć prawdę o jej pochodzeniu. 


Nietrudno się domyśleć, że skoro mamy do czynienia ze starym hiszpańskim rodem to jego historia będzie mocno burzliwa. Zapewne większość starych rodzin ma bogatą w różne doświadczenia przeszłość, jednak te hiszpańskie i iberoamerykańskie są w jakiś sposób szczególne. Nie brakuje tu więc silnych namiętności, zakazanych romansów, nieślubnych dzieci, porwań i ucieczek. Krew w La Brañi polała się nie raz, nie raz tez dwór był świadkiem dramatycznych historii i niewyjaśnionych śmierci. Nie jest to jednak dwór przeklęty, dlatego i dobre, szczęśliwe chwile miały tam miejsce. Nie będę tu zdradzać żadnych szczegółów, bo każda z opowieści jest niezmiernie wciągająca i odkrywa kolejną. Trzeba też zaznaczyć, że poszukując materiałów do książki Etel poznaje również historie okolicznych mieszkańców, nie tylko swego rodu, które również każde z osobna mogłyby stanowić tło dla niejednej powieści. 


Oprócz opowieści z przeszłości, o czym wspomniałam, jesteśmy świadkami bieżących wydarzeń z życia Etel i jej ciotecznych babek. Oh, cioteczne babki – cóż to za niezwykłe zjawiska! Każda ze swoją historią, różne charaktery cudownie się uzupełniające i tworzące oryginalne i silne trio. Benilde, Ana Luz i moja ulubienica temperamentna Georgina – wspaniałe i mądre kobiety o barwnych biografiach. Dbające nie tylko o rodzinę. A do tego plany biura detektywistycznego...


I wreszcie sama Etel. Chorowita dziewczyna, osierocona przez matkę przy narodzinach, nieznająca ojca, wychowywana przez dającego jej pełną swobodę i przerażonego instytucją rodziny homoseksualnego wuja. Zbierając materiały do książki, opowiada także własną historię, doświadczenia, miłości, a przede wszystkim próbuje odnaleźć siebie i swoją tożsamość. Bywa niezmiernie irytująca, nie raz należałoby nią mocno potrzasnąć, różni się znacznie od galisyjskich kobiet. Choć gdy trzeba, umie znaleźć w sobie siłę. Jej osobista opowieść , odkrywanie przeszłości mocno zaskakuje.


Ach, te hiszpańskie klimaty, ten sposób narracji, te opowieści. Od razu czuć, jak silnie ta literatura jest zakorzeniona w miejscu, którego dotyczy. I jak inne jest to spojrzenie na rzeczywistość, jak inne traktowanie takich tematów jak namiętność, miłość, inne podejście do takich tabu jak kazirodztwo  i bolesne zdrady. A do tego wdzięcznie opowiedziana rzecz. Co jednak ujęło mnie na samym początku i sprawiło, że wiedziałam, iż książkę polubię to opisowe tytuły rozdziałów, pokrótce opisujące zawartość – moja wielka słabość, powrót do XVIII-wiecznych powieści, do Toma Jonesa, do Podróży sentymentalnej przez Francję i Włochy. Nie sądziłam nawet, że taka drobnostka da mi tyle radości.

wtorek, 18 czerwca 2013

Udany debiut pośmiertny

Charlotte, najstarsza i chyba najbardziej znana z trzech sióstr Brontë, największą popularność zdobyła, zresztą zasłużenie, wspaniałą i klimatyczną powieścią Dziwne losy Jane Eyre.  I choć była to jej pierwsza wydana książka, to prawdziwym debiutem był Profesor, który ukazał się dopiero po śmierci pisarki – w 1857 roku. Polski czytelnik zaś może cieszyć się tą powieścią od zeszłego roku dzięki wydawnictwu MG.

Charlotte Brontë - portret autorstwa George'a Richmonda
Charlotte Brontë głównym bohaterem i jednocześnie narratorem uczyniła mężczyznę,  akcja książki bowiem osnuta jest wokół losów ambitnego młodzieńca  Williama Cromswortha. Po przedwczesnej śmierci rodziców (matka zmarła sześć miesięcy po ojcu, wydając Williama na świat) wychowywany był przez braci matki, którzy nie mogli wybaczyć kobiecie, że nie bacząc na arystokratyczne korzenie poślubiła fabrykanta.  Gdy ukończył szkołę wujowie łaskawie ofiarowali mu stanowisko proboszcza i rękę jednej z jego sześciu kuzynek. Kierując się zarówno sercem, jak i rozumem William odmówił obu zaszczytów i  zwrócił się do swojego starszego, parającego się kupiectwem brata. Ich wzajemne relacje były jednak dalekie od ideału, dlatego pewne wydarzenia popchnęły w końcu naszego bohatera do opuszczenia ojczyzny i udania się do Belgii w celu zdobycia posady i zarobienia na życie. Tam, dzięki pomocy poznanego w Anglii nieco mrocznego i cynicznego  pana Hunsdena, udało mu się zdobyć posadę nauczyciela języka angielskiego w szkole dla młodych chłopców. Wkrótce też dodatkowo podjął się nauczania tegoż samego przedmiotu w mieszczącej się obok szkole z internatem dla panien. Nie trudno się domyślić, że na arenę szybko wkroczyły kobiety, które z własnej lub nie woli, co nieco namieszały w życiu osobistym, ale też i zawodowym Williama. Nie będę się tu jednak wdawać w żadnego szczegóły fabularne, ani zdradzać nawet najmniejszych personaliów, żeby nie popsuć przyszłym czytelnikom Profesora  przyjemności.

Tyle o samej fabule. Jeśli zaś chodzi o odbiór powieści to koniecznie należy pamiętać, że mamy do czynienia z debiutem i to w dodatku opublikowanym po śmierci autorki. Nie można więc patrzeć na powieść przez pryzmat Dziwnych losów Jane Eyre czy też Villette. Czytelnik nie znajdzie tu bowiem mrocznego i romantycznego nastroju pierwszej z nich ani też tak dobrych opisów i charakterystyki społeczeństwa jak w drugiej. W zasadzie przygodę z Charlotte Brontë należałoby zacząć właśnie od Profesora, żeby móc dostrzec jak rozwijało się jej pisarstwo. Nie znaczy to jednak, że jej debiut jest książką złą. Bynajmniej, widać w niej świetnie potencjał twórczy pisarski, powieść ujawnia jej zdolności obserwacyjne i umiejętność ukazywania różnorodności ludzkich charakterów. Autorka bogato czerpała z własnych doświadczeń, gdyż sama pracowała w Belgii jako nauczycielka języka angielskiego, tam też zresztą poznała gorzki smak miłości. To, co doskonale ukazała w Villette, w Profesorze dopiero się kształtowało. Znajdziemy tu więc krytyczne spojrzenie na mieszkańców kontynentu, zwłaszcza na Belgów. Dość mocno (choć jeszcze nie tak jak w powieści o przygodach Lucy Snowe) obrywa się katolikom, zwłaszcza w porównaniu do protestantów. Czy słusznie? Nie będę tego oceniać, tym bardziej, że ówczesne realia i konflikty religijne znacznie różniły się od obecnych. Nie to jest zresztą najważniejsze, liczy się zmysł obserwacyjny autorki, zdolność dostrzegania różnic.

Bohaterowie powieści nie są jeszcze tak pełnokrwiści jak w kolejnych książkach Charlotte, ale nie brak im temperamentu i silnych poglądów  – zarówno pozytywnych pod względem moralnym, jak i negatywnych. Sam William jest niezwykle ambitny i zdeterminowany, ma silnie ukształtowane poglądy i potrafi sobie zdać sprawę z czyhających nań pokus i niebezpieczeństw. Być może jest nieco wyidealizowany, choć nie brak mu wad, zwłaszcza jeśli chodzi o wygląd nie może poszczycić się wspaniałą urodą. Można go jednak polubić, choć zdecydowanie nie może tu być mowy o budzeniu przez jego postać tak silnych uczuć i wzmożonego bicia serca, jakie było wstanie powodować pojawianie się pana Rochestera.

Przeczytanie Profesora mocno polecam. Przede wszystkim dlatego, że z debiutem pisarki, której książki weszły do kanonu literatury powszechnej, zapoznać się należy. Kolejnym powodem jest fakt, że lektura ta jest niewątpliwie przyjemna i  oferuje miłe spędzenie czasu.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Jadam wątróbkę, książki czytam namiętnie - o felietonach Jacka Dehnela słów kilka


Mimo jak najbardziej pozytywnych i ciepłych uczuć, jakie żywię do Jacka Dehnela i jego twórczości, nie byłam czytelniczką jego felietonów zamieszczanych na stronie wirtualnej polski. Głównym powodem był fakt, że nie przepadam za czytaniem tak długich tekstów z ekranu komputera. Dlatego też ucieszyłam się bardzo, gdy nakładem wydawnictwa wab ukazał się ich wybór (Jacek Dehnel, Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu, Warszawa 2013).  

Felietony zostały podzielone ze względu na tematykę w osiem ksiąg: pisania, podopiecznych kopniętej muzy [piękny tytuł], szpargałów, starych mistrzów, języków, czytania, dzieci i młodzieży, rzeczy. Ich motywem przewodnim są oczywiście książki, ich twórcy i czytelnicy (a także ci, którzy się ich boją jak ognia). Znaleźć tu można teksty najróżniejszej wagi – traktowane mniej lub bardziej serio, powodujące głośne wybuchy śmiechu, skłaniające do refleksji nad stanem czytelnictwa i nad samym człowiekiem, a także bardzo poważne, będące ważnym głosem w sprawach między innymi Holocaustu i wykorzystywania tego motywu w tekstach literackich. Dehnel świetnie wskazuje tu na to, co jest widoczne w większości małowartościowych utworów dotykających tego dramatycznego wydarzenia – na schematyzm, poprawność i idealizację, a to prowadzi do tego, że kolejne teksty są po prostu wtóre, nie wnoszą nic nowego i powielają obraz daleki od tamtejszej rzeczywistości. 

Ale felietony Dehnela to nie tylko teksty ciężkiego kalibru, o czym wspomniałam. Rozkoszne są zwłaszcza te, w których autor dotyka tematu grafomanii i twórców (a raczej "twórców") mających ogromne mniemanie o swoim talencie, a jednocześnie brutalnie odrzucających wszelką krytykę i piętnujących tych, którzy zyskali zasłużenie powszechne uznanie. Koniecznie trzeba zapoznać się z tekstami o "potajemnie słynnej rodzinie literatów Grzeszczyków",  w której rodzice i syn to największe wcielenia talentów literackich, niestety, niedocenionych; o niejakim Tomaszu Sobieraju, samozwańczym geniuszu, który grafomanię zarzuca tak mało uznanym pisarzom jak: Szekspir, Słowacki, Mickiewicz, Witkacy, polskim współczesnym: Masłowskiej, Pilchowi, Tokarczuk, Gretkowskiej, wymieniać można chyba w nieskończoność i w dodatku biedak tłamszony jest niemal przez wszystkich; o postsmoleńskiej literaturze i dramacie  wtrzech aktach Wiesny Mond-Kozłowskiej Władysław II Jagiełło. Celność spostrzeżeń Dehnela, poczucie humoru i cięty, ale nie agresywny język gwarantują świetną zabawę intelektualną, ale także skłaniają do niekoniecznie wesołych refleksji.  Posłanka Pawłowicz o poezji Wisławy Szymborskiej to zarazem śmieszny i straszny obraz tego, co mogłoby się stać z polską kulturą. 

O czym jeszcze w felietonach? A choćby o spotkaniach autorskich, na których dzieje się różnie, zwłaszcza jak się trafi na jeden z trzech rodzajów pytających. Ale także o Stanisławie Bojarczuku, chłopie, który skończył dwie klasy zimowej szkółki i napisał tysiąc sonetów, bynajmniej nie grafomańskich. Jest świetny tekst o zadomowionych w polszczyźnie frazach: francuskiej, czeskiej, rosyjskiej itd., i ich wpływie na przekłady literatury powszechnej. Nie zastanawiałam się nad tym do tej pory, ale Dehnel skutecznie mnie przekonał o ich istnieniu i roli. Są teksty o książkach dla dzieci i młodzieży – o tych co pobudzają wyobraźnię i kształtują młodego czytelnika, ale i o tych co zabijają całą radość czytania infantylnością, ułagodzeniem, uciekaniem od trudnych tematów, które dzieciom wcale nie są obce. 
Jacek Dehnel, fot. Cezary Rucki (źródło: materiał prasowy)

Dehnel pisze też o sobie. Bo przecież pisząc o tym, czego mu trzeba by pisać, o wszystkich "durnostojkach" zdobiących jego półki z książkami , o nieograniczonej miłości do nawet najmniej wartościowej książki, o przygodach z komputerem, odsłania część siebie. Udowadnia, że bez wątpienia jest książkowym freakiem (chwała mu za to), dzięki czemu naprawdę czuję się lepiej, gdy nie mając nic innego pod ręką do czytania, sięgam po opakowanie płatków śniadaniowych, szampon, starą ulotkę o depilacji laserowej i czytam. 

Ale za jeden tekst jestem autorowi szczególnie wdzięczna. W setną rocznicę to felieton poświęcony mistrzowi Czesławowi Miłoszowi. I choć nie mało tekstów o nim już czytałam to ten szczerze mnie wzruszył i wprawił w zadumę. A Jacek Dehnel  napisał w zasadzie tylko (aż!) o odpowiedzialności pisarza i powinności bycia szczodrym. Duży kopniak i powód do myślenia. 

Oczywiście, nie wszystkie teksty są równe. Niektóre mogą nieco nużyć, powodują, że chce się książkę na trochę odłożyć. Co przecież nie jest problemem, bo każdy z tych tekstów można śmiało czytać osobno, jak to felietony. Ale musze koniecznie zaznaczyć, że nie jest to zwyczajny zbiór. Całość wciąga jak najlepsza powieść z wartką akcją i barwnymi postaciami. Bo i dramat i komedia, romanse, rozstania, dylematy moralne, wszystko to zawiera ta książka o książkach i dla książkowych szaleńców napisana.

piątek, 12 kwietnia 2013

O Jerzym Pilchu muzycznie :)

Odliczając dni ukazania się nowej powieści mistrza, warto posłuchać piosenki o tymże :)



piątek, 5 kwietnia 2013

Aleksandria, rewolucja, opowieść

Literatura afrykańska nie jest moją mocną stroną. Nie są to tereny, w które się zapuszczałam, a jeśli już to sięgałam przede wszystkim po pisarzy południowoafrykańskich, takich jak J. M. Coetzee, którego mocno cenię (i którego prawidłową wymowę nazwiska poznałam w zeszłotygodniowym "Tygodniku Kulturalnym";)). Zapewne dlatego, że choć to oczywiście i tak obca rzeczywistość, to jednak zdecydowanie bliższa europejskiej. Ale ponieważ nie odcinam się od żadnej literatury (jeśli chodzi o jej pochodzenie), to chętnie sięgnęłam po Pensjonat Miramar Nadżiba Mahfuza (Smak Słowa, Sopot 2012), którego akcja rozgrywa się w Aleksandrii. 


W tytułowym pensjonacie prowadzonym przez Greczynkę, która po rewolucji Naserowskiej nie opuściła wraz ze swoimi rodakami Aleksandrii, ale czując się mocno zakorzenioną w Egipcie postanowiła tu zostać. Nie można się zresztą dziwić, że czuła się związana także z samym pensjonatem, prowadziłam go bowiem jeszcze przed II wojną światową. Gościła w nim wtedy klientów najwyższej klasy, równie bogatych, co utytułowanych. Z czasem miejsce traciło na wartości i w chwili rozgrywania się akcji powieści mieszkali w nim głównie studenci, turyści i znajomi Miramar. Sama kobieta początkowo  budzi sympatię, ale jej poglądy i zachowanie burzą ten wizerunek. Nie da się ukryć, że to postaci zamieszkujące pensjonat stanowią jądro opowieści Mahfuza. Zresztą wydarzenia opisane zostały z perspektywy czterech z nich. Pierwszym i ostatnim narratorem jest Amir Wadżi, emerytowany dziennikarz, dawny przyjaciel Miramar (ale nigdy kochanek!). To człowiek, który wiele doświadczył, wiele widział i to on jest przedstawicielem pokoleniowej mądrości oraz życzliwości na świata. Ma za sobą lata buntu i teraz może ze spokojem przypatrywać się rzeczywistości. Kolejną osobą, z której punktu widzenia poznajemy wydarzenia jest młody arystokrata Husni Allam, którego głównym celem jest korzystanie z życia i wszelkich przyjemności, jakie ono oferuje. Do codzienności należy seks z przypadkowo poznanymi kobietami, wizyty w burdelach i alkohol. Nie brzmi zachęcająco, ale przynajmniej jest szczery, jeśli Mansur Bahi, młody komunista, który dzięki niechcianej pomocy brata ubeka uniknął aresztowania i musi zmagać się z oskarżeniami o zdradę, rzucaną mu przez dawnych przyjaciół. To także jedna z najsmutniejszych postaci. I wreszcie Sirhan al-Buhajri, typowy karierowicz, który chce skorzystać na rewolucji, wbrew pozorom dbający tylko o siebie i budzący we mnie silna odrazę. W pensjonacie pojawił się także Tulba Marzuk (były kochanek!), który stracił majątek w wyniku rewolucji i zostawał pod policyjnym nadzorem. Motorem całej akcji jest, jakżeby inaczej, młoda dziewczyna, Zuhra, która pojawiła się w pensjonacie, uciekając ze wsi, po tym, jak dziadek chciał ją wydać za starca. Nie trudno się domyślić, że jej obecność wywoła niemałe zamieszanie, wiążące się z historią miłosną. Nie jest to jednak uległe i trzpiotowate dziewczę. Swoją siłę Zuhra udowodniła, nie tylko nie godząc się na wymuszone małżeństwo. To młoda kobieta mająca marzenia i świadomie dążąca do ich realizacji. 


Nadżib Mahfuz
Wydarzenia opisane w książce to historia Egiptu z lat pięćdziesiątych XX w., dotycząca przede wszystkim rozterek i sytuacji politycznej po rewolucji Naserowskiej. Co najważniejsze, nie jest to obraz jednowymiarowy. Dzięki zgromadzeniu w jednym miejscu – pensjonacie, przedstawicieli różnych grup społecznych, Mahfuz zdołał pokazać odczucia i poglądy całego egipskiego społeczeństwa.  A jest to oczywiście kolorowa mieszanka. Od tych, który przeżyli niejedno, doświadczonych przez różne przewroty, po tych żyjących nadzieją na zmiany. A wśród nich oczywiście Ci, którzy żyją dniem dzisiejszym, mniej lub bardziej dbając o innych. Pensjonat Miramar to także spojrzenie na sytuację polityczną tamtych czasów. Przybliżenie problemów, z jakimi borykało się (i niejednokrotnie nadal boryka) egipskie społeczeństwo. Co najważniejsze, mimo że opisywane wydarzenia się raczej obce dla czytelnika niezaznajomionego z tematem, to całość daje wrażenie klarowności. Mahfuz konstruuje zdania z prostotą, nie zamęcza faktami, a jednocześnie tworzy barwną całość. Choć nie da się nie odgadnąć, których swoich bohaterów ceni, a których odrzuca, to nie na szczęście nie uderza w ton moralizatorski, pozwalając tej wielogłosowości mówić za siebie. Pojawiająca się w utworze kryminalna intryga nie dominuje nad całością, tocząc się spokojnie i pozwalając na ujawnienie w odpowiednim momencie. Spokój to zresztą, mimo wydarzeń, które do spokojnych z pewnością nie należą, odpowiednie słowo na określenie sposobu, w jaki autor opowiedział swoją historię. 


Książka jest godna polecenia z co najmniej kilku powodów. Przedstawienie porewolucyjnej Aleksandrii i przybliżenie czytelnikowi tamtejszych wydarzeń, prezentacja ciekawych i różnorodnych charakterów, społeczeństwa, a przede wszystkim przyjemność czytania to tylko niektóre z nich.