czwartek, 20 sierpnia 2015

Wzruszający, głośny szept Ormian

Zazwyczaj jestem w stanie czytać książkę w każdej sytuacji, niemal w każdym miejscu, w pośpiechu, chłonąc słowa i kolejne zdania jedno za drugim. Są książki, na które rzucam się łapczywie w autobusie, na ławce w parku, pomiędzy jedną rozmową a drugą, odrywam się i wracam od razu. Są jednak takie książki, które potrzebują czasu, powolności, wielkiego skupienia i rozważania zdania po zdaniu, bo niemal każde niesie ze sobą wielką mądrość. Taką książką jest piękna Księga szeptów rumuńskiego pisarza Varujana Vosganiana (Wrocław: Książkowe Klimaty, 2015).




Co takiego jest w tej powieści, że czytałam ją tak powolnie, że tak wiele ode mnie wymagała, ale też tak wiele mi od siebie dała? To opowieść o Vosganianie, jego rodzinie, Rumunii i co najważniejsze – o Ormianach, tych, którzy tak wiele wycierpieli, a którzy są niemal zapomniani. A pamięć im się należy ogromna. Autor, posługując się niemal realistyczno magicznym językiem, opisuje swoje pachnące kawą i kolonialnymi przyprawami dzieciństwo. To momenty, w których aż chciałoby się tam być, czuć, smakować razem z nim, siedzieć u stóp jego starego anioła. Widzieć, jak kobiety misternie  niemal tkają ciasto na baklawę, ssać ziarna kawy. Wreszcie poznać magów tamtych czasów – dziadków autora: Gabareta, który mądrze mówił, że „To wielka odpowiedzialność żyć na tej ziemi dłużej niż Jezus Chrystus. […] Musisz mieć solidne argumenty, by ośmielić się to zrobić” (s. 83), i Setraka, którego nieustanną towarzyszką i przyjaciółką była Śmierć, a także pozostałych mędrców, każdego z nich z jego osobistą historią. Chciałoby się udać na targ, odwiedzać kolonialne sklepy i spotkać Żydów handlujących najważniejszym towarem – czasem. 
Czytając te opisy, wsłuchując się w kolejne mądre słowa prawdziwie mądrych ludzi, odczuwałam ten specyficzny rodzaj nostalgii i smutku, który towarzyszy mi w momentach wielkiego piękna łączącego się z bólem. Gdyż bólu w Księdze szeptów  jest niemało.

Losy wszystkich bohaterów powieści, a każda z pojawiających się na jej kartach postaci zasługuje na uwagę, nie działy się w nieistniejącej krainie z dawnych pięknych lat. Za ich życiem stała bowiem groźna i straszna historia XX stulecia. Druga wojna światowa i okupacja, komunistyczny reżim i przede wszystkim to od czego zaczęły się rumuńskie losy rodziny autora – ludobójstwo Ormian, którego setną rocznicę obchodzono w tym roku. Każde z tych tragicznych wydarzeń w dziejach świata odbiło się równie tragicznie na losach jednostek. Vosganian dorastał i uczył się życia w czasach, gdy o wielu rzeczach, o prawdzie nie wolno było mówić głośno, obowiązywał szept. Autor gromadził ten szept, z którego potem powstała Księga.  A o czym szeptano? O Stalinie i zsyłkach na Sybir, o więzieniach, o brutalnych przesłuchaniach, o krwawych okupacjach, o zabójstwie prezydenta Kennedy’ego szeptano w krypcie. Szeptu jest tu co niemiara, za każdym razem coraz bardziej bolesnego, rozdzierającego serce. I zmuszającego do pytań i rozmyślań nad losem bliskich mi osób, zwłaszcza że historia Hartina Fringhiana jest bliska rumuńskim losom pewnej części mojej rodziny.

Napisałam wcześniej, że dla tej książki potrzebowałam czasu i wielkiego skupienia. Od jednego rozdziału nie mogłam się jednak oderwać, doczytując go już przy słabym świetle pociągowego wagonu. W tym miejscu muszę się przyznać, że od pewnego czasu staram się unikać książek dotykających czasów wojny, Holocaustu, komunistycznych zbrodni, gdyż wydaje mi się, że przyjęłam już tak wielką dawkę okropności tamtych czasów, że już więcej nie dam rady. Dlatego sama się sobie dziwiłam, że rozdział, który nie pozwolił mi na odłożenie książki, dotyczył ormiańskiego marszu śmierci. Marszu przesz siedem kręgów, w których jedyną pewną rzeczą była śmierć, w każdym kolejnym coraz straszniejsza. Był to marsz przez śmierć i ku śmierci, nie przewidywano bowiem dla prowadzonych Ormian innego losu. Czytanie o każdym kolejnym kręgu bolało coraz bardziej, coraz straszliwsze opisy masakry i odchodzenia sprawiały, że chciało mi się krzyczeć. Śmierć każdego człowieka niesie ból, niewinnych osób skazanych na śmierć najbardziej, ale nie ma chyba niczego tak przerażającego jak śmierć masowa, ludobójstwo, gdzie nie ma miejsca dla człowieka, pozostają tylko, jeśli już,  zbiorowe mogiły. I w tym miejscu mogę tylko za autorem powtórzyć: „Masowe groby są najbardziej zawinioną częścią historii” (s. 304).

Księga szeptów dotyka najboleśniejszych i najstraszliwszych momentów historii. Jest opowieścią o śmierci i zemście, której symbolem jest mały drewniany konik – zabawka autora. Ale nie ma w niej krzyku, nie ma języka nienawiści, nie ma epatowania brutalnością mimo opisów jakże niewyobrażalnych zbrodni. W tej książce – i w tym tkwi jej wielka siła – naprawdę dominuje szept. Autor szepcze tak, jak szeptali jego przodkowie. Szepcze o sprawach najważniejszych i o codzienności, za każdym razem robi to poruszająco. Nie ucieka się do wielkich słów, jego język jest niesamowicie subtelny, powolny, zmusza do uwagi i skupienia.

Napisać jeszcze trzeba o samym wydaniu książki. Nie dość, że tak pięknej, estetycznej i skromnej okładki już dawno nie widziałam (brawa dla Justyny Boguś), to jeszcze do tego świetne tłumaczenie Joanny Kornaś-Warwas i merytoryczne opracowanie Andrzeja Pisowicza. Tak przygotowanych książek życzę sobie i innym czytelnikom jak najwięcej. Brawa dla Książkowych Klimatów.

Księgę szeptów czytać trzeba! Tak, trzeba, ze względu na pamięć o straszliwym ludobójstwie, o którym w zasadzie mówi się tak niewiele, ze względu na pamięć o krwawych plamach historii, ale także ze względu na wielkie wzruszenie i wielkie piękno. Bo gdybym miała wybrać jedno słowo opisujące książkę Varujana Vosganiana to wybrałabym właśnie wzruszenie. A jak coś wzrusza tak jak ta powieść, to nie ma wyjścia, musi to być po prostu piękne.

Za książkę serdecznie dziękuję panu Krzysztofowi Cieślikowi i wydawnictwu Książkowe Klimaty.
Zdjęcie okładki ze strony wydawnictwa.